Sie 282014
 

Relacja mistrz i uczeń należy do najsubtelniejszych fetyszy naszej cywilizacji, na wiele rzeczy można napadać bezkarnie, ale jeśli chodzi o mistrza i ucznia ludzie są niesłychanie wyczuleni i reagują źle. Tak mniej więcej jakby im powiedzieć, że ich ukochana babunia była w młodości latawicą. Tymczasem nie ma nic bardziej parszywego i oszukanego niż ta relacja, nie ma i nigdy nie będzie. U samego bowiem spodu tej rozbudowanej figury znajduje się po prostu woreczek z trzydziestoma srebrnikami. I nie ma żadnego znaczenia, że czasy są już inne, że dużo wody upłynęło w rzece Jordan i innych rzekach. Kontakty ucznia z mistrzem i na odwrót zawsze będą fałszywe.
Z tego dziwnego typu zażyłości, w który zaangażował się Judasz, wyprowadzony został cały anglosaski system edukacji, polegający (możecie mnie poprawiać do woli) na tym, że każdy student ma swojego prowadzącego. Zmieniono tylko proporcję i układ. To Judasz jest mistrzem, a ten kogo zdradza nie jest wcale Jezusem, tylko biednym gamoniem mamionym obiecankami.
Na tym zasadza się ten dziwny sposób edukowania młodzieży, na odwróceniu relacji znanej nam z Ewangelii.
Kiedy już jakiś głupi, a zdolny dzieciak trafi do obróbki wprost w ręce mistrza, który nie dostaje już wypłaty w srebrnikach, ale w czymś zupełnie innym, jest całkiem zgubiony, ale o tym nie wie, bo mu się zdaje, że rozpoczął właśnie wielką karierę. On tymczasem niczego nie rozpoczął, a jedynie został wyselekcjonowany spośród wielu innych, jako kandydat na kapusia i kolejnego psuja charakterów młodocianych adeptów wiedzy tajemnej.
W systemie, który zastaliśmy na tym świecie tak właśnie jest i my nie potrafimy tego zmienić. Nie potrafimy tego nawet rozpoznać, nie mówiąc już o protestach przeciwko tej spolegliwej opiece, serwowanej na wyższych uczelniach najzdolniejszym studentom, a nawet nie najzdolniejszym, ale takim trochę bardziej ekstrawaganckim także. No i w ogóle wyróżniającym się jakoś, ale tak wiecie, w pozytywnym sensie.
Mamy więc oto nasz obszar cywilizacyjny, na którym króluje, w systemie edukacji, fałszywa i odwrócona do góry nogami relacja, którą w dodatku większość ludzi wielbi. Nie mówcie mi, że tak nie jest. Jest i będzie jeszcze długo. Mistrzowie moderują życie swoich uczniów i czynią z nich albo policyjnych kapusiów, albo kapusiów służb obcych, albo urzędników jakichś dziwnych instytucji lub fundacji. Często, by ułatwić ten proceder powołuje się do życia różne szkoły liderów, tam nie trzeba się zbytnio martwić wstępną selekcją uczniów, bo ona się odbywa sama, już na samym początku. Kiedy więc ktoś chce mi opowiadać o cywilizacjach, o łacińskiej cywilizacji wyrosłej na szkielecie chrześcijańskim, a także o innych, moja odpowiedź jest następująca: sprawdźcie jak funkcjonuje relacja mistrz-uczeń. Bo ona w ogóle nie powinna działać. Dobra relacja to jest relacja mistrz-uczniowie. Rozróżnienie jest subtelne, ale ważne, dwunastu uczniów, a każdy inny, dwunastu uczniów, a każdy przeznaczony do osobnych zadań. I do tego jeszcze święty Paweł jako koordynator. Tak sprawa ma wyglądać, nie inaczej. Wszelkie osobiste zażyłości są z piekła rodem i, powtarzam, stanowią odwrotność relacji Judasz-Jezus.
Powagę tego o czym tu piszę najpełniej widać w cywilizacji odległej od nas, którą nieco spospolitowały filmy, ale ja bardzo lubię sięgać po przykłady z tamtego kręgu kulturowego. Chodzi mi o Japonię. W jednym z odcinków serialu o mistrzu Musashim, widzimy jak Musashi Miyamoto odwiedza starego mistrza Kurandoroske Marume. Kurandoroske akurat pracuje w ogrodzie. Obaj panowie witają się, pozdrawiają, uśmiechają do siebie i duserom nie ma końca. Wreszcie siadają na ławeczce przed ubogą chatką, w której żyje mistrz Kurandoroske Marume. Po czym następuje scena taka oto:

Musashi: przyszedłem po naukę mistrzu.
Kuradoroske: uśmiecha się ciepło
Musashi: też się ciepło uśmiecha
Kurandoroske: chwyta gwałtownie motykę, którą jeszcze przed chwilą kopał ziemię i bez jednego słowa, szerokim zamachem usiłuje wbić ją w sam środek czaszki Musashiego.
Musashi: pochyla głowę
Motyka: wbija się ze świstem w ścianę
Kurandoroske: uśmiecha się ciepło
Musashi mówi: dziękuję za naukę mistrzu.

Po czym obaj panowie rozchodzą się, by już nigdy nie ujrzeć siebie nawzajem na tym padole łez. To jest według mnie prawidłowa relacja pomiędzy uczniem a mistrzem, relacja, która wyklucza fałsz. Wszystko co nadto w stosunkach ucznia z mistrzem od złego pochodzi. Co innego jeśli chodzi o mistrza i uczniów, tam jak napisałem wariantów i opcji jest więcej.
Wszelka prawdziwa i powszechnie ważna wiedza pochodzi z praktyki. W większości jest nieprzekazywalna werbalnie i nie poddaje się żadnej obróbce. Trzeba wszystkiego doświadczyć samemu i pozbyć się przy tym lęku. Musashi widział, co zrobi Kurandoroske, ale musiał do niego przyjść, żeby sprawdzić, czy w jego sercu po kryjomu nie wykopał swojej czarnej nory lęk. Z byle kim by się ta sztuka nie udała. Kiedy już Musashi sprawdził, że wszystko jest z nim w porządku, pożegnał się grzecznie i ruszył w swoją drogę. Ruszył jedną z wielu japońskich dróg, po których wędrowali samotni mistrzowie. Kiedy się spotykali i nie walczyli sam fakt przebywania ze sobą nawzajem wielce ich ubogacał. I wcale nie musieli przy tym pić. U nas jest inaczej, a przyczynę tego podałem już dwa razy. Jak ktoś nie wierzy, że jest inaczej, niech się przyjrzy kto zawłaszcza dla siebie tytuł mistrza.
O tym jak poważny i głęboki jest to problem świadczy ciągłe i nieustające zawłaszczanie spuścizny różnych mistrzów przez ich fikcyjnych uczniów i różnych tak zwanych duchowych spadkobierców. Czyli przez, nazywając rzecz po imieniu, złodziei. Władza ludowa i postludowa doprowadziły ten proceder do perfekcji. Każde absolutnie ważne nazwisko, jeszcze za życia otoczone było wianuszkiem fałszywych akolitów, ludzi wręcz podstawionych i nachalnych, którzy nie ustępują, nawet kiedy się ich wypędza. Dlaczego? Bo takie dostali zadanie. Powołano ich na uczniów. A kto ich powołał? Czy ten Koneczny, którego tu wczoraj omawialiśmy? A skąd. On w ogóle o takich sprawach nie myślał, w jego przypadku było zresztą nieco inaczej, bo za życia nikt go jak mistrza nie traktował. Uczniów i spadkobierców duchowych dorobił się dopiero po śmierci, wszyscy oni byli jak jeden mianowańcami.
Skuteczność tej metody jest legendarna, niewiele bowiem osób w ogóle dostrzega w tym jakiś problem. No, mamy prawda sławę uniwersytecką czy jakąś inną i ona jest otoczona młodymi ludźmi. O co chodzi? O to kto ich wyznaczył. Wyobrażacie sobie, że ktoś poza Jezusem mógł wyznaczyć apostołów? Nawet Judasza On powołał.
Dziś mistrzowie są wyłaniani przez system, ale nadal funkcjonuje coś w rodzaju pogotowia uczniowskiego. Tak na wszelki wypadek, gdyby się gdzieś pojawił jakiś autentyczny, nie wykreowany przez system mistrz. Jak się pojawi to z każdej fundacji wytypuje się po jednym uczniu, który będzie łaził za nim i coś mędził. A, że współcześni mistrzowie nie mają zwykle przy sobie motyki, to i niełatwo przychodzi odpędzenie takich nachałów.
Prawdziwy mistrz zdarza się dziś rzadko, bo oni są już od dawna kreowani przez system, ale pogotowie uczniowskie działa. Za życia i po śmierci. Wczoraj ktoś napisał, że za spadkobiercę Konecznego uchodzi Józef Kossecki. To jest właśnie to. Ludzie zaś, którzy na Konecznego się powołują, nie rozpoznają w ogóle sytuacji, albo uważają, że fakt ów nie ma żadnego znaczenia. Otóż ma i to wielkie. To tak, jak z ewangelią według Judasza. Minęło trochę czasu i system usiłuje nam wcisnąć że była, a nie dość, że była to jeszcze do tego jest najważniejsza. Z Konecznym i innymi przeprowadza się ten sam numer, ale na mniejszą skalę. Umiera mistrz, a dostęp do jego spuścizny i klucz do mądrości dostaje Judasz. I to on dzieli budżet złożony z trzydziestu srebrników na różne projekty mające upamiętnić mistrza i oddać mu hołd. On jest teraz najważniejszy, a kiedy umrze zastąpią go inni. Srebrniki zaś zostaną dobrze zainwestowane, żeby można było z nich tworzyć stypendia dla najzdolniejszych studentów. Tak to właśnie wygląda.

Zapraszam wszystkich na stronę www.coryllus.pl gdzie trwa jeszcze przez parę dni wielka sierpniowa promocja Baśni jak niedźwiedź. Dwa tomy w cenie jednego.

  10 komentarzy do “Mistrz i jego uczeń kapuś”

  1. Najbardziej są śmieszni mistrzowie w 7 pokoleniu po Einsteinie. Tu @boson jest ekspertem 😉

  2. Termin „mistrz” psieje również w japońskich sztukach walki. Mistrzem (sensei = wcześniej urodzony) można w moim karate tradycyjnym zostać w wieku 15 lat. Od kogo ci nowomistrzowie są wcześniej urodzeni? Jak można być mistrzem czegokolwiek samemu będąc wydanym na łup burzy hormonów, które walą pod czaszką? To uczniowie zawłaszczają dzisiaj tytuły mistrzowskie.

  3. Słonimski mistrz, Michnik kapuś 😉

  4. No piękny ten list Doboszyńskiego, dzięki za link.
    A tak w nawiązaniu do nazwiska Szczypiorski, ten mistrz i zstępny jako jego uczeń. To chyba ma się w genach tę skłonność do konfidencji rodzinnej, bo jak inaczej to wytłumaczyć. Chyba że to taka niezwykła lekkość bytu, no taki sposób na życie, taki rodzinny proceder, bez wysiłku, pokoleniowa tradycja współpracy ..

  5. Te nazwiska się powtarzają, bo profesja przechodzi z ojca na syna.

  6. Pochodziłam sobie po południu po salon24 …popisałam …. zmęczył mnie dzień od rana w biegu …..

    Teraz przyszło mi do głowy , że nigdy przez długie lata , nie miałam , nie nazwałabym , zapytana o to …. MISTRZEM …..

    Gdy odkryłam że istotnie Jezus jest Drogą Prawdą Życiem …. to odkryłam też Mistrza i Nauczyciela …

    Nieee…jakoś nie rozumiem tego pędu do nazywania sie uczniem tego czy innego profesora ….czy innym uczniem czarnoksiężnika ,….

    to trzeba mieć w mentalności ….. ja nie mam …

    Jezusa musiałam uznać….. bo jak nie uznać oczywistości …. kiedy się ją już zobaczy ….to by trzeba być głupim -:(

    ale ludzi tak tytułować… ????

    no owszem ,,nauczyciel ” w sensie że ktoś mnie czegoś nauczył … Ale MISTRZ ???

  7. Meester,snijt die keie ras,mijne name is lubbert das.

  8. Tak mi się przypomniało o miszczach i uczniach… Wertowałem sobie „Dzienniki” Kisielewskiego, a tu co chwila migało „Przyszedł Henio”, „byliśmy z Heniem”, „Gadałem z Heniem”, no i dopiero za którymś razem mi mignęło, że chodzi o Krzeczkowskiego, duchowego ‚mentora’ opozycji demokratycznej, o którym wspominałeś…Pytanie tylko, kto był czyim uczniem…

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.