lt. 082021
 

We wrześniu 1982, konkretnie trzydziestego dnia miesiąca, z pociągu który przyjechał do Mediolanu z Zurichu, wyniesiono ciało sześćdziesięcioośmioletniego mężczyzny. Zmarł on w czasie drogi, a przyczyna zgonu nie została dokładnie ustalona. Na dworcu mediolańskim nikt dokładnie nie orientował się kim był zmarły. Jego tożsamość jednak została wkrótce ujawniona. Był to sławny, znany wśród wszystkich, jak świat długi i szeroki, uczonych humanistów, profesor Horst Waldemar Janson, autor monumentalnego dzieła zatytułowanego po prostu Historia sztuki. Dzieło to uchodzi do dziś za najczęściej wznawiane kompendium wiedzy o sztuce. Podpisane zaś zostało inicjałami imion i nazwiskiem uczonego – H.W. Janson. W sieci można znaleźć informację, że wydano je, za życia autora, w łącznym nakładzie, czterech milionów egzemplarzy (niektórzy piszą, że dwóch), przetłumaczono zaś na czternaście języków. Czy tych milionów było dwa czy cztery, nie ma w sumie większego znaczenia, albowiem i jedna i druga liczba wskazuje, że urodzony w Petersburgu 1913 roku profesor uniwersytetu w Nowym Jorku, pół Łotysz pół Niemiec z rosyjskim paszportem, był człowiekiem bardzo zamożnym. Jego dzieło zaś stanowi wzorzec dla wszystkich opracowań na temat sztuki i w zasadzie nie podlegało ono krytyce aż do czasów najnowszych, kiedy to środowiska feministyczne wytknęły Jansonowi, post mortem, seksizm i mizoginizm, albowiem w swoim opracowaniu pominął artystki, wspominając jedynie artystów. Jak to dobrze, że nie pominął gejów, bo wywlekliby go dziś z grobu.

Dzieło profesora Jansona stoi u mnie na półce od lat i na palcach jednej ręki mogę policzyć te momenty, kiedy do niego zaglądałem. To nie jest wcale straszne, uważam, że to jak najbardziej naturalna reakcja, albowiem nie ma nic bardziej nudnego, nic bardziej fałszywego i pretensjonalnego, jak teksty dotyczące wielkiej sztuki i wielkich artystów. Nie wiem, jak to się stało, ale wczoraj coś mnie podkusiło i położyłem na kolanach ten opasły tom, a następnie odnalazłem wstęp do rozdziału poświęconego renesansowi. Przeczytałem dwa pierwsze akapity i zastygłem w bezruchu. Zacytuję je teraz, żebyście też mogli poczuć ten dreszcz.

Przy omawianiu okresu przejściowego pomiędzy klasyczną starożytnością a średniowieczem wskazaliśmy na istotny punkt zwrotny, jakim było pojawienie się rozdzielającego obydwie epoki islamu. Pomiędzy średniowieczem a renesansem podobna sytuacja nie miała miejsca, choć wieki XV i XVI były świadkami dalekosiężnych w swych skutkach wydarzeń, takich jak upadek Konstantynopola i podbój południowo-wschodniej Europy przez Turków, wyprawy odkrywcze, które doprowadziły do powstania zamorskich imperiów w Nowym Świecie, Afryce i Azji, a w następstwie – do rywalizacji Hiszpanii i Anglii jako głównych potęg kolonialnych, a także głęboki przełom reformacji i kontrreformacji. Żadnego z nich, mimo ogromnych konsekwencji, jakie za sobą pociągnęły, nie można jednak nazwać czynnikiem sprawczym nowej epoki, wystąpiły bowiem w czasie gdy renesans był już w pełnym rozkwicie.

Nie wiem w zasadzie od czego zacząć. Może od tego, że nawet ludziom najbardziej bystrym zdarza się pomylić skutek z przyczyną. Jeśli chcielibyśmy oceniać profesora Jansona po tym fragmencie, musielibyśmy stwierdzić, że był idiotą. Zacznę od końca jego wywodu. Zanim doszło do rywalizacji Hiszpanii i Anglii na Atlantyku przez dwa stulecia toczyła się walka na śmierć i życie pomiędzy Hiszpanią a Turcją na Morzu Śródziemnym. Walka ta miała za tło przemiany w sztuce i kulturze zwane renesansem. Trudno doprawdy tego nie zauważyć, tak samo jak trudno nie zauważyć, że sułtan Mehmet został ogłoszony nowym Aleksandrem w czasie kiedy Florencja szczyciła się tym, że jest niczym nowe Ateny. Trudno nie zauważyć florenckich agentów na dworze sułtańskim, ani nie skojarzyć, że Węgry, które za pośrednictwem i na kredyt wzięty u Medyceuszy, implantowały u siebie kulturę renesansu, to znaczy zrujnowały się w imię idiotycznych celów, zostały następnie napadnięte i zniszczone przez potomka „nowego Aleksandra” czyli Sulejmana zwanego Wspaniałym. Zupełnie tak samo, jak Lorezno de Medici zwany il Magnifico. Wszystkie te zbieżności mało interesują profesora Jansona, podobnie jak Unia Florencka, albowiem uwydatniły się one już wtedy kiedy renesans istniał. Co to znaczy istniał? To znaczy, że drzwi do baptysterium florenckiego zostały już wykonane i Donatello, a także Nanni di Banco zdołali już wykonać swoje pierwsze projekty. Myśl, że owe projekty, których wykonanie trwało nieraz całe dekady, i które w morzu realizacji artystycznych Italii, stanowią jakieś drobne okruchy, zostały zaliczone do nurtu renesansowego post factum, „wbrew factum”, a także na zasadzie wskazywania prostackich bardzo podobieństw i różnic, nie postała w głowie mądrego profesora Jansona, albowiem on miał, w swoim dziele potwierdzić i utrwalić na kolejne pięć pokoleń, to co zostało przed nim napisane przez autorów takich jak Aby Warburg i Erwin Panofsky. Ci zaś byli kontynuatorami piśmiennictwa, które rozpoczął, w XVI wieku Vasari. Metoda ta polega z grubsza na tym, by uciec jak najdalej od okoliczności powstawania dzieł i uwikłań, w jakich żyli artyści, zająć się rzekomymi podobieństwami poszczególnych, nieraz bardzo od siebie w czasie i przestrzeni oddalonych obiektów, a także anegdotami z życia artystów, którzy jawić mają się nam, jako istoty ekscentryczne i wyalienowane. Nic się w tej kwestii nie zmieniło do dziś.

Popatrzmy teraz jak to wygląda w wykonaniu Horsta Waldemara Jansona.

Na przykładzie fragmentu tego dzieła – jednego z aniołów podtrzymujących mandorlę wokół Madonny możemy obserwować zadziwiające i gwałtowne zmiany, jakie w ciągu kilku lat nastąpiły w twórczości rzeźbiarza (Nanni do Banco). Stylem bowiem figura odbiega zarówno od stylu Quatro Coronati, jak i od gotyku międzynarodowego, przywodzi natomiast na myśl szybujące anioły Mistrza z Flemalle, zaliczanego do twórców późnego gotyku. Obaj artyści, niezależnie od siebie i w tym samym czasie , odkryli przekonujący sposób wyobrażenia aniołów w locie – obaj przyodziali je w zwiewne , obszerne szaty, o niespokojnych draperiach, sugerujących silny podmuch wiatru. Jednakże gdy sylwetka niderlandzkiego anioła gubi się w fałdach szaty, ciało anioła z płaskorzeźby Nanniego, zaokrągla się pod materią tak sugestywnie, iż odnosimy wrażenie, jakby postać ta wznosiła się dzięki własnej energii, miast poddawać się biernie prądowi powietrza, wzorem swego północnego odpowiednika.

I tak jest przez całą książkę. Nanni do Banco nie miał pojęcia, że istnieje mistrz z Flemalle, był uczniem Donatella, żył krótko i miał poważne braki warsztatowe jeśli porównać go z jego mistrzem, ale „odkrył” i to w tym samym czasie, co jego kolega z Niderlandów, sposób malowania aniołów w locie. O zadziwiających i gwałtownych zmianach zachodzących w obszarze wymagającym takiej pracy jak rzeźba, nie chce mi się nawet wspominać.

Błogosławię Pana Boga za to, że zamiast na wykłady ze sztuki nowożytnej kierował moje kroki do lokalów z wyszynkiem, i będę go za to sławił do końca dni swoich. Kto wie, co by się ze mną stało gdybym marnował czas na tych wykładach.

Zainteresowałem się kim był ten Nanni do Banco, bo facet miał ciekawe nazwisko. Zajrzałem do Vasariego, który też stoi tu obok i do którego nie zaglądałem chyba nigdy. Napisane tam jest, że Nanni pochodził z bardzo zamożnej rodziny. Informacja ta jednak opatrzona jest przypisem, który dołączył prof. Karol Estreicher, przygotowujący do druku dzieło Vasariego i tłumaczący je na polski, w przypisie tym zaś jest informacja, że to chyba jednak nieprawda, bo nie ma nigdzie potwierdzenia że facet nazwiskiem di Banco był zamożny. Ja wiem, że po włosku banco to ławka, nie musicie mi niczego tłumaczyć. Wiem także, że te wszystkie miło brzmiące w naszych uszach nazwiska sławnych mistrzów, to po prostu ksywy gangsterów wymuszających na klientach wielkie honoraria za swoje, nieraz bardzo problematyczne dzieła. Taki Sandro Botticelli, autor sławnego obrazu Narodziny Wenus, to po polsku Olek Beczułka.

Zacząłem przeglądać tego Vasariego i było tam jednak coś, co mnie zainteresowało. Donatello, nigdy nie umawiał się dokładnie co do wysokości honorarium. Potem dochodziło na tym tle do różnych scysji, które nie są przez badaczy zajętych sposobem malowania aniołów w locie, interpretowane w żaden sposób. I tak pokłócił się pewnego dnia Donatello z jakimś genueńskim kupcem, którego nazwiska Vasari nie wymienia. Zrobił dlań głowę nieznanego z imienia świętego, a zaprotegował go u owego kupca sam Kosma de Medici. Po ostrej kłótni o pieniądze, Donatello, zwalił głowę ze schodów, a ta się rozbiła. Kiedy mu proponowano, by za podwójną stawkę zrobił nową, odmówił. Później zaś pojechał pracować dla Wenecjan, wykonywał różne rzeczy w Padwie.

Proszę Państwa jeśli można napisać, że dwaj artyści oddzieleni od siebie tysiącem kilometrów i wielkimi górami jednocześnie „odkryli” sposób malowania aniołów w locie, to chyba mogę tu zasugerować, że ów nowy, rzekomo antyczny, sposób traktowania artystów, polegający na ich upodmiotowieniu, służył dewastacji budżetów przeznaczonych na sztukę i ponoszeniu cen do wysokości wcześniej nieznanej. To zaś było mechanizmem pozwalającym na rozwalanie budżetów całych państw, takich jak Węgry i Polska. Można też chyba napisać, że rodzina de Medici zajmowała się stręczeniem swoich mistrzów wszystkim wokoło, stanowili oni bowiem taki sam segment towarów eksportowych Florencji, jak wyroby tekstylne. Zostawmy na razie Donatella i Nanniego di Banco i spróbujmy znaleźć, w języku polskim, cokolwiek, co ułatwiłoby nam zrozumienie stosunków politycznych i gospodarczych w Italii XV i XVI wieku. Kiedy wpisujemy w wyszukiwarkę allegro słowa historia Florencji, czarodziejski ten mechanizm ujawnia przed nami niezliczone ilości przewodników po tym mieście i jedną, starą bardzo książczynę, zatytułowaną Życie codzienne we Florencji. Tyle, nic więcej nie ma. Kiedy w tą samą wyszukiwarkę wpiszemy słowa historia Mediolanu, ujrzymy wyłącznie przewodniki i jakieś nowelki pisane w latach pięćdziesiątych przez komunizujących, włoskich autorów. Nie ma nic więcej. Całe piśmiennictwo dotyczące Italii renesansu, czasów jej przemożnego wpływu na całą Europę, czasów upadku Węgier i tajemnych związków republik z „nowym Aleksandrem” jego dworem i jego następcami, obraca się wokół malowania aniołów w locie i draperii układających się na ciałach tych bezcielesnych ponoć istot. I niech mi kto powie, że rodzina de Medici to nie byli mistrzowie długofalowej propagandy.

Piśmiennictwo takie ma długą tradycję, a jego ciągła żywotność, wręcz potworna i nie dająca się niczym zwalczyć, opiera się na głębokich, chorobliwych frustracjach autorów. Oto fragment wznowionej niedawno pracy XIX wiecznego publicysty polskiego Juliana Klaczki.

Wczesną jesienią roku 1872 zwykło było zbierać się w willi hrabiny Albanii pod Florencją małe doborowe kółko gości, z którymi bez wstępów i ceremonii(senza complimenti, jak się mówi za Alpami) pozwolimy sobie zaznajomić czytelnika. Bywał tam więc nasamprzód książę Silvio z wielkiego domu Canteranich, który się chlubił tym, że dał chrześcijaństwu niejednego nawet papieża….

Nie mogę. Chciałem cytować dalej, ale nie mogę, coś rośnie mi w gardle. Sami rozumiecie…Produktem współczesnym tej hucpy jest oczywiście Twardoch sączący latte na tarasie hotelu pod Florencją i podziwiający mgły snujące się między cyprysami. To jest nie do wytrzymania. I nie do zabicia. Nie można bowiem wytłumaczyć durniowi, że jest durniem. Tym mniej to jest możliwe, w im większej liczbie języków obcych dureń potrafi prawić komplementy. I nie chodzi bynajmniej o komplementy skierowane do pań, chodzi o komplementy skierowane do sponsorów, którzy nie mogą być przecież nikim innym, jak tylko współczesną wersją rodziny de Medici.

Powróćmy teraz do Donatella i jego ucznia nazwiskiem di Banco. Ten ostatni wyrzeźbił, jak twierdzi Janson, jedną z pierwszych rzeźb, które można nazwać renesansowymi – Quatro Coronati, tłumaczonych na polski, jako Czterej święci ukoronowani. To są czterej mężczyźni stojący w niszy, w kościele Or san Michele we Florencji. Nikt nie wie kim są, nazwa została im nadana na wyrost, żaden nie ma korony i nie jest podpisany, żaden też nie ma atrybutów chrześcijańskiego świętego. Nie wiemy więc, czy nie są to jacyś poganie, specjalnie umieszczeni w tym miejscu, by zmienić jego wymowę i charakter.

Vasari cytuje anegdotę następującą: Nanni skończył to dzieło, ale okazało się za wielkie i nie mógł tych świętych czy też rzekomych świętych ustawić we wnęce. Poprosił o to Donata. Ten, który był, jak można wnosić s opisu Vasariego, wielkim zgrywusem, zgodził się na to. Poprzycinał figurom ramiona i łokcie, poustawiał je tak, by wyglądali, jak gadający ze sobą znajomi i wepchnął do niszy. Janson jednak o tym nie pisze, ekscytując się ich monumentalnym charakterem, wykraczającym daleko poza ramy nakreślone przez średniowiecznych twórców.

Nikt nie wie kim jest sławny Zuccone, czyli Łysek. Facet bez włosów wyrzeźbiony przez Donatella. Vasari pisze, że to Giovanni di Barduccio Cherichini, o którym ani pół słowa nie można znaleźć. Estreicher i inni za nim poprawiają jednak Vasariego, albowiem wiedzą lepiej, nie wiadomo na jakiej podstawie, i piszą, że to wyobrażenie Hioba lub proroka Habakuka.

Najlepszy jest jednak opis stojącego w płytkiej niszy kościoła Or san Michele św. Jerzego, dłuta Donatella. Powściągana energia odbija się w oczach świętego, bacznie obserwującego horyzont w oczekiwaniu nieprzyjaciela. Rzeźba ta powstała kilka lat po ustawieniu w tym samym kościele, w podobnej niszy figury św. Marka wykonanej przez tegoż Donatella.

Oczywiście skojarzenie tych dwóch wizerunków z polityką Florencji wobec dwóch najważniejszych sojuszników republiki – Wenecji i Genui, z którymi rodzina de Medici wspólnie zwalczała Viscontich z Mediolanu, przekracza funkcje poznawcze prof. Jansona. Tak by się mogło zdawać, ale my też rozumiemy to i owo i wiemy, że Janson, a także inni historycy sztuki, choć en masse robią wrażenie idiotów, w rzeczywistości nimi nie są. Oni po prostu wykonują prace zlecone i biorą pieniądze za to, by odwracać naszą uwagę od spraw istotnych.

Powtórzę: nie ma po polsku ani pół słowa o historii Mediolanu i są jakieś strzępki istotnych informacji o historii Florencji. Wszystko to podawane jest w sosie z draperii i monumentalizmu nawiązującego do nigdy przez artystów florenckich nie widzianych dzieł starożytnych.

Tradycja prokurowania tych kłamstw, przeinaczeń i iluzji jest silniejsza niż wszystko. Dlatego, jak sądzę, trzeba będzie poświęcić kilka lat, na wydawanie numerów kwartalnika poświęconych wyłącznie sprawom włoskim.

Na razie mamy Genuę.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-nr-27-genuenski/

  17 komentarzy do “Kłamstwo założycielskie czyli fundamenty wiedzy fikcyjnej”

  1. Na pierwszej lekcji z polskiego , nauczycielka wygłosiła nam zdanie, że uciekający z Grecji artyści dali Włochom  podkład pod renesans. następnie na lektoracie z jęz włoskiego w Instytucie Włoskim gdzie w podręczniku większość czytanek to były anegdoty o rzeźbiarzach i malarzach włoskich, zrewidowałam słowa polonistki, że z Grecji uciekli  przed Turkami nauczyciele rzeźby, a nie artyści, bo nie było w tych czytankach nawiązania do imion , nazw greckich . Tyle w temacie, gdyby nie czytanki z podręcznika do języka włoskiego to nie znałabym do dzisiaj więcej jak pięciu nazwisk tych renesansowych artystów i anegdot z ich życia.

    teraz okazuje się że ciągle wiemy niewiele …

    No to czekamy …

  2. Jasne, z Grecji uciekli nauczyciele antycznej rzeźby…

  3. A jak to się stało, że ci nauczyciele przeżyli?

  4. Dzień dobry. Bardzo słusznie, Panie Gabrielu. Trzeba się tymi Włochami zajmować. „Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu”, szczególnie dla nas, Polaków. I pewnie większość dręczących nas pytań tam znajdzie odpowiedzi. Dziś Cesarstwo pilnuje się samo i ma się nieźle chyba, z Papiestwem – widzimy jak jest. Włosi zapewne kontynuują swoją politykę działania w sekrecie, ale być może dzięki temu Brytole wszystkiego im nie wykradli, ciągle ich archiwa muszą zawierać masy skarbów, zwłaszcza że nie płonęły, jak nasze, nawet te współczesne.

  5. W takich okolicznościach zastanawiam się, czy papiestwo nie zostało zmuszone do zbudowania nowej bazyliki w Rzymie i dobrze że to zrobiło. Rozwalenie starej i postawienie nowej na kilkadziesiąt lat dało pracę całej rzeszy tych wykolejeńców z dłutem i pędzlem, a przede wszystkim papiestwo mogło kupić lojalność, albo raczej spokój, Florencji i i kilku pozostałych potęg włoskich. Pewnie gdyby papież upierał się przy starej bazylice, Sacco do Roma dołączyłoby do kanonu oficjalnych dat kończących średniowiecze w XV w. a to byłoby jedynie preludium dalszych upokorzeń.

  6. Jak zostałem amatorem-detektywem historii sztuki

    Przez lata szukałem autora obrazu, który wisiał w salonie rodziców. Wreszcie w kwietniu zeszłego roku natrafiłem na rosyjską aukcję internetową i znalazłem kartę pocztową Printed in Germany adresowaną do szpitala w Moskwie w roku 1916. Spóźniłem się na licytację o dwa tygodnie, ale powiększyłem zdjęcie internetowe i ze smutkiem zauważyłem, że karta pocztowa zawiera więcej szczegółów, a więc mój obraz jest kopią. Nadal frapuje mnie, co to za artysta od pejzaży śródziemnomorskich namalował obraz, który był potem kopiowany i nawet wykorzystywany w wyszywankach,

    Zobaczyć Neapol i umrzeć

  7. El Grecco to 100 lat później, ale jednak uciekł.

  8. nie wiem jak to się stało, może się jakoś okupili, może dla Turków byli szóstorzędni w tureckim szeregu ważności a może (przepraszam za niby dowcip) udawali wypuconą klepkę i zlani z podłożem uniknęli najgorszego

    nie wiem …

  9. I tworzył dzieła bliskie antykowi? To pan chce powiedzieć? Nie rozmawiamy o ucieczkach, ale o stylu

  10. Problem w tym, że Bizancjum prawie nie rozwinęło rzeźby, poza płaskorzeźbami z kości słoniowej, a to są raczej małe formy. Natomiast sztuka zachodu jak najbardziej: nagrobki, portale katedr. Po Europie krążyły wzorniki, nie trzeba było jechać do Rzymu, żeby sobie coś odrysowac.

  11. Centrum tych nowinek  była Mistra, to może jednak jakieś antyki artyści widzieli? Tym bardziej, że tam też działał neoplatonik Gemistos Plethon, co to na dworze sułtana Murada II studiował. Spacerując pod morwami i dyskutyjąc o filozofii różne rzeczy można zobaczyć…

  12. >Nikt nie wie kim jest sławny Zuccone, czyli Łysek. Facet bez włosów wyrzeźbiony przez Donatella. Vasari pisze, że to Giovanni di Barduccio Cherichini, o którym ani pół słowa nie można znaleźć. Estreicher i inni za nim poprawiają jednak Vasariego, albowiem wiedzą lepiej, nie wiadomo na jakiej podstawie, i piszą, że to wyobrażenie Hioba lub proroka Habakuka.

    „I inni” na angielskiej wiki uważają, że Łysek-Zuccone to biblijny prorok Habakkuk, a inni „i inni” na włoskiej wiki podają za Vasarim, że model Giovanni Chiericini był bogatym z niczego przeciwnikiem Medyceuszy. Jeszcze inni twierdzą, że był lichwiarzem lub braciszkiem zakonnym. Najlepszy jest Michał Mutermilch, który uważa, że Zuccone to portret do złudzenia podobny do znanego ze swej brzydoty potwornej obywatela florenckiego Barduccia Chrichini. A jednak wg Vasariego Donatello był niezwykle dumny ze swego dzieła, był gotów na nie składać przysięgi i prosił, by przemówiło.

  13. twarz o urodzie teutońskiej

  14. Pewnie widzieli, ale czy się na ich widok aż tak ekscytowali, jak to opisują kompendia do historii sztuki, to wątpię

  15. Jedno nie ulega wątpliwości, że to Murad II i Pleton-Plotyn-Platon potrójnie inkarnowana Budda miejscowa, byli prawdziwymi ludźmi renesansu.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.