mar 042024
 

Moje nieliczne, ale jednak podejmowane próby, by zorganizować jakąś imprezę na terenie kościelnym, zawsze kończyły się tak samo – głuchym milczeniem, albo serią pytań w rodzaju – kim pan jest, kto pana popiera i czy bierze pan dotacje? Żaden bowiem przypadkowy człowiek znikąd, nie może tak po prostu wynająć salki katechetycznej czy większej sali konferencyjnej z przeznaczeniem na spotkanie autorskie czy wykład. Wyjątkiem są oczywiście ojcowie karmelici, do których jadę w czwartek, 7 marca. Będę opowiadał o jezuitach, wykład trwał będzie trzy godziny i każdy może przyjść pod warunkiem, że wrzuci jakiś grosik na tacę.

Z największą łatwością za to na teren kościelny wchodzą ludzie głoszący różne nieładne rzeczy o Kościele, albo próbujący ten Kościół modelować po swojemu. I mowy nie ma, żeby ktokolwiek im zwrócił uwagę. Ludzie ci bowiem mają gwarancje mediów i są popierani przez jakieś środowiska, czyli przez jakieś hierarchie opierające na kolejnych gwarancjach innych „zasłużonych” osób. I nie ma żadnego znaczenia ile i jakich demaskacji i autodemaskacji narośnie wokół takiej postaci – raz wydane pozwolenie działa zawsze. Bezradność i niesamodzielność gospodarzy kościelnych nieruchomości jest, dla mnie przynajmniej, zaskakująca. Są oczywiście takie miejsca, gdzie nawet mnie zapraszano, ale ja się z kolei obawiam, że nasza obecność tam spowoduje taką lawinę donosów do osób prawdziwie decyzyjnych, że będą z tego tylko same kłopoty. Bez uznanych zasług nie ma wstępu na teren Kościoła. Te zasługi zaś oceniane są według kryteriów, które na naszym z kolei terenie nie obowiązują.

Hołownia już na zawsze pozostanie Polakiem-katolikiem, który publikował wzruszające i szarpiące serce teksty, a także „dawał do myślenia” tym, co chcieli wziąć rozbrat z Kościołem. Terlikowski już do końca życia będzie wybitnym katolickim publicystą i nawet gdyby się okazało, że jest agentem KGB, wszyscy by mu współczuli i gratulowali odwagi. Poza tym ilość okazji do skomentowania jego postawy zniwelowałaby wszystkie grzechy, stałby się memem, z którego toczono by bekę. Bez sekundy zastanowienia nad tym co się dzieje wokół. Cała bowiem współczesna głasnost’ jest dopuszczalna, albowiem ludzie, przejęci autoprezentacją, zapominają po co wynajmuje się i do czego katolickich publicystów. No i w każdym, najmniejszym, ruchu czy sensacji w przestrzeni publicznej widzą szansę dla siebie. Uważam, że należy zrezygnować z tych szans, stąd pomysł na spotkania katakumbowe, bez rozgłosu i bez parcia na szkło. Pierwsze – przypominam – odbędzie się 12 kwietnia 2024 roku, w pałacu w Ojrzanowie, a gościem będzie Piotr Naimski. Nikt  nie jest zaproszony poza osobami, które znajdą się na liście. Ta jest jeszcze otwarta, ale niebawem zostanie zamknięta. Na spotkaniu będę zbierał co łaska na wynajęcie sali.

Na miejscu będziemy emitować wyłącznie komunikaty nie posiadające żadnych organizacyjnych gwarancji, a to znaczy takie, za którym nie podąży żaden tłum. Nigdy nie zapomnę pana, którzy przyjechał do mnie aż z Piaseczna, albowiem wysłuchał pogadanki Leszka Żebrowskiego na temat książki „Bitwa o Warszawę”. Gdyby nie Leszek, ten sympatyczny skądinąd człowiek, nie sięgnąłby po tę publikację albowiem nie została polecona. Była więc potencjalnie niebezpieczna, albo przynajmniej rozczarowująca. Ludzie zaś nie lubią rozczarowań, stąd potrzeba gwarancji. Jak gdzieś zjawi się Terlikowski, wiadomo co będzie, podobnie z innymi katolickimi publicystami. Nie ma więc niebezpieczeństwa, że ktoś wyskoczy z czymś ambarasującym i atmosfera skiśnie. Taki Terlikowski, na przykład, wyda niebawem, już zapowiadaną, biografię Judasza. Promocja odbywa się na prostej zasadzie – wydawca sugeruje, że to Terlikowski jest tym współczesnym Judaszem, bo to właśnie zarzucają mu ludzie podli, podstępni i niewrażliwi. A to jest nieprawda, o czym przekona się każdy, kto kupi książkę. Takie i podobne numery są całkowicie obezwładniające. Publiczność nie poradzi sobie z nimi, bo jest wychowana na kabaretach, wujku Czarku i filmie „Psy”, który, nota bene, w języku angielskim nazywa się „Pigs” czyli świnie. A skoro jest na tym wychowana, domaga się przede wszystkim dobrej zabawy i emocjonalnego bezpieczeństwa. Jeśli go nie dostaje reagują zawory bezpieczeństwa, zainstalowane w każdym prawie mózgu i sercu – publiczność przestaje widzieć co się dzieje, albo nie ma zamiaru tego komentować, ewentualnie jeszcze wygłasza, zawsze będące w takich razach pod ręką, truizmy. W ten sposób unieważnia się prawdę, która nie może nigdy wygrać z konwencją. Dlatego należy ją przekazywać przez konwencję, najlepiej tę, którą narzuca wróg. No, ale do tego potrzebna jest wyrobiona publiczność i seria niejawnych, milczących porozumień pomiędzy nią a prelegentem lub artystą. Do tego prawie nigdy nie dochodzi, albowiem zawsze znajdzie się jakiś sensat, który gotów jest spalić najlepsze kawały, tylko po to, by wskazać wszystkim, że on też coś rozumie. Wobec zmasowanej emisji komunikatów gwarantowanych, z którymi nikt nie polemizuje, bo paraliżują go autorytety, albo rozmiar kłamstwa, które jest pod nimi ukrywane, niezorganizowana masa nie ma żadnych szans. Jakieś polemiki lub zarzuty skończą się sprawą sądową, przed prawdziwie wolnym trybunałem, a po co to komu? Stworzenie własnego systemu komunikacji, oznacza marginalizację, na którą można, a nawet trzeba się zgodzić. No, ale nie zawsze to wychodzi. Wtedy należy uważnie posłuchać co mówią tamci, grający w grę, w której nie widać bramki i czołowych napastników i zacząć mówić dokładnie tak jak oni. To powinno wystarczyć. Podkreślam jednak – potrzebna jest wyrobiona publiczność.

Jakieś dziewięć albo dziesięć lat temu sławny historyk z Lublina prof. Tomasz Panfil wygłosił przed publicznością wykład na temat przewag polskich w historii. On ciągle jest dostępny na YT. Ja go, na swoje nieszczęście, niedawno wysłuchałem. Założenie tego wystąpienia jest następujące – Polacy wyróżniają się w historii wyższością moralną. W zasadzie, kiedy ktoś sugeruje coś takiego, publiczność powinna wyjść z sali. Niestety tak się nie stało, albowiem na widowni były same chłopki-roztropki, które oczekiwały, że sławny profesor utwierdzi ich w przekonaniu, że są dziedzicami dawnej chwały. Wykład swój Tomasz Panflil zaczął od bitwy pod Płowcami, podkreślił rolę, jaką odegrał w niej książę świdnicki Bolko Mały, który pod Głogowem i Niemczą zatrzymał idące Krzyżakom na odsiecz wojska czeskie. Zrobił to, albowiem rósł w nim duch i wiedział, że trzymając z Polakami okryje się chwałą – cytuję z pamięci. Słowa dobry profesor nie powiedział o tym, że potem Bolko włączył swoje księstwo do korony czeskiej, a o tym, by zawarł gdzieś sugestię, że ktoś temu Małemu Bolkowi zapłacił za zatrzymanie Jana Luksemburskiego, nie mogło być mowy. Wszystko odbywało się na najwyższych diapazonach szlachetnych emocji. Ku pokrzepieniu serc. Czyich? Jakichś nieszczęśników, co rozeszli się potem do domów i na drugi dzień już nie pamiętali kim był ten cały Panfil.

Do czego zmierzam? To stwierdzenia, że ten sposób narracji wpisuje się w narrację najezdniczą. Nikt tego jednak nie rozumie, albowiem wierzy, że gorące serce ważniejsze jest niż wszystko, a zapał i energia zastąpią wszystko – przede wszystkim zaś pieniądze i dobre przygotowanie do akcji. W istocie takie gawędy, jak ta zacytowana, a także inne podobne, służą do kompletowania list bohaterów, do których można potem dopisać w zasadzie każdego. Listy takie mają swoich strażników i nawet nie ma mowy, żeby ktoś im mógł zwrócić uwagę, że umieszczają na nich osoby niewłaściwe. Jak bardzo wiążące są te ustalenia świadczyć może przykład Wałęsy, ale nie tylko jego.

Do tego, że taki podstęp w ogóle działa, nie przekonacie nikogo. Przemożna bowiem jest chęć przynależenia do grupy osób o wyższym morale niż reszta. Im większa degradacja panuje wokół, im większa nędza i oszustwo, tym pragnienie, by należeć do wianuszka najszlachetniejszych jest coraz większe.

Najważniejszym jednak bonusem, jaki osiągają wrogowie z dystrybucji takich formatów jest powszechna zgoda i akceptacja na wszystkie inne gawędy jakie kolportują. Dlatego tak istotne jest, by zmienić język wypowiedzi i język popularyzacji. To, bowiem co mamy, jest szkodliwe, przewidywalne, robi się nudne i generuje emocje, z których nic poza oczekiwaniami, nigdy nie spełnionymi, nie wynika. Ponazywanie zaś wszystkiego inaczej niż to czyniono dotychczas, albo podmiana znaczeń słów, formatów i postaci dokonana na żywej, wrogiej propagandzie, ma swoją nazwę. Mogę się mylić, ale sądzę, że nazywa się to przejęciem władzy w zakresie istotnym. Na tym kończę. Miłego dnia.

  13 komentarzy do “Komunikaty gwarantowane”

  1. Michnik żeby się wkupić leżał krzyżem w kościele św. Marcina w Warszawie 😉

  2. Ja bym chciał tylko wynająć salę, na ambonę się nie pcham

  3. do transformacji ludzie byli ostrożni, a od transformacji i powstania GW wszyscy zrobili się bardzo ostrożni, teraz mamy apogeum ostrożności

  4. Dzień dobry. Ja pamiętam kim był ten cały pan Fil – piosenkarzem chyba… No ale do rzeczy. Tak jest jak Pan pisze i ja mogę tylko – na własnym przykładzie – stwierdzić, że cała Pańska siła w tym, że jest Pan tak bardzo niepodobny do tego, co mamy dookoła. Jak ktoś jest tym karmiony od ponad pół wieku – nie potrzebuje wiele czasu, by rozpoznać z czym ma do czynienia i najczęściej strzepując pył z sandałków – idzie dalej… Mnie Pan kupił sobie niegdyś jednym bon motem – „nic nie jest tym, czym się wydaje”. No ale nie każdy jest gotów na taką prawdę. Ludek bowiem tutejszy od stu lat z górą nie wie co jest czym. A chciałby wiedzieć, bo „bardziej czuje niż wie” że jest wystawiony na różne oszustwa i inne krzywdy, przez które nb. wie jeszcze mniej. Każdy zatem, kto podchodzi do takiego delikwenta z tezą; „oni tak, ale ty – co innego, ty wiesz co jest grane” – może z nim zrobić wszystko. I słudzy szatana to wiedzą. A kto stanie dziś przeciw nim w walce o dusze – dzieci wszak Bożych? Oto jest pytanie – jakby powiedzieli odkrywczy brytyjscy historycy…

  5. Maria Dąbrowska zauważyła, że największej czci zaznają u nas ci, którzy albo oddali suwerenność, albo zrzekli się części terytorium państwa… w pierwszej chwili pomyślałam, że przesadza, ale jak się tak zastanowić…

  6. ludek tutejszy bardziej czuje niż wie i ….. wyczaił go sok z buraka i Morales którzy to przez ciągłą, brutalną deprecjację partii rządzącej, zmienili, przekierowali to „ludkowe czucie” na tory lekceważenia, beki, obrzydzenia

  7. – w tym cała rzecz. Można zacząć od dowolnej śmiesznostki ludu pracującego miast i wsi i w trzech ruchach dojść do kwestii rudymentarnych. I do podziału świata na tych, którzy powtarzają; cokolwiek uczyniliście jednemu z tych maluczkich… – i pozostałych. Mało to zabawne, niestety.

  8. tak wzrosła rola a zarazem skuteczność fałszu i manipulacji , wobec  … tutejszego ludku… była ona wystarczająca dla bezczelnego wystrychnięcia ludku na dudka…

  9. W salce katechetycznej faktycznie można by śpiewać głośno nabożne pieśni, żeby zagłuszyć niepokojące odgłosy, a tymczasem w katakumbach:

    https://youtu.be/0wdQl74-0f4?si=DlIOa_exCHOYiEws

  10. W symbolice freudowskiej zejście do podziemi oznacza rezygnację z otwartości na świat zewnętrzny i skierowanie się do swoich nieświadomych lub podświadomych pragnień, skryptów, traum.

    https://youtu.be/Mgqdk7LR90U?si=D7Z8UyAw052LtVDE

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.