Lut 102015
 

Mam tu obok siebie książkę Jerzego Ślaskiego pod tytułem „Żołnierze wyklęci”. Książkę ważną i potrzebną, z wielką ilością szczegółów, dat i nazwisk. Opowiada ona o działalności oddziału Mariana Bernaciaka, „Orlika”, który zginął na Piotrkówku, niedaleko Dęblina, w roku 1946. Ślaski był w jego oddziale i nosił pseudonim „Nieczuja”. Jak powiadam książka jest ważna i powinni ją przeczytać nie tylko mieszkańcy powiatów ryckiego i puławskiego, którzy chodzili to takich, jak ja szkół, gdzie karmiono ich bredniami o bohaterstwie żołnierzy GL, ale wszyscy ci, których sprawy zbrojnego podziemia aktywnego po wojnie żywo interesują. Dopiero w połowie książki zauważyłem, że wydana ona została przez oficynę „Rytm”. Tak, tak, przez tę samą oficynę ‚Rytm”, wokół której rozpętała się nie tak dawno afera w związku z jej właścicielem Marianem Pękalskim majorem SB, agentem aktywnym w strukturach podziemia.
Ja tu nie mam zamiaru prowadzić żadnego śledztwa, ale opisać pewien zgubny bardzo stan emocji, który prowadzi ludzi na manowce. Jerzy Ślaski, zanim wydał w roku 1996 książkę o Orliku, napisał sześciotomowe dzieło pod tytułem „Polska walcząca”, opublikowane przez „Pax” w roku 1985. W tej książce pisze, że ludźmi Orlika, którzy nie złożyli broni po wojnie kierowały młodzieńcze emocje. Uczciwie jednak przyznaje, a cenzor to puszcza, że gdyby się ujawnili groziło by im więzienie, a może nawet zsyłka. Wydane w trzech woluminach sześć tomów „Polski walczącej” można dziś kupić na allegro za niecałe pięć złotych. Nie wiem czy Jerzy Ślaski jeszcze żyje, ale nie o nim jest ten tekst. Traktuje on o przemożnej chęci rozładowania długo gromadzonych emocji. Chodzi o to, że chęć ta jest zawsze zauważalna, a wręcz pilnie obserwowana i kiedy przychodzi ten ważny moment, że już można bez strachu powiedzieć wszystko zawsze zjawia się jakiś sympatyczny pan, który oferuje swoją usługę. Polega ona na zdjęciu z obarczonego pamięcią człowieka ciężaru odpowiedzialności za publikację i dystrybucję. Bo to przecież tak działa, prawda? Nie będziemy podejrzewać Jerzego Ślaskiego o złe intencje, on chciał tylko opowiedzieć o tym wszystkim póki żyje i póki jest okazja. No i opowiedział. Teraz trzeba postawić pytanie: kto jest dysponentem tych treści po jego śmierci? Nie wiem. Ale problem nie dotyczy tylko jego, ale w ogóle wszystkich, którzy mają w środku tę szaloną pewność, że teraz, już, w tej chwili trzeba wszystko opowiedzieć, wydać, opublikować, a potem już tylko patrzeć jak książka znika z księgarń. Ona rzeczywiście znika, nie tylko z księgarni, ale także z pamięci, znika zewsząd, bo nie wiemy kto jest i będzie dysponentem tych treści i gdzie one, na skali patriotycznych i politycznych emocji zostaną przesunięte. Nie łudźmy się bowiem, że chodzi o pamięć, fakty, historie i takie tam duprerele. Chodzi wyłącznie o bardzo osobiste emocje i ich rozładowanie. O zmniejszenie tego ogromnego napięcia, które w tych ludziach narastało od końca wojny. I to jest właśnie pułapka.
Oczywiście, trudno powiedzieć tym starszym już i zmęczonym ludziom, żeby założyli wydawnictwo i sami zajęli się dystrybucją. Tym trudniej, że wiemy co się dzieje na rynku książki. Żeby coś sprzedać potrzebna jest koniunktura, a tę nakręcić można tylko centralnie, w miejscach, która są ośrodkami dystrybucji i propagandy. Mamy więc jaki taki obraz całości, żołnierze AK, zwani nie wiadomo z jakiego powodu wyklętymi, oczekują na swoją kolej, by zaistnieć w zbiorowej pamięci, do roku 1989, wtedy zaczyna się o nich mówić półgębkiem. Prawdziwa koniunktura to początek XXI wieku, ale wtedy ich losy i pamięć o nich zostają z miejsca przejęte przez różne ciekawe oficyny, albo oddane na pastwę artystów takich jak Jerzy Zalewski. Potem przychodzi moda na koszulki i już, koniunktura się wypala. Na sam koniec zaczyna się zawracanie Wisły, czyli jakiś starszy pan wydaje książkę „Żołnierze niechciani” o tych wszystkich ludziach, którzy do pacyfikacji powiatów ryckiego, puławskiego i innych przyczynili się po wojnie. Bo ileż można pieprzyć o tych wyklętych? Mieli swoje pięć minut i wystarczy.
Mam wrażenie, że po tych wszystkich złych przygodach, spośród których utworzenie gazowni jest najgorszą i najbardziej znamienną, by dalej nie rozumiemy na czym polega odzyskiwanie niepodległości. Nam się ciągle wydaje, że chodzi o to, byśmy wreszcie mogli mówić to co chcemy bez strachu. Proszę bardzo możemy mówić to co chcemy, nawet tu, na blogach, codziennie możemy to mówić, ale to nie są nasze blogi. Podobnie jak wydawnictwo „Rytm” nie jest nasze i nasz nie był „Pax”. To są wszystko rury odsysające nadmiar emocji, po to, by został po nich jedynie posprzątany trotuar, po którym przejdzie jakiś nowy pierwszomajowy pochód.
Ktoś powie, że nie, że ja się mylę i racji nie mam, bo słowo zawsze jest groźne dla władzy i można nim walczyć równie skutecznie jak karabinem. Można było, śmiem twierdzić. Dziś słowo to niszowa zabawa takich, jak my. Uświadomiłem sobie to udzielając wywiadu po ostatnim spotkaniu w Dęblinie. Ja niestety mam upodobanie do szczegółu i nigdy chyba nie wzniosłem głośno żadnego popularnego hasła. I gubię się w tych szczegółach usiłując ludziom coś wytłumaczyć, patrzę w te oczy i widzę, że nie tego się od mówcy oczekuje. A czego? Emocji stymulujących wewnętrzne napięcia i rozbudzających wyobraźnię. I tu jest właśnie kłopot, bo ja tu handluję książkami i różnymi swoimi obsesjami, bynajmniej nie pięknymi, a nie szlachetnymi i podniosłymi emocjami. Popyt zaś jest wyłącznie na takie emocje inne się nie sprzedają. I to jest kolejna pułapka.
Pragnienie by należeć do wąskiej grupy wybrańców duchowo doskonalszych niż cała reszta jest w Polsce powszechne. Ono, podobnie jak przemożna chęć opowiedzenia o swojej bohaterskiej przeszłości, również jest rozpoznawalne i pilnie śledzone. Powiedziałbym nawet, że pod to pragnienie profilowany jest rynek polityki krajowej i rynek treści. Ja szczerze mówiąc nie wiem skąd się to pragnienie bierze, bo ludzie nim dotknięci są zwykle członkami Kościoła Powszechnego , podkreślić w tym miejscu należy to drugie słowo, nie zaś jakiejś organizacji elitarnej. Być może pragnienie to bierze się z biedy po prostu i z faktu, że skoro już nie poradziliśmy sobie z tą pierwszą falą emocji, skoro już ten Pękalski wydał książkę o „Orliku”, to chociaż w drugim rzucie coś nam wyjdzie i staniemy się przez to lepsi i doskonalsi. Nie uda się i nie wyjdzie póki nie będziemy mieli swoich kanałów dystrybucji treści. Powiem to wprost, tak jak rzecz całą widzę. Póki co jesteśmy jedynie jak ci ludzie z filmu „Obi Oba koniec cywilizacji”, którzy czekają aż maszyna wyrzuci w ich kierunku zmielone książki w postaci przypominających bułki kawałków celulozy. To są owe emocje, zmielona celuloza przypominająca bułę, którą zażeramy się i jest nam z tym dobrze. Zakończył się konwent PiS, zwany nie wiadomo czemu konwencją, który wzbudził różne emocje. Toyah napisał o tym wczoraj tekst, a ja go przeczytałem i zamyśliłem się głęboko. Do dziś mi nie przeszło. I czekam teraz jaką rurę podłączą do Andrzeja Dudy i czym ściągną zeń ten powierzchowny profesjonalizm, którym się Toyah tak ekscytował. Ewentualnie na co go rozmienią. Dziś ruszają kolejne maszyny do mielenia treści na celuloidowe buły, smacznego mili rodacy, smacznego. Ja się dalej będę zajmował niszową dystrybucją swoich książek i swoich niezrozumiałych obsesji. A w tym wywiadzie znowu mówiłem o węglu i ziemi i znowu krytykowałem reformę rolną. Co za świat, że też mi nigdy nie wpadło do głowy, żeby zostać monarchistą. Albo chociaż liberałem.

Ponieważ wielkimi krokami zbliża się moment wydania pierwszego w nowej edycji tomu „Baśni jak niedźwiedź”, który będzie miał, według życzenia czytelników twardą oprawę, oraz zawierał będzie dziesięć barwnych ilustracji, zamieszczam oto krótki trailer zapowiadający to wydarzenie. Przygotował go oczywiście Tomek Bereźnicki. On także jest autorem ilustracji.

Wrzucajcie go, proszę gdzie tylko możecie.

Na stroniewww.coryllus.pltrwają promocje: Baśń jak niedźwiedź. Tom II kosztuje 20 zł, Baśń jak niedźwiedź. Tom III 40 zł, Baśń jak niedźwiedź. Historie amerykańskie – 30 zł, Niedźwiedź i róża czyli tajna historia Czech, również 30 zł. Do tego jeszcze aktywne pozostają wszystkie pozostałe promocje, które ogłosiłem w styczniu, po katastrofie w naszym magazynie. Książkę Toyaha o rock and rollu sprzedajemy po 25 złotych. Zapraszam na stronę www.coryllus.pl

19 lutego w bibliotece, w centrum handlowym Manhattan w Gdańsku, odbędzie się mój wieczór autorski. Początek o 18.00, (chyba). 7 marca zaś mam spotkanie w Warszawie, w kawiarni „Niespodzianka” przy marszałkowskiej. Wszystkich serdecznie zapraszam.

  20 komentarzy do “Patriotyczna ekspresja i popyt na złudzenia”

  1. Canal Grande Empik 😉

  2. pragnę zauważyć, że zdecydowana większość ludzi, którzy dziś czczą żołnierzy wyklętych i krzyczą na Baumana, powinna zwrócić uwagę kim byli i co robili w tych latach ich dziadkowie. Zdaje się mimo wszystko, że aparat państwowy był dużo większy niż ruch oporu.

  3. Mój dziadek umarł w 1946, był dowódcą plutonu AK, na raka umarł, nie w walce.

  4. Jakich,k… ,wyklętych!? Wyklęci niech będą ubole wszelkiej maści i ich mocodawcy.

    Krzyczą na Baumana.Niesłusznie. Powinni dać mu po ryju i kopa na pożegnanie.

    <> Owszem,zdaje Ci się.
    Dziadek… po wojnie poszedł do swojej firmy,zastał tam jakichś panów..”TY tu czego?”- No..ja tu jestem właścicielem..” -„TY tu byłeś właścicielem,wyp….j!”
    Możliwe że ten pan nazywał się Bauman.

  5. Bo to jest kontrola emocji, pamięci. Kontrolują ci co ich pradziadkowie byli w KPP, dziadkowie budowali zręby władzy ludowej, ojcowie w połowie lat 80-tych „zgarnęli” pierwszy milion i są zarobieni, a dzieci w redakcjach stoją na straży pamięci.
    Jeden mój dziadek zmarł w Wilnie tuż przed wojną, a drugi zginął w ramach represji niemieckich za działania oddziału Hubala.
    A co do „Powojnia” – to masz rację: aparat państwowy (opresyjny) był dużo większy niż ruch oporu, ten aparat państwowy, miał nawet wsparcie i to dużo większe niż liczył sam aparat .

  6. Moi dziadkowie byli rolnikami. Mieli swoje gospodarstwa jaki ich ojcowie i dziadkowie. Bardzo ciężko pracowali, na SWOIM. Kochali i dbali o swoje rodziny. Chodzili do kościoła i nie wierzyli gazetom ani partiom. Własność i religia to ich testament dla mnie. I tych gospodarstw już nie ma … Gierek wziął ziemię za rentę bo dzieci wyjechały do miasta …

  7. Proszę bardzo możemy mówić to co chcemy, nawet tu, na blogach, codziennie możemy to mówić, ale to nie są nasze blogi.
    Chce nam pan coś powiedzieć?

  8. Ten blog jest akurat mój, a jak bym chciał coś powiedzieć, to bym powiedział wyraźniej.

  9. Swojego czasu znalazłem książkę – wspomnienia dowódcy samoobrony pewnej wsi na Wołyniu. Niesamowita historia. Leśnik uciekł z transportu i przeszedł pół Sowieckiej Rosji na nogach lasami. Potem bronił wsi przed UPA. Książkę wydano mu już w latach 70-ych. Styl w jakiej ją napisano „propagandowy” powoduje że nie da się jej czytać. Reżim kradnie i przerabia historię, proponując nam produkt prawdo-podobny jak czekolado-podobny.

  10. Znajomy gospodarz zwiał z sojuza w ten sposób,że na jesieni skombinował motykę do kopania ziemniaków i koszyk i tak zamaskowany…szedł. Wrócił.Siedział dopiero po wojnie,bo na zebraniu wiejskim pokazywali film jak chłop pańszczyźniany niósł w worku pszenicę do dworu,a on na to: ”Noooo ten to miał dobrze! Woreczek odniósł i z głowy! A ja od trzech dni wywożę daninę furmanką w parę koni i jeszcze im mało…” Na drugi dzień UB go zgarnęło.

  11. Pod sam koniec nagrania Żebrowki apeluje, by nie reagować emocjami, tylko sięgać do WŁAŚCIWYCH źródeł.

    http://youtu.be/ud9xUKkGIBQ

  12. te emocje… jak zwykle nieskuteczne, choc jest ich tyle

  13. Mój dziadek w tych okolicach czasowych, może rok dwa później siedział kilkadziesiąt dni w więzieniu, bo zebrał zboże z pola wbrew zakazom kołchozu, znaczy kólka rolniczego czy PGR czy jak to się wtedy w Polsce nazywało.

  14. Mam tę książkę Ślaskiego wydaną przez Rytm. Dziwne, że nie można nigdzie znaleźć roku wydania. Zawsze jest: autor, tytuł, wydawnictwo, rok wydania. A w „Żołnierzach wyklętych” – wszystko, oprócz roku wydania.

  15. W tym najnowszym wydaniu nigdzie daty wydania nie ma, aż się zdziwiłam.

  16. Roku nie ma, nie daty wydania przecież. Może to jakiś szczegół, tyle, że jak ktoś chce zrobić bibliografię, to rok wydania jest ważny.

  17. Przed żołnierzami niezłomnymi były wywózki obywateli polskich całymi rodzinami na dalekie śnieżne obszary, dziś jest rocznica pierwszej wywózki. W pierwszej wywózce wywieziono rodziny leśników …
    Takie jest znaczenie lasu i jego pracowników dla bezpieczeństwa państwa, że u wrogów mają zagwarantowaną pierwszą wywózkę z rodzinami, czyli bez marzeń o powrocie.

  18. tak z zupełnie innej beczki to znalazłem przez przypadek ilustrację Tomka Bereźnickiego z AKAT-em 1 w wyższej rozdzielczości
    http://www.artpower.pl/tomasz-bereznicki/inz.-karpinski-prezentuje-komputer-akat-1/o4129/
    i teraz już widzę kim jest ten buc z tyłu. Mocne.

  19. Trafne okreslenie – „zolnierze niezlomni” a nie nie wiedziec czemu „wykleci”.
    Byli niezlomni bo niczego nie podpisywali, nie szli na zadne kompromisy, nie chodzilo im o kariery pieniadze tylko o wolna ojczyzne.

    A „wyklete” to niech panny tancuja. Gowno mnie one obchodza.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.