lipiec 012013
 

Ponieważ w żadnym ze znanych mi opracowań historycznych wielki biznes szesnastego wieku nie został opisany poprzez pryzmat polityki, zupełnie jakby nie miał z tą polityką nic wspólnego, musimy sobie zawiłości i sploty interesów finansowych i politycznych wyjaśniać sami.
Mamy oto znane już nam kopalnie Górnych Węgier, gdzie eksploatuje się kruszce i miedź. Kopalnie te kwitną w czasach panowania króla Macieja, próbującego – bezskutecznie – otworzyć nowy rozdział w historii Węgier, który charakteryzowałby się panowaniem miejscowej, lokalnej dynastii. Dynastii Hunyady, mającej w herbie kruka, czyli korwina. Król Maciej nie ma legalnych dzieci, ma jedynie syna z nieprawego łoża, którego chce jakoś zainstalować na Śląsku i uczynić zeń kogoś w rodzaju zarządcy tamtejszych bogactw. Jak pamiętamy konkurencja na Śląsku nie zasługuje na określenie – duża, ona jest bowiem wprost mordercza. O każdy kawałek ziemi nasączonej bogactwem biją się książęta, biskupi, kupcy i zwyczajne łotry, których zresztą trudno odróżnić od tych wcześniej wymienionych, przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Jan, nieprawy syn króla Macieja wraca zniechęcony na Węgry i zajmuje się zarządzaniem majątkami ziemskimi pozostawionymi przez dziadka, także Jana, słynnego wojownika i człowieka, który w latach 40 i 50 XV wieku ocalił Węgry przed podziałem. Królestwu bowiem cały czas grozi rozbiór. Rodzima dynastia, obojętnie jakie nazwisko będzie nosić i jakim herbem się pieczętować, ma bardzo słabą pozycję wobec roszczeń Jagiellonów i Habsburgów. Póki jednak kraj ma złoto, a ma je z trzech źródeł – ze Słowacji, z Siedmiogrodu i z Rzymu, póki sprzedaje miedź i inne metale, póty żyje i może się bronić. W czasach kiedy przemysł na Słowacji odcięty był od korony, z rozkazu Habsburgów, obrona królestwa spoczywała na barkach magnatów i szlachty, wspomaganych przez Rzym. I ta obrona się powiodła. Na początku jednak XVI wieku ani szlachta, ani magnaci węgierscy nie są już tym, czym byli dawniej. A przede wszystkim nie ma już króla, który – tak jak Maciej, czy jego ojciec Jan – potrafiłby walczyć. Rządzą Jagiellonowie. Najpierw Władysław, człowiek słaby i przez tę swoją słabość bardzo niebezpieczny, a po jego śmierci Ludwik II, którym opiekuje się przybyły ze Śląska Jerzy Hohenzollern von Ansbach, człowiek-tajemnica, spirytus movens wszystkich nieszczerych poczynań wobec królestwa, wobec jego okręgu przemysłowego i wobec odległego Śląska także.
Przez pierwsze lata panowania Władysława Jagiellończyka kopalnie systematycznie podupadały, zalewała je woda, okradali nieuczciwi dzierżawcy i rozgrabiali sami górnicy. Nie było nikogo kto mógłby ten przebogaty obszar uzdrowić gospodarczo i wyciągnąć zeń maksymalne zyski. Taki człowiek jednak pojawił się w końcu. Był to krakowski mieszczanin, przez wiele lat burmistrz miasta, Jan Turzo. Niemcy twierdzą – co już dawno zrobiło się nudne – że Jan Turzo był Niemcem. Jest to bzdura. Był to Węgier zamieszkały w Krakowie i zajmujący się robotami inżynieryjnymi w kopalniach. Na długo przed wydaniem w Bazylei dzieła Georga Agricoli „De re metallica. Libri XII” Jan Turzo wiedział wszystko o wydobyciu, „kunsztach” czyli maszynach pracujących w kopalniach całej Europy, a co najważniejsze był jednym z nielicznych fachowców zajmujących się odwadnianiem wyrobisk i szybów. To były umiejętności na wagę złota, albo czegoś jeszcze bardziej cennego. Jan Turzo korzystał z tego i zarabiał pieniądze. Nie miał ich jednak na tyle dużo, by wydzierżawić od króla Władysława Jagiellończyka cały okręg przemysłowo-górniczy Górnych Węgier. To było za dużo dla Jana Turzo, inżyniera i kupca z Krakowa, urodzonego w Lewoczy, w roku 1437. Żeby zarabiać prawdziwe pieniądze i sięgnąć po prawdziwą władzę Janowi Turzo potrzebny jest wspólnik. Niestety nie było wtedy w Europie ludzi, którzy potrafiliby wyłożyć naraz stosowną kwotę i zapłacić koronie węgierskiej czynsz dzierżawny. Musimy sobie uzmysłowić, że było to przedsięwzięcie tego rodzaju, co dzierżawa Górnego Śląska na rzecz obcego kapitału. Nie na zasadach na jakich się to dokonało w Polsce w latach dziewięćdziesiątych, ale na zasadach uczciwych. Dzierżawca musiałby wpłacić kwotę realnie odpowiadającą wartości aktywów danego obszaru wraz z dodanymi do tego zyskami z eksploatacji. Nawet nie próbujmy sobie tego wyobrażać, bo pęknie nam głowa. To jest nie do pomyślenia. W tamtych czasach jednak znalazł się ktoś taki. Był to dobrze już prosperujący kupiec i bankier z Augsburga nazwiskiem Jakub Fugger.
Spółka Turzo-Fugger została utworzona gdzieś około roku 1496, na pewno przed sądowym mordem dokonanym na księciu Mikołaju Opolczyku w Nysie, co miało miejsce w roku 1497 i w czym maczał palce, z bezpiecznej odległości rzecz jasna, syn Jana Turzo, także Jan – duchowny Kościoła Powszechnego. Spółka ta nosiła nazwę „Ungarischer handel” – „Handel węgierski”, co nie oddawało jej prawdziwej funkcji, ani nie zdradzało jakimi obszarami gospodarki zajmuje się przedsiębiorstwo. Sztandarowym przedsięwzięciem „Ungarischer handel” był handel miedzią na olbrzymią skalę, ale prócz tego spółka spełniała całe mnóstwo funkcji pobocznych, także politycznych.
Udział Jakuba Fuggera w przedsięwzięciu długo pozostawał tajemnicą, bo szlachta i magnaci węgierscy dobrze wiedzieli co się szykuje na świecie i jakie niebezpieczeństwo im grozi, woleliby więc widzieć prędzej samego diabła właścicielem kopalni słowackich, niż jakiegoś Niemca, który był w dodatku najbliższym człowiekiem Habsburgów i dostarczał im gotówki oraz towarów jakich potrzebowali. Nie było oczywiście możliwości, by król Węgier Władysław Jagiellończyk nie wiedział kto stoi za tym wszystkim. W końcu to on właśnie wziął pieniądze za dzierżawę Górnych Węgier i to on je natychmiast roztrwonił, choć wydawałoby się, że nie jest to możliwe w ciągu jednego, nie najdłuższego przecież życia.
Tak więc to co nie udało się w roku 1440 Janowi Jiskrze z Brandysa wysłanemu na Słowację celem odrąbania jej na stałe od korony węgierskiej udało się teraz. I rzecz nie dokonała się bynajmniej za pomocą oręża, ale za pomocą pieniędzy, można by powiedzieć wręcz – złotego interesu, dotacji dla skarbu, zastrzyku gotówki. A może nawet – zbawienia – jak twierdzili niektórzy, albo jak byśmy powiedzieli to dziś – prywatyzacji.
Oto pół wieku wcześniej Habsburgowie wysłali na Górne Węgry swojego najlepszego żołnierza, który miał je okupować tak długo, aż Węgry pozbawione dochodów z kopalń uduszą się i będzie je można podzielić przy pomocy Turków. Plan ten dzięki wzorowej postawie magnatów, szlachty i mieszczan nie powiódł się. Ratowanie królestwa trwało długo, a niebezpieczeństwo było bardzo poważne. Jednak Jan Jiskra umarł w końcu i zagłębie słowackie wróciło do korony po to, by przysporzyć chwały dynastii Hunyady. Teraz jednak – w roku 1496 stało się własnością Fuggera i nigdy już nie wróciło do Węgier.
Popularyzatorzy historii tacy jak Aleksander Bocheński, autor książki „Przemysł polski w dawnych wiekach”, pisząc nazwisko Turzo nie mogą otrząsnąć się z pewnego, dziwnego rodzaju nabożeństwa. Oto – odkrywają w zdumieniu – w Polsce żył człowiek na miarę Rotszylda. I o mały włos, a wszystko wyglądało by inaczej. Przemysł, kapitał, władza silna i scentralizowana, wszystko to było na wyciągnięcie ręki, ale zostało zaprzepaszczone – taką oto postawę prezentuje Bocheński. Dlaczego nie pozwolono mu działać – woła Bocheński, dlaczego nikt go nie naśladował – ciągnie dalej. I to jest proszę czytelników coś czego ja po prostu nie potrafię zrozumieć. Oto wprost jest powiedziane, że cały handel metalami w Europie Środkowej został zmonopolizowany przez człowieka Habsburgów, który posługuje się kilkoma podstawionymi ludźmi, kręci jak chce królem Zygmuntem, a potem jego ludzie to samo czynią z synem Zygmunta, wprost jest powiedziane, że człowieka tego interesują jedynie zyski i nic więcej, a polscy historycy łamią ręce nad tą tragedią, jaką jest dla nich niezbyt mocne i nie całkowite podporządkowanie kraju jego pieniądzom. Łamią ręce nad tą – jedną z wielu przecież – niewykorzystanych rzekomo szans.
Otóż nie było żadnej szansy, a światem niestety nie rządzi postęp, którego celem jest uszczęśliwianie ludzi za pomocą pieniędzy pochodzących z pracy górników co tyrają po 12 godzin na dobę. Wielka finansjera nawet jeśli używa czasem filantropii to w dobrze przemyślanym celu, a poza tym interesują ją zyski. Jan Turzo i Jakub Fugger byli ludźmi zainteresowani zyskiem, a nie podnoszeniem standardu życia mieszkańców monarchii polsko-litewskiej. Byli oni także zainteresowani budowaniem potęgi cesarza i osłabianiem króla Polski, byli zainteresowani ekspansją gospodarczą na Śląsku, co nie udawało im się przez czas długi i tak naprawdę nie udało się nigdy. Śląsk bowiem po śmierci książąt opolskich stał się miejscem aktywności rodziny Hohenzollern, która nie dość, że była dobrze zorganizowana to jeszcze bardzo bezwzględna.
Dla polskich publicystów i historyków takie postawienie sprawy to jednak wprost potwarz, oni bowiem wierzą w szczere intencje ludzi, którzy przywozili do Krakowa miedź i za zarobione na niej pieniądze fundowali tu kaplice, nagrobki i ołtarze. Oni wierzą w wiek złoty, humanizm, i odrodzenie. Wszystkie te pojęcia to cienka kalkomania, pod którą – gdy tylko poskrobiemy paznokciem – znajduje się podobizna Jakuba Fuggera i Jana Turzo.
Kiedy już historycy postawią niczym kufel z nieświeżym piwem tę swoją tezę o utraconej szansie, zaczyna się z miejsca szukanie winnego. Winny jest od 150 lat ten sam – szlachta i magnateria. Z tym, że magnateria zostaje uniewinniona w chwili kiedy przechodzi na pensję cesarza i staje się na powrót winna wszystkiego zła kiedy zaczyna coś w Polsce poprawiać i ulepszać, czyli kiedy domaga się nałożenia ceł na te gigantyczne transporty miedzi płynące do Gdańska Wisłą i do Szczecina Odrą. Bocheński wręcz widzi w tym nałożeniu opłat – niewielkich przecież, ale potrzebnych – przyczynę upadku przemysłu w Polsce. To jest wprost teza obłąkańcza i po prostu naiwna. Postaramy się wyjaśnić tutaj istotną przyczynę załamania tej koniunktury.
Na razie mamy więc wiek złoty, czyli czas zadłużania króla i magnatów u Fugegra, Turzona i całej tej zgrai bankierów, którzy noszą nazwę mieszczan właściwie tylko dla niepoznaki. Są to prawdziwe rekiny finansjery. Stać ich na wszystko – chce król Zygmunt kamienicę dla swojej kochanki Kasi Telniczanki? Proszę bardzo. Boner kupuje. Chce jakąś inną fanaberię? Nie ma problemu. Tylko na jedno nie dają pieniędzy nasi kapitaliści – na wojnę z Moskwą. Tę finansuje się z podatków płaconych przez szlachtę i przez wielkich panów. I to szlachta i wielcy panowie idą na północ ze swoimi pocztami by tam ginąć w bagnach nad Berezyną i górnym Dnieprem. To ważne rozróżnienie bo znamy je także dziś z naszych własnych doświadczeń finansowych – pożyczka tak, podatek nie. Ma to i miało swoje konsekwencje, które widać gołym okiem.
Jan Turzo był w swoich czasach geniuszem inżynierii, ale nie był to, na litość, jakiś zbawca ludzkości. Poza tym, by przemysł stał się dominującym elementem krajowej gospodarki potrzebna jest doktryna – doktryna państwa i doktryna klasy posiadającej. Tego zaś ani Turzo, ani Fugger nie mieli. Nie miał tego w tamtych czasach nikt. Ich klęska była dość spektakularna, a ludzie którzy ich pokonali nie mieli z tego zwycięstwa wielkiego pożytku. Sami bowiem zostali wkrótce osłabieni i zmarginalizowani. Nie uprzedzajmy jednak faktów.
Jan Turzo podwoił, a potem potroił dochody z kopalń miedzi w Bańskiej Bystrzycy, Bańskiej Szczawnicy i w Kremnicy. Zyskami dzielił się z Fuggerem, a towar po odpowiednim przetworzeniu upłynniał w Gdańsku i Szczecinie. Pod Krakowem we wsi Mogiła, dokładnie tak samo jak dziś, istniał wtedy olbrzymi kompleks kuźnic czyli hut zajmujących się przerobem miedzi. Miedź po opuszczeniu huty ładowana była na barki i spławiana dwoma największymi rzekami do dwóch największych bałtyckich portów. Przynosiło to kolosalne zyski, a Kraków wyglądał wówczas jak miasto Wulkana, oświetlone przez cały czas łuną z dziesiątek płonących pieców hutniczych. Bynajmniej nie był tym czym nam się zdaje – gwarnym grodem kupczyków i żaków, rozprawiających wesoło o nowych prądach religijnych i nowinkach intelektualnych. W mieście rządziły wpływowe organizacje posiadające środki i narzędzia, by poskromić każdego, czy to magnata, czy studenta, czy szlachetkę, czy wreszcie samego króla. O ile Kazimierz Jagiellończyk mógł jeszcze uspokoić jakoś szlachtę po zamordowaniu Andrzeja Tęczyńskiego skazując na śmierć czterech mieszczan, o tyle jego synowie zrobić już tego nie mogli. A Zygmunt Stary i Zygmunt August byli prowadzeni wręcz na pasku swoich bankierów. Pod koniec życia ten pierwszy był zadłużony na prawie siedemdziesiąt tysięcy florenów. Dwa do ośmiu florenów kosztowała wtedy pełna zbroja płytowa, o czym przecież pamiętamy. Nikt nie mógł i nie chciał zadzierać z miastem. Obraz jaki nam przekazano – obraz złej i zatabaczonej szlachty oraz dobrych i skrzętnych mieszczan jest obrazem fałszywym, zatrutym wręcz i bardzo szkodliwym. To są po prostu kłamstwa. Król Zygmunt August nie przyszedł do opamiętania nawet po słynnym buncie żaków i opuszczeniu przez nich miasta. Nie było to możliwe gdyż był już tylko przegubem, przez który przepływała gotówka z domów bankowych do składów kupieckich, w których realizował swoje zachcianki. Z innymi władcami nie było lepiej. Ci którzy prowadzili wojny stali się przegubem przesyłowym dla poważnych sum krążących pomiędzy bankami a bandami najemników, których coraz więcej było w Europie. Budziła się nowa epoka – epoka wielkiego przemysłu, epoka totalnej wojny.

  4 komentarze do “Ungarischer Handel. Fragment II tomu Baśni jak niedźwiedź”

  1. Trochę nie na temat.Często i uporczywie podkreśla Pan rolę Anglii jako jednego z ,,głównych rozgrywających” w historii . Jak widzi Pan rolę Niemiec w historii Europy i Świata – byli sprzymierzeńcem Wielkiej Brytanii ? Konkurentem? Przeszkodą?

  2. Niemcy byli zawsze słabszym i oszukiwanym konkurentem. Karol V może mógł się jakoś ustawić korzystniej wobec Henryka VIII, ale ci co przyszli po nim byli bez szans.

  3. „Baśń jak niedźwiedź” zakupiłem dopiero ostatnio i czekam na przybycie…
    Wysłuchałem Pan kilku spotkań z czytelnikami (Youtube.com). Jestem pod wrażeniem. Od dawna mówiłem, że w końcu powinien ktoś opisać historię od strony faktycznych interesów i przepływów kapitałów „przed” i „po”… i wtedy dopiero zrozumiemy czemu takie dziwne rzeczy się działy…
    Polecam książkę (zapewne Panu znaną): Song Hongbing – Wojna o pieniądz. Rzecz o banku anglii i tzw. rezerwie federalnej i „dziwnych” przepływach pieniężnych tuż przed/po… Pzdr i życzę wszystkiego dobrego!

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.