Paź 092018
 

Najpierw opowiem o rozpoznawaniu ptaków w locie i w ogóle po sylwetce. Osobom nie znającym się na rzeczy, albo w ogóle nie interesującym się przyrodą wydaje się to umiejętnością czarodziejską, ale częściej po prostu niepotrzebną i dziwaczną. Bo niby po co komu rozpoznanie gatunku ptaka, który krąży sobie nad naszym podwórkiem w słońcu. Ja jednak upierałbym się, że to są rzeczy potrzebne i ważne, bo poszerzają percepcję i czynią nas wrażliwymi na sprawy pozornie nie znaczące i błahe, które w rzeczywistości wcale takie nie są. Ludzie przejęci tym, że nie potrafią odróżnić kruka od jastrzębia, sądzą zwykle, że umiejętność ta wymaga jakiejś masy uszczegółowień, które należy zapamiętać, a potem konfrontować z obiektem. Nic takiego nie ma miejsca, a wszelkie uszczegółowienia potrzebne są rzecz jasna na pewnym etapie, ale potem nie są już konieczne, bo co innego jest ważne. Kiedy uczymy się zapamiętywać coś wzrokowo wszystkie szczegóły rzucają się nam w oczy od razu, ptaki są kolorowe, łatwe do odróżnienia, jeśli nie liczyć oczywiście brodźców, biegusów i pokrewnych. Każdy widzi czym sójka różni się od kraski, a ta ostatnia od orzechówki. I nie potrzeba nic dodawać w tej kwestii. Co innego kiedy widzimy obiekt z daleka, jak siedzi na gałęzi albo leci. Wtedy potrzebna nam jest wiedza o tym co zwykle siedzi i czeka na ofiarę, a co poluje aktywnie. I to jest istotny moment w rozpoznawaniu gatunków, podobnie jak informacje o tym, jakie ptaki zamieszkują dany teren. Nie mam tu na myśli zasięgów występowania gatunków w skali Europy, ale po prostu siedliska. Musimy wiedzieć, że bocian trzyma się podmokłych łąk, a żuraw to ptak leśny, podobnie jak bocian czarny. To są przy rozpoznawaniu ptaków na odległość informacje najistotniejsze. Ważna jest także wiedza o tym co żyje w stadzie, a co lata samotnie. Dopiero kiedy poznamy te szczegóły, które są doprawdy łatwe do zapamiętania, możemy zabrać się za rozpoznawanie ptaków w locie. Jak to się wszystko ma do rangersów i ich skuteczności? Już tłumaczę. Chodzi o to, że okoliczności w jakich żyje i prosperuje obiekt naszych zainteresowań, są dla skuteczności stokroć ważniejsze niż on sam. I tak samo jest z rozpoznawaniem ptaków, jak z polowaniem na Indian Pokanet w lasach otaczających Plymouth, a także w walce z Francuzami w Akadii. Skąd się brała skuteczność rangersów zorganizowanych w latach siedemdziesiątych XVII wieku przez Bena Churcha z kolonii Plymouth? Nigdy byście nie zgadli, albowiem życie i walka formacji otoczone są fikcją. Legendą wściekłego ryzyka, narażania się na stres, nocnych marszów i nadludzkiej wytrzymałości żołnierzy, a także ich dowódcy. Zacznijmy od tego kim był w rzeczywistości Ben Church. Otóż był to chłopiec lekkomyślny i nadpobudliwy, ceniący sobie wygodne życie, a także mający poważne kłopoty z utrzymaniem dyscypliny na poziomie codziennym. On sobie średnio radził sam ze sobą. Kiedy wybuchła wojna z Pokanoketami, okazało się, że Ben, jako jeden z nielicznych potrafi skojarzyć proste spostrzeżenia dotyczące toczonych walk i ułożyć je w pewną sekwencję, ta zaś okazała się skuteczna na poziomie taktycznym. Ben zauważył przy tym, że okoliczności, które wykorzystuje dają mu nie tylko przewagę nad przeciwnikiem, ale także przewagę nad angielskimi żołnierzami z kolonii, a nie dość tego zapewniają mu jeszcze całkowite bezpieczeństwo i sławę. Kiedy ta konstatacja zaczęła w jego życiu dominować Benjamin Church osiadł na laurach, roztył się i gdy kierował walkami z Francuzami w Akadii, był już ledwie poruszającym się tłuściochem, którego dwaj słudzy prowadzić musieli pod ręce na stanowiska ogniowe, żeby w ogóle mógł zobaczyć jak wyglądają Francuzi.

Teraz pora na uszczegółowienie okoliczności, bo nie samego obiektu zainteresowania Bena. Jego nic nie obchodziło jak wyglądają, poruszają się i czym się różnią od Narragansetów, Nimpucków i Sakkonetów Indianie Pokanoket. To była sprawa drugorzędna, tak jak drugorzędną sprawą jest czym się różni dziób kruka, od dzioba jastrzębia kiedy oba gatunki obserwujemy w locie. Zajmowały go inne sprawy, z których na pierwsze miejsce wysuwa się taktyka. Zwykle mówi się, że rangersi podpatrzyli indiański sposób walki i go naśladowali. To jest tylko część prawdy. Oni tak rzeczywiście czynili, ale wobec szczupłości ich własnych sił nie na wiele by im się to zdało w czasie konfrontacji. Istotne jest to, że ponad połowę składu oddziałów rangersów stanowili Indianie i to oni głównie narażali życie walcząc ze swoimi pobratymcami. Ben Church jedynie firmował ten projekt swoim nazwiskiem i zbierał za tę aktywność pochwały, profity oraz wyrazy szacunku. Rangersi byli rozproszeni wśród Indian, a więc ryzyko, że któryś zginie było sprowadzone do minimum. Ben Church wiedział ponadto, że Indianie są mało skuteczni jeśli idzie o posługiwanie się bronią palną, a poza tym bardzo imponuje im odwaga. Oczywiście podejmował ryzyko i narażał się na kule, ale też wiedział, że strzały z muszkietów trzymanych w rękach czerwonoskórych dosięgają celu tylko czasem. Walka zaś w rozproszeniu, na bagnach, na polach kukurydzy i grochu wyklucza, po pierwszych minutach, broń miotającą. Liczy się to co człowiek ma w rękach. A Ben Church miał w ręku piracki pałasz, bo wcześniej był marynarzem i zdarzało mu się to i owo zagarnąć dla siebie jeśli na swej drodze napotkał pływającą jednostkę francuską, czy nawet pochodzącą z Rhode Island. Sukces rangersów nie polegał więc na maksymalizacji ryzyka, ale na jego minimalizacji, a także na skutecznej propagandzie szeptanej, która towarzyszyła im od pierwszych dni istnienia. Jeśli do tego dodamy wysoką specjalizację czyli pirackie pałasze w rękach, zamiast pik, rapierów i muszkietów, to mamy w zasadzie pełny obraz. No nie całkiem, dodajmy jeszcze do tego umiejętnie stymulowane przez Churcha konflikty z gubernatorem i sławę przyjaciela Indian. Nie było takiego jeńca, z którym Ben Church nie zamieniłby paru wyrazów, nie było takiego dziecka indiańskiego, na które nie spojrzałby łaskawym okiem w obecności jego zmaltretowanej i wygłodzonej matki. To wszystko sprawiało, że Ben Church miał opinię człowieka niezwykłego, przyjaznego Indianom i bardzo skutecznego. Nikt w końcu nie zadawał sobie trudu, by liczyć poległych w walkach z Pokanoketami Indian Sakkonet.

Ben Church wykonywał momentami robotę obrzydliwą, ale tę maskował właśnie swoim ludzkim rzekomo stosunkiem do tubylców. Kiedy na przykład w kolonii szykowała się egzekucja, jakiegoś jeńca, któremu Ben lekkomyślnie obiecał życie, on po prostu wyjeżdżał w ważnych sprawach gdzieś poza Plymouth, a kiedy wracał głowa tego faceta, któremu udzielił gwarancji tkwiła już na palisadzie fortu.

I teraz ważna sprawa. Tradycja rangersów jest wciąż żywa, żyje w harcerstwie, skautingu, żyje w różnych grupach nieformalnych i wśród tak zwanych pasjonatów ekscytujących się rozpalaniem ognia poprzez pocieranie dwóch patyków i wykonywaniem krzemiennych grotów do strzał. Ludzie patrzą na te poczynania ze zrozumieniem, bo wydaje im się, że tam kształtuje się charakter młodych ludzi, którzy potem będą brali na siebie więcej odpowiedzialności i będą bardziej wytrzymali. To nieprawda. Nie po to bowiem stworzono formację rangersów, żeby kształtować charaktery, ale po to, by skutecznie eksterminować Indian i mieć na to wiarygodne usprawiedliwienie. Ich aktywność zaś nie była obłożona ryzykiem większym niż to, które podejmowali maszerujący przez gęsty last grenadierzy jego królewskiej mości. Twierdzę nawet, że było to ryzyko dużo mniejsze. Skoro mamy taką konstatację, to skonfrontujmy ją ze współczesnym szkoleniem rangersów, z tymi obozami przetrwania i nabywania różnych niezwykłych umiejętności, ze szkoleniem służb po prostu. Po co to jest? Moim zdaniem po to, by wyselekcjonować ludzi podobnych do Bena Churcha. Czyli istotny sprytne, nieodpowiedzialne i potrafiące w razie zagrożenia zasłonić się innymi, minimalizując ryzyko misji. Uszczegóławiając rzecz do końca, współczesna zabawa w rangersów ma na celu wyselekcjonowanie młodych socjopatów, którzy będą z premedytacją szukać i werbować Indian, godzących się narażać dla nich życie. Dla nich? Oczywiście, że nie dla nich, dla tych, którzy ich rozpoznali, wyszkolili i zwerbowali.

Żeby to zrozumieć, należy na chwilę odwrócić wzrok od tej pasjonującej czynności jaką jest łupanie krzemieni i wykonywanie z nich grotów do strzał i zwrócić uwagę na okoliczności tym zajęciom towarzyszące, a szczególnie na to jakie samochody i z jakimi numerami zaparkowane są na najbliższym parkingu, albo przez znajdującym się niedaleko obozu naszych skautów hotelem.

Na dziś to tyle. Tekst niniejszy można czytać na dwa sposoby: dosłownie i metaforycznie. Każdy wybierze sobie ten, który mu bardziej odpowiada.

Jeszcze ogłoszenie. Jeśli wpłaty na LUL będą wpływać w takim tempie impreza zostanie odwołana po 5 listopada, bo nie będzie jej z czego sfinansować. Wszystkie szczegóły dostępne są w zakładce Latający Uniwersytet Leszczynowy, wpłat można dokonywać także przez pay pal na konto [email protected]

  30 komentarzy do “O przewagach rangersów”

  1. Polski Ben Church naszych czasow to wypisz, wymaluj Jacek Kuron, ktory dzialal w czerwonym harcerstwie (byl etatowym instruktorem w wydziale harcerskim stołecznego ZMP). Ten psychopata uchodzacy w oczach opinii publicznej za spolegliwego i milosiernego czlowieka od zupek „kuroniowek” umarl jako swiecki swiety, a ci co go znali bezposrednio wiedzieli, z kim maja do czynienia. Bodajze Lech Jeczmyk w swojej ksiazce „Swiatlo i dzwiek” wypowiada sie obszerniej na temat tego slynnego „harcerza”. Jesli Ben Church po tym, jak sie roztyl, przypominal kawal wieprza, to mamy stosowne okreslenie opisujace naszego bohatera. Doslowne lub metaforyczne – jak kto woli.

  2. Mocną stroną Bena Churcha była obłuda, wygląda na to że to chyba  typowa cecha ludzi maksymalizujących swoje bezpieczeństwo i minimalizujących swoje  ryzyko.   Obłudny żyje wygodniej.

  3. Nazwisko pomoglo.

  4. To mi przypomina Rotary International , ponoć tam znaleźli się godni polecenia  Ole Ole Olek Kwaśniewski i jego podpórka Ryś Kalisz będący jakością samą w sobie  ,nie  wymagający rekomendacji . Organizacja pożytku publicznego nie  dla  idiotów .

    Czekamy z niecierpliwością na  Następny tom Socjalizmu i śmierci . Będzie  ogień w  porównaniu z Karoniem .

  5. Ogień jest w dosłownym znaczeniu. I dużo wybuchów

  6. Jako kilkulatek pamietam, ze babcia czesto wspominala braci Jablkowskich w Kaliszu, byc moze nawet byla to jakas dalsza rodzina. Z nastawienia emocjonalnego babci oraz na podstawie dzisiejszej wiedzy moge stwierdzic, ze ruch socjalistyczny byl zwiazany z patriotyzmem i rodzinami ziemianskimi jak wierzch z podszewka. Uwazano za rzecz normalna porachunki z agentami ochrany w Kaliszu, czy rzucenie bombki w kierunku rosyjskich notabli. Zwiazki Kalisza z Warszawa utrzymywane za posrednictwem studentow – wywrotowcow od II pol. XIX wieku do roku 1989 nie zmienily sie na przestrzeni 100 lat w ogole. Moge to potwierdzic i uwazam, ze wszystko odbywalo sie dokladnie tak samo miedzy stacja kolejowa w Kaliszu i w Warszawie przed ponad wiekiem, jak i w latach stanu wojennego (przewoz bibuly, nastroje wsrod mlodziezy, czula troska rodzicow, ktorzy nie byli wtajemniczeni, ale moze sie domyslali, zegnajacych na peronie swoje pociechy wyjezdzajace na studia). Smiem twierdzic, ze caly tzw. polski patriotyzm to glupia zabawa idiotow, ktora przyniosla wiele zlego. Dzisiaj oczywiscie nikt do tego sie nie przyzna i kolejne pokolenie musi brnac w tym klamstwie i udawac, ze wszystko jest ok i tak ma byc. Postawa ksiezy zasluguje na uznanie. Ksiadz Blizinski z Liskowa jest dobrze znany. Ksieza traktowali patriotow – wywrotowcow – idiotow z wyrozumialoscia, a nawet pewna sympatia i wykonywali przez te lata swoje obowiazki, pozyteczna prace, za ktora teraz Polacy podziekowali im filmem „Kler”.

  7. Sens tej dzialalnosci wywrotowej byl taki, ze ci z nich, ktorzy przezyli kolejny zakret dziejowy (1918, 1945, 1989) bardzo szybko i efektownie awansowali, a ze ogromnym kosztem ogolu i degradacja poziomu rozwoju cywilizacyjnego, no coz…

  8. coryllus co do LUL to bardzo źle by było, gdyby się nie odpalił … podam moje sugestie, bo wydaje mi się, że sprawa została przez Ciebie coryllusie beznadziejnie zawalona organizacyjnie, ale możliwa jest jeszcze do uratowania … wystarczy podać dwie rzeczy do publicznej wiadomości, czego dotąd nie zrobiono: 1) licznik pozostałych wolnych miejsc 2) harmonogram przyjmowania wpłat z rosnącą wraz z czasem wartości wpłaty, na przykład 250 do 15 października, 270 do 25 października i 300 do 5 listopada; termin 5 listopada powinien mieć charakter deadline, po którym, jeśli zostaną wolne miejsca, na indywidualną zgodę Gospodarza i za 500 PLN można się jedynie załapać …

  9. Polacy podziekowali im filmem „Kler”

    Panie, jacy Polacy?!

  10. Normal
    0

    Dziekuje Gospodarzowi za dzisiejszy tekst jak i za poprzednie. Skomentuje tez tak przyrodniczo. Jesli przez wiele lat lowi sie muchy i je oznacza to po pewnym czasie oznacza sie je juz w locie, czego nowym czytelnikom tego bloga i SN zycze. Komentarz niniejszy tez mozna rozumiec doslownie i metaforycznie. Pozdrawiam.

  11. przypomniała mi się anegdota, która opowiadał Ks. Dyrektor kiedy załatwiał mulitplex dla Radia Maryja. Korespondencja, odmowy, uzasadnienia tzw „na okrągło” pisane i ciągle brak pozytywnego załatwienia sprawy, aż Ks. Dyrektor nie zdzierżył, wybrał się osobiście do urzędu, jako interesant. W urzędzie jest przerzucany z pokoju do pokoju jak intruz, no więc w końcu pyta: Gdzie ja jestem wśród ludzi ochrzczonych, rzymskich katolików  czy gdzie? Może wśród ateistów. Urzędnicy przypomnieli sobie że są ochrzczeni, nie wiem czy im było głupio ale przestali traktować zakonnika jako intruza.

    No tak to jest (ten milion) oglądający film KLER, nie pomyślał, że może zachowuje się niestosownie, że ten film jest uderzeniem  w Kościół i że nie znamy takich księży, jak ci z filmu.

    A co do autorstwa i pomysłu na film KLER, to jednak pomysł na walkę z Kościołem musi pochodzić od nieochrzczonych.

  12. Natomiast kasa pochodzi od ochrzczonych, niestety. Ale nie bezpośrednio.

  13. no tak, dla filmowców pecunia non olet, ale przy okazji Tomek Samołyk przypomniał, że do tego filmu, do zachowania pana reżysera ,  pasuje określenie – faryzejskość.

  14. Kilka wyjaśnień do ilustracji, ale najpierw wielkie uznanie dla Coryllusa za jego piękne refleksje przyrodnicze. To najlepsza odpowiedź dla komentatorów, którzy żyją telewizją lub youtubem i nie wiedzą jak piękne jest życie.

    Pomijam ilustrację do Pielgrzymów w Plymouth. Wyjaśnienia wymagają „japońscy mongołowie”, którzy próbują się włamać do/przełamać bariery szkoły w San Francisco. Pryncypałka szkoły podstawowej Redding Primary School odmawia przyjęcia dziesięcioletniego Japończyka Keikichi Aoki, gdyż jest „Mongolian”.

    Co do trzeciej ilustracji, to z żalem nie umieściłem mojego zdjęcia zielonej papugi z kraju, gdzie nie było papug, z wyjątkiem jednej (dzikiej), którą na drzewie cytrynowym karmiłem jabłkami i gruszkami nadzianymi na gałązki. Kilka lat temu w Londynie odkryłem stada tych zielonych papug. Podobno eliminują gołębie. Wyczytałem, że są już blisko Polski, ale myślę, że Polska jest zimą zbyt mroźna.

  15. Tak…

    … przyroda jest urzekajaco piekna… a dzisiejsze opisy Gospodarza fascynujace  !!!

  16. Im złudzeń mniej, tym lepiej dla Pana i dla nas, czytelników, oby tak dalej, niech Pana Bóg prowadzi! Pana dzieło to prawdziwa „edukacja domowa”, milion razy ważniejsza i cenniejsza niż blichtr i pogłos me(r)dialnego „półświatka”, do którego nigdy, przenigdy nie powinien Pan zatęsknić…

  17. „Historia toczonego dziadka i malowanej babki” czyli „Tragiczny sierpień 1914 roku zapamiętany z dzieciństwa …w książce dla dzieci”. Szkoda, że nie zapytałeś swej Babci o rodzinną legendę z 1914. Rzucali bomby na cara a Niemiec w nagrodę zrównał miasto z ziemią. Piłsudski wysłał Belinę na Kielce, które już wiedziały, co się robi z niepokornymi mieszkańcami.

  18. Czarny bocian ma gniazdo w lesie pokrywającym Lubogoszcz, górę w Beskidzie Wyspowym. Przed tygodniem widziałam go w locie zdziwiona, że jeszcze nie odleciał…..on pewnie jak żurawie odlatuje w październiku. Kiedyś widziałam dziwny lot ptaka, była to sroka lecąca z długą gałęzią w dziobie.Panie Gabrielu pana teksty o bardzo poważnych sprawach  z przyrodniczymi ingrediencjami są wspaniałe. „Grab mąż brzozy…..”

  19. Muchy się jednak trochę różnią od ptaków

  20. Niektórzy ochrzczeni chcą być jak Indianie Sakkonet. Wynajmują się do zwiadu

  21. Ja już widziałem w Polsce wolno latające papugi

  22. Kiedyś czarne bociany miały gniazdo w pobliskich krzakach, pewnego lata wyprowadziły osiem młodych. Latały nad moim domem. Akurat sąsiadka była w ciąży i zażartowałem, że widziałem bociana przelatującego nad jej domem, ale czarnego…bardzo się zdenerwowała…

  23. po tym kaliskim dramacie rodzina przeniosła się do Łodzi, opowiadano, że ten pan dowodzący zniszczeniem Kalisza był po prostu pod mocnym wpływem i mu się przywidział atak Rosjan. Tak to jest kiedy alkoholizm wplącze się w operacje militarne.

  24. I nadają von der Ptasia Wierzba.

  25. Wygląda na to, że spotkał się Pan z Józefem Mackiewiczem znajdując taki rodzaj paraleli w dyscyplinie ornitologicznej w stosunku do omawianego tematu, a może to reguła i oczywistość?

  26. https://de.wikipedia.org/wiki/Walther_von_der_Vogelweide#/media/File:Codex_Manesse_Walther_von_der_Vogelweide.jpg

    Vogelweiden oder Vogelweidhöfe waren Orte, wo Vögel, meist junge Beizvögel, gefangen oder abgerichtet wurden. Vögel also, die man für die im Mittelalter sehr beliebte Falkenjagd benötigte.

    Ja tez myslalem, ze chodzi o wierzbe, ale raczej to bedzie klatka – karmnik. Taka, jak w herbie.

  27. Pieknie…

    … a w moim ogrodku – od zeszlej niedzieli – lata i pracuje w rozchodniku rozowym, zwanym tez kamienna roza – codziennie, doslownie roj pszczol  !!!   Nie widzielismy o tej porze nigdy takiego „najazdu” tych tak pozytecznych owadow… widok tych uwijajacych sie pszczolek zapiera dech w piersiach… a sasiad przez siatke powiedzial mi dzis, ze do niego wczoraj wlasnie przyszly 2 piekne jeze… ktore ponoc powinny juz spac o tej porze.

    Wydedukowalismy, ze zima latos przyjdzie pozno… prawdopodobnie.

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)