Lut 292020
 

Ja wiem, że jest afera wokół pomnika, ale na razie nie będę tego komentował, bo do głowy przychodzą mi same banały. Chcę się jednak odnieść do różnych sugestii dotyczących ostatniego produktu, jaki znalazł się w sklepie. No i do kolejnego, który znajdzie się w nim lada moment, czyli do III tomu Baśni jak niedźwiedź. Socjalizm i śmierć. Jak wszyscy dobrze wiedzą, działamy w całkowitej izolacji i milczeniu, a jedyne na co mogę liczyć, to sympatia czytelników. Żadna formalna czy nieformalna grupa nie powie ciepłego słowa o wydawanych przez Klinikę Języka książkach, albowiem to oznaczałoby złamanie zmowy, a także wskazywałoby na jakość innych niż produkowane lub promowane przez tę grupę produktów. Ja sam mam bardzo ograniczone możliwości ich promowania. Jeśli bowiem zdecyduję się pisać na blogu o książkach wydawanych przez moje wydawnictwo, straci on sporo ze swojej dynamiki. Ja to i tak robię, ale funkcja bloga jest inna, poza tym wydawca promujący książkę, jest z istoty słabo przekonujący. No i zwykle jest tak, że lepiej nie promować książki wprost, za bardzo nachalnie, bo można uzyskać efekt odwrotny od zamierzonego. Poza tym książki promuję w pogadankach.

Jak już zapowiedziałem będę zmieniał politykę wydawniczą. To się nie stanie od razu, albowiem wydawnictwo jest bardzo trudną do manewrowania nawą. Realizacja zobowiązań trwa długo, jest kosztowna, a spodziewane zyski przychodzą albo nie. No i pojawiają się zwykle z dużym opóźnieniem. W swojej nieopisanej naiwności sądziłem, że jeśli będziemy wydawać poważne książki, które mogą coś nowego wnieść do dyskusji publicznej, a nawet jeśli nie publicznej to takiej kameralnej, prowadzonej gdzieś w jakichś wąskich gremiach, to działalność ta zostanie zauważona. I tak się rzeczywiście stało, ona została zauważona przez ludzi takich jak Ebenezer Rojt. Jeśli zaś idzie o całą resztę, mogę rzec jedno – wszystko poza poza suflowanymi tematami do dyskusji, czyli tak zwanym waleniem kijem w kraty, nie ma najmniejszego znaczenia. I wszyscy, wliczając w to hierarchów Kościoła, odnoszą się wyłącznie do owego walenia w kraty. Jak, że tak zażartuję, w tych okolicznościach, chcecie mili państwo osiągnąć jakiś sukces głoszonych przez siebie idei i prawd, skoro już na samym początku oddajecie za bezdurno przeciwnikowi rzecz najważniejszą – kanały dystrybucji myśli? A na dodatek całkowicie podporządkowujecie się zasadom, które on narzuca? Wszystko zaś w imię zwrócenia na siebie uwagi czytelnika. Sytuacja ta przypomina pewien szczególny rodzaj przedstawienia. Facet namówiony przez kogoś przebiera się w dziwne łachy, bo mu powiedzieli, że zaraz stanie przez poważnym bardzo gremium, któremu będzie mógł opowiedzieć o samych najważniejszych rzeczach, co się zrodziły w jego głowie przez ostatnie dwa tygodnie. On jest bardzo przejęty, przygotowuje się i uczy na pamięć tekstu, a potem wpuszczają go do tego miejsca, gdzie siedzą ludzie. No i okazuje się, że to jest arena cyrkowa, a on sam ma doczepiony ten dziwny nos, na na głowie różową perukę. Próbuje coś mówić, ale publika wyje ze śmiechu i tłucze się łapami po udach. Tak wyglądają dziś próby nadążenia za poppolityką, podejmowane przez ludzi aspirujących i domagających się powagi. Ja, biedny głupek sądziłem, że niektórzy z nich coś rzeczywiście mogą zmienić, albo mają chociaż pojęcie o tym, jak działa ta machina. Gówno tam mają pojęcie. Wszyscy liczą na to, że ja znam jakieś tajemnicze zaklęcia i dzięki temu mogę coś zmienić na rynku książki. Kiedy świadomość ta na dobre wymościła sobie miejsce w mojej biednej głowinie, poczułem się bezradny. Trwało to dłuższy czas, bo musiałem, jakoś pozbyć się złogów magazynowych, które były jak kamień u szyi. I proces ten trwa cały czas. Ponieważ – powtórzę – wydawnictwo jest bardzo trudną do manewrowania nawą. Kiedy już jednak zorientowałem się, że ani Okraina królestwa Polskiego, wydana wielkim nakładem kosztów, ani książka biskupa gliwickiego Jana Kopca, opisująca politykę Stolicy Apostolskiej wobec dynastii saskiej rządzącej w Polsce, ani śledztwo w sprawie śmierci Stefana Batorego czyli książka pod tytułem „Czy królobójstwo”, nie zrobią sprzedaży i nie znikną szybko z magazynu, postanowiłem się tych zaklęć nauczyć. Nauczę się ich jednak najpierw dla siebie, tak więc wszyscy, którzy czegoś ode mnie chcą będą musieli poczekać. Tak, jak wspomniałem zobowiązania zostaną wypełnione, ale to w zasadzie wszystko. Po ich realizacji będę się już tylko doskonalił w formułowaniu zaklęć mających zapewnić mi sukces na rynku. I niech się nikt niczemu nie dziwi. Nie będę reagował na walenie kijem w kraty, przeciwnie, obstaluję sobie własny kij i niech tylko ktoś się zbliży do tych krat z jakimiś podejrzanymi zamiarami. Zamaluję go w ten pusty łeb tak, że mu się oranżada z pierwszej komunii odbije.

Nie trzeba do tego wielkiego mędrca, by stwierdzić, że propaganda, jaką mamy na rynku książki jest całkowicie bezskuteczna. To jednak nie budzi w jej dystrybutorach żadnej refleksji. Przeciwnie, oni sądzą, że cisnąć ją na chama uzyskają jednak jakiś efekt. Obawiam się, że po części mogą mieć rację. Ludzie bowiem przyzwyczajeni do określonych formatów, nie zwrócą się nagle ku innym. Nie ma jednak wyjścia, trzeba im te nowe formaty proponować i trzeba przejmować te już istniejące wypełniając je treścią, które może niejednego zaskoczyć. Pokażę teraz na czym polega bezradność propagandy. Oto wydawane przez oficynę „Znak” książki Marty Syrwid

https://www.znak.com.pl/autor/Marta-Syrwid

Ktoś powie, że nie ma się czym ekscytować, bo te gówna pojawiają się po to, żeby przewalić jakiś budżet. No chyba jednak nie, albowiem przewały dokonują się zwykle w ciszy, żeby nie zwracać uwagi postronnych osób. Tu zaś mamy szczerą wiarę w to, że coś jednak może się uda sprzedać. Oto wybitna pisarka Syrwid, uczy biednych idiotów jak pisać dobre książki. Jeszcze zatęsknimy za Masłowską, zobaczycie.

Całą imprezę sfinansowało UNESCO, a jej charakterystyczną cechą jest to, że autorzy wybrani do projektu nie rozumieją języka, w którym formułują myśli. Pojęcia zaś jakimi się posługują nie wzniosą się nigdy poza poziom dialogu niewykwalifikowanych robotników z nieistniejącej już parowozowni w Dęblinie – łumułeś się, łumułem…

Dlaczego ja nie wzruszam ramionami widząc coś podobnego i nie traktuję tego obojętnie i lekceważąco. Już wyjaśniam. To są, podejmowane pod dużym ciśnieniem, próby krańcowego sprymitywizowania języka i myśli pokoleń wchodzących w życie. Pokolenia te zaś będą miały w swoich rękach waszą, a także moją starość. Ona może być dla niektórych udręką, ale dla wielu mogłaby być bardzo pogodnym etapem w życiu. No więc jeśli sprawy w swoje ręce ujmie UNESCO i promowani przez tę organizację autorzy, formatujący mózgi dzieci i młodzieży, możecie się dziś już wszyscy szykować na najgorsze, czyli na powolną śmierć w męczarniach. Ktoś powie, że ja przesadzam, albo, że mi odbiło. Otóż nie. Prowadzimy tu walkę o resztę naszego życia. Może ono zamienić się w piekło, a może nie. Nie wiem, jak wy, ale ja zamierzam zginąć na posterunku. I walczyć tak gwałtownie, jak to tylko możliwe, żeby potem, jak już mnie nie będzie, wszyscy z szacunkiem omijali to miejsce gdzie stałem. Mogą przy tym nawet nic nie mówić. Mam to w nosie. I niech się nie łudzą ci, co mają widoki na dobrą emeryturę. Bo nie o emeryturę tu chodzi.

Na koniec ciekawa refleksja. Ostatni tekst w salonie24 napisałem w marcu 2017, trzy lata temu. W liście zaś najpopularniejszych autorów tego portalu zajmuję piąte miejsce. Nie pisząc nic przez trzy lata utrzymuję się na piątym miejscu w rankingu. Naprawdę, niech wszyscy wsadzą sobie głęboko w du….ę krytykę pod moim adresem. Ja zaś powoli będę tu wszystko zmieniał.

Przypominam, że na konferencję do Kazimierza można zapisywać się do 16 marca. Ja zaś w dniach 6-9 marca będę na targach w Poznaniu, jeśli ktoś może w piątek z rana pomóc mi przy rozładunku, będę wdzięczny.

  13 komentarzy do “O polityce wydawniczej, nie wiem który już raz”

  1. Najlepiej idą te interesy które się nie reklamują. Ale jest ich najmniej.
    Reszta musi się reklamować ☺
     

  2. Mój jest słabo reklamowany 🙂

  3. Gratuluje Panu serdecznie…
    … ale zapracowal Pan sobie  na ta  lokate  jak malo kto  !!!
    Coz, Pan juz nie musi swojego biznesu reklamowac,  on juz  „sie sam” reklamuje… zycze Panu samych dobrych zmian i juz sie na nie ciesze.  W mojej pracy tez ida zmiany i mam nadzieje, ze to beda tez dobre zmiany… a teraz wracam do swojej pracy.
    Pomyslnosci,

  4. Jedno zaklęcie, które Pan kiedyś rzucił, już zaczyna działać. To o unieważnieniu roli uniwersytetów. Wyskoczył mi niedawno filmik na youtubie, człowieka, który nazywa siebie DziadWszewied. Korzystając z jakiś rosyjskich stron, rozpowszechnia treści o tym, że cała historia jest sfałszowana, szczególnie starożytnego Egiptu.
    Ciekawe, że youtube, które miało walczyć podobno z fake newsami, od czasu obejrzenia jednego filmu z tego kanału, spamuje mi cały czas kolejnymi propozycjami.

  5. Bo Yt nie walczy z takimi dziadami, ale z takimi jak ja. 

  6. Zostaje praca organiczna

  7. „Po to jest literatura, żeby samemu się rozwijać. Przy okazji swoich czytelników, ale to jest dla mnie gdzieś na drugim planie” Myślałem że ludzie zaczynają pisać, bo zauważają że mają w głowie sporo więcej niż Ci którzy ich otaczają. I chcą się tym podzielić… Ciekawe ilu współczesnych autorów, nie tylko młodych i początkujących, myśli w ten sposób?  Pewnie większość, tylko się do tego nie przyznają. A tu się niechcący wymskęło

  8. Reklama Dziada to czesc sekty resetowcow. Panie daj pan se siana. 

  9. Mam nadzieję że nie dokłada Pan do tego interesu. Ten rynek wydaje się słabo marcowy.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.