Sty 202014
 

Dobry Pan Bóg obdarza mnie zdrowiem i póki co mam sporadyczne kontakty z aparatem państwowej służby medycznej, z czego czerpię mnóstwo satysfakcji. Tak się jednak złożyło, że musiałem dziś odwieźć moją teściową na Lindleya, bo będzie tam miała operację ręki. Właśnie wróciłem. Nie mogę milczeć.
Zaczęło się od tego, że zawieźliśmy dzieci do szkoły i przedszkola i zaraz potem mieliśmy śmigać na dworzec, na pociąg. To jest całe 5 km, ale mieliśmy duży zapas. Miśka miała wczoraj urodziny i tak się złożyło, że dziś dopiero miała w swojej grupie rozdawać urodzinowe cukierki. W połowie drogi okazało się, że zapomnieliśmy cukierków. Babcia popatrzyła na mnie, ale nic nie powiedziała. Postanowiłem, że do przedszkola dojedziemy, zostawimy dzieci, a potem skrótem wrócimy do domu po cukierki i jeszcze raz śmigniemy do tego przedszkola. Cały zapas naszego czasu szlag trafił w jednej chwili. Zostało nam 10 minut, żeby dotrzeć na dworzec. Jakoś się udało, ale bilety musieliśmy kupić u konduktora. Przy okazji okazało się, że babcia może jeździć od Pruszkowa do Warszawy na dowód osobisty, skończyła bowiem już jakiś czas temu 70 lat.
Na Ochocie wypadliśmy z pociągu i ruszyliśmy do tego szpitala, wszędzie ślisko, wszędzie policja sprawdzająca czy wszyscy aby dokładnie oskrobali szyby swoich samochodów ze szklistej warstwy lodu i mają dobrą widoczność. Wieje jak jasna cholera. Jakoś doszliśmy. Kiedy byliśmy pod samym wejściem, przypomniałem sobie, że nie kupiłem babci wody, wróciłem w Al. Jerozolimskie, a jej kazałem czekać przy głównym wejściu. Pamiętałem, że tuż za zakrętem, w Alejach był kiedyś spożywczy. Okazało się, że już go tam nie ma, po wodę szedłem aż do przejścia podziemnego pod centralnym, bo mi się nie chciało wracać na dworzec Ochota.
Wracam, z tą wodą pod pachą, im bliżej szpitala tym gęściej od inwalidów, połamańców, kalek, z kulami pod pachą i jakimiś powiewającymi na wietrze papierami w rękach. W sercu mym jednak nie ma niepokoju, babcia dostała wezwanie telefoniczne, że ma się stawić na 10, w szpitalu przy Lindleya. Mamy jeszcze pół godziny do 10.00. Podchodzę do głównego wejścia. Babci nie ma. Dookoła pełno połamanych z gipsem na nogach, bandażami na rękach i kartkami formatu A4 pod pachą, w zębach, albo wciśniętymi do kieszeni kurtek. Na głównych drzwiach szpitala napis: wejście od ulicy Oczki. Walę na Oczki, minąłem właściwe drzwi, bo było nad nimi napisane „sklep medyczny” i nic więcej. Za chwilę wracam, wchodzę tam gdzie ten sklep. On zajmuje tylko kawałek poczekalni, a dalej jest normalnie, to znaczy nie jest normalnie, tylko tak jak w szpitalu. Już z daleka słyszę, że nasza babcia kłóci się z kimś okropnie. Wypadam zza zakrętu i widzę całą kolejkę inwalidów, ze 40 osób, a na samym początku stoi babcia i coś tłumaczy pani w okienku. Podchodzę bliżej.
To nie tu proszę pana, to nie tu – mówi pani z okienka
A gdzie?
Musicie wejść od strony kościoła.
Od strony kościoła to znaczy tam gdzie podjeżdża pogotowie, to jest pierwsze wejście do szpitala, które widzimy idąc od strony Al. Jerozolimskich.
Ruszamy tam prawie biegiem, czasu jest mało. Po drodze ten sam obrazek zabłąkani inwalidzi z rękami pełnymi papierów szukają ulicy Oczki albo wejścia od strony kościoła. Potrącają się, zadają dziwne pytania i przewracają oczami z niedowierzaniem.
Wchodzimy w te właściwe drzwi. Idę do recepcji i mówię o co nam chodzi.
To nie tu – mówi pani recepcjonistka – musicie wejść od ulicy Oczki
Dopiero tam byliśmy i przysłali nas tutaj
Gdzie byliście?
W kolejce, z samymi połamanymi
Źle, to nie ta kolejka, musicie ją minąć i iść dalej korytarzem
Babcia robi się blada i zerka na telefon komórkowy, bo nie nosi zegraka.
Wracamy. Połamanych przed głównym wejściem jest jeszcze więcej, machają papierami, za nami biegnie jakiś młodzieniec z obandażowaną ręką i usztywnionym palcem. Kurwa, kurwa, kurwa – powtarza bez przerwy i uśmiecha się jakoś tak dziecinnie.
Wchodzimy tam gdzie jest sklep medyczny, zbieramy pierwszy zakręt, mijamy kolejkę połamanych, wpadamy na korytarz, gdzie na łóżkach leżą naprawdę ciężko poszkodowani. Leża na korytarzu, a wokół nich kłębi się tłum. Ci na łóżkach są bladzi i przeważnie starzy, mają poowijane bandażami nogi i ręce, przywieźli ich przed chwilą, bo połamali się na tej gołoledzi. Na końcu korytarza jest hol, klatka schodowa i drzwi do mniejszego pomieszczenia gdzie znajdujemy wreszcie właściwą rejestrację. Stoi tam niewielka kolejka. Nad szybą, za którą siedzą panie rejestratorki widać dwa napisy. Jeden brzmi: rejestracja, a drugi: zapisy. Kolejka jest jednak tylko jedna. Wszyscy mają skierowania, my nie mamy, bo zostaliśmy wezwani telefonicznie. Czekamy. Kiedy przychodzi nasza kolej pani za szybką mówi, że nie, że źle zrobiliśmy, powinniśmy iść do pokoju pielęgniarek na II piętrze, wziąć stamtąd skierowanie i dopiero z nim pojawić się w rejestracji.
Na drugie piętro – dopytuję się żeby nie zabłądzić
Tak, na drugie – pani potwierdza
Wychodzę na hol, przede mną duża, okrągła klatka schodowa.
Gdzie jest drugie piętro – pytam jakiegoś ubranego na biało faceta
Patrzy na mnie jakbym poszukiwał oddziału dla wariatów, a nie drugiego piętra
Trzeba proszę pana wejść po schodach, o tu – mówi z uśmiechem i pokazuje mi największą w okolicy klatkę schodową.
Pędzę na drugie piętro. Po prawej drzwi na oddział zamknięte, po lewej otwarte. Wchodzę i szukam pokoju pielęgniarek. Jest, a w środku dwie panie z nożyczkami, tnące jakąś dziwną taśmę. Mówię o co mi chodzi. Patrzą z niedowierzaniem.
To nie tu
A gdzie?
Musi pan wejść od strony kościoła
Nie wierzę własnym uszom
Pędzę tam raz jeszcze. Po drodze mija mnie młodzieniec z palcem. Kurwa, kurwa, kurwa – powtarza bez przerwy i się uśmiecha. Przed głównym wejściem stoi policja, sprawdza szyby, a funkcjonariusze gapią się bez uśmiechu na poszkodowanych, co z tymi gipsem na nogach i papierami w rękach usiłują odnaleźć ulice Oczki.
Idę do recepcji. Ta sama pani, która wcześniej odesłała mnie na główny hol, wejście od ulicy Oczki mówi, że muszę mieć skierowanie na badania i w tym celu powinienem wejść do pokoju nr 12.
Gdzie – dopytuję się nieufnie
Do pokoju 12 chyba mówię wyraźnie – pani jest spokojna, ale bardzo stanowcza. Nie ma się co dziwić tylu inwalidów tu chodzi, z kulami w rękach.
Idę pod dwunastkę. Tłum. Mówię o co mi chodzi. Jakaś pani twierdzi, że mnie nie wpuści po to skierowanie, ale inna pani mówi, że tak nie wolno, bo po skierowania wchodzi się bez kolejki. Czekam. Dzwoni babcia.
Gdzie jesteś?
Przy wejściu od strony kościoła
Dobra, idę
Nie, lepiej zostań gdzie jesteś
Nie, idę
Zostań
Idę
Zostań
Odłączyła się
A ma pan kartę – pyta mnie ta milsza pani
Nie mam
No to niech pan idzie po kartę
Idę po kartę
Pani w recepcji patrzy na mnie z zaciekawieniem
Karta jest już u lekarza, nie rozumie pan, że jak każę panu iść pod pokój 12 to znaczy, że karta już tam jest?
Rzeczywiście, nie rozumiem tego. Wracam. Stoję pod drzwiami. Za chwilę otwierają się i pan doktor wywołuje nazwisko naszej babci. Wchodzę. Mówię o co mi chodzi.
Pan siada – doktor jest chyba z 10 lat młodszy ode mnie i raczej sympatyczny
Chce pan skierowanie na badania dla teściowej?
Tak
Jest na czczo?
Kto?
Teściowa
Tak – mówię, choć to kłamstwo, bo babcia jak raz zjadła dziś z rana kanapkę, czego nigdy wcześniej, ani u nas, ani u siebie nie robiła, nie jada bowiem śniadań. No, ale co mam powiedzieć? Jak powiem, że zjadła kanapkę, gotowi nas odesłać do domu.
Lekarz zaczyna wypisywać skierowanie, nagle przestaje
A kiedy ma być operacja?
Jutro
No, ale jak dam panu skierowanie na badania teraz to wyniki będą pojutrze, coś się nie zgadza.
Dzwoni na oddział. Upewnia się, że operacja ma być jutro i mówi mi, że badania zrobią na oddziale.
To pan wcale nie przyszedł po skierowanie na badania – patrzy na mnie ciekawie i się uśmiecha – pan przyszedł po skierowanie do szpitala.
Zgadza się.
No to na co pan czeka? Ono jest w pokoju pielęgniarek na drugim piętrze.
To nieprawda
Jak to nieprawda
Byłem tam i niczego mi nie dali
Gdzie pan był?
Na drugim piętrze
To niemożliwe, skierowania tam są
Nie ma
Którymi drzwiami pan wszedł do budynku
Od ulicy Oczki
Nie, źle, to nie te drzwi, musi pan wejść tu od naszej strony, na końcu korytarza jest winda.
W tym momencie do pokoju wchodzi blada babcia, z torbą, butelką wody mineralnej pod pachą i telefonem komórkowym w dłoni.
I co – pyta – mamy skierowanie?
Jest na drugim piętrze – ja na to
Przecież nie ma…
Jest, pomyliliśmy piętra.
Żegnamy się z lekarzem i wychodzimy. Idziemy na koniec korytarza do windy i jedziemy na górę.
Otwieramy drzwi na właściwy oddział i szukamy pokoju pielęgniarek. Jest. W środku dwie panie. Mówimy z czym nas tu przysłano.
No proszę państwa – miła pani na to – musicie państwo poczekać, ja mam teraz krew do opisania.
Czekamy. Za chwilę odbierają babci dowód i wypisują skierowanie.
Niech pan idzie z tym skierowaniem na dół – mówi miła pani – i zarejestruje teściową
To znaczy gdzie?
Od ulicy Oczki
Na pewno?
Na pewno
A jest tu może jakiś skrót – pytam z nadzieją, bo chcę uniknąć tego tłumu przed głównym wejściem, policji co sprawdza szyby i młodzieńca z palcem wołającego – kurwa, kurwa, kurwa. Przegrywam. Młodzieniec wyłania się zza zakrętu i wita się wylewnie z panią pielęgniarką i staruszkiem co chodzi po korytarzu z ręką na temblaku. Nie przeklina i jest całkiem jakby z innej bajki.
Skrót jest – mówi miła pani – trzeba zjechać do piwnicy i przejść podziemiami
Jasne – myślę sobie – jeszcze mnie tylko w piwnicy nie było.
Wychodzę na dwór. Kalecy nadal ćwiczą bieganie w gipsie po gołoledzi. Jakby nie rozumieli jakie to niebezpieczne.
Panie – pyta mnie jeden – gdzie jest ulica Oczki
Prowadzę go ze sobą. Całe szczęście on na pourazowy a nie do rejestracji szpitalnej, więc nie będziemy się kłócić kto z nas stanie pierwszy w kolejce.
Przed rejestracją tłum. Ustawiłem się w kolejce, a za mną jakąś starsza pani.
A to na pewno jest jedna kolejka – pyta mnie jakby nie widziała, że jedna
Na pewno
Ale tu jest napisane „rejestracja” a tam „zapisy”
Ale to znaczy to samo
Ale czy aby na pewno, bo ja mam skierowanie na dzisiaj
A pani myśli, że ja mam na wczoraj i stoję tu dla frajdy?
Ucichła. Stoimy.
W końcu dochodzę do okienka, podaję pani rejestratorce dowód babci i skierowanie, odbieram kartę i idę do wyjścia. Przy ulicy Oczki rzecz jasna. Nagle widzę młodzieńca z palcem, wypada gdzieś z podziemi, uśmiecha się i szepce: kurwa, kurwa, kurwa….
To pewnie ten podziemny skrót – myślę sobie i śmiało schodzę na dół.
Zgadłem, dochodzę do tej samej windy tyle, że na poziomie -1, jadę na górę. Wchodzę na oddział, ale babci tam nie ma.
Gdzie babcia – pytam miłą panią
Wysłałam ją na rentgen
Czekam na babcię bo mam jej dowód. Dzwoni moja żona.
Zaraz masz pociąg, wracaj szybko
Nie mogę, muszę pożegnać się z babcią i zostawić jej dowód.
Aha. Następny masz o 11.40
Dobra.
Idę do miłej pani
A gdzie jest ten rentgen?
Na pierwszym piętrze od holu głównego
To znaczy gdzie?
Wejście od ulicy Oczki.
Zjeżdżam na dół i nauczony doświadczeniem idę podziemiami. Wychodzę na hol I piętra. Rentgen jest babci nie ma.
Kto jest w środku – pytam panią stojącą przed drzwiami do pracowni RTG
Jakiś pan
Na pewno?
Na pewno
A z oddziału nikogo nie ma?
Była jedna pani, ale już poszła.
Wracam na dół. Podziemia. Winda. Do góry, na oddział. Wchodzę, słyszę babcię. Udało się, odnaleźliśmy się wreszcie. Żegnam się, oddaję dowód. Okazało się, że babcia miała badania 16 stycznia, nie musiała być więc dziś na czczo. Wszystko jest w porządku. Jurto operacja. Wychodzę ze szpitala. Na schodach mija mnie młodzieniec z palcem. Uśmiecha się….
Panie, ja tu już od wpół do ósmej tak biegam….
Przed głównym wejściem trenują mistrzowie w bieganiu z gipsem na nodze po oblodzonym chodniku, są naprawdę nieźli, lepsi niż ci co te kamienie kolorowe po lodzie pchają i szorują szczoteczkami nawierzchnię…
Panie, gdzie jest ulica Oczki – woła do mnie jeden
Prosto i w lewo….
Wracam na dworzec Ochota….

  23 komentarze do “Szpital przy Lindleya w gołoledzi”

  1. Pogubiłem się…nic nie rozumiem.To po co w końcu Babci była ta woda?

  2. Szpital na Linleya znam tylko od strony kostnicy,Lipiec ,upał 30 stopni.Godność ludzka? Nieee,mamy teraz human rights,nowoczesne spojrzenie na osobę ludzką.

  3. Nie byłem tam na szczęście nigdy.

  4. I oby Pan nie był,zwłaszcza w czasie upałów.

  5. To ja zaserwuje inny przyklad. Mieszkam w Portland w stanie Oregon, najbardziej chyba zielonym stanie Ameryki. Pare lat temu zlapal mnie bol w prawym boku, mdlosci, poty itp. Znalem te objawy, mialem to juz kiedys wczesniej, kamienie nerkowe. Zadzwonilem po karetke, powiedzialem co jest grane I podalem adres. Czekalem na zewnatrz, przyjechali po 15 minutach. Wymienili kilka szpitali, zapytali do ktorego chce byc odwieziony, wybralem jeden. Po 15 minutach jazdy bylismy na miejscu.
    Ta pani z ambulansu zameldowala sluzbiscie jakie mam objawy (wczesniej w drodze o wszystko mnie wypytala), pani z recepcji mnie wypytala krotko o historie chorob. Wyjasnila ze za pare minut zwlnie sie dla mnie pokoj, dali mi lozko na kolkach, bylo mi zimno wiec dostalem koc elektrycznie podgrzewany i pare minut pozniej przewiezli mnie do odzielnej salki. Po pewnym czasie przyszla pielegniarka, przedstawila sie, powiedziala ze bedzie sie mna zajmowac, zalozyla kroplowke i podala srodki przeciwbolowe. Pol godziny pozniej przewiezli mnie zeby zrobic rentgena. kolejne pol godziny i zjawil sie doctor, poprosil ze bym podszedl z nim do komputera. Wyjasnil mi pokazujac zdjecie ze mam spory kamien w nerce. Przypisal lek Flomax ( rozszerza przewody moczowe i ulatwia wydalenie kamyka z moczem bez dalszych komplikacji) i doradzil zeby udac sie na wizyte do swojego doktora jesli ni uda mi sie wysikac kamyka. Zwolnili mnie ze szpitala, minibusikiem odwiezli mnie do domu.

    Kamyk wysikalem dwa dni pozniej. Potem dostalem rachunek ze szpitala, wlasciwie z pogotowia: $2500 plus odrebny rachunek za 15 minutowa podroz do szpitala: $1000. Problem polegal na tym ze nie mialem w chwili klopotow polisy ubezpieczeniowej, a moglem wczesniej kupic prywatna ale zlekcewazylem to na zasadzie nic mi nie jest, jakos to bedzie. Gdybym mial ubezpieczenie cala impreza kosztowalaby mnie jakies $300.
    Skontaktowalem sie ze szpitalem, wyjasnilem ze nie stac mnie za zaplacenie w calosci rachunku. Zaproponowali rozlozenie na raty, i splacilem w kilka miesiecy. Nikt do mnie komornika z policja nie przysylal.
    W Polsce juz dziala prywatna sluzba zdrowia i to calkiem sprawnie. Trzeba zrobic wolny rynek w ubezpieczeniach, zeby mozna bylo wykupic prywatnie polise ubezpieczeniowa.
    W USA od stycznia dziala tzw. Obamacare, nowe prawo dotyczace opieki zdrowotnej i system ubezpieczen. Obama postanowil ze ubezpieczenie medyczne ma byc obowiazkowe a kto nie jest ubezpieczony bedzie placil kare ($700-800 rocznie). Ja tylko sprawdzilem ostatnio na internecie ceny prywatnych polis medycznych, sprzedawanych indywidualnie. Wzrosly o srednio 50%.

  6. Świetne. Taką opowieść można podkolorować ale wymyślić to chyba nikt by nie potrafił. Ciekawie napisane. Tępo takie szybkie, że miałem wrażenie, że sam zaraz złapię zadyszkę czytając to.

  7. Barters
    To naprawde mialo miejsce, nic nie zmyslam.

  8. @Mirek, Ty egotyku 🙂
    To pewnie było do Coryllusa 🙂

    Z chwaleniem prywatnej służby bym nie hulał.
    Np. W LuxMed kolejność działań jest logiczna (dla mnie),
    ale już w innym …medzie w Arkadach Wroc – coś jak na Lindleya,
    najpierw pielęgniarki i wycena, a potem dopiero recepcja/paragon,
    potem badanie, i na końcu kasa.

    Dla mnie – dziwnie.

  9. Panie Gabrielu …. przed chwilą przeczytała ten tekst moja znajoma , która też miała z tym szpitalem do czynienia … i zadzwoniła do mnie … Potwierdza i klatkę schodową niebywałą i resztę obyczajów tam panujących ……

    Boję się trochę dopisać jeszcze jedną uwagę , bo wkurzony może Pan rzucić czymś ciężkim w stronę Krakowa …….Ale opisał Pan dzisiejszą wizytę w szpitalu tak , że płakałam ze śmiechu i kwiczałam , aż pies uciekł …….. To kwestia Pana sposobu pisania , a nie mojego nierozumienia sytuacji ……

    Dobrze że Pańską Teściową słychać…. to pomaga w tłumie …. Ja niezmiernie rzadko bywam w takich miejscach … ale mnie też słychać , nooooo staram się z humorem , bo wkoło ludzie biedni , chorzy …… Ale słychać mnie zdecydowanie ……

  10. Owszem tak pisane były pewne opowieści ze strefy absurdu …. nie chcę podawać tytułów … Problem w tym , że to jest rzeczywistość…..

    W groźnej dla życia sytuacji dostałam parę leków i zastrzyk u lekarki , w ciągu dnia , w przychodni … polepszało się i po paru godzinach mogłam sobie iść …padła propozycja wypisania skierowania do szpitala . Ni chciałam , w końcu wieczorem to już zadziała jakby co , dyżur nocny . NIeeee , było inaczej . Okazało się że wdzień przyjęli by mnie bez skierowania …. a w nocy wymagali skierowania … długo nie mogłam pojąc skąd w nocy skierowanie … Lekarka w przychodni wiedziała że tak jest ale mi nie wyjaśniła …. Bogu dzięki jeszcze gdzie indziej dostałam ,, po znajomości ,, dodatkowy zastrzyk i na szczęście wystarczyło …..
    Objechałam psującym się autem dziecka kilka szpitali , też po ślizgawicy …. Gdybym postanowiła czekac do rana , już bym nie żyła prawdopodobnie … o czym mnie poinformowała potem inna lekarka ….. Zyjemy w absurdalnej rzeczywistości…… udając że nie

  11. Cóż, od ładnych paru lat bywam czasami w warszawskich szpitalach z moimi babciami i tak to właśnie wygląda – nie tylko na Lindleya (choć wejścia są od innych ulic, i inny labirynt pięter i pokoi).

    Szanownej Babci zaś życzę zdrowia i rychłego powrotu do domu.

  12. Po takich przejściach mozna być przedsiębiorczym i dać sobie rade z przeciwnościami w każdym zakątku świata.
    Miałam wujka który z oddziałem partyzanckim był przeprowadzany przez bagna znajdujace się w okolicy miejscowości Głębokie. Niewielka pomyłka, i można był się znależć w bagnie, które szybkoi „wciągało’. Oddział 20 ludzi cały dzień w skrajnym skupieniu posuwał się drogą wskazywaną przez tubylca, przeszli, dotarli do …. pojałtańskiej Polski.
    Po prostu w każdym pokoleniu mamy drogę przez trzęsawiska. Raz są to prawdziwe moczary i bagna a drugim razem biurokratyczne meandry.
    Zeby nie kończyć z goryczą to:
    Coryllusie, przećwicz kwestie Edzia z „Tanga” Mrożka a po powrocie starszej pani ze szpitala zaproś teściową do tańca , takiego „gibanego”, bo świeżo po operacji ręki tanga nie odtańczycie i odtwórz jej z pamięci te Edziowe kwestie.
    Będzie śmiesznie (może).
    Po takich

  13. Pani Aniu , Babcia Coryllusa jest troche starsza niż ja , ale to jednak moje pokolenie …. CZytała Pani , że nasz Gospodarz odnajdywał Babcię w tłumie , bo ją było słychać…. My jesteśmy twardzi … nawet jak się popłaczemy to dla ,, higieny psychicznej ,, a potem …sorry za cytat … ,,Alleluja i do przodu ,, … nie słucham M ale gdzieś mi to powiedzenie Ojca Dyrektora wpadło w ucho i strasznie dobrze oddaje tę właściwą postawę….

    co do moczarów … tak mi sie przypomniało niedokładnie peerelowski żart z nazwisk ……..moczary , moczary ,, kępa, moczary moczary … ( i tu nie oamiętam kolejnego nazwiska )…..

    Tango dooobre

  14. Po takich wesołych tańcach można zacząć czytaćc Zoszczenkę. On też coś takiego opisuje z obszaru czystego nonsensu. Zoszczenko mianowicie rewolucję rozpoznał po tym, że w budynkach mieszkalnych drzwi wejściowe zostały zamknięte, dywany zwinięte, lampy oświetlające westybul „ktoś” ukradł i wejście do budynku przeneisiono od podwórka do wejścia dla służących. Takie było osiągnięcie rewolucji.

  15. oooo , nie znam Zoszczenki , ale jako prosty fizyk …. 🙂 ..
    jeszcze mi się a propos rewolucji przypomniało . Późniejszy prezydent Mościcki miał synów . zamieszkał przed rewolucją we Lwowie . Starszy syn medyk , dostał powołanie do carskiej armii i został dowódcą pociągu sanitarnego , zaopatrzonego co zrozumiałe w wagony pełne spirytusu … KIdy zaczęła się rewolucja porwał ten pociąg i zaczął wiać w stronę Lwowa .. przekupując nastawnie po drodze żeby mu szlaki kolejowe otwierali …. To jest kompletnie odjechana historia .. ale prawdziwa … On się potem jako syn już prezydenta jakoś zmarnował , zdegenerował …. ale to porwanie pociągu ….. 🙂

  16. przekupywał tym spirytusem

  17. Zmusili mnie, by czytać u Ciebie, panie Coryllus. Janke chyba już cieniutko: kiedyś rozmnozyli teksty lubczasopisma, teraz wchodzę i 40 zdań na 6 stronach. A Służba Zdrowia? Mam „wtyczkę” mocną, więc mnie nie boli. Ale rozrywka miła w tej stolycy. Potrafią zorganizować rozrywkę. Albo wuefiści, albo kaowcy..

  18. Ten Zoszczenko został mi z domu przez kogoś wyniesiony, więc nie podam tytułu, ale tak na marginesie, to bez przeczytania jego krótkich nie nowelek ale perełeczek, nie sposób zwykłemu śmiertelnikowi (takiemu jak ja) opowiedzieć o czym on pisał. Przedstawiał dysonans przed i po rewolucyjny w Moskwie, w taki sposób że można się wyłącznie śmiać, ale przeciez to straszna siermiężna i wcale nie była śmieszna prawda kiedy się ją przeżywało na własnych plecach za PeeReLu.
    Zoszczenko przedstawiał rewelacyjne osiągnięcia rewolucji tak, że były to majstersztyki nonsensu. A przecież ta rewolucja była nonsensem, o czym można było powiedzieć dopiero pod koniec lat 80 – tych XX wieku.

  19. Wspanialy opis rzeczywistosci! Bywam w moim kraju Polsce coraz czesciej a dzieki Panu Coryllusie znow uodporniam sie na nonsens. Dziekuje Panu za wszystko. Trzeba robic!

  20. Optymista by powiedział, żeby się Pan cieszył, że wogóle Pan tam dojechał pociągiem przy takim klimacie, jaki mamy.

    Pozdrawiam.

  21. Nie wiem co na to Kafka, ale dla mnie polskie, państwowe szpitale to jakieś czyste szaleństwo. Kogo na to stać?

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.