lt. 252021
 

W książkach dotyczących historii i historii kultury występuje zjawisko, które można nazwać chronicznym anachronizmem. Niektórzy autorzy piszą co prawda o anachronizmach w ujęciu pewnych zjawisk, ale o chronicznym anachronizmie nie pisze nikt. Jestem pierwszy. Najlepszym, współczesnym przykładem chronicznego anachronizmu jest książka Waltera Isaacsona, zatytułowana Leonardo da Vinci. Autor powtarza w niej wszystkie stojące w sprzeczności z faktami banały i uważa, że stymuluje w ten sposób emocje czytelnika, a także zaciekawia go niezwykłą postacią, jaką był wybrany przezeń bohater. I teraz ważna rzecz – chroniczny anachronizm występuje w dwóch wersjach. Pierwszą ochrzcimy mianem biedny dureń, a drugą cwana gapa. Isaacson jest niewątpliwie cwaną gapą, która udaje, że nie widzi tego, co widzą wszyscy, a mianowicie braku realizacji projektów Leonarda, który powoduje, że mit skuteczności tego człowieka potrzebny jest komuś do czegoś, a stanowi fakt bezsporny. Nie ma bowiem żadnego istotnego powodu, by Leonarda w ogóle go wspominać.

Chroniczny anachronizm jest więc narzędziem stosowanym planowo, służącym do odwracania uwagi. Są oczywiście badacze, którzy ujmując różne zjawiska syntetycznie i interdyscyplinarnie wskazują na występujące w metodach innych badaczy anachronizmy, ale nie rozumieją oni dlaczego te anachronizmy tam są. Otóż one muszą tam być. Nie są wynikiem ograniczeń umysłowych autorów, ale powoduje je ciśnienie zewnętrzne, wywierane przez hierarchię, albo zła wola. Czasem zdarza się, że ktoś porzuca myślenie anachroniczne i łącząc spostrzeżenia dotyczące różnych dziedzin życia i aktywności zawodowej już to artystów, już to kogoś innego, tworzy opis nie dość, że przekonujący, to jeszcze uwodzicielski. Co się wtedy dzieje? Jeśli gość ma dobre plecy ogłasza się, że jest geniuszem, po czym robi się zeń wariata, wywierając różne naciski, albo wskazując mu towarzyskie lub hierarchiczne uzależnienia, powodujące iż jego teorie nie mogą być głoszone ot tak, powodując dewastację całej, pracowicie budowanej wiedzy anachronicznej. I takim człowiekiem był Jacob Burckhardt, niewątpliwy geniusz, któremu ktoś w pewnym momencie powiedział, żeby przestał robić te swoje odkrycia i zaczął pisać normalnie, jak każdy zatrudniony na uczelni człowiek, który zamierza zająć jakieś miejsce w hierarchii pobierającej państwowe apanaże. Nie wiem jak toczyło się życie Burckhardta i nie chce mi się tego sprawdzać. Wiem, że to co napisał w dalszej części swojej książki Kultura Odrodzenia we Włoszech jest po prostu straszne. A nie dość, że straszne to chronicznie anachroniczne, ale jego niestety nie możemy nazwać już cwaną gapą, jak Isaacsona. Jacob Burckhardt to na nasze nieszczęście wzorcowy typ biednego durnia.

Zacznę od definicji obszaru, na którym występowało zjawisko określane jako Odrodzenie, a nazwane potem przez Vasariego renesansem. Większość autorów pisze o Italii, biorąc przy tym całkiem nieuprawniony i bardzo szeroki zamach. Nie ma żadnej Italii. Odrodzenie to Toskania, podporządkowane Florencji miejskie kalifaty zwane republikami kupieckimi i Rzym, w którym papieże postanawiają przebudować i na nowo urządzić Bazylikę św. Piotra. Czynią to inspirowani przez Florencję, która coś im obiecuje, ale nikt nie pisze dokładnie co. Ja mogę dodać tyle, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Odrodzenia nie ma w Mediolanie, bo Leonardo namalował tam tylko jeden obraz. Nie ma go w Wenecji, choć to miasto Burckhardt entuzjastycznie pod definicję Odrodzenia podciąga, zaraz wyjaśnię dlaczego. Nie ma go też w Neapolu, gdzie rządzi jakiś Żyd, podający się za Ferdynanda Aragońskiego. Człowiek ten ma ksywę Ferrante i poczyna sobie bardzo dzielnie, dopóki zza wzgórz nie wyłoni się francuska kawaleria. Burckhardt nazywa go wprost marranem i ani myśli przestać. Nie ma Odrodzenia także w Ligurii. To są wszystko średniowieczne miasta, które zaczną zmieniać swój wygląd dopiero w stuleciu XVI i to nie pod wpływem idei renesansowych bynajmniej. Najgorsi według Burchardta są Genueńczycy. To jest banda wsioków, chciwych na pieniądze, która nie rozumie, że oto nadchodzi nowy świt ludzkości, który przyniesie powszechne szczęście. Genueńczycy się od tego wszystkiego odcinają i w ogóle nie chcą o tych dyrdymałach słuchać. Tak to opisuje Burckhardt, dodając jednocześnie, że Wenecjanie byli pełni ogłady i poważni, rozumieli nowe idee, ale  pozostawali w stosunku do Florencji w pewnym zapóźnieniu intelektualnym. Przy tej formule zastygłem w bezruchu. I jeszcze raz pogratulowałem sobie w duchu, że nie czytałem tych bredni na studiach. Miasto, które trzęsie połową znanego świata i posiada największą na Morzu Śródziemnym czynna flotę, miasto, które rzuca wyzwanie Turkom, potajemnie z nimi paktując, miasto, które wynajęło swego czasu ludzi do zdobycia i zniszczenia Konstantynopola, pozostaje w zapóźnieniu intelektualnym wobec Florencji, która gdzieś około 1490 roku zdecydowała się wreszcie wysłać dwie galery do Aleksandrii. To samo jest z Genueńczykami. Ich decyzje, intrygi, flota, armia najemników, umiejętność prowadzenia polityki w warunkach rzeczywistej, mediolańskiej okupacji, to jest pikuś wobec florenckiego wysublimowania intelektualnego, które nie może niestety przekroczyć granic Toskanii, bo uwodzicielski geniusz Leonarda, na nikim nie zrobił wrażenia.

Wróćmy teraz do Wenecjan. Burshardt czyni z nich jakichś intelektualnych wice Florentyńczyków, albowiem czynią oni, w nieco mniejszej skali, to co we Florencji robione jest systemowo, planowo i masowo. Chodzi i prowadzenie statystyk dotyczących wszystkich obecnych w mieście jakości i wartości. Florencja produkuje statystyki, Wenecja także, a w tych statystykach widać, co ile kosztuje i ile kto ma. I to jest według Burckhardta podstawa do tego, by nazwać miasto renesansowe dziełem sztuki. Jest ono bowiem zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach i zbudowane zostało na logicznych, a do tego widocznych podstawach. Nie mogę….Na widocznych podstawach. Czyli Burckhardtowi zdawało się, że te statystki były do wglądu? Albo, że były publikowane i rozprowadzane wśród mieszkańców? Z całą pewnością były tajne i służyły tylko jednemu – umacnianiu władzy tyranów. Pięć stron wcześniej, kiedy Burckhardt jeszcze nie zaczął okazywać oznak obłędu, napisał wprost, że to jest system muzułmański. Potem jednak zmienił zdanie i uznał, że to jest sztuka, inspirowana antykiem. Niestety nie wskazał żadnego starożytnego miasta, które by było zbudowane w taki sposób i za podstawę swojej egzystencji uznawało totalną inwigilację majątku obywateli ujętą w statystykach. Nie zauważył, że jego myślenie i sposób opisywania to chroniczny anachronizm, w dodatku, jak przypuszczam, wymuszony.

Ciekawą kwestią pozostaje, kogo Burckardt uważał za zwolenników obywatelskich wolności. Ponieważ dla mnie te kwestie są stosunkowo świeże, byłem trochę zaskoczony. Na pierwszym miejscu jest oczywiście Dante, cesarski propagandysta. I to jest coś niesłychanego – tyrania, wzorowana na afrykańskich emiratach, która zacznie używać sto lat po Dantem propagandy rzekomo wzorowanej na antyku – jest zwalczana przez człowieka pragnącego odnowy imperium. Postać Dantego jest moim zdaniem opisywana i interpretowana źle, ale próby wskazania dlaczego tak myślę, to byłaby chyba z mojej strony za duża bezczelność. Pozostańmy więc przy tych naszych zabawach. Wybór w Toskanii, bo nie w Italii przecież, jest więc następujący – albo tyrański, arabski fiskalizm, albo cesarstwo. Wszystko byle nie powrót do systemu feudalnego. To jest zdaje się istotą promocji, która służy do dziś dnia wciskaniu nam tego całego renesansu, jako źródła nowoczesności i wszystkich rzekomych udogodnień, jakimi możemy się dziś cieszyć. W istocie nie są to udogodnienia, ale ograniczenia, tylko my nie możemy ich tak nazwać, albowiem chłoniemy wiedzę chronicznie anachroniczną. Jeśli, jak chcą uczeni historycy i antropolodzy, miasta Toskanii XV wieku były wzorem dla współczesnych ustrojów, to nie ma powodu, byśmy zamykali granice przed uchodźcami. Niech przybywają, będzie jak dawniej, u początku wielkiej kariery zjawiska, zwanego, nie wiedzieć czemu nowoczesnością. Nowoczesność, jako szczyt anachronicznego myślenia o historii. Taką formułę proponuję na dziś. Na tym kończę, przyjedzie tu dziś nakład naprawdę niezwykłej książki, który będę musiał sam rozładować niestety, a jest ten nakład bardzo duży. Po południu będzie w sprzedaży. Dodam do niej jeszcze jeden ciekawy produkt, a teraz już idę robić pompki, żeby się rozgrzać przed rozładunkiem.

  9 komentarzy do “Chroniczny anachronizm”

  1. Renesans był więc próbą nowego rozdania. Trzeba chyba przyznać, że udaną. Obecnie mamy próbę Wielkiego Resetu. Co prawda, nic jeszcze nie wiadomo, ale też można założyć, że będzie to próba udana. Przychodzą więc do nas zjawiska, które są udane niemal w samym założeniu. To jest dopiero fachowość! Pozostaje jedynie uważać, by fachowość nas nie zwiodła. Bo skuteczność takich eksperymentów to nie jedynie ciąg naszych przyzwoleń, ale też chyba widzialna strona ZŁA.

  2. Fachowość musi się przekładać na skuteczność, a tej nie widać

  3. Dzień dobry. Nie do wiary jak daleko w przeszłość sięgają źródła komunistycznej propagandy, w której nas (mnie) starano się wychować i na którą – jak mi się na ogół zdaje – jestem uodporniony. Ale to błąd. Uodporniłem się tylko na najprymitywniejszą bolszewicką odmianę, adresowaną zasadniczo do kogoś innego i skuteczną w tym zakresie. Do mnie adresowane są te treści chronicznie anachroniczne, wyrastające z tego samego pnia, wymyślone przez tych samych czarowników dawno temu, poustawiane na półkach tajemnych bibliotek i wydawane w odpowiednim czasie odpowiednim funkcjonariuszom do stosowania. Matrix przy tym to Bambi normalnie… Jeszcze raz dziękuję, Panie Gabrielu, za konsekwentne otwieranie nam oczu.

  4. Zastanawiam się też, czy jest jakaś określona liczba poziomów tej propagandy? Czy jest to po prostu starannie nakreślone na bloku technicznym, wszystkie stadia, targety, przeznaczone środki, czy też bardziej luźno: kultura wysoka tyle i tyle, niska tu i tam, sport ten i tamten, motoryzacja, żywność itd…

  5. Szanowny Panie Gabrielu,

    Gdy czytałem Isaacsona zdumienie mnie ogarniało czytając opisy nieudolności Leonarda.

    Kto tak napompował tego celebrytę?

  6. Ja myślę, że tu nic luźnego nie ma. Stawka jest za wysoka, żeby to puszczać na żywioł. Są fachowcy od planowania i od realizacji, stratedzy, którzy planują w horyzoncie dekad jak nie stuleci. I piramidalna struktura, która pozwala względnie prosto utylizować niepotrzebne już niższe poziomy, żeby nie zostawiać świadków i śladów. Możemy się tylko modlić…

  7. Leonardo lansowany na artystę Renesansu

    a ja o lansowaniu polityka 'obozu postępu’

    w jednej z gazet przeczytałam kilkuzdaniowy, bardzo syntetyczny  opis kreowania Hołowni na polityka, otóż wylansowany … -miał być-   kompletnie nowy, ale otoczył się starymi wygami, którzy chcieli aby powróciły czasy beztroskich interesów, otoczył się starym garniturem, politykami z obozu PO,  przesłuchiwany przez nich , czy się nada, głoszony przez niego program wyborczy to efekt drogich focusowych badań pod określony target,  program miał uwieść wyborców – teraz przedstawia się jako jedyna siła która obali PiS,

    no i z tej samej postępowej flanki p. Kramek przypomina, że kluczowe jest wygrać, bo potem mając dojście do kasy … możemy wszystko

    /polecam  ten artykuł aby otworzył malkontentom oczy/

  8. Gloryfikacja Leonardo da Vinci jako wydarzenie polityczne

    18 sierpnia 1912 prasa amerykańska doniosła, że na Sorbonie premier francuski Raymond Poincare w dniu urodzin Garibaldiego w obecności przedstawicieli Ligi Franko-Włoskiej i ambasadora Włoch wygłosił przemówienie na cześć Leonarda da Vinci – ojca awiacji. Korespondent „Le Temps” z Rzymu przypomniał z tej okazji, że Egipt należy do Anglii, Maroko do Francji a Tripoli do Włoch. A w tekście doniesień wspomniano, że Leonardo pofrunął z Mont de Cygnes w pobliżu Florencji. Tak się składa, że kilka dni temu obejrzałem wypowiedź włoskiego historyka z muzeum Leonarda da Vinci, który jasno stwierdził, że Leonardo poznał pewnego młodzieńca, który stawiał na lot szybowy i nawet dwukrotnie dokonał udanych prób zakończonych traumatycznym lądowaniem. Leonardo stawiał na mechaniczne pokonywanie oporu powietrza, ale skończyło się na rysunkach gigantycznych aparatów. I jeden i drugi nie docenili roli ogonów.

    A jednak bez ogona można latać, o czym donoszę w fotoreportażu z włoskiej Ninfy

  9. To miał być komentarz do notki gospodarza.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.