czerwiec 072020
 

Często, do pewnego stopnia w sposób podświadomy (podszyty brawurą lub chęcią zagłuszenia nieznośnego głosu wewnętrznego), ostentacyjnie głoszono przeciwne opinie

Emanuel Małyński „Nowa Polska

 

Nie udało nam się jeszcze wysłać do drukarni biografii św. Ludwika. Wszystko przez niejasności w umowie. Spadkobiercy pana Le Goffa zastanawiają się, czy możemy wydać to w dwóch tomach, bo w umowie jest zapis, że nie można dzielić książki na odcinki i robić z niej serialu. Nie czynimy tego, ale musimy podzielić biografię, żeby w ogóle była czytelna. Mimo tego, że spadkobiercy zainkasowali pieniądze dwa lata temu, od półtora tygodnia milczą i nie udzielają nam zgody na druk. W mojej ocenie nie mają do tego prawa, ale przez grzeczność czekamy. Co innego jednak jest istotne – czas płynie, a my musimy to wydać do 20 czerwca. Wydawca także milczy. Zadali nam pytanie czy chcemy to sprzedawać oddzielnie czy razem. Odpisałem, że razem, nie ma mowy o dzieleniu tego i osobnej sprzedaży. Chodzi o to tylko, by rzecz była czytelna i edytorsko praktyczna. Rafał podejrzewa, że oni specjalnie to przeciągają, żeby nas sprowokować, a potem wysunąć oskarżenie o niedotrzymanie warunków umowy. Wydawnictwo w takiej sytuacji powinno zaproponować aneks i porozumienie, żebyśmy zdążyli, ale póki co taka propozycja nie padła. Nie mam zamiaru dłużej czekać. Jutro dowiem się ile będzie kosztowało owinięcie tego banderolą, żeby nikt nie miał wątpliwości, że jest to jedna całość. Nie wydam tego w formacie kieszonkowym, w miękkiej oprawie, czcionką 11, bo tak chyba wygląda doktryna edytorska, która dominuje we Francji. Ja się z tym spotkałem już wcześniej, a teraz pani z wydawnictwa zasugerowała, że nasza książka nie może być zbyt luksusowa, bo oni wydają książki do czytania.

Kiedyś pewien starszy pan, jak wielu ludzi przed nim przekonywał  mnie, że popularność mojemu wydawnictwu zapewnią wyłącznie Le livre de poche. Nie wiem skąd się to bierze w ludziach, ta pogarda dla czytelnika i treści, i nie mam zamiaru zgadywać. Nie rozumiem, dlaczego książka, żeby znaleźć odbiorcę musi być słaba, wydana na złym papierze, w parszywej okładce, a do tego wydrukowana tak, by czytelnik nie widział liter. To jest niepojęte. Dureń, który to wymyślił, chciał oczywiście zarobić, tnąc wszystkie koszty, a inwestując jedynie w promocję, która zachwalała produkt z istoty wadliwy. Sam sobie pewnie też wmawiał, że książka, którą będzie się czytać w metrze, a następnie pozostawiać tam jako mało wartościowy produkt, zwiększy obroty wydawnictwa. Jeśli milion mieszkańców Paryża kupi jakieś brednie w broszurowej oprawie, a potem zostawi je w metrze i pójdzie po nowe do bukinisty, to z tego wyniknie prosperity, a nie dość tego, jeszcze podniesie się kultura ogólna. Otóż nie, efektem zastosowania tej metody będzie jedynie bałagan w metrze.

W latach pięćdziesiątych metoda ta stosowana była przez wydawców, którzy lansowali literaturę rozrywkową. Nie mam pojęcia jakim cudem przeniesiono ją i zastosowano w edycjach książek popularnonaukowych i akademickich. Intencja zapewne jest ta sama, tyle, że wobec wszechobecnych dotacji, nie ma już mowy o zarobku ze sprzedaży. Jest tylko mowa o podziale dotacji. No i każdy może mieć złudzenie, że zrobił coś, co może być odczytywane jako epizod misyjny. Chodzi mi o to całe, kretyńskie, podnoszenie kultury ogólnej, które nie istnieje i istnieć nie może.

Kieszonkowe wydanie biografii Ludwika Świętego, jest zaprzeczeniem tych wszystkich i tak oszukanych deklaracji. Jest demaskacją, albowiem nie istnieje taka kieszeń, w której można by tę edycję upchnąć. Liczy sobie ona bowiem ponad 1300 stron. Pardon, jest taka kieszeń, znajduje się ona na piersiach polskiego hydraulika pracującego we Francji i odzianego w robocze spodnie na szelkach. No, ale dla wszystkich jest jasne, że on w tym stroju nie wejdzie do metra. Przebierze się wcześniej i zostawi łachy w szatni.

Chcę zwrócić uwagę na te absurdy, bo one pod pozorem krzewienia czytelnictwa unieważniają książkę i prowadzą do jej ostatecznej zagłady. Nikt, żaden producent, ani żaden sprzedawca, poza dotowanymi wydawcami, nie myśli o tym, by zubażać swój produkt i podkreślać w czasie dystrybucji tylko jego zasadniczą funkcję. Nie czynią tego sprzedawcy samochodów, rowerów, nawet piecyków elektrycznych. Nie po to także zatrudnia się grafików w zakładach produkujących okna czy jakieś elementy budowlane. Tylko książka musi być nędzna, żeby zadowolić doktrynerów, którym marzy się powszechna edukacja za pięć złotych. Takich rzeczy nie ma i nigdy nie było. Misja ta – wymierzona w książkę i czytelnika – jest prowadzona celowo, jak sądzę, a do tego z wielkim zaangażowaniem. Nikt nie mówi klientowi – proszę pana, nasz samochód służy tylko do jeżdżenia, nie ma nawet klaksonu, żeby było taniej, a jak się panu znudzi, to zostawi go pan na poboczu i przyjdzie po drugi. Wszystkie są tanie.

Nie ma takich sytuacji, bo sprzedaż samochodów nie służy propagandzie, a jeśli już to w sposób pośredni. Z książką jest inaczej. A zastosowane przy jej produkcji i dystrybucji metody służą przede wszystkim degradacji wszystkich poza autorem, następnie zaś samego autora. No, a na końcu produktu. Najpierw usuwa się grafików, bo treść jest ważna, a książki nie można oceniać po okładce. Inaczej jest na przykład z dziewczynami i każdy je chętnie ocenia po nowych sukienkach, które sobie kupiły. Nie wiadomo dlaczego nie można oceniać książki po okładce, ktoś, kto to wymyślił sugerował zapewne, że grafik i wydawca próbują oszukać czytelnika, odwracając jego uwagę od spraw istotnych i skupiając ją na „obrazkach”, które są po prostu niepotrzebne. Tego rodzaju postawa łączy się, niejako automatycznie, z lansowaniem tak zwanej książki artystycznej, czyli czegoś, co nie nadaje się ani do czytania, ani do podziwiania. Służy jedynie do tego, by zaprzeczać istotnej funkcji książki. To są mechanizmy sprzężone. Po grafikach przychodzi kolej na autora, a potem na wydawcę. I wreszcie czytelnik zostaje sam na sam z dystrybutorem, który ma całkowitą władzę nad treścią. Nie musi wydawać autorów żyjących, nie musi myśleć o tym, by z kimkolwiek konkurować, może wpuszczać w obieg gotowce, które zawierają interesujący go przekaz. Ten zaś ma  formatować czytelnika. Ktoś powie, że przesadzam. Jasne, przesadzam, idźcie do Biedronki, a znajdziecie tam książkę Masłowskiej „Paw królowej”, bo 4.99 za egzemplarz.

 

Ta metoda służy także wychowaniu lub, jak napisałem wyżej, formatowaniu czytelnika. I tu czasem zagląda ktoś sformatowany, kto mówi, że jego nie interesuje grafika, ale treść, bo treść jest ważna. On zaś sam, jest tak poważny, że może konsumować tylko treść. Że też z równym zapałem nie opycha się ktoś taki kartoflami bez soli, albo nie jeździ rowerem bez hamulca. Byłoby dużo wygodniej, taniej, a funkcja użytkowa przedmiotu, podkreślana byłaby co chwila, na każdym zakręcie.

W ciekawy sposób odbywa się wyjaśnianie takich kwestii czytelnikom, którzy nie są na nie przygotowani i sądzą, że wydawcy, dystrybutorzy i autorzy myślą wyłącznie o ich dobru. Nigdy nie zapomnę, jak Jerzy Kosiński łgał w telewizji o tym, w jaki sposób została wybrana okładka jego książki „Malowany ptak”. Otóż on ją sam wybrał, a był to jakiś obraz znanego malarza, do którego prawa wygasły. I wydawca wtedy pochwalił Jurka, że jest taki sprytny, bo nie trzeba będzie płacić za prawa. I ludzie pokiwali głowami ze zrozumieniem, że mają do czynienia z tak bystrym autorem. Być może tak było, ale świadczy to o tym jedynie, że wydawca miał autora za śmiecia, a do współpracy z nim skłoniły go zapewne jakieś zobowiązania pozostające poza prozą Kosińskiego.

No więc, to tak nie działa. Nie działa to w przypadku mojego, małego wydawnictwa i na pewno nie działa w przypadku bogatych wydawnictw amerykańskich. Jeśli zaś idzie o płacenie za prawa autorskie, to chciałem tu jasno zadeklarować, że zapłaciłem za nie i mogę wydać biografię Ludwika IX.

  18 komentarzy do “Doktryna edytorska”

  1. Podobno są takie wydawnictwa, które sprzedają same okładki wypełnione białymi kartkami. Ważne aby na półce dostojnie się prezentowały ☺

  2. Całkowicie się z Panem zgadzam, choć te uwagi nie dotyczą jednak wyłącznie rynku wydawniczego. Kiedyś znany zespół śpiewał piosenkę o ambicjach autora powieści kieszonkowych. Google tłumaczy słowa tak:

    Drogi Panie lub Droga Pani – czy przeczytają Państwo moją książkę?
    Napisanie jej zajęło mi lata – rzućcie chociaż okiem,
    Jest oparta na powieści człowieka o nazwisku Lear,
    A ja potrzebuję pracy, więc chcę zostać pisarzem powieści kieszonkowych,
    Pisarzem powieści kieszonkowych.

    To brudna historia brudnego człowieka,
    Którego nie rozumie jego czepiająca się żona.
    Jego syn pracuje dla 'Daily Mail’,
    To stała praca, ale on chce być pisarzem powieści kieszonkowych,
    Pisarzem powieści kieszonkowych.

    To tysiąc stron – możecie kilka dodać lub odjąć,
    Napiszę więcej w tydzień lub dwa.
    Mogę ją przedłużyć, jeżeli podoba wam się styl,
    Mogę ją całkiem zmienić i chcę zostać pisarzem powieści kieszonkowych,
    Pisarzem powieści kieszonkowych.

    Jeżeli naprawdę wam się podoba, możecie dostać do niej prawa,
    Możecie zarobić milion z dnia na dzień.
    Jeżeli musicie ją zwrócić, możecie przysłać ją tutaj,
    Ale potrzebuję złapać oddech, i chcę zostać pisarzem powieści kieszonkowych,
    Pisarzem powieści kieszonkowych.

    https://www.youtube.com/watch?v=yYvkICbTZIQ

  3. a to jest interes z francuzami ? no ta ja zmówię w tej intencji różaniec.

    Ja  doświadczenia mam takie:

    1) francuska firma chce zawrzeć kontrakt, ale ta druga strona z Polski musi do Paryża przyjechać. Przyjechali. Warunki nieustępliwe z Francuzów strony były takie, że oni bez uprzedzenia mogą zerwać umowę. No i oczywiście umowy nie zawarto, po stronie polskiej zostały koszty podróży.

    2) na początku transformacji, jeden z warszawskich podmiotów otrzymał z Francji dar, był to tir starych pordzewiałych łóżek szpitalnych. Warszawski podmiot musiał się z tym prezentem uporać.

    3) teraz walczą z polskimi mleczarniami, bo francuskie wyroby mleczarskie sa drożej produkowane.

  4. Właśnie czytam Socjalizm i śmierć w twardej oprawie. Nie wyobrażam sobie tej książki w miękkiej oprawie.

  5. Pietro Longhi (1702-1785) czy Pierre Larousse (1817-1875) czyli

    Każdy patrzy na coś innego

  6. ja spojrzałam na tą półkę z oberwanymi grzbietami, też mam taką.

  7. a przed jakim sądem bedzie ewentualnie sprawa się toczyła? bo jak przed polskim, to raczej przyzna rację Panu i można śmiało drukować… jesli przed francuskim lub jakimś arbitrażem to lepiej nie ryzykować…

  8. No dobrze, ale co to znaczy – nie ryzykować? Albo wydam w dwóch tomach z banderolą, albo zawalę termin. I tak źle i tak niedobrze.

  9. sąd polski przyjmie interpretacje, że sprzedaż razem to 1 ksiażka, a w ogóle to nie można takich warunków sprzedaży praw wpisywać,  a sąd francuski może przyjmie wersje korzystną dla obywatela francuskiego, że jedna ksiazka = jeden tom. Zawinięcie tego w banderolę albo sprzedaz w kartoniku z napisem „nie do sprzedaży oddzielnie”. Książki muszą miec jeden numer ISBN.

  10. Jak Francuzi wzięli pieniądze to wydali, mogą nawet mieć ochotę na kolejne.

    Przykładowe objętości ksiażek:

    A. Zięba „Lobbing dla Ukrainy…” stron 790

    J.Dowbór – Muśnicki „Moje wspomnienia” stron 867

    M. Jałowiecki „Na skraju imperium” stron 775

    B. O`Connor „Historia Polski” stron 679

    Książka nie jest filmem a co za tym idzie nie wyczerpuje ani definicji filmu ani tym bardzie filmu odcinkowego tj. serialu.

    1) dwa tomy z banderolą nie są serialem dwuodcinkowym, ale …

    2) tom książki to nie jest odcinek serialu, ale …

    3) brakuje mecenasa Maślanko, on by to wyinterpretował.

    4) obawiając się kłopotów wydrukowała bym książkę 800 stronicową. Zaznaczając w posłowiu, że całość to jeszcze kolejne 500 stron, ale że  jest to efekt braku decyzji po stronie rodziny autora.

    Wtedy pozostawia Pan dalszy ciąg akcji drukarskiej w rękach Św. Ludwika. A on sobie poradzi.

    Ale to byłby czelendż, Pańska książka byłaby grubsza od książki noblistki?

  11. >żaden producent…nie myśli o tym, by zubażać swój produkt i podkreślać w czasie dystrybucji tylko jego zasadniczą funkcję…

    A jednak był we Francji okres, gdy to działało (patrz ilustracja).

    Francuskie wydania Świętego Ludwika w Gallimard liczą 988 i 1264 stron w 1996, a wydanie polskie z 2001 liczy 806 stron. Inne wydania krążą wokół tych liczb. Uważam, że nie warto kopać się z koniem. W końcu to Francja wyprodukowała najpiękniejszy samochód świata.

  12. jasne że wydawca nie chce zubażać swojego produktu, ale czy tamta strona, która nieuczciwie  utrudnia pracę wydawnictwa  –  ma zdolność honorową ?

  13. Ale z jakim koniem? To nie jest proste, nikt nie kupi ode mnie takiego wydania, jak to z roku 1996. Nie w Polsce. Ja tego nie sprzedaję we Francji, nieśmiało przypominam.

  14. To oczywiście uwaga na przyszłość – w takich umowach z zagranicznym podmiotem należy zawsze wskazać przed sądem jakiego kraju i na podstawie czyich przepisów rozpoznawane będą ewentualne spory.

    Zresztą może na postawie treści przedmiotowej umowy da się ustalić obie powyższe kwestie, tym bardziej, że w przypadku kwestionowania przez którąkolwiek ze stron uprawnienia sądu do rozpoznania sprawy, sąd będzie się musiał w tej materii wiążąco wypowiedzieć.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.