Mar 152014
 

Nic nie sprawia mi takiej satysfakcji jak czytanie wywiadów z kobietami pewnymi swojej władzy. To jest jedno z tych wrażeń, jedna z tych emocji, które są prawdziwie elitarne i nie każdy ma to szczęście by się w nich rozsmakowywać. Ja akurat mam, spędziłem bowiem trzy lata wśród wariatek, które żyły wyłącznie władzą i dobrze wiem czym to wszystko pachnie i jak fantastycznie absurdalne wymiary przybiera. Spędziłem, powiadam trzy lata, wśród tych biednych oszukanych kobiet i dobrze wiem jakimi narzędziami zabierać się trzeba do konsumowania ich frustracji. Po pierwsze trzeba sobie uświadomić jedno – władza kobiet nigdy nie jest władzą zdobytą, zawsze jest darowana. I to jest pierwsza rzecz, jaką taka pewna swojej władzy pani usiłuje ukryć. Im bardziej usiłuje ukryć, tym silniej się demaskuje. Nie jest łatwo utrzymać władzę i przekonać wszystkich, że jest ona naprawdę silna, jeśli jest się kobietą. Wymaga to rzeczy niesłychanych, bliskich ekwilibrystyki i trzeba być niezłą emocjonalną akrobatką, żeby się przy takiej władzy utrzymać. Bywa jednak i tak, że wszystkie te zabiegi są poza kobietą, która ma w ręku darowaną władzę, a dzieje się tak wtedy, kiedy obszar, którym się zarządza jest odgórnie wyprofilowany przez siły ciemności, kiedy jest całkowicie spreparowany i fikcyjny z istoty. Wtedy nie trzeba się o nic martwić, bo sytuacja ma ten szczególnych charakter, obecny nieraz w głęboko zaprzyjaźnionych z Lucyferem sektach protestanckich i różnych hinduskich aśramach, gdzie obłąkany guru obmacuje dziewczyny z Nowego Jorku i opowiada im przy tym o nirwanie. Wtedy nie trzeba się o nic martwić, bo każdy z uczestników zabawy zna swoje miejsce i każdy wie co mówić i w jakich momentach, a jeśli nie wie to po prostu wypada z gry. I pół biedy jeśli mamy akurat do czynienia do aśramą, bo skończy się to co najwyżej pobiciem i pozostawieniem bez pieniędzy na przystanku autobusowym gdzieś w interiorze, obok stadka parszywych kóz. Gorzej będzie z sektą protestancką, bo dobrze wiemy do czego zdolni są różni charyzmatyczni pastorzy. Najgorzej jednak sytuacja może się rozwinąć na polskim rynku książki. I ja się do wczoraj aż tak bardzo tym nie niepokoiłem, bo wiem mniej więcej kto gdzie siedzi i czego się po tej czy tamtej obłąkanej babie można spodziewać. Wczoraj jednak w serce me wkradło się zwątpienie i trochę lęku. Tylko trochę, ale wystarczająco dużo, by sprokurować taki tytuł jaki tu widzicie.
Oto w gazowni ukazał się wywiad z Beatą Stasińską, szefową wydawnictwa WAB, czyli osobą wprost odpowiedzialną za cały ten syf i nędzę, jaka jest udziałem polskich autorów i czytelników. Osobą, która moim zdaniem zasługuje na uczciwy proces i solidny wyrok, złagodzony następnie wskutek orzeczenia biegłych psychiatrów, a być może zamieniony wprost na pobyt w domu obłąkanych bez możliwości ubiegania się o zwolnienie bezterminowe.
Pani Stasińska to jedna z tych kobiet, które sprawując swoją darowaną władzę nie musi się przejmować okolicznościami. Ona może na nie zwrócić uwagę, ale przejmować się nie musi wcale. Ona wie wszystko i wszystkich zna i w tym wywiadzie właśnie oznajmia nam jak bardzo jest silna i jak bardzo my wszyscy nie mamy znaczenia. I nie łudźcie się, że jej to minie, że ona jest w czymś podobna do biednych wariatek usiłujących się utrzymać na stanowisku redaktorek naczelnych jednego czy drugiego kobiecego tygodnika. Nic z tych rzeczy. Ona zarządza obszarem sprofilowanym, na którym postaci poruszają się wskutek naciśnięcia guzika. Nawet jeśli są to postaci bez przerwy pijane w trupa, jak pisarz Pilch na przykład, albo kompletnie obłąkane jak pisorz nazwiskiem Kuczok.
Oto na samym początku okazuje się, że fakt, który został tu przeze mnie i Toyaha omówiony dość dokładnie, czyli wystąpienie pisarki Kai Malanowskiej, dotyczące skandalicznie niskich zarobków autorów, nie jest dla rynku książki bez znaczenia. Nie jest to wybryk tej klasy, co zdrada Tessio, pokazana jakże przecież malowniczo w filmie „Ojciec chrzestny”, ale gołym okiem widać, że zarówno dziennikarze z gazowni, jak i sama Stasińska mają głęboką potrzebę, by się do tej wypowiedzi odnieść i to już na samym początku. Kaja Malanowska bowiem zdemaskowała się całkowicie, okazało się, że ona w ogóle nie rozumie po co jest rynek książki i z jakich powodów doprasza się na ten rynek osoby takie jak ona. Wydawało się biednej Kai, że zarobi trochę pieniędzy, w systemie jaki znamy z literatury anglosaskiej, że będzie miała sukces zagwarantowany nagrodami i obecnością w mediach, a potem będzie jej się żyło łatwiej i na pewno piękniej. Nie zrozumiała ta biedna dziewczyna, że jej funkcją jest jedynie dostarczanie usprawiedliwienia dla obecności takiej Stasińskiej, która – jako jeden z kilku zatrudnionych na polskim rynku książki nadzorców – pilnuje by nikt nie robił tu głupstw. Wystąpienie Malanowskiej było z punktu widzenia Stasińskiej tak kuriozalne, że sądzić należy iż Kaja nie dostanie już więcej żadnej nagrody i w ogóle zostanie zapomniana, no chyba, że dokona jakiejś widowiskowej samokrytyki, albo napisze powieść o księżach pedofilach, względnie o tym jak molestował ją ojciec. Wtedy jeszcze ma szansę i może nawet koledzy z Krytyki Politycznej nie będą spluwać na jej widok.
Stasińska nawet nie próbuje w tym wywiadzie się zastanowić nad tym, że może Kaja ma rację, że może dziewczyna ma prawo sądzić iż te nagrody, te śmieciowe paszporty co oni je tam wręczają, te kwity na węgiel z dawno minioną datą ważności, uprawniały ją do jakichś wyższych zarobków. To Stasińskiej nie postoi nawet w głowie, bo ona mówi, że w Niemczech tylko 10 procent pisarzy utrzymuje się z twórczości, a reszta musi sobie jakoś radzić. Ja nie wiem jak, Stasińska zaś na pewno wie, ale nie powie. Przypuszczać należy, że ta reszta to po prostu policyjni kapusie wynajęci do penetrowania różnych środowisk, bo cóż to za autor, który nie potrafi utrzymać się z własnej twórczości. W normalnych warunkach takich autorów nie ma, bo jak ktoś nie znajduje czytelnika, albo wydawcy uporczywie go od tego czytelnika odgradzają promując pisarza Pilcha i pisorza Kuczoka, po prostu przestaje pisać i szuka innego zajęcia. Stasińska jednak i jej mózg zakładają, że takie byki na łące zwanej literaturą pasą się i do tego jeszcze przybierają na wadze. Pisarze bez czytelników, którzy nie mogą zarobić na swojej twórczości. I tym właśnie pchnięciem odpowiada Stasińska Malanowskiej. I cóż my na to? Pozostaje mi tu jedynie złożenie ważnego oświadczenia. Niech pani, miła pani Stasińska, nigdy nawet nie próbuje zbliżyć się do autora tego tekstu, niech pani nie próbuje się doń odezwać słowem – dobrym czy złym – to obojętne, bo człowiek ów z istoty nie toleruje tego rodzaju deprawacji, którym jest pani dotknięta.
Najciekawiej jednak jest wtedy kiedy Stasińska zaczyna definiować swoją misję na rynku książki i pozycjonować czynne tam podmioty i efemerydy. To jest demaskacja dokonana wprost, bez żenady, z taką dozą chamstwa, że aż mnie samego zatkało, choć wiecie jak jestem uodporniony na takie numery. Mówi nam bowiem Stasińska wprost o misji jaka przypadłą w udziale redaktorom z jej i innych wydawnictw. Mówi, że rola takiego redaktora polega na przysposobieniu autora do rynku, a przysposobienie to polega na wspólnej -redaktora i autora – pracy nad tekstem, który według Stasińskiej ma szansę się ukazać w postaci książki, dopiero po kilku latach takich usilnych zabiegów. Rozumiecie, co ona powiedziała? Otóż Stasińska wyszła na niewielki drewniany podest na którym stoi znana nam wszystkim z wojennych filmów drewniana szubienica, a pod nią solidnie już upokorzona Malanowska. Szubienica jest fałszywa, a sznur podpiłowany, ale Malanowska o tym nie wie. Stasińska zaś oznajmia zgromadzonym wprost: słuchajcie gnojki, jak ktoś będzie fikał, to skończy jak ta gówniara. A jak ktoś chce współpracować to musi wykazać się pokorą, cierpliwością i przyjąć nasze zasady. Inaczej będzie po nim. Jeśli ktoś uważa, że przesadzam, niech weźmie do ręki własnoręcznie przepisany fragment jakiejś dobrej prozy, na ten przykład Faulknera i idzie z tym do wydawnictwa WAB. Zakładam się o co chcecie, że ani jeden z zatrudnionych tam redaktorów, ani sama Stasińska nie rozpoznają z czym mają do czynienia. Najpewniej rzecz odrzucą i opatrzą jakąś cierpką uwagą, a jeśli proza zostanie zaakceptowana, rozpocznie się to o czym powiedziała Stasińska – mozolne przysposabianie autora do debiutu rynkowego. Jeśli ktoś jeszcze uważa, że do zarządzania rynkiem treści i idei potrzebne są narzędzia tak nieprecyzyjne i nieskuteczne jak cenzura, ten musi swoją opinię zweryfikować natychmiast. Trzech szefów wydawnictw i gromadka ogłupiałych i sfrustrowanych redaktorów wykonają tę robotę o niebo lepiej.
Kilka lat pracy nad tekstem zanim ukaże się on na rynku….!!! To jest coś niesamowitego. I ten babsztyl śmie patrzeć ludziom w oczy?!
W wypowiedziach Stasińskiej odnajdziemy też pewne lęki, a może nawet nie lęki, ale takie zamyślenie nad tymi ludźmi, którzy nie chcą do końca wsłuchiwać się w głos takich jak ona. Mówi nam Stasińska, że ona akceptuje i nawet podziwia małe, dobrze sobie radzące wydawnictwa, takie jak „Dwie siostry” na przykład. I ja czytam ten fragment i zastanawiam się, czy szefowe tego, bardzo potrzebnego i inspirującego wydawnictwa, mają się już bać, czy może jeszcze zostało im trochę czasu. Czy już mają dzwonić do Stasińskiej i zaproponować cenę za przejęcie swojej firmy, czy może mogą jeszcze poczekać. Ja wszystkim z czystym sumieniem polecam produkty wydawnictwa „Dwie siostry”, one są naprawdę dobre i spełniają swoja funkcję, przeznaczone są zaś dla dzieci. No, a Stasińska uważa, że jej misją, prócz oczywiście niszczenia autorów, jest inwestowanie w młode pokolenia. Sama jednak, ani nikt z osób, które ona darzy zaufaniem, nie potrafią zrobić dobrego produktu dla młodego czytelnika, rozgląda się więc Stasińska za czymś co mogłaby zjeść i udać, że zawsze było to w jej żołądku.
Jasne jest, że wydawnictwo takie jak WAB podłączone jest do dotacji państwowych. Inaczej Stasińskiej nie byłoby w mediach po prostu i nie byłoby tego całego wydawnictwa. Państwo nasze bowiem zawsze wspiera pieniędzmi tych, którzy działają na jego szkodę i na szkodę obywateli, nawet jeśli nie ukrywają oni swojej misji i wykładają po prostu kawę na ławę. Tak więc nie musi się nasza bohaterka martwić sprawami tak prozaicznymi jak zysk, ona się może skupić wyłącznie na aspektach propagandowych swojej działalności oraz na obniżaniu i tak już niskich kosztów. Opowiada, na przykład, że pojechała do Indii, żeby zbadać tamtejszy rynek, gdzie drukuje się dużo książek i ceny za druk są bardzo niskie. Opowiada o dobrych radach, których udzielał jej pewien zaprzyjaźniony izraelski wydawca, który dobrze wie co trzeba robić by odnieść sukces. I Stasińska pouczona przez tego pana także wie: trzeba inwestować w młodzież i całymi latami pracować na tekstami autorów. Nie ma bowiem w Polsce autorów dobrych, są tylko słabi, tych dobrych trzeba dopiero stwarzać, kreować i to właśnie jest według Stasińskiej misja i sztuka prawdziwa, to a nie jakieś nędzne pisanie, jakaś pretensjonalna twórczość.
Oczywiście, zauważa nasza bohaterka, że istnieje coś takiego jak sieć, a w niej jacyś autorzy, ale ona postrzega tych autorów tak jak perfekcyjna pani domu postrzega biegające po kuchni karaluchy. Są, wytępić ich do końca nie można, ale starać się trzeba. Nie ma wśród tych sieciowych autorów żadnych sprzężeń, które pozwoliłby na wypracowanie jakichś solidnych, powszechnie ważnych i istotnych dla Stasińskiej oraz ludzi, którzy dali jej władzę, kryteriów oceny. Trzeba ich tolerować, ale rynek jest przed nimi zamknięty, bo na nim króluje Stasińska i istoty jej podobne. A co się stanie, jeśli ci autorzy wejdą jednak na rynek? Co jeśli zawłaszczą kryteria oceny nie pytając o zgodę ani Stasińskiej, ani zaprzyjaźnionego z nią izraelskiego wydawcy? Tego nam bohaterka wywiadu nie zdradza. Myślę, jednak, że ma w zanadrzu jakieś niespodzianki. Dlatego właśnie powinniśmy bardzo uważać. Jak widać żartów nie ma. Zobaczymy co zrobią teraz z tą całą Malanowska i będziemy mieli niejakie pojęcie o skali ich możliwości. Oczywiście Malanowskiej nic naprawdę się nie stanie, z nami może być znacznie gorzej.
Przeczytajcie sobie ten wywiad w całości, bo są tam jeszcze inne kurioza prócz tych, które opisałem. Mam nadzieje, że lektura ta będzie ostatecznym dowodem na to, z kim mamy do czynienia, z jakim złem i z jakim obłędem.

http://kobieta.gazeta.pl/kobieta/1,107881,15561783,_10_procent_pisarzy_w_Niemczech_zyje_ze_swojej_tworczosci_.html#TRNajCzytSST

Na naszej stronie www.coryllus.pl pojawił się już regulamin konkursu na komiks według „Baśni jak niedźwiedź”. No więc jest tak, mamy trzy kategorie: bitwy, kresy, święci. Do każdej kategorii przyporządkowane jest jedno opowiadanie i można sobie wybrać co się chce rysować. Czy bitwę pod Żyrzynem według opowiadania „Żyrzyn 1863”, czy historię księcia Romana Sanguszki według opowiadania „Baśń kresowa”, czy może historię św. Ignacego de Loyola według opowiadania „Trzydniowa spowiedź kochanka królowej”. Nagrody są niekiepskie, w każdej kategorii po trzy. Za pierwszą 5 tysięcy minus podatek, który w takich razach koniecznie trzeba odprowadzić, za drugą 3 tysiące minus tenże podatek, a za trzecią 2 tysiące minus wspomniany podatek. Myślę, że warto się pokusić, tym bardziej, że z autorami najlepszych prac chciałbym potem podpisać umowy na stworzenie całych albumów, według mojego scenariusza. Aha, jeszcze jedno: na konkurs nie rysujemy całej historii, ale jedynie od 4 do 6 plansz formatu A 4 w pionie. Szczegóły są już na stronie www.coryllus.pl w specjalnej zakładce „Konkurs”. Prace będzie można nadsyłać do 20 maja, a ogłoszenie wyników nastąpi 20 czerwca.
Ponieważ intensywnie zbieramy pieniądze na nagrody, które są dość poważne, umieściłem w sklepie kilka nowych tytułów, są to albumy z archiwalnymi zdjęciami, dość szczególne o tematyce raczej mało spopularyzowanej. Opisy znajdziecie przy zdjęciach okładek. Zysk z ich sprzedaży przeznaczamy w całości na nagrody konkursowe.

Na stronie www.coryllus.pl mamy nowe obrazy Agnieszki Słodkowskiej, ze słynnej już serii „japończyków” mamy też cztery portrety bohaterów naszego komiksu o bitwie pod Mohaczem. Można tam także kupić poradnik „100 smakołyków dla alergików” autorstwa Patrycji Wnorowskiej, żony naszego kolegi Juliusza. No i oczywiście inne książki i kwartalniki. Jeśli zaś ktoś nie lubi kupować przez internet może wybrać się do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie, albo do księgarni wojskowej w Łodzi przy Tuwima 33, lub do księgarni „Latarnik” w Częstochowie przy Łódzkiej 8. Nasze książki można także kupić w księgarni „Przy Agorze” mieszczącej się przy ulicy o tej samej nazwie pod numerem 11a. No i jeszcze jedna księgarnia ma nasze książki. Księgarnia Radia Wnet, która mieści się na parterze budynku, przy ulicy Koszykowej 8.

W sprzedaży mamy już nowy numer kwartalnika „Tatry” poświęcony pionierom zimowego taternictwa. Www.coryllus.pl

  26 komentarzy do “Jak będziemy niegrzeczni to przyjdą nas zabić”

  1. 1 . o władzy kobiet … ksiażka – powieśidło … i film ,, Diabeł ubiera się u Prady .”

    2. Faulkner …. bardzo dobrze … przy okazji ,,AZyl „‚ przeczytać , kto nie zna … kto rządzi w upadającej społeczności … i też funkcja dziewczyny w tej grze którą prowadza faceci ..

  2. Ten fragment o wladzy kobiet, wladzy zawsze darowanej jest genialny. I to, ze od wariatek w takim wydaniu trzeba sie trzymac z dala.

  3. Opisałem jeden z najlepszych przykładów.

  4. Moze jestem naiwny ale narzucaja mi sie pewne pytania.
    1. Czy odpowiedni budzet potrafilby przebic kontrole „autorow” i slowa wydawanego?
    2. Ile taki budzet musialby wyniesc?
    3. Jaki okres czasu budzet taki zasilac by musial autorow niezaleznych by stworzyc wolny rynek?

    Przyznam, ze mam w glowie wysokosci takich budzetow ale chcialbym to skonfronotowac z wiedza pozostalych.

    Czy powyzsze pytania nie sa zbyt szczegolowe?

  5. jest jeszcze taki czynnik finansowy dodatkowy … kryzys , który wielu moich znajomych wyłaczył z grona kupujących …. nawet te trochę wartych kupienia książek

    ja kupuję , bom stuknięta …. ale daleko nie tyle ile bym chciała ….a jest to jedna z moich głównych potrzeb …..

    poza miłością do butów oczywiście 🙂 .. 🙂 ..:)

  6. A gdyby na czele wydawnictwa WAB stał pan Stasiński, to jaka byłaby to wladza? A Tusk jaką ma władzę. Nie darowaną?

  7. Urzekajacy jest fragment wywiadu gdzie Stasinska udziela odpowiedzi na pytanie jak sie szuka debiutantow?- „po omacku i na nosa”. Doceniam szczerosc i profesjonalizm. To najbardziej skuteczna i naukowa metoda. Sprawdza sie zwlaszcza w sporcie.
    Troche zdrowego rozszadku i bazowej edukacji i ten jej biznes jest niczym wiecej niz produkcja makulatury.

  8. Film i Meryl Streep mnie się podobały.

  9. Zawsze z dużą przyjemnością czytam Twoje wpisy o rynku treści.

  10. Znam to z autopsji, też zdarzyło mi się pracować w miejscu, gdzie rządziła kobieta, której władzę darowano – gdzieś wyżej był mężczyzna, który jej tę władze darował. Opis Coryllusa chyba ukazuje ważną prawidłowość…

  11. Ta Stasińska to z rodziny tego Stasińskiego z Wyborczej ?

  12. co to było .. ten David z tatusiem ,
    jak się nie wkleiło to nie wiem
    ja o tatusiu w opozycji niejako do uwagi Mirka , że red S. go uczy ….
    naukę można wyniesć z domu … czyż nie ??

  13. taaaa , też miałam jako szefa panią chorą na władzę … chciała mnie wykończyć mobingiem
    no i poszłam wyżej , delikatnie …. do panów dających władzę … ona też poszła …. za mało błyskotliwa była … jak na tę sytuację .. tu akurat wystarczyło ujawnić i ośmieszyć

    ale to zgroza …

    byłam też szefową dwu pań … i chciałam być ludzka pani ……. no …. zmieniłam pracę ….

    co w tym jest ???

  14. Jeśli to jest żona Stasińskiego, to wcale się o nią nie martwię, jest podłączona do łańcucha pokarmowego tego rynku, może szukać twurcóff na nosa (i zawsze trafi na Grossa – tak mi do rymu zapasowało), hulaj dusza piekła nie ma , a kto jej zabroni moderować teksty, albo przeganiać niepokornych, a kto jej zabroni być wredną , czy nieudolną . Ona może .

  15. oprocz tej prawdy o wladzy kobiet, dochodzi jeszcze jedna wynikajaca z ciaglosci tradcji polskiego bolszewizmu rodem z KPP. To jest lacznik miedzy generacjami, ktore tworzy gazownie. Stasinscy sa w tej bandzie.

  16. Już miałam napisać, że jej gwiazda zblednie, gdy się Stasińskiemu jakas młodsza i ambitna Stasińska nawinie, ale zajrzałam na face book i zobaczyłam zdjęcie pani Beaty, i powiem tak idealne HAUSKOMANDO, (po oczach oceniam) choleryczka, zamordystka, jej gwiazda będzie świecić własnie ze względu na jej twardą osobowość. No więc tej pani nikt długo, b. długo szarogęsienia się nie ograniczy, bo ona ma taki charakter i ma męża gdzie trzeba i się oboje ustawią przy źródle finansowania. A sam redaktor przy żonie choleryczce to w domu pełni rolę drugoplanową, albo nawet trzecio…
    Ale nie trzeba sie poddawać,

  17. Też popatrzyłem w te oczy.Myślę że Mengele by się rozpłakał jakby je zobaczył .Takie spojrzenie predystynuje do porządkowania rynku młodych i obiecujących autorów.Dawniej takie baby rzucały uroki a dzisiaj rządzą rynkiem czytelniczym.Już wolę średniowiecze.

  18. Beata Stasińska to jest jakaś rodzina ze Stasińskim z GW ?

  19. http://www.polskieradio.pl/7/473/Artykul/563375,Dzien-Kobiet-budzi-emocje-Wsrod-kobiet

    znalazłam ją , oprócz tego reprezentacja wariatek, pozdrawiam, ea

  20. Stasińska nie chce finansować lekcji religii. A ja się założę o 2 zł, że dzieci Stasińskich, tak jak i Ola Kwasniewska i 1000 innych dzieci celebrytek i celebrytów (także z TVN) korzystają z kościelnych placówek edukacyjnych, bo boją się wychować w domu drani co jak podrosną to zycie rodziców zamienią w koszmar.

  21. To wyjasnia nam wszystko. Reka reke myje.

  22. Gdyby Polska byla normalnym krajem i byl tu rynek to Stasinska z mezem prowadziliby skup butelek i makulatury razem z Monika Olejnik, ona ma wprawe zaczynala „kariere” wlasnie robiac reportaze w takich miejscach.

  23. Ja kiedys ogladalem spotkanie w programie Moniki Olejnik „Kropka nad I” z kandydujacym wtedy na prezydenta Warszawy Czeslawem Bieleckim i mialem wrazenie ze on skladal zeznania w komendzie milicji w sprawie morderstwa we wczesnych latach 60-ych. Olejnik naprawde nadaje sie tylko do robienia reportazy z punktu skupu butelek.

  24. Stasińska mogłaby pracowac w podziemiach Starówki jako Bazyliszek.Byłaby atrakcją na skalę światową.

  25. hausgestapo – baba z misja… ona chyba lysieje

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.