Sty 102021
 

Mniej więcej od początku lat osiemdziesiątych, a to znaczy od emisji pierwszego odcinka serialu Kariera Nikodema Dyzmy, komuna zaczęła oswajać II RP i pokazywać ją w kontekstach szyderczych co prawda, ale jakoś tam sympatycznych. Nie doszukiwałbym się w tym jakiejś szczególnej głębi, chodzi mi o to jedynie, że II RP przestała być już groźna, a ludzie, którym imponowała z pewnością nie nadawali się na opozycjonistów. Można więc było się trochę klimatem przedwojennym pobawić. Był w tym haczyk, do dziś nie zauważalny, który my tutaj z mozołem próbujemy wydobyć z tego rozpadającego się i mocno nieautentycznego truchła, jakim jest międzywojenna historia Polski. Piszę to w ten sposób, bo nie biorą mnie wcale ekscytacje, prezentowane przez autorów takich jak Łysiak, a dotyczące Wieniawy, czy innych jeszcze bohaterów tamtego czasu. To jest libretto nienapisanej nigdy operetki, która byłaby śmieszna o tyle, o ile. I powiem Wam, że nie kończyłaby się wcale bombardowaniem Warszawy i emigracją najprzystojniejszych i najzabawniejszych bohaterów. Libretto zaś do tego dzieła mogłoby wyglądać tak.

Akt I

Nad trumną marszałka pochylają się ze smutkiem Beck, Śmigły i Mościcki. W tle słychać Pierwszą brygadę przerobioną na pieśń żałobną. Scena udekorowana jest w sposób następujący – po lewej stronie portret Hitlera, po prawej Stalina, na środku kogoś, kto przypomina Leona Bluma w napoleońskim kapeluszu, z upierścienioną łapą wetkniętą między guziki kamizelki. Trzej panowie zaczynają coś nucić, najpierw zgodnie, ale potem melodia rozbija się na trzy głosy, Śmigły ciągnie cały czas pierwszą brygadę, ale Beck wyraźnie zmienia melodię i zaczyna nucić Meine liber Augstin. Mościcki wpada w jakąś poważną nutę i dopiero po chwili orientujemy się, że to jest God save the King. Stoją nad tą trumną, bardzo oficjalni i śpiewają, a my zaczynamy się trochę nudzić. Po chwili jednak na scenę wbiega jakaś pani, w której z trudem, bo z trudem rozpoznajemy Zofię Nałkowską. Pani Zofia zaczyna nucić O mój rozmarynie, ale zamiast słów z piosenki, z jej ust płyną fragmenty książki Strzępy meldunków, Sławoja Składkowskiego. Obecni na scenie panowie, zanoszą się płaczem.

Scena pod portretem Leona Bluma przebranego za Napoleona, rozświetla się i widzimy tam stół nakryty zielonym suknem, na którym wyleguje się pani, całkiem bez odzienia, w typie Josephine Baker. To zielone sukno widać tylko trochę albowiem stół pokryty jest atrapami tysiąc frankowych banknotów. Przy stole siedzą umundurowani panowie w kepi, którzy wstają i z uśmiechami zapraszają, szerokim gestem swoich partnerów spod trumny do wspólnego biesiadowania. Prócz gołej baby na tych frankach stoi bowiem jeszcze szampan i kawior. Beck wyraźnie się waha, Mościcki popada w zamyślenie, a Rydz cofa się w kierunku portretu Adolfa.

I wtedy z ciemnego konta pod portretem Stalina wychodzą przedstawiciele opozycji, z generałem Sikorskim na czele. Na melodię Krakowiaczek ci ja, wyśpiewują sprawozdania finansowe rządu z ostatnich lat, wszystko to jest rozpisane na głosy, a najdłużej śpiewa Feliks Młynarski, który jest postacią najbardziej w tym towarzystwie niepozorną. Za nimi w tle, stoi dwóch zamyślonych, chmurnych oficerów.

I w tym momencie spod trumny Piłsudskiego wychodzi ucharakteryzowany na Kostka Biernackiego Maciej Stuhr. Gniewnym głosem i gestami wskazuje na zepsucie widoczne pod portretem Bluma, potem na trumnę Piłsudskiego, a wreszcie zwraca się do publiczności i prosi ją o radę, co czynić, gdy ojczyzna znalazła się w kryzysie. Wszystko to łączy w melodii Umarł Maciej umarł…

Nikt nie zauważa, kiedy z tyłu do Rydza, zbliża się jakiś grubas w liliowym mundurze. To marszałek i wielki łowczy Rzeszy, Goering, śpiewa on znaną piosenkę, której refren brzmi Live is live i wskazuje Rydzowi konsekwencje pochopnych wyborów, a wszystko w języku niemieckim. Śmigły zaś kiwa głową ze zrozumieniem.

Widząc to Francuzi rozwieszają plakat reklamujący firmę Frankopol i puszczają na telebimie film, na którym widać stojące na lotnisku dwupłatowce, tak ze dwieście…Goering zaczyna z tego szydzić i zmienia melodię swojej piosenki na Jedna baba drugiej babie.

Z grupy sikorszczyków wyłania się postać w mundurze, której wcześniej nie było widać. To generał Lucjan Żeligowski, który z niespotykaną u starców energią przebiega scenę tańcząc Mazura, obraca się kilka razy w kółko i śpiewa nieprzyzwoitą piosenkę zaczynającą się od słów Po wypiciu wódki, ptaszek jest malutki, w lesie za Wiliją, rosną niezabudki. Oczywiście z okropnym wileńskim akcentem. W czasie kolejnego nawrotu na scenie, Żeligowski potrąca trumnę z Piłsudskim i zrzuca z niej wieko. I wtedy okazuje się, że w środku nie ma ciała, ale sztaby złota Narodowego Banku Polskiego. Wszyscy obecni na scenie, łącznie z Nałkowską zastygają w niemym zdziwieniu.

Akt II

Nad trumną wypełnioną złotem siedzi trzech oficerów, Matuszewski, przeglądający magazyn erotyczny, minister Rajchman bawiący się pistoletem i Żeligowski z talerzem grochówki na kolanach. Zamiast poprzednich portretów, mamy nowe. Są to analogicznie: Rydz, Beck i Mościcki. W tle leci Rota.

Na scenę wchodzi Feliks Młynarski i początkowo cicho, a potem coraz głośniej zaczyna śpiewać piosenkę z filmu Boba Fossa, zatytułowanego Kabaret. Tę wiecie, najważniejszą – Forsa wprawia w ruch ten świat.

Z drugiej strony sceny pojawia się Halina Konopacka, z dyskiem w ręku, żona Matuszewskiego, która mrugając figlarnie do Młynarskiego, zaczyna śpiewać wraz z nim. Oboje tańczą, w ona w czasie tych wygibasów, parę razy klepie lekceważąco swojego męża pułkownika po głowie. Ten nie przerywa oglądania Playboya

W tle pod portretami widzimy sylwetki żołnierzy i oficerów, nie rozpoznajemy mundurów, a tylko zarysy postaci, a także melodię, która wypycha ze sceny piosenkę Młynarskiego i Konopackiej. Nucą oni murmurando pieśń o białej róży kwiecie, która ze zgrzytem przechodzi w melodię Die Strasse frei. Z grupy wyłania się dwóch oficerów, którzy wychodzą na scenę w chwili kiedy znikają z niej Konopacka i Młynarski. Nie wiemy na razie kim są, ale w oczy rzucają się ich mundury, niby polskie, ale poprzetykane radzieckimi dystynkcjami, gwiazdkami i różnymi dodatkami. Zaczynają śpiewać – Ukochany kraj, umiłowany kraj. Próbują w ten sposób, zdominować chór, nucący cały czas Horst Wessel Lied. W końcu im się udaje, ale tylko dlatego, że dołącza do nich więcej jeszcze oficerów w podobnych jak oni mundurach, śpiewających tę samą piosenkę. Nie rozpoznajemy żadnego z nich. Nagle śpiew przerywa alarm bombowy, a nad sceną ukazuje się upiornie uśmiechnięty marszałek Goering w atrapie samolotu Heinkel 111 i wołając – I’m flaying – zrzuca na scenę atrapy bomb, eksplodujących jeszcze w powietrzu. Wyje syrena.

Akt III

Nad sceną trzy portrety: Stalin, Roosvelt i Churchill, na scenie Matuszewski z Rajchmanem nad trumną, w której nie ma już złota, ale weksle na okaziciela, tracące ważność w czerwcu 1944 roku, podpisane przez Leona Bluma, który od dawna nie jest już premierem republiki. W tle Big Ben. Matuszewski nuci Miałeś chamie złoty róg. Rajchman bawi się pistoletem. Na scenę wchodzą Oskar Lange pod rękę z Feliksem Młynarskim, obaj śpiewają Kochać, jak to łatwo powiedzieć. W tle, z ciemności wyłania się zarys transatlantyku, na który obaj zamierzają wsiąść. Matuszewski z Rajchmanem podrywają się jednak gwałtownie znad trumny wypełnionej bezwartościowymi papierami i rzucają się do Langego i Młynarskiego, ci robią wrażenie bezradnych. Rajchman terroryzuje pistoletem Młynarskiego i wymusza na nim oddanie mu biletu do Nowego Jorku. To samo próbują zrobić z Langem, ale ten wyciąga z wewnętrznej kieszeni radziecki paszport dyplomatyczny i przemierzając trzy razy scenę w prysiudach, śpiewa – rozkwitały jabłonie i grusze…

Kiedy kończy, mruga znacząco do Matuszewskiego i z drugiej kieszeni wyjmuje nowiuśki bilet do Nowego Jorku. Wręcza go oniemiałemu pułkownikowi i biorąc pod ręce obydwu, Matuszewskiego i Rajchmana, prowadzi ich w kierunku wielkiego statku. Big Ben wybija godziny tak donośnie i wyraźnie, że trudno nie skojarzyć tego z pogrzebem. Na scenie zostaje Feliks Młynarski, który pogwizdując melodię Krakowiaczka, wyciąga z kieszeni niemiecką Kennkartę i machając nią do publiczności odchodzi w nieznane.

Z trumny, spośród tracących ważność weksli wygrzebuje się jakaś postać. To siwiutki Lucjan Żeligowski, który stając pośrodku sceny śpiewa arię ze Strasznego dworu.

Kiedy milknie z obydwu stron sceny wyłaniają się oficerowie Foreign Office oraz dwóch znanych nam już oficerów, tym razem w radzieckich mundurach. Wszyscy śpiewają Deszczową piosenkę i uśmiechają się wesoło. Aktorka, która w pierwszym akcie leżała gołą na stole, wnosi tacę z kieliszkami szampana. Częstuje wszystkich dookoła, uśmiechając się przy tym promiennie. Szczęśliwi mężczyźni próbują alkoholu, ale tylko Żeligowski pada po nim martwy. Deszczowa piosenka nie milknie ani na moment. Dwa oficerowie, w których teraz rozpoznajemy Tatara i Utnika, wysypują z trumny weksle i pakują w nią nieboszczyka. Wszyscy cały czas śpiewają.

Kiedy milkną orkiestra daje touche i na scenę wchodzi iluzjonista, w którym rozpoznajemy Bolesława Bieruta. Goła Józefina Baker wiesza się na jego ramieniu. On zaś, wykonując kilka tanecznych figur puka różdżką w wieko trumny. Tatar z Utnikiem otwierają je, a w środku zamiast martwego Żeligowskiego znowu jest złoto Narodowego Banku Polskiego.

Na scenę wchodzi uśmiechnięty Feliks Młynarski i śpiewa Jak przygoda to tylko w Warszawie…

Wszyscy tańczą. Portrety wiszące nad sceną uśmiechają się. Koniec. Reżyseria Bohdan Poręba.

Niestety za komuny nikt nie napisałby takiego libretta (wiem, wiem, to nie jest libretto), ani też nie wystawił takiego przedstawienia, albowiem najważniejszym problemem propagandowym komunistów, było takie przedstawienie własnej historii, by odciąć się całkowicie od II RP, a to jest niemożliwe. Ze względu na tych oficerów z tła, którzy raz śpiewają Katiuszę, a raz Die Strasse frei…i czasem się po prostu w tym wszystkim biedaczkowie gubią.

Na dziś to tyle. Aha, jeszcze reklama.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/feliks-mlynarski-biografia/

  7 komentarzy do “Libretto operetki”

  1. Bo fantazja, bo fantazja,

    Bo fantazja jest od tego,

    Żeby bawić się, żeby bawić się,

    Żeby bawić się na całego.

  2. Sporo metafor rozumiem, reszty się domyślam. Widz przed obejrzeniem tej operetki musiałby wpierw dobrze się przygotować i sporo poczytać – poznać dobrze historię taką jaką była, bo rożni się ona „trochę” od tej która podana została do wierzenia.

  3. W libretto zabrakło najważniejszego fragmentu:

    Oto na koniec wyhodzi Pan w garniturze, który trzyma w ręku kartki papieru

    z napisem „scenariusz”. Mija chwila, wszystkie piosenki cichną i po dłuższej pauzie Pan zaczyna śpiewać The Sound Of Silence (tylko w wykonaniu Disturbed – nie oryginału).

  4. jeszcze Vabanki Machulskiego, które dokończyły skabaretyzowania II RP

  5. Tyle lat wiele postaci scenicznych szukało autora!

    Tych siedmiu wepchnęło się do kolejki po znajomości prasowej.

  6. Być może są tu Czytelnicy, którzy po tekście Coryllusa poszukali na YouTube o „jednej babie” i zawiedli się na wszechobecnej cenzurze. Być może usprawiedliwionej ze względu na dzieci. A tym, którzy nie znają angielskiego, wyjaśniam, ze ten Kennedy z Ribbentropem na mojej ilustracji, to ojciec klanu. Kamera złapała go, gdy jako ambasador USA w Londynie żegnał Ribbentropa, który ze stanowiska ambasadora przenosił się na stanowisko ministra Rzeszy. Kennedy „opowiadał się za polityką ustępstw wobec Niemiec i popierał appeasement”.

    Nic to w porównaniu z anegdotą o Blumie opublikowaną po jego śmierci (dołączam w oryginale). Otóż w rozmowie z nuncjuszem apostolskim, który życzył mu powodzenia w odpowiedzialnej pracy na czele rządu, Blum miał powiedzieć: 

    „Szkoda, że mnie jako Żydowi, nie przysługuje Wasze błogosławieństwo”. Na to nuncjusz miał odpowiedzieć: „Nie szkodzi. Poproszę Pana Boga, by uczynił to za mnie”.

  7. Z ciemnego kąta

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.