maj 082024
 

Ktoś może powiedzieć, że zmieniłem sposób komunikacji z czytelnikami. Bo zamiast miłego ciepełka, jak co dzień, odwaliło się tu wczoraj coś dziwnego. Otóż niczego nie zmieniłem. Pokazałem tylko, przez moment jak wygląda rzeczywista komunikacja z czytelnikiem uprawiana przez cały okres tak zwanej wolnej Polski, ku wielkiej tego czytelnika radości i zadowoleniu. W dodatku z pełną akceptacją i przekonaniem, że oto zaszły wielkie zmiany.

Niczego też nie zrobiłem gwałtownie, były znaki na niebie i ziemi, które należało przeczytać, albowiem od czytania znaków zależy nasza przyszłość. Wszyscy to niby wiedzą, ale myślą, że ktoś te znaki daje z taką intencją, żeby wszystkim nam żyło się jeszcze lepiej. Taki sposób rozumowania dominuje szczególnie w tych grupach, które głoszą rychłe nadejście apokalipsy, bo szczerze wierzą, że ich ona dotyczyć nie będzie, albo że mają sposób, by się przed nią uchronić.

Jakie to były znaki? Napisałem najpierw tekst – Wykluczenie komunikacyjne. Potem drugi – Nauka czytania ze zrozumieniem. Potem kolejny – pod tym samym tytułem. A dziś wreszcie postanowiłem napisać tekst o wychowaniu w trzeźwości, albowiem jest nam takie wychowanie koniecznie potrzebne. Zanim zaaplikuję wszystkim pierwszą sesję takiego wychowania, chcę zwrócić uwagę na to, jak łatwo wszyscy dają się zasugerować. I to nie autorom wybitnym, nie mówcom przebiegłym i przygotowanym, ale ludziom, którzy najpewniej nawet sami nie tknęli pióra czy klawiatury, a to co zostało podpisane ich nazwiskiem sprokurował wynajęty naprędce sekretarz. Mam na myśli wczorajszą notkę i komentarze pod nią. O mówcach to nawet szkoda wspominać, bo oni od razu walą w najczulsze deficyty publiczności, czyli zaliczają ją do wybrańców rozumiejących najbardziej skomplikowane problemy tego świata. Potem już mogą wszystko. I numer ten działa zawsze. U mnie jest odwrotnie. Nie ma tu żadnych wybrańców, myśli które są treścią naszych tutaj rozmów i emocje, które wszyscy przeżywamy, nie wydają się jakoś szczególnie nadzwyczajne. Są standardowe. No, ale komunikacja jaką nasz, uwolniony od komunistycznej zarazy, świat ma nam do zaproponowania jest niestandardowa, choć nam się zdaje inaczej. I na tym polega żart, którego nie rozumiemy. Nie potrafimy nawet wskazać kto jest jego autorem. Dla pocieszenia powiem Wam, że ja też nie potrafię. No, ale do rzeczy. Przedstawię Wam dziś prof. Dembowskiego, wybitnego biologa i wiernego propagatora teorii Trofima Denisowicza Łysenki. Prof. Dembowski urodził się w Petersburgu w rodzinie inteligenckiej. Taka informacja paraliżuje zwykle czytelnika już na początku i zaczyna on słuchać uważniej, bo może się okazać, że jest w czymś do urodzonego w rodzinie inteligenckiej profesora podobny. No raczej się nie spodziewam, ale co ja tam mogę wiedzieć.

Prof. Dembowski pracował przed wojną w Instytucie Nenckiego, a także na Uniwersytecie w Warszawie. Potem przeniósł się do Wilna, a tam, kiedy w roku 1939 wkroczyli sowieci, został wykładowcą uniwersytetu marksizmu-leninizmu. Potem przeniósł się do Moskwy i został w roku 1944 atache naukowym przy ambasadzie RP w Moskwie. O ambasadę którego rządu chodziło? To chyba raczej jasne. Działał też w Związku Patriotów Polskich. Po powrocie do Polski został prof. Uniwersytetu Łódzkiego. W latach 1952-1957 był marszałkiem sejmu I kadencji, a także zastępcą przewodniczącego rady państwa. Prócz tego był delegatem Krajowej Rady Obrońców Pokoju, na kongres Obrońców Pokoju, który odbył się w Paryżu w roku 1949. Był też przewodniczącym Krajowej Rady Obrońców Pokoju. Należał też do Ogólnokrajowego Komitetu Obchodów 70 lecia Urodzin Józefa Stalina. W okresie 1951–1953 przewodniczący Komitetu Nagród Państwowych, w latach 1952–1956 zastępca przewodniczącego Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Narodowego. 6 marca 1953 wszedł w skład Ogólnonarodowego Komitetu Uczczenia Pamięci Józefa Stalina.

Dobry profesor Dembowski odszedł z tego świata w roku 1963 i został pochowany z honorami na Powązkach, w Alei Zasłużonych. Na płycie nagrobnej nie ma oczywiście krzyża, bo i skąd miałby się tam znaleźć?

Jakby mało było tych zasług, ma prof. Dembowski, marszałek sejmu I kadencji także zasługi dla polskiego podziemia niepodległościowego. Nie wiecie tego zapewne, ale to właśnie u niego, w stacji badawczej w Mikołajkach, ukrywał się sławny, „odkryty” przez Krzysztofa Kąkolewskiego, Stanisław Kosicki, czyli pierwowzór Maćka Chełmickiego z powieści „Popiół i diament”. Kąkolewski odkrył prawdę o tym człowieku – pseudonim „Czarny” albo „Bohun” – w swojej książce „Diament odnaleziony w popiele”, która rozgrzewa serca wszystkich prawdziwych patriotów. O samym profesorze Dembowskim jest w niej co prawda niewiele, ale wystarczy, by wyrobić sobie opinię. Kosicki ukrywał się przed UB pod zmienionym nazwiskiem i studiował biologię. Był zdolny i wyróżniał się na tle innych studentów. Prof. Dembowski propagator idei Trofima Denisowicza, zauważył go i wziął pod swoje skrzydła. Kosicki mógł więc bezpiecznie żyć na Mazurach, ale UB w końcu go znalazło. Tak się jednak złożyło, że już było późnawo i nie wykonywano kar śmierci. Nie został więc na takową skazany za zabicie niedoszłego kieleckiego wojewody. Można zapytać – a skąd Andrzejewski znał tę historię? Krzysztof Kąkolewski wyznaje nam to wprost – opowiedzieli mu o tym Różański i Borejsza, którym nakazał to sam Jakub Berman.

Jak widzimy wiara w dobre i uczciwe intencje autora jest czymś fenomenalnym. I w zasadzie nie da się jej zwalczać, bo sami czytelnicy rzucą się takiemu, który tego próbuje do gardła. Stanisław Kosicki jest jednym z ulubionych bohaterów wszystkich patriotycznych portali i tych, którzy szukają na nich inspiracji dla swoich własnych postaw wobec zła i komunizmu. Kąkolewski opisał jego epopeję na stu siedemdziesięciu kilku stronach z wielkim znawstwem psychologii młodzieńczej i emocji ludzi działających pod ogromnymi ciśnieniami. Przeżywanie tych przygód wraz ze Stanisławem Kosickim było zapewne marzeniem wielu czytelników, którzy siedząc  w miękkim fotelu, wyobrażali sobie, że też muszą kluczyć leśnymi duktami, by wymknąć się obławie zastawionej przez MO. No, a poza tym – jaka frajda. Można sobie porównać książkę Andrzejewskiego, film Wajdy, całkowicie przecież zakłamane, z prawdą, jaką ujawnił przed nami Krzysztof Kąkolewski. I to odkrycie może dać człowiekowi nadzieję, że nie wszystko jeszcze stracone. Bo w popiele kryją się prawdziwe diamenty.

Tak sobie myślę, że prozę wielu tworzących po wojnie, a związanych z milicją autorów, jak choćby takiego Nienackiego, należałoby czytać jak instrukcje postępowania z więźniami schwytanymi w lesie, z pistoletem w ręku. Trzeba im dać nadzieję, uzależnić od siebie, potem pokazać, że prawdziwa tajemnica w studni templariuszy nie kryje się na 9 metrach, ale głębiej i dopiero po takiej obróbce złożyć więźniowi propozycję współpracy. I wierzcie mi, że nie ma znaczenia, w jakim wieku byłby schwytany, bo choć młodzież łatwiej jest skusić, starsi też lubią się ekscytować odkrywaniem prawdziwych tajemnic.

Wczoraj kolega Kuldahrus zapytał mnie czy będą jakieś instrukcje ułatwiające czytanie ze zrozumieniem. Nie będzie. Jesteśmy już w większości w tym wieku, że albo sami stajemy w prawdzie albo łykamy prochy nasenne dla paralityków, jak to celnie ujął Papcio Chmiel. Każdy musi wziąć odpowiedzialność za siebie i sam rozumieć co ten świat, pełen uwodzicielskich narracji, do niego mówi. Każdy też powinien zdecydować, do której dziury w ocembrowaniu studni chce wejść – tej pierwszej? Tej drugiej, czy może zamierza szukać jeszcze kolejnej, położonej tuż nad lustrem wody.

Jak wiecie od dawna jestem przeciwnikiem demaskacji. Uważam bowiem, że jak ktoś raz wskazał na prawdziwego bohatera, takiego jak Kosicki, nie ma sensu go z bohaterstwa odzierać, tak jak nie ma sensu zastanawiać się jak to było z tym odbiciem go z więzienia w Kielcach, na które ze swoim oddziałem napadł Antoni Cheda – Szary. Mamy świetną historię, z wieloma bohaterami, nieoczywistymi postawami, która znakomicie nadaje się na film. Szkoda, że Maciej Świrski, kiedy był jeszcze szefem w Polskiej Fundacji Narodowej nie wpadł na pomysł, żeby wyłożyć pieniądze na taką produkcję. Sprzedawałaby się za granicą, jak świeże bułki.

Życzę wszystkim miłego dnia. Jak ktoś ma ochotę, może sobie zakupić książkę o naszych bohaterach.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-domowa-w-polsce/

  15 komentarzy do “Wychowanie w trzeźwości”

  1. Dzień dobry. Oczywiście, demaskacje czynione z najlepszą nawet intencją dają niewiele, człowiek z natury potrzebuje bowiem pozytywnego bohatera. I jakiegoś sobie zwykle znajduje, najczęściej – sprytnie podsuniętego. „W coś trzeba wierzyć” – mówi najczęściej chyba powtarzany u nas slogan, co jest dość żałosnym przyznaniem się do… bezmyślności w istocie. Ja, na własny użytek powtarzam sobie; wiara dobra jest w kościele, a całą resztę – trzeba sprawdzać. Dlatego cenię sobie Pańskie wysiłki w przedstawianiu czytelnikom faktów i naprowadzaniu ich na odkrywanie związków przyczynowo-skutkowych. „Demaskacje” czy „odbrązawianie” „bohaterów” zrobią się wtedy same, niejako na złość sługom szatana. Tak trzymać! 😉

  2. czytałam tą książkę, oczywiście ze zrozumieniem, ale nie przyszło mi do głowy, że na BJN, pojawi się ten temat, w związku z tym nie czytałam tego dla zapamiętania, tylko dla niejako

    -zaliczenia tej prozy- czyli pobieżnie, jest to książka o bardzo poplątanych ludzkich losach, młodzieży zaskoczonej przez wojnę, ale bohater dość gładko po wojnie mimo obowiązkowego ukrywania się robi karierę naukową , no kryszę robi mu osoba profesora.

  3. Nie wiem czy to się da utrzymać

  4. Tak książka jest o czymś innym

  5. Może kluczem jest tu postać tego wojewody Foremiaka? Jak się wrzuci w wiki hasło: wojewoda kielecki, nie wyskakuje. To niezły bandyta był. Kąkolewski dokonał częściowej demaskacji, kogo trzeba wybielił, a kogo trzeba pogrążył. Jak tam było, tak tam było, ale kula mu się należała.  A że przy okazji Bolka za bohatera podali, koszt uzyskania większych korzyści…

  6. na tle pobieżnie czytałam, że zapomniałam o tym że w tamtych powojennych czasach, w normie było pójść na włam, osobie pełniącej lokalnie najwyższą funkcję administracyjną,  taka powojenna aksjologia.

    wojewoda ożenił się z rosyjską żołnierką, zapewne przed włamem zrobił wywiad lokalny, kto, gdzie,  co posiada, czy samotna itd i odwiedził mieszkanie samotnej matki z córeczką no i z szafą.  Zamożność i pełno ubrań…  No i gwałtowny koniec.

  7. Do tej notki warto  by było dodać appendix pt. ” Dlaczego nie uratowano Konrada Suwalskiego”       https://pl.wikipedia.org/wiki/Konrad_Suwalski

  8. czy książka jest o głęboko skrywanej i pamiętanej nienawiści , czy o upokarzającej pamięci że było się małostkowym, niegodnym i planowało się intrygę dla konkretnego usunięcia konkurenta do serca dziewczyny, bo jest i trzeci wątek spokojna praca naukowa jeśli ma się kryszę .

  9. To wygląda jak prowokacja i egzekucja. Książki Coryllusa jeszcze nie mam.

  10. To są moim zdaniem same wymysły. A te różne serca są tam dodane dokładnie po to, żeby nabierać prostodusznych ludzi

  11. Tak, przez trzy godziny trwania akcji nie można było znaleźć ubeka z kluczami, przystawić mu lufę do głowy i kazać otworzyć celę

  12. Jak się ktoś urodził w Wersalu, to musi mieć szczęście.

  13. wie Pan, jak się czyta, to tekst przed oczami leci i wątki traktuje się jako rozgałęzienie głównej myśli, wątki ubogacają i tłumaczą lajtmotiv,  no ale u Kąkolewskiego to chyba było tak, że on często nie dokańczał zdania /Generałowie umierają w czasie pokoju/  tj. albo pisał że nie miał dojścia do archiwów, albo, urywa wątek, jakoś tak zostawia sprawy  nie dopowiedziane  … trochę tak jakby nabierał prostodusznych

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.