Cze 282019
 

Jak wszyscy dobrze wiedzą nie znam się na ekonomii, a przez to formułowanie sądów dotyczących rynku i obecnych na nim jakości, a także ich klasyfikacja, przychodzą mi z niesłychaną łatwością. Prawie tak samo lekko, jak współczesnym lekarzom idzie pisanie książek i formułowanie opinii na temat literatury i szeroko rozumianej kultury. To nie jest bynajmniej uszczypliwa uwaga skierowana do kolegi Grzeraltsa, więc niech nie bierze on jej do siebie. To taki żart ogólnorozwojowy. Wszedłem od prostej bardzo formuły – postulaty stawiane w sferze kultury, nie tylko tej szeroko rozumianej, ale także w zakresach bardziej szczegółowych, są w istocie postulatami ekonomicznymi. Ich sensu nie rozumiemy jednak, albowiem owa kultura ma w świecie bez Boga, wymiar religijny i piętnowanie lansowanych w jej obszarze podwójnych, oszukanych znaczeń, ma wymiar świętokradczy. Póki co nie związany z krzyżowaniem, paleniem żywcem i temu podobnymi atrakcjami, ale to tylko dlatego, że ekonomia jest obszarem, gdzie narzędzia kreowania koniunktur są zawsze wykorzystywane celowo. I jeśli nie trzeba marnować drewna na stosy, bo czas pokazówek jeszcze nie nadszedł, to się to drewno po prostu oszczędza, albowiem taki jest wymóg rynku, ale także uświęcony rytuał. Mafie bowiem działające na globalnych rynkach także mają swoje rytuały i one muszą być przestrzegane bezwzględnie, żeby świat nie stanął na głowie. Nie wiem czy to wszystko nie jest za bardzo zawiłe, ale już zabieram się za prostowanie. Uczynię to w jednym zdaniu, z wdziękiem prestidigitatora. Oto postawiony kiedyś postulat awangardowych artystów zawarty w słowach – zburzyć muzea, spalić Luwr, nie jest postulatem artystycznym i wyrazem gniewu młodych na brak zrozumienia okazywany im przez skostniałe elity strzegące nieważnych wartości. Jest to postulat ekonomiczny, w ścisłym tego słowa znaczeniu. To znaczy chodzi o to, by usunąć z rynku pewne przedmioty, które pozostają ciągle poza kontrolą organizacji globalnych, a na to miejsce wstawić inne przedmioty, które już pod taką kontrolą będą. Dlaczego tamte trzeba usunąć, a te inne wstawić w ich miejsce? Musimy spojrzeć szerzej na pewien proces. Pisaliśmy tu już o nim wielokrotnie, ale nigdy nie było do tego dobrej pointy. Teraz jest. Globalny ikonoklazm, ostateczne rozwiązanie kwestii wyobrażeń religijnych w sztuce, miał się zakończyć wielkimi fajerwerkami w czasie I wojny światowej i po niej. Nie zakończył się, ale nikt do końca nie wie dlaczego. Wszyscy zgodnie uznają, że postulat – spalić Luwr – to po prostu wybryk nieodpowiedzialnej młodzieży. Ciekaw jestem czy tak samo byśmy myśleli, gdyby światowa rewolucja dotoczyła się do Renu, a nawet go przekroczyła? Tak się nie stało, ale przyczyny dla których muzea chwilowo ocalały, są inne. Omawiana tu wielokrotnie dewastacja kryteriów oceny sztuki poprzez lansowanie coraz to bardziej awangardowych dzieł, ma wymiar ekonomiczny. Tylko szczery jak nadwołżański step idiota myśli, że jest inaczej. Dewastowanie sztuki religijnej poprzez nadawanie jej charakteru coraz bardziej świeckiego prowadzi ku znanym nam dzisiaj i nudnawym już spekulacjom piramidalnym na różnych śmieciach o podniesionym znaczeniu. Na tych wszystkich bananach i innych bredniach. Proces dewastacji kryteriów oceny przebiegał w kilku etapach. Najpierw zakwestionowano ikonografię, zamieniając treść religijną dzieł na świecką. I to przeszło w zasadzie bezboleśnie. Ładny obrazek to po prostu ładny obrazek, bez względu na to co przedstawia. Potem jednak zakwestionowano metodę. Stało się to we Francji, która przejęła opiekę nad nową sztuką, poprzez sieć handlowców i artystów powiązanych z państwem. Nie łudźcie się, że ci wszyscy artystyczni rewolucjoniści działali samopas. Cały ten system posiadał gwarancje państwa, podobne do tych, jakie miały akcje kanału panamskiego. O wiele łatwiej jednak unieważnić kanał panamski, którego nie udało się wybudować Francuzom, niż koniunktury na rynku sztuki, które – po jednokrotnym zakwestionowaniu kryteriów oceny – można kreować w dowolny sposób, nadając znaczenie różnym śmieciom. Metodę najłatwiej zakwestionować w malarstwie. W rzeźbie jest trochę trudniej i dlatego Rodin nie ma tak dobrej i prasy i nie może być obecny w kulturze pop tak silnie jak Van Gogh. Każdy kto na swój sposób zamalowywał kawałek płótna mógł być wielkim artystą. I miało to wymiar ekonomiczny. Moment krytyczny nastąpił, kiedy ilość artystów, manier i dzieł była już tak wielka, że brakowało tylko sakralizacji tego wszystkiego. Ta zaś mogła się dokonać poprzez demontaż ostateczny całej piramidy finansowej zwanej rynkiem sztuki i zastąpienia jej poprzez inną piramidę, zrobioną z lżejszych materiałów, łatwiejszych do podpalenia i unieważnienia. Co w tym przeszkodziło? Zatrzymanie rewolucji, a także państwo. Okazało się, że państwo, organizacja lokalna, ale póki co niezbędna, nie może się obyć bez artefaktów. Nie można więc tak po prostu ich spalić, a na ich miejsce wstawić do Luwru czegoś innego, co potem także będzie spalone. Ktoś powie, że przecież te wszystkie Van Gogi i inne, gorsze jeszcze rzeczy trafiły w końcu do muzeów. No tak, ale stało się to dlatego, że państwo ich potrzebowało i dokonał się deal następujący – Van Gogh jest tak samo dobry jak Leonardo, tylko trochę inny. Organizacja kreująca lokalne koniunktury, służąca do przerzucania kosztów wojen na własnych obywateli, potrzebowała tego piramidalnego oszustwa. Rewolucja zaś okazała się postulatem przedwczesnym. Mam na myśli rewolucję globalną.

Nie można ujawnić ekonomicznego charakteru sztuki, w kontekście globalnym. Można to tylko czynić poprzez kreowanie lokalnych, fikcyjnych całkiem hierarchii, stawiając jednego nie umiejącego malować artystę nad drugim, który umie jeszcze mniej, czyli prawie nic.

Przejdźmy teraz do wartości rynkowych, do jakości ekonomicznych, które poklasyfikowałem w następujący sposób – wartości bezwzględne i względne, które są istotne tylko w połączeniu z tymi pierwszymi. Wartości bezwzględne to nieruchomości, surowce ( w tym złoto) i praca (także niewolnicza) no i technologia. One nie podlegają dyskusji i kontrola nad nimi daje organizacji, która ją sprawuje przewagę bezwzględną. Ponieważ jednak na ziemskim globie działa kilka organizacji, trudno utrzymać kontrolę nad wszystkim. Najbardziej bezwzględna rywalizacja toczy się od wieków o pracę. My tego nie widzimy i nie opisujemy w ten sposób, ale ilość podstępów, mających na celu pozyskanie rąk do pracy, często bardzo prostej, była i jest nieprawdopodobna. To co widzimy, o czym słyszymy, jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. W naszych czasach, z tej rywalizacji o pracę wyniknęła równie bezwzględna i podstępna rywalizacja o technologię. Walka o surowce ma nieco inny charakter, ponieważ te znajdują się w ziemi, w określonych miejscach i trudno pozyskiwać je podstępem nie dewastując tych miejsc. Walka o surowce to po prostu wojna, jaką znamy. Można też oczywiście powiedzieć, że II wojna światowa, a wcześniej rewolucja, była efektem walki o pracę. To prawda, ale było to twórcze powiązanie rywalizacji o surowce, z rywalizacją o pracę. Niewolniczą rzecz jasna. Jak jest z nieruchomościami? Bardzo ciekawie, z czego nikt chyba nie zdaje sobie sprawy. Otóż są takie nieruchomości, które nie podlegają koniunkturom handlowym – globalnym i lokalnym. Są to świątynie. Czy to znaczy, że nie mają one wartości, albo teren pod nimi nie ma wartości? Przeciwnie. Mają one wielką wartość, a teren na którym stoją to czyste złoto. Pokusa, by je zlikwidować, a teren włączyć w globalny obrót nieruchomościami, jest przeogromna i na pewno wiele mądrych, ekonomicznych głów się nad tym zastanawia. Nie można póki co wykreować takiej koniunktury. Podejmowane są jednak próby, coraz bardziej bezczelne, podobnie jak dawniej podejmowane były próby dewastacji kryteriów oceny sztuki – coraz bardziej bezczelne, które doprowadziły nas w końcu do sakralizacji przedmiotów absurdalnych, które stoją w muzeach, świeckich świątyniach, gdzie uprawia się teoretyczny kult, całkiem nieważnego już mistrzostwa warsztatowego. Kto jest gwarantem tego kruchego porozumienia? Państwo. Póki ono istnieje, wszystko będzie takie jak widać, to znaczy obok dzieł wybitnych wyprodukowanych w technologiach, które są dla wielu specjalistów do dziś zagadkowe, leżeć będą kawałki śmieci z „mądrymi” podpisami. To się skończy, z chwilą kiedy organizacje lokalne, zwane państwami narodowymi osłabną. Potem przyjdzie kolej na desakralizację przestrzeni miejskich i nastąpi złota era obrotu nieruchomościami, na których stały kościoły. Te zaś będą już niepotrzebne, albowiem zakwestionowane zostaną ostatecznie takie rzeczy jak jakość.

Można to ująć inaczej – zmierzamy to tego, by likwidować preteksty obrotu pieniądzem. Towar wysokiej jakości stał się niedostępny, a teraz stanie się niepotrzebny. Rewolucja puka do drzwi, ale do tych kuchennych, zachodzi nas od tyłu, do strony, z której wcale się jej nie spodziewaliśmy.

Wróćmy jednak do wartości względnych. Po co jest przestrzeń sakralna? Ujmijmy rzecz w kategoriach, które tu dziś rozwijamy – po to, by nadawać znaczenie sztuce. Po to, by za pomocą mocy płynącej z objawień, cudów i pamięci o wskrzeszeniu, podnosić znaczenie człowieka, który nie musi już nurzać się w grzechu, albo oszukiwać bliźniego swego przy różnych transakcjach. Może zająć się doskonaleniem swoich przyrodzonych talentów. Talentów, którymi obdarzył go Pan Bóg. Czy w kulturach, gdzie nie ma mowy o wyobrażeniu świata nadprzyrodzonego, takie wyniesienie człowieka jest w ogóle możliwe? Możliwe, ale tylko w wąskim zakresie – w połączeniu z nieruchomościami, ale bez możliwości kreacji indywidualnej. Ktoś może powiedzieć – ale, ale prócz sztuk przedstawiających, jest przecież jeszcze muzyka. Odpowiadam zawczasu na to pytanie – idź se bracie posłuchaj arabskiej muzyki, okay…albo żydowskiej, najlepiej symfonicznej. Tak już jest, że indywidualny talent znajdował spełnienie tylko na obszarze zwanym kulturą chrześcijańską. Tak było przez długi czas, póki niepostrzeżenie, władza nie zaczęła przechodzić w ręce organizacji globalnych, realizujących swoje plany ekonomiczne w innej niż lokalna skali. To wymagało rzecz jasna i wymaga nadal, kreowania koniunktur na wymienione wartości bezwzględne – surowce, pracę, technologię i nieruchomości. Te ostatnie zaś, trzeba najpierw odrzeć ze wszystkich znaczeń i dodatkowych sensów. I to się jak wiemy udało. Tylko te kościoły niepotrzebnie sterczą po miastach, zajmując cenny teren, który można by sprzedać, wydzierżawić, przejąć, włączyć w jakiś szerszy program, albo po prostu kontrolować.

Myślę, że kryzys, tak samo, jak ten wcześniejszy zacznie się we Francji. On się już w zasadzie zaczął. Państwo, które wyparło się Kościoła, uczyniło siebie obiektem kultu i zaczęło szerzyć wiarę w fałszywe artefakty, zostanie teraz, jako pierwsze zniszczone i to się zacznie, a właściwie już się zaczęło od likwidacji obiektów, które miały kiedyś charakter sakralny, ale teraz mają charakter państwowych placówek muzealnych, takich jak katedra. Ktoś powie, że to był zamach na pewien symbol. To głupota i nie powtarzajcie tego nigdy. Symbol krzyża świętego można wykonać z czegokolwiek. W najgorszym razie z patyków. To jest zamach ostateczny na jakość, na rynek nieruchomości i na ten niespotykany nigdzie więcej sposób nadawania znaczenia ludziom i przedmiotom, który wykształciła przez stulecia cywilizacja chrześcijańska. Tylko taki sposób rozumienia tych spraw jest właściwy i tylko w tych kontekstach należy się temu przeciwstawiać. Oni nie mogą tego ujawnić, bo demaskacja tego planu, nawet jeśli na początku nie będzie groźna, może zamienić się w śniegową kulę, która potoczy się swoim torem, ignorując te misterne przeniewierstwa. Oby tak się stało.

Od wczoraj na naszej stronie można kupić książkę https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/lichwa/

Zapraszam na stronę www.prawygornyrog.pl

  4 komentarze do “Rozważania o wartościach”

  1. Jezeli ktos ma juz podwyzszone cisnienie, to prosze, zeby nie otwieral tego linku:

    https://kultura.trojmiasto.pl/Gdanski-Rydwan-czescia-budowanej-kolekcji-NOMUS-n135692.html

  2. Za dziełami Marksa podaję, że podczas paryskiej komuny w angielskim The Daily Telegraph ukazało się doniesienie, że Gustave Courbet niszczył młotkiem dzieła sztuki w Luwrze. Artysta natychmiast zareagował w liście do redakcji, gdzie napisał, że nie tylko nie niszczył ale wręcz przeciwnie, zbierał różne dzieła sztuki rozproszone po Paryżu. Choć oskarża się go, że zniszczył kolumnę Vendôme, to przecież dekret o zniszczeniu kolumny został wydany 14 kwietnia, a on został wybrany do Komuny sześć dni później i nalegał, by zachować płaskorzeźby.

    Prawdą jest, że przy zwalaniu kolumny usypano piasek, by nie uszkodzić płytek z brązu, ale o tym, kto się nimi „zaopiekował” Marks nie wspomina.

    Wartość w kawałkach

  3. Courbet był wielce utalentowanym malarzem realistą z wielkimi ambicjami. Uwielbiali go zwłaszcza Niemcy, co może być powodem, dla którego pragnął przetopienia brązów z kolumny Vendôme na monument dedykowany federacji niemiecko-francuskiej. To prawda, ze pretensjonalna kolumna była wzniesiona na cześć wielkiego bufona Bonaparte, ale on był symbolem europejskiego pokoju, a zburzenie kolumny miało miejsce w czasie podobno antypruskiej komuny. Najciekawszym tematem komuny paryskiej są finanse. Courbet, który zorganizował Federację Artystów, zgromadził na liście 300-400 ludzi sztuki. Wśród nich takie nazwiska jak Corot i Manet, którzy jednak nie pojawili się na wiecu. Potem we władzach komuny został wybrany jako radykał na kogoś w rodzaju ministra sztuk pięknych, który poczytywał sobie za zasługę m.in. to, że przed spaleniem domu Thiersa wyniósł z niego i skatalogował wartości ruchome. Z pewnością jakiś francuski historyk go z tego rozliczył. A może nie? Bo w końcu Paryż podpalały kobiety, a nie pięknoduchy. Tak długo, dopóki nie zabrakło im nafty.

    Konkretna liczba, która pada w odniesieniu do komuny to 323 tys. franków w rocznych ratach po 10 tys. franków jako kara, na którą został skazany Courbet na rzecz odbudowy kolumny. Oczywiście nie pokrył tej sumy i uciekł do Szwajcarii, a sprzedaż jego dzieł nie dała wielkich wyników.

  4. w jednym filmie ta dewastacja dzieła sztuki, pokazana jest jako ( o ile dobrze pamiętam) jako propozycja podmiany dzieła za pomocą plakatu, chodzi o obraz „Matka” Whistlera. Gamoniowi (Jaś fasola)powierza się opiekę nad dziełem sztuki, gamoń nie radzi sobie z zadaniem, obraz ulega zniszczeniu , gamoń zamiast dzieła sztuki pokazuje zwiedzającym plakat z ta samą tematyką i nic się nie dzieje. Zdewastowany portret starszej kobiety, przechodzi dyskretnie w posiadanie przez gamonia, ale ten jako gamoń nawet nie wie ile narozrabiał.

    Zamiast oglądać dzieła sztuki udostępnijmy tylko erzace czyli plakaty – czyli kawałki śmieci z mądrymi podpisami.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.