lt. 262021
 

Nie wiem kto pierwszy wymyślił ten upiorny koncept – państwo jako dzieło sztuki. Nie wiem też kto wymyślił logiczną konsekwencję tej bredni czyli wojnę rozumianą jako dzieło sztuki. Sam jednak pomysł, by w epoce zwanej nowożytną, zrezygnować z twórczości na chwałę Pana Boga i zastąpić ją państwem jako dziełem sztuki i wojną jaką dziełem sztuki, jest znamienny i wiele wyjaśnia. Na przykład to, skąd się biorą tak zwani ludzie renesansu. To są wysłannicy piekieł, siewcy zła i zawodowi destruktorzy, którzy próbują podporządkować lokalne hierarchie skupione wokół myśli o zbawieniu duszy, jakieś idei prowadzącej ludzi wprost na zatracenie. Jak sobie wpiszemy w googla frazę państwo jako dzieło sztuki. Wyskoczy nam książka niejakiej Guczalskiej o Heglu. I to jest fakt sam w sobie demaskatorski, bo dla starego Hegla dziełem sztuki było państwo stworzone przez Fryderyka Wielkiego. Do jakich tradycji nawiązywało to państwo, nie muszę nikomu mówić, podobnie jak nie muszę wskazywać gdzie znajdowała się kolebka tego państwa i jakie były jego początki. Moment na opisywanie tego rodzaju zależności jest dobry, albowiem ziemia Prusów i biskupstwo warmińskie znów są dziś na ustach wszystkich. Z innego co prawda powodu, ale jednak….

Jeśli przyjmiemy, że ojcem kultury renesansowej był Fryderyk II Hohenstauf, a możemy tak zrobić, bo wskazał nam ten moment stary Jacob Burckhardt, to nie możemy pominąć człowieka, który stał przy boku cesarza do samej swojej śmierci w roku 1239. Człowieka nazywanego przyjacielem cesarza, jego powiernikiem, druhem, tajnym radcą, istotą posiadającą wszelkie klauzule najwyższego uprzywilejowania i zaufania. Chodzi mi oczywiście o biednego rycerza z Turyngii, znanego jako Hermann von Salza. Został on w pewnym momencie wielkim mistrzem Zakonu Najświętszej Marii Panny. Przy Fryderyku II pełnił rolę wykonawcy poleceń i zamierzeń najśmielszych i najtajniejszych. Do takich należał projekt utworzenia zakonnego państwa gdzieś w Europie, które podporządkowane byłoby wyłącznie cesarzowi (jeśli cesarz podporządkowałby sobie papieża) i mogłoby prowadzić akcję ewangelizacyjną, a w istocie zdobywczą, w dowolnym miejscu globu, posiadając na to legitymację władzy uniwersalnej. Czymże innym jest renesansowa koncepcja państwa jako dzieła sztuki i wojny jako dzieła sztuki? To jest dokładnie to samo, zdjęcie z fiskalizmu, podboju, tyranii, zbrodni i terroru, odium grzechu i nadanie im nowego znaczenia, już to jako przejawom władzy najwyższej, realizującej na ziemi swój tajny plan, już to jako idei pięknej i groźnej, która może istnieć dla samej siebie, albowiem została przemyślana, zaplanowana i oparta na logicznych i jasnych zasadach. Hegel nam to tylko potwierdza i utrzymuje nas w przekonaniu, że mamy rację, albowiem pomiędzy państwem Fryderyka II Hohenstaufa, a państwem Fryderyka II Hohenzollerna istnieje ideowy pomost. Nikt tego nie zamierzał nigdy ukrywać, ale dla nas, ludzi, którym ta koncepcja sprawiła najwięcej kłopotu i zmieniła całkowicie historię, jest to niezrozumiałe. My szukamy sensów w swojej historii całkiem gdzie indziej, nie pojmując, że w ten sposób nie możemy się skutecznie przeciwstawić tym wszystkich wojenno artystycznym manewrom, jakie niemiecka doktryna wykonywała przed nami przez wieki całe. Bo nie rozumiemy co się z czym łączy.

Kantorowicz bardzo ostrożnie, jak na niego, opisuje sytuację, w której zdecydowano o utworzeniu państwa krzyżackiego. Oto w zimie, na przełomie lat 1225 i 1226, Konrad Mazowiecki złożył ustną obietnicę, przekazania krzyżakom ziemi chełmińskiej. Wszyscy, którzy byli na konferencji w Turznie i słuchali wykładu o biskupie Christianie, powinni teraz zastrzyc uszami. Ja już nie mam niestety tej książki, ale radzę jej poszukać na allegro i w wydawnictwie Verbinum. Nikt tak naprawdę nie wie, jak wyglądały okoliczności złożenia owej obietnicy i kto w istocie zaatakował Konrada Mazowieckiego tamtej zimy. Kto wystraszył tego niełatwego przecież i nieobliczalnego człowieka tak bardzo, że złożył on pochopnie taką obietnicę? Trzeba by się też zastanowić, jaki był stosunek księcia do Duńczyków, którzy w owym czasie reprezentowali nad Bałtykiem siłę wierną papieżowi, a także jak sytuował on swoją własną osobę w chrześcijańskim universum władzy? Czy w ogóle coś z tego rozumiał? Bo, co do tego, iż Hermann von Salza i Fryderyk II rozumieli dokładnie wszystko, nie można mieć wątpliwości. Ustna obietnica wystarczyła, by natychmiast właściwie ruszyły prace, nad szczegółowym opracowaniem planu dotyczącego tego państwa. Fryderyk II zaś wydał dokument zwany złotą bullą z Rimini, w którym sam siebie ogłosił władcą całego chrześcijańskiego świata, zakonowi zaś krzyżackiemu nadał wszelkie możliwe przywileje dotyczące własności ziemi i metod jej pozyskiwania. Krzyżacy mogli zdobywać tereny także na władcach chrześcijańskich, a to oznacza wprost, że mogli ją odbierać książętom polskim.

Ujmijmy rzecz następująco; przedstawicielami cesarza na północy mają być Krzyżacy, przedstawicielami papieża na tym samym obszarze są Duńczycy, podporządkowujący sobie Pomorze i cystersi, którzy zakładają klasztor w Oliwie. Jaka rola przypada więc książętom polskim? I dlaczego papież nie inwestuje w nich ani grama złota? Zapewne od czasów śmierci biskupa Stanisława, dobrze jeszcze wtedy pamiętanych, papież jest bardzo ostrożny jeśli idzie o władzę osadzoną w Krakowie. Polacy też, w przeciwieństwie do Duńczyków nie mają okrętów wojennych, a więc z punktu widzenia walki i władzę nad światem chrześcijańskim są bezużyteczni. Nie pojawią się nagle na swoich okrętach w porcie neapolitańskim i nie zaczną dyktować warunków znajdującej się tam cesarskiej załodze. Duńczycy też tego nie zrobili, ale mieli przynajmniej potencjał. Tak więc w stuleciu XIII, w drugiej jego połowie sprawy mają się tak, że jednym prostym ruchem cesarz Fryderyk wyjmuje spod kontroli papieża całą północną Europę, instalując tam ludzi, bezwzględnie mu wiernych, wrogich wszystkim dookoła, dobrze uzbrojonych i posiadających legitymację lokalnego księcia, który najwyraźniej nic nie rozumie.

Obecność cystersów na tym terenie i ich akcja misyjna nic nie obchodzą ani cesarza Fryderyka, ani Hermanna von Salza, albowiem ludzie ci walczą o to, by cały świat był urządzony, tak, jak później urządzano te rzekome, włoskie republiki, będące w istocie emiratami. Podstawą organizacji tego państwa było wyobcowanie i wymieniany już tylekroć tutaj arabski fiskalizm. Podobnie jak w Italii Fryderyka Hohenstaufa, opanowanej przez Saracenów działających w imieniu cesarza, wszystkie umocnione obiekty są państwowe. Nie ma żadnych prywatnych warowni, a cała ludność sprowadzona jest do roli bydła roboczego. Tak było zorganizowane państwo zakonne, my to wiemy, ale nie wiemy jednego – Krzyżacy byli w Prusach tym, czym w Apulii była saraceńska gwardia cesarza. Byli tym, czym później, w rzekomych włoskich republikach, byli kondotierzy i ich oddziały. To jest ta sama tradycja i ta sama metoda, wywodząca się wprost z północnej Afryki, przeniesiona do Europy przez emirów Sycylii i Bari, a potem utrwalona przez Fryderyka II Hohenstaufa.

Najgorsze co mogło nas, Polaków w owym czasie spotkać, to sojusz papieża i Krzyżaków, który w końcu i tak doszedł do skutku. Żeby skutecznie walczyć z zakonem, należało wyprodukować, w porozumieniu z cystersami, dokument stwierdzający faktyczną bezbożność rycerzy zakonnych i wykazać diaboliczny charakter ich misji. Następnie, wziąć w Wenecji kredyt i zająć się werbunkiem ludzi w Czechach, na krucjatę przeciwko fałszywym chrześcijanom. Do tego potrzebny był prawnik i władca z horyzontami dalece wykraczającymi poza horyzonty takiego Konrada Mazowieckiego. Było to po prostu niemożliwe, o czym wiemy, ale możemy się przecież zabawić wymyślaniem takich koncepcji. Pomijam już fakt nieistnienia królestwa w tamtym czasie.

Wobec tych rozważań, inaczej zupełnie wygląda sprawa wygnania Krzyżaków z Węgier. Przyjmuje się dziś powszechnie, że złota bulla z Rimini jest antydatowana i tak naprawdę wydano ją po śmierci Hermanna von Salza w roku 1239. No nie wiem, ale jeśli tak było, to rzeczy mają się następująco: najazd mongolski, który położył kres rozważaniom kto jest lepszy papież czy cesarz, był logiczną konsekwencją rywalizacji o władzę nad chrześcijańskim światem. Próba stworzenia zakonnego państwa na Węgrzech, zakończona fiaskiem i druga próba – stworzenia takiego państwa w Prusach, na pewno zostały zauważone w Wenecji, gdzie znajdowała się przecież siedziba zakonu. Złota bulla, jeśli była antydatowana, wygląda na próbę zabezpieczenia swojej władzy przez Fryderyka, na terenach, które już za chwilę, z inicjatywy, poirytowanych, żeby nie powiedzieć wkur…onych Wenecjan znajdą się pod władzą mongolską. Nie mogło być bowiem tak, że na Adriatyku operuje flota, pieniądze przelewają się w bankach, a o tym kto ma władzę nad światem decyduje dożywotnie wybierany papież albo cesarz, który ciągle potrzebuje pieniędzy, a jego największym marzeniem jest zostać władcą, bogiem i bankierem w jednym. Jeśli bulla z Rimini nie jest antydatowana i powstała w roku 1226, wyobrażam sobie rzecz całą następująco: widząc porażkę koncepcji państwa zakonnego na Węgrzech, podporządkowanego cesarzowi, który jest władcą wszystkich krajów chrześcijańskich przecież, a to oznacza, że także Wenecji, doża zadzwonił do swojego człowieka zainstalowanego w jednym z portów nad Morzem Kaspijskim. Polecił mu, w krótkich słowach, by wysłał telefonogram do wielkiego chana w Karakorum i do inżynierów pracujących w hutach północnych Chin. Sprawy dojrzały do tego, by rozpocząć przygotowania, albowiem Bóg jeden raczy wiedzieć co temu durnemu, zakolegowanemu z Arabami cesarzowi wpadnie jeszcze do głowy. Jedno państwo na Węgrzech, z którego Wenecja jakoś go wykolegowała, a teraz drugie w Prusach. Zaraz wymyśli trzecie na Krymie i będzie pozamiatane.

W odpowiedzi na telefonogram wielki chan przysłał gołębia pocztowego z jednym tylko pytaniem – Arabowie tyż? – Musowo – odpowiedział doża. Od razu ruszyły przygotowania do akcji w całych Chinach, a w stepach Mongolii zaczęto koncentrować wielkie stada koni i bydła pod przyszłą inwazję, szkoląc jednocześnie chłopców siedmioletnich w walce z siodła.

Na dziś tyle zabawy, bo okazało się, że wczoraj przyjechała tylko część nakładu książki

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/zle-czasy-pamietnik-stanislawa-karpinskiego-z-lat-1924-1943/

A dziś przyjdzie reszta. Tak więc kolejny dzień rozładunku.

  18 komentarzy do “Państwo zakonu krzyżackiego w Prusach, jako dzieło sztuki renesansowej”

  1. absolutnie mogło tak być, rozmowa z chanem i podarki

    a mówiono, że cały ten najazd był z inicjatywy mongolskiej …

    no mówiono …

  2. Mówi się też, że Leonardo był geniuszem i co z tego?

  3. Dzień dobry. „Są tylko ludzie Papieża i ludzie Cesarza” – tak Pan kiedyś napisał i to znajduje potwierdzenie w wielu zdarzeniach, jeśli je poprawnie zinterpretować. Ale warto też się zająć takimi gangsterami jak Wenecjanie czy Genueńczycy, bo trudno ich uznać za należących do powyższych kategorii, a przecież byli graczami nie do zignorowania. Ja na roboczo ich sobie wrzucam do kategorii „cesarzowatych”, bo to, co Cesarze deklarowali mniej lub bardziej otwarcie przez nich było realizowane w praktyce jakby w ukryciu, przez to być może skuteczniej. A zatem maksyma poprawiona mogłaby brzmieć; Są tylko ludzie Papieża i kandydaci na cesarzy”…

  4. z samego mówienia niby niby nic nie wynika, ale jednak utrwala się wadliwy opis …

    na lekcjach historii opowiada się uczniom o tym najeździe jako łupieżczej inwazji mongolskiej, to jest to prawda, tyle że złupienie było celem ostatnim, pierwszym celem było zniechęcenie krzyżactwa do działań w środkowo wschodniej Europie

    nauczyciele historii nie wyjaśniają  tego  pierwszego celu

  5. Nie zalicza się też ich do „ludzi renesansu”, co moim zdaniem jest jakąś iskierką nadziei

  6. Dlatego Rafał napisał we wstępie do Okrainy królestwa Polskiego, że I RP była próbą uratowania resztówki po Pax Mongolica, za pieniądze Wenecjan oczywiście

  7. A kto tam tak naprawdę rządził Konrad czy Agafia?

  8. Ładne. Zwłaszcza ta pani idąca sadzić maryśkę…

  9. Nie da się przeoczyć. Ha, ha!

  10. Walka przeciw państwu przez walkę ze sztuką

    London Standard z 24 października 1899 podał informację o skandalicznym akcie wandalizmu dokonanym w Berlinie na marmurowych pomnikach bulwaru Siegesallee (Aleja Zwycięstwa) podarowanych miastu przez Wilhelma II. Pominę dewastację innych postaci, wspomnę tylko, że Hermanowi von Salz złamano nos, zniszczono rękojeść miecza i zwój pergaminu.

  11. Wacław Zatorski w książce Wojny Czyngis Chana 1194 -1242 mówi że najazd Mongołów zniszczył dopiero krzepnącą państwowość polską , ważne było /dla kogo/  też skrócenie panowania  Henryka Pobożnego, ponieważ on miał szanse i strategie scalania i wzmacniania polskiej wczesnej idei państwowej… a mając na uwadze, że idący z wojskiem na pomoc któryś z Niemców po prostu nie zdążył z pomocą Henrykowi  a Mongołowie  po wykonaniu zadania na naszych  ziemiach skręcili … na południe na Węgry… można także rozważyć czy  mongołowie nie zostali zaproszeni przez więcej dworo niż tylko wenecki

  12. Złamany nos – akt pohańbienia. Zwój pergaminu – zniszczono symbolicznie sfałszowane dokumenty, a utrącona rękojeść miecza, wytrącono mu oręż, którym się posługiwał –  kłamstwo i przemoc. Ilu „bohaterów” powinno być pozbawionych nosa?

  13. Jeśli mnie pamięć nie myli, rycerzy krzyżowych nie można się doszukać. Pojawiają się i znikają. Braciom Dobrzyńskim Mongołowie Drohiczyn zniszczyli doszczętnie.

  14. a sama architektura krzyżacka , ta budowa klasztorów jako twierdz – taka demonstracja siły i władzy, chyba wskazuje, że te  nowe pomorskie ziemie  traktowali jako na wieki właśnie im powierzone.

  15. Koneczny mówi „rzucono hasło” by cały żółty ludek miał jednego cesarza. Pewnie potomkowie Madziarów z nad Oki miewali czasami skośne oczka, i wywiad mongolski to zauważył. Co nie wyklucza inspiracji europejskiej.

    To by oznaczało, że jesteśmy potężni. Chińczycy do dziś sa dziećmi Wielkiego imperatora. I to za wenecką inspiracją. No no.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.