Gru 202018
 

Nie łudźcie się, że dam się wciągnąć w dyskusję o filmach, albo o tym kto pierwszy coś tam powiedział i przez to jest lepszym wyrzuconym przez Gwincińskiego niż inni przez niego wyrzuceni. Mowy nie ma. Zbliża się wigilia, dzień kiedy zwierzęta mówią ludzkim głosem i ja opowiem dziś o różnych niezwykłych zwierzętach, które spotkałem w życiu.

Ci, którzy pamiętają tom opowiadań „Dzieci peerelu” przypomną sobie pewnie też jedno z nich, gdzie występują niezwykłe, słodkowodne skorupiaki, które pewnego dnia, w ilości zupełnie niespotykanej, pojawiły się we wszystkich kałużach, jakie wielka, lipcowa ulewa utworzyła na naszych łąkach. Były to stwory przeokropne i dziwne, a pojawiły się ich od razu aż dwa gatunki – przekopnice i dziwogłówki. Te dziwogłówki, co właśnie zauważyłem w tym momencie, są znakomitym uwspółcześnionym memem. Dziwogłówek mamy ostatnio wyspy prawdziwy, a jakby dobrze poszukać, to i ze cztery przekopnice się znajdą.

Pamiętam jak pierwszy raz zobaczyłem łosia. Było to w czasach, kiedy łoś należał do zwierząt rzadkich i bezwzględnie chronionych. Wystraszyłem się jak nie wiem co, bo był środek dnia, a ja z kolegą zbierałem właśnie czerwone koźlarki w osinowym zagajniku. Krzaki były gęste i nic w zasadzie nie było widać na dwa kroki do przodu, a z całą pewnością nie było widać wielkiego zwierza, który stał sobie spokojnie i nie spodziewał się, że ktoś nadejdzie. Kiedy rzucił się do ucieczki wydawało się, że to słoń tratuje dżunglę, wystraszyliśmy się jak nie wiem co, ale popędziliśmy wprost ku skrajowi zagajnika, żeby popatrzeć jak ten wielki stwór, którego jeszcze nie rozpoznaliśmy wybiegnie na łąkę. I rzeczywiście wybiegł. Potem spokojnie pogalopował do dużego lasu za torami. Dziś łoś nie jest żadną atrakcją, tu niedaleko ludzie mają problem, bo jeden wyjątkowo uparty niszczy im ogrodzenie. Ja sam widziałem ostatnio dwa. Pasły się w sosnowym młodniku jak konie.

Może się to komuś wydać dziwne, ale prawdziwego, żywego dzika zobaczyłem dopiero niedawno. Nie udało mi się zaobserwować dzików ani kiedy jako dziecko włóczyłem się po łąkach i lasach, ani kiedy uczyłem się w technikum leśnym, ani później. Od kiedy mieszkam pod Grodziskiem widziałem dzika aż trzy razy, dwa razy wyskoczył mi na drogę tuż przed samochodem, a raz locha z młodymi chciała przebiec przez ulicę Orlą, już za fabryką odzieży ochronnej, czyli prawie w mieście, ale jechało za dużo samochodów i tylko tak stała zmartwiona na chodniku z całą gromadą pomarańczowych prosiąt w białe paski.

Pewnych zwierząt jest dziś więcej, a innych nie ma wcale. Kto widział ostatnio kuropatwę? Kiedyś wystarczyło zimą wyjść na pole, albo łąkę i można było zaobserwować kilka stadek kuropatw jak posilały się przy wyschniętych ostach, albo rozgrzebywały śnieg, albo stały przy pozostawionym przez leśników paśniku. Nie ma ich już, wyginęły chyba całkiem. Ludzie fotografujący ptaki ekscytują się orłami bielikami, a przecież ten nasz, którego Klinika Języka ma w logo, został ściągnięty z fotografii zrobionej pod Milanówkiem. A gdzie kuropatwy? Czy ktoś ma może jakieś zdjęcie tych ptaków? O tym, żeby zobaczyć przepiórkę nie ma nawet mowy. To samo z cietrzewiem. Kiedy mieszkaliśmy w internacie, koledzy chodzili w nocy do rezerwatu Obary obserwować toki cietrzewi, mi się nie chciało. Dziś w takiej sprawie trzeba jechać na Białoruś, do Rosji, albo do Finlandii.

Najdziwniejszą rybą jaką złowiłem była certa. Do dziś to pamiętam, taka srebrna z dziwnym nosem, ciekawa. Oczywiście nie postąpiłem po sportowemu i nie wypuściłem jej do Wisły, ale zabrałem do domu, zabiłem, oskrobałem i zeżarłem. Były takie zimy kiedy koledzy zastawiali wnyki na bażanty. Mnie ojciec kategorycznie tego zabronił. Byłem bardzo nieszczęśliwy z tego powodu. Technika łowienia bażantów zimą jest prosta jak włos Mongoła, trzeba mieć starą rakietkę do badmintona i metrowej długości kij, jeśli nie mamy ziarna na przynętę, możemy wyłuskać nasiona ostów rosnących przy torach. Z żyłek wysupłanych z rakietki robimy pętelki i mocujemy je na kiju. Ten zaś umieszczamy na sztywno w jakimś krzaku, tak żeby ptaki nie mogły go ruszyć i pociągnąć za sobą. Pętelki muszą znajdować się tuż przy ziemi. Obok nich, na śniegu, rozsypujemy ziarno. Zostawiamy ten zestaw na noc, a rano przychodzimy i zbieramy martwe już, albo spętane za nogi ptaki. To jest oczywiście skrajne barbarzyństwo, które potępiamy wszyscy, ale chcę tylko przypomnieć, że kiedy niektórzy koledzy stawiali takie pułapki w sklepach nie było niczego, a opieka społeczna nie rozdawała chleba, kaszy i ryżu nałogowym alkoholikom, jak to czyni dzisiaj. Aha, do tej pułapki najlepiej nadają się właśnie żyłki z badmintona, bo takie wędkarskie, ze szpuli, nawet grube, skręcają się i pętla nie pełni swojej funkcji.

Kiedy byłem dzieckiem bardzo chciałem zobaczyć lisa, ale populacja tych zwierząt była tak zdewastowana przez kłusowników i handlarzy futrami, że było to w zasadzie niemożliwe. Przedwczoraj, kiedy wieczorem wracałem z miasta, lis siedział przy ulicy nad rowem, zupełnie jak kot i gapił się na samochody.

Ziemia Lubuska zaś pełna jest szopów praczy. Nasz wujek Edek, który jest myśliwym mam z nimi nielichy problem, bo przychodzą w kilka pod ogrodzenie jego działki, gdzie w specjalnym kojcu mieszka pies tropiciel. Jeden po drugim włażą na słupek i prychają na tego psa, a on dostaje prawdziwego szału i nie można przez to spać. Kiedy jeden szop siedzi na słupku i prycha, reszta spaceruje w tę i z powrotem przy ogrodzeniu, żeby tego psa jeszcze bardziej wkurzyć. Ja sam o mało nie przejechałem jednego szopa latem. Chciał przebiec ulicę tuż przed samochodem.

Wróćmy jednak do dawniejszych czasów. Kiedy na łąki, gdzie bawiliśmy się w Indian, wywalano śmieci jak popadnie, kiedy na torach stały dymiące parowozy, a wszyscy palili węglem w piecach, kiedy w telewizji nikt nie gadał o smogu, na wspomnianych łąkach żyły nieprzeliczone ilości błotnych ptaków. Już o tym pisałem, ale nie zaszkodzi przypomnieć – rycyki, brodźce, bekasy, czajki, mewy, wszystko za czym ludzie fotografujący dziś ptaki uganiają się po biebrzańskich i warciańskich bagnach. W każdym wypełnionym wodą dole były ryby, przeważnie karaski zwane przez nas japończykami, ale też okonie. W rowach melioracyjnych, szczególnie tych starych, już zarastających, położonych na skraju lasu żyły szczupaki, które na wiosnę poważni mężczyźni tacy jak Stefan czy Tolek wyławiali sufotą, czyli siatką rozpiętą na trójkątnej, drewnianej konstrukcji. O piskorzach łowionych w upalne dni grabiami, w błocie już pisałem. Było tego nieprzebrane mnóstwo. Dziś, w czasach kiedy promuje się ekologię, nie ma po tych wszystkich stworach śladu. Ktoś może zechce mnie przekonać, że są inne. Nie ma innych. Na łąkach przez które ostatnio przejeżdżałem nie ma żadnych ciekawych zwierząt, które mogłyby zainspirować dziecięcą wyobraźnię. Nie ma nawet myszołowów, których kiedyś było tam mnóstwo.

No, ale miałem pisać o dziwnych zwierzętach, a tekst wyszedł o zwykłych. Kiedy chodziliśmy z kolegami z internatu do miasta, a rzecz miała miejsce w Biłgoraju, Piotrek zaobserwował coś naprawdę niezwykłego – było to w olszynie porastającej zabagnienia nad rzeką Białą Ładą – wśród stada srok biało czarnych, uganiających się po gałęziach, była jedna brązowo-biała. Możecie mi nie wierzyć, ale tak było. Nikt z nas nie miał aparatu fotograficznego, ale wielu kolegów to pamięta. Piotrek chciał nawet, za pomocą pożyczonej wiatrówki zastrzelić ptaka i go wypchać, ale się nie udało. Wczoraj zaś byłem w składzie drewna opałowego i brykietu pod Milanówkiem. Mają tam maskotkę. Nie uwierzycie co to jest. To gołąb. Niby taki zwyczajny, ale w całkiem niezwyczajnych kolorach. Jest to bowiem gołąb czarno-brązowy. Pierwszy raz w życiu coś takiego widziałem. Ani jednego białego piórka, brązowa głowa i pierś, a reszta czarna jak smoła. Nogi czerwone. Naprawdę coś niesamowitego.

Najbardziej jednak niesamowita historia jaką słyszałem dotyczyła albinotycznej wrony zamieszkującej kiedyś jeden z polskich ogrodów zoologicznych. Wrona ta żyła sobie tam spokojnie nieświadoma losu, jaki ją czeka po śmierci. W tym czasie, w USA pewien naturalizowany przez Indian Polak, opowiadał wodzom o tym, że w dalekim kraju mieszka sobie biała wrona. Oni, zaintrygowani tą wiadomością, wysłali go do Polski z misją przywiezienia wypreparowanej, białej wrony, którą mieli zamiar umieścić razem z innymi niezwykłymi rzeczami w świętym zawiniątku, chroniącym byt plemienia. Polak pojechał, a wrona jakoś w tym samym czasie zmarła. Nie wiem jak to zrobił, ale omijając wszelkie amerykańskie przepisy dotyczące przewożenia żywych i martwych zwierząt przez granicę, dojechał z ciałem wrony do rezerwatu w jednym z zachodnich stanów i martwy ptak z Polski stał się częścią kultury i wierzeń Indian z prerii. I jest tam ponoć w tym zawiniątku do dziś. Myślę, że to lepsza i bardziej inspirująca historia niż wszystkie filmy Kuca i Tomka Gwincińskiego razem wzięte.

Zapraszam na stronę www.prawygornyrog.pl

  16 komentarzy do “Opowieści o zwięrzętach”

  1. Co było prawdziwym celem nakręcenia filmu „Ptaki”? Przestraszenie nas czy coś jeszcze ?

  2. Nie ma wody, wszystko wyschło. Łowię ryby od dziecka i patrzę na to ze smutkiem, wspomnienia z dzieciństwa mam prawie identyczne. Przyczyn zapewne jest wiele, jakiś specjalista mógłby się wypowiedzieć. Takie trochę stepowienie różnych miejsc w Polsce…

  3. Podobnie z ptakami, tereny które zamieszkiwały przestały istnieć. Jeszcze w latach 80-tych jadąc żółtkiem ze Śródmieścia do Łowicza czy Grodziska, poczynając od stacji Warszawa Ochota za oknem rozciągała się istna dżungla. Teraz beton, osiedla, hale, ewentualnie krótko wykoszona trawa. Europa. 🙂

  4. Polak nie mógł być naturalizowany przez Indian w USA. Indianie są od 1924 r. obywatelami USA. Mógł jedynie zostać przyjęty do narodu indiańskiego, ale rzadko się zdarza, aby ktoś, kto nie może udowodnić, czy miał przodka indiańskiego”, mógł taki status uzyskać.

  5. Ja znam dwóch takich, a teraz już spadaj, okay…

  6. Prawdziwa opowieść przedświąteczna

    Wybrałem się dzisiaj na bazarek, by zrobić zdjęcie dla uzupełnienia ilustracji jarmarków bożonarodzeniowych. Ale to na jutro. Po powrocie do samochodu zacząłem czytać dzisiejszy blog Coryllusa. Gdy doszedłem do fragmentu z ptakami, przed szybą zobaczyłem pozującą sroczkę. Zdążyłem wyjąć mój szerokokątny aparat i zrobić zdjęcie nim odleciała. Natychmiast w jej miejsce przyleciał ten czarny i również zapozował. Nie przedstawił się, więc nie mam pewności jak się nazywa.

    Pozostałe zdjęcia są poprzednich dni. Robiłem je zza szyby samochodu aparatem z porządnym zoomem. W drugim rzędzie mewa lub rybitwa oraz te czarne, co latają stadami. Zdjęcia w trzecim rzędzie pochodzą zza szyb domowych. Karmnik dla sójek zrobiłem od północy domu, więc trudno wydobyć na zdjęciu głębię barw. Z kolei sikorka bardzo wdzięcznie prezentuje się na południowym tarasie w zachodzącym słońcu.

  7. Za oknem widzę sarny, sporadycznie bażanta z kuropatwami, wieczorem  gdzieniegdzie lisz zajęcy już nie ma. Niedawno widziałem daniela, który przeskoczył płot prywatnej hodowli. Z czasów podstawówki pamiętam polowania i zawsze 2-3 wozy drabiniaste pełne bażantów, zajęcy, saren, czasem nawet dzik im się trafił.

    Dzisiaj za to sąsiad hoduje jakieś perliczki czy coś takiego, które się drą 24h/dobe i mamy odglosy jak w parku jurajskim.

  8. jesteś pewien, że szopy? To gatunek amerykański. W Europie spotyka się uciekinierów, ale żeby stado?

  9. Tata moj lapal przepiekne bazanty…

    … w glebokim rowie melioracyjnym, ktory byl tuz za nasza dzialka jeszcze w 70-tych latach… bywaly w nim karaski bo sasiedzi lowili, a potem je jedli.  Nie wiem czy tata te bazanty lapal na rakietke od badmintona, ale bywalo, ze w weekend zlapal z 3-4 dorodnych samcow… jednego takiego duzego cos kolo 5 kg, a moze i wiecej rodzice wypchali na Krakowskim Przedmiesciu i potem wisial na scianie jako ozdoba… az calkiem sprochnial i sie rozsypal. Mama z kolei mowila, ze mieso z tych bazantow jedlismy, ale nie pamietam smaku…

    … a dzis ten row juz nie istnieje.  Stopniowo zarastal, gmina w Baranowie nie chciala go poglebic… az w koncu lat 90-tych sasiad majacy pole za naszymi dzialkami wzial i go zasypal, a teren po rowie melioracyjnym przejal na swoja wlasnosc, bo gminni radni podjeli sobie taka uchwale… pomimo tego, ze wojt – Kolek – ten co w tym roku przegral wreszcie swoja 6 kadencje – wiedzial doskonale, ze pol rowu tj. 1,5 m jest wlasnoscia notarialna dzialkowiczy  !!!

    Takie numery odwalala „nasza wladza” lokalna.

  10. Borsuków jest pełno….

  11. Zwierzęta i stolice

    W centrum Londynu wystarczy mała alejka krzewów, by żyła tam lisia rodzina. Rzym jest zdecydowanie opanowany przez koty. Paryż od zawsze przez „konstytutki”. Bliski Wschód przez kozy. Afryka przez węże. Obrzeża Warszawy mają prawie wszystko.

  12. Zapomniałem napisać, że w Emiratach z dobrym adwokatem łatwiej wymigać się od kary za przejechanie człowieka niż za potrącenie wielbłąda.

  13. Bart mieszka w rezerwacie Browning w Montanie od początku lat dziewięćdziesiątych. Należy do narodu indiańskiego bo ma na to papier. Papier pozwalający Indianom na swobodne korzystanie z dobrodziejstw Parku Narodowego Glacier. Strażników parku też to dziwi. Bart należy również od lat do bractwa Crazy Dogs i najlepiej w rezerwacie wyprawia skóry . Wiem że kilka lat temu na zlecenie rządu Kanadyjskiego brał udział w rekonstrukcji ceremonialnego tipi dla muzeum prowincji Alberta, ze skór sześciu chyba bawołów, na których odstrzał dostali zezwolenie. Nie rozumiem o co Ci chodzi? Wiesz coś lepiej czy tak chcesz się pomądrzyć bez sensu.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.