lip 292022
 

Codziennie twitter ogłasza rocznicę śmierci bądź narodzin jakiegoś wybitnego Polaka, którym powinniśmy się ekscytować jako wspólnota i jako pojedyncze osoby. Pokazywali już tego co wynalazł kamizelkę kuloodporną i takiego co wynalazł wycieraczki do samochodów, ale na pytanie – ile tych kamizelek i wycieraczek wynalazcy sprzedali? – nie sposób uzyskać odpowiedzi. Wczoraj zaś świętowano urodziny Kraszewskiego. Przeczytałem w życiu jedną książkę tego autora, być może nie najszczęśliwiej trafiłem, ale interesowała mnie postać w niej opisana, więc wyjścia nie miałem. Była to powieść pod tytułem „Bruhl”. Trudno w ogóle dociec, dlaczego dzieło to nazwane zostało powieścią, albowiem jest to jakiś epizod poszerzony o całkowicie nieautentyczne wątki miłosne. Myślę, że podobnie jest z innymi powieściami tego autora, są to rozbudowane epizody, których powieściowy charakter podkreślić mają gawędy o emocjonalnym zaangażowaniu bohaterów. Nie wyobrażam sobie, przyznam, żeby dziś ktokolwiek czytał Kraszewskiego i traktował serio jego książki. Może reportaże, albowiem był to także dziennikarz, ale te tak zwane powieści są dziś poza zainteresowaniem kogokolwiek.

I jeszcze jedną postać wspomina się dziś na twitterze. Jest nią Zbigniew Herbert, którego wielu ludzi tytułuje poetą niezłomnym. Ja zaś pamiętam, jak otworzyłem w ósmej klasie – a był rok 1983 – podręcznik do polskiego, całkiem nowiuśki, a tam na jednej z pierwszych stron, był wiersz Herberta pod tytułem „Pan od przyrody”. Przyznam, że jak na niezłomnego poetę to spory wyczyn. Czego ja się znowu czepiam? To chyba jasne Tego, o czym wspomniałem w tytule – akceptacji nieuchronnego. Myślę, że zarówno Kraszewski, jak i Herbert stanęli wobec wyborów, które w żaden sposób ich nie satysfakcjonowały i uznali, że należy wybrać coś, co da im po prostu korzyść i zapewni bezpieczeństwo. Na kłopotliwe i irytujące pytania odpowiadali zaś krzywiąc się i wzruszając ramionami. Bo też i co mieli powiedzieć? Nie było wówczas Internetu, a autor był skazany na kontakty z redaktorami, szpiclami i oficerami służb, którzy próbowali – nie mając pojęcia jak to się robi – podnieść mu samoocenę i skłonić do pisania tego, czego chcieli ich zwierzchnicy. Niektórzy ludzie do dziś mają ten nawyk, a jest to przyznam coś naprawdę okropnego – mam na myśli przekonanie, że wie się lepiej niż autor, co ten autor powinien pisać. Takie zachowanie, choć często wypływające z niezrozumienia postawy i misji autora, ma jednak swoje zakorzenienie w praktykach policyjnych, o czym nie wszyscy wiedzą. Nie można zakładać, że autor nie wie co czyni, bo go to degraduje, upokarza i czyni kukłą. Jeśli zaś autor bierze za dobrą monetę czyjekolwiek sugestie, przestaje być po prostu autorem. Czy tak było z Kraszewskim i Herbertem? Nie wiem, ale uważam, że coś jest na rzeczy. Powtórzę – przekonanie, że autor może być powolnym narzędziem w rękach osób, które wiedzą lepiej od niego, co powinno być napisane ma swoje źródło w praktykach tajniaków. I dziś mechanizm ten został przeniesiony na uniwersytet, a próbuje się go także zaimplementować na rynku treści rozrywkowych. O tym, jak działa on na uczelniach mogliśmy przekonać się czytając recenzję książki przetłumaczonej przez Wacława. Oto recenzenci przyznają się wprost do tego, że są bezwolnymi kukłami, albowiem nie mogli sami zabrać się za przekład Peytona. Zbyt wiele pracy to wymagało, zbyt wiele osób musiałoby wziąć udział w projekcie, a w obecnej sytuacji, w jakiej znajduje się nauka polska takie przedsięwzięcia się nikomu nie opłacają. Dlaczego? Albowiem naukowcy muszą zbierać punkty. Dlaczego? Żeby wspinać się po szczeblach kariery? Po co? Nikt nie wie, albowiem artykuły, które są wysoko punktowane nie dotyczą, w przeważającej masie, kwestii, które rzeczywiście interesują badaczy. Jest to spreparowana i podsunięta im przez jakiegoś tajniaka hierarchia problemów, które stanowią – stale rozbudowywaną i stale pielęgnowaną – podstawę do produkcji formuł propagandowych. Te zaś sprzedaje się motłochowi, sugerując jednocześnie, że za wizjami owymi stoją jakieś znaczące naukowe autorytety. Nieprawda, stoją za nimi zbieracze kapsli, którzy nie mogą, bez pozwolenia na piśmie zrobić kroku w lewo, ani w prawo. Ich niewolnicze życie, nędzne pensje i udręka, służą temu jedynie, by masa przetwarzanych przez nich informacji stała się strawną pożywką dla produkcji propagandowych. Ludzie ci najpewniej sobie tego nie uświadamiają, a kiedy niektórym się to zdarzy, wzruszają ramionami i mówią – ale co możemy zrobić?

I teraz ważna rzecz, ja tu nie ilustruję starego konfliktu pomiędzy zamożnymi amatorami, a machiną akademicką, bo ten konflikt w rzeczywistości nie istnieje. On sam jest projekcją propagandową, a postać Schliemanna została po dziesięćkroć zmitologizowana. Ilustruję coś zupełnie innego, cenzurę przystrojoną w szaty nauki. Zostawmy bowiem na chwilę Schliemanna i wstawmy na jego miejsce innego badacza, o wiele bardziej znaczącego, którego nazwisko umyka dziś uwadze wielu. Chodzi mi o Jana Franciszka Champolion, który odczytał egipskie hieroglify. Człowiek ten nie miał łatwego życia i zmarł bardzo młodo, ale jego dzieło przetrwało i ostało się mimo licznych i poważnych bardzo krytyk. Czy taki Champolion mógłby funkcjonować w dzisiejszym świecie nauki? Oczywiście, że nie, bo jak można jednocześnie studiować języki nowożytne i antyczne? To jest pomieszanie z poplątaniem – albo jedno albo drugie. I ile punktów mógł zdobyć Champolion tłumacząc inskrypcje widoczne na kamieniu z Rosetty? No przecież zero, co innego, gdyby wdawał się w polemiki z innymi, którzy zabierali głos na temat pisma starożytnych Egipcjan, wtedy sława otoczyłaby go złotym nimbem.

Ja oczywiście wiem, że takie dyrdymały, jak to co napisałem powyżej nie robią najmniejszego wrażenia na żadnych badaczach, szczególnie prowincjonalnych, albowiem ludzi ci są tak mocno przyśrubowani do prawdziwego życia, które jest po prostu dziką walką o przetrwanie, że jakikolwiek komunikat pochodzący z zakresu pojęć w których tkwią na co dzień, jest po prostu niezrozumiały. W najlepszym razie infantylny. Coś tam bowiem jednak oni przeczuwają i wiedzą instynktownie dlaczego powinni zachowywać się tak, a nie inaczej. Choć czasem, jak widać po tej nieszczęsne recenzji, puszczają im nerwy i emocje dochodzą do głosu. Zupełnie jak w tej historii o przedstawicielach konsorcjum produkującego maszyny rolnicze, którzy wybrali się do Afryki, by tam reklamować swoje produkty. Zebrali miejscowych rolników i puścili im film, na którym widać było jak różne cuda techniki radzą sobie z uprawą ziemi i zbiorem jej plonów. Obrazy te nie wywołały żadnej reakcji wśród siedzących na widowni ubogich rolników. W jednym tylko momencie zaczęli oni wyrażać entuzjazm, głośno wołać i machać rękami śmiejąc się do siebie nawzajem i szczerząc zęby. Kiedy po zakończonej prezentacji Europejczycy postanowili sprawdzić co wywołało tę gwałtowną reakcję, okazało się, że gdzieś tam z boku ekranu pokazała się kura. I ona była jedynym zrozumiałym przez miejscowych elementem obrazów, które im zaprezentowała cywilizacja europejska. I teraz patrzcie:

W dzisiejszej rzeczywistości polskiej nauki historycznej, która mierzy się z koniecznością wypełniania „slotów” parametryzacyjnych, wybór pomiędzy spędzeniem długich miesięcy, niezbędnych dla należytego przygotowania takiej popularnej edycji, której autorstwo byłoby współdzielone i której cytowalność byłaby bardzo ograniczona, a napisaniem wysoko punktowanego artykułu jest oczywisty (s. 148)

To jest właśnie ta kura.

  10 komentarzy do “O ludziach akceptujących nieuchronne”

  1. Stan nauki na uniwersytetach to w znacznej mierze pokłosie obniżania jakości kształcenia w szkołach publicznych, zaczynając od szkolnictwa podstawowego i jego kolejnych stopni.

    Coraz gorsza jakość kształcenia masowego, obniża poziom  kandydatów na uniwersytety i inne wyższe uczelnie.

    Rewolucja obyczajowo seksualna lat 60-tych XX w zapoczątkowała to gwałtowne obniżanie się nauczania publicznego w USA i Europie Zachodniej.

    Decydenci  uznali, że nie ma uzasadnienia dla kształcenia na wysokim poziomie  milionowych rzesz dzieci i młodzieży(uznali to za marnotrawstwo publicznych pieniędzy) i zaczęli zmniejszać nakłady w tej dziedzinie.

    Uznano, że masowe szkolnictwo publiczne może być prowadzone na określonym, dość niskim poziomie.

    Obniżone finansowanie szkolnictwa, zaczęło się przekładać na coraz gorszy poziom osób wchodzących do zawodu nauczycielskiego i wymagań im stawianych.

    Stąd te reformy kształcenia, kładące nacisk na sprawdzanie wiedzy poprzez wypełnianie testów, kosztem  egzaminów ustnych i pisemnych i masowe uruchamianie  nowych kierunków studiów, które z wiedzą naukową niewiele mają wspólnego.

    Te wszystkie zmiany  wprowadzane są w celu przygotowania ludzkich populacji do życia w NWO, kiedy to zdecydowana większość populacji będzie skazana żyć za Bezwarunkowy Dochód Podstawowy(BDP), do korzystania z którego, wiedza i umiejętności na wyższym poziomie są niepotrzebne a wydawanie pieniędzy  na to  kształcenie mas, traktowane jest jako marnotrawstwo pieniędzy( i zasobów Matki Ziemi, bo duża ilość pieniędzy przez duże społeczności ludzkie, prowadzi do zwiększonej eksploatacji Jej zasobów, co uznaje się za zbrodnię).

  2. Nie ma fizycznej możliwości, organizowania powszechnego kształcenie na bardzo wysokim poziomie. Pieniądze nie mają tu nic do rzeczy. Każdy może być dobry, ale nie każdy może być mądry. Dosadnie: głuchy nie nauczy się śpiewu operowego, a niewidomy malarstwa z natury. Każdy może jednak znaleźć dziedzinę, w której może być mistrzem.

  3. Wymuszanie powszechnego kształcenia i z konieczności obniżanie poziomu nauczania, natury się nie przeskoczy, jest raczej elementem utrącania konkurencji na rynku. W grę wchodzi również ludzka pazerność. Organizuję wyższą szkołę gotowania na gazie, biorę kasę i wręczam dyplomy…

  4. „Organizuję wyższą szkołę gotowania na gazie, biorę kasę i wręczam dyplomy…”

    To właśnie te „dyplomy” mają matołkom dawać przepustkę do przeróżnych karier a zwłaszcza karier politycznych różnych szczebli.

  5. Tak to prawda. Zdobycie dyplomu, nie jest przepustką do kariery, liczą się zupełnie inne „umiejętności”. Premier WB Borys Jonson jest człowiekiem gruntownie wykształconym,  pozuje na luzaka. Takie klimaty…

  6. Te pomysły są chore, myślę, że też, że są projekcją. Nie ma czegoś takiego, jak niskie i wysokie wykształcenie, są rodzaje wykształcenia, które można nazwać profilami i nie chodzi mi tu o specjalizację. Jeśli ktoś ma niskie wykształcenie, ale chęć do zdobywania informacji stworzyć może cały alternatywny kosmos wiedzy, urządzony według własnych zasad. Tysiące lat ludzie żyli nie rozumiejąc elektryczności, nie wiedząc, że gąsienice to stadia rozwoju motyli i chrząszczy. Czy mieli przez to niskie wykształcenie?

  7. „cały alternatywny kosmos wiedzy, urządzony według własnych zasad” –   tworzą właśnie demoliberalne gremia usiłujące urządzić świat wg własnych utopijnych zasad opartych na kosmosie wiedzy typu gender. 

  8. To nie wiedza, to zabobony.

  9. Chciałem napisać o problemach szkolnictwa wyższego z mojej perspektywy, ale tego nie zrobię bo moje komentarze i tak się nie pokazują. Nie wiem kto to moderuje. Powiem tylko jak to naprawić. Otóż wystarczy wprowadzić płatną naukę w publicznych szkołach wyższych i szkołach zawodowych. To wszystko.

    Nie ma za co:)

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)