kwiecień 262021
 

Mam wrażenie, że już o tym pisałem, ale nie zaszkodzi powtórzyć, tym bardziej, że powód jest dobry. Zaraz wyjaśnię jaki. Mamy oto czasem do czynienia z sytuacją, kiedy ktoś domaga się, by na jakiś temat nakręcić film, albowiem temat ten uniesie wszystko i ludzie będą takim obrazem zachwyceni. To jest założenie słuszne, pod tym jednak warunkiem, że nie dotyczy sytuacji, w której publiczność została zaliczona do grupy, nie mającej ani własnego głosu, ani własnych pragnień, ani mózgów. Nie wiąże się też z tą publicznością żadnych innych planów, ponad te, że ma ona być stadem baranów przeznaczonych do strzyżenia, albo na rzeź. I jedyne czego się od niej wymaga to posłuszeństwa i podziwu dla tych, którzy mają ważniejsze role do spełnienia i są jako zbiorowość i jednostki bardziej dojrzalsi. I dla takich ludzi właśnie kręcone są produkcje serialowe zatytułowane Stulecie winnych. Ja wiem, że to się komuś tu podobało, ale wzywam, by ten ktoś przyłożył sobie w tej chwili zimny okład do czoła. Nakręcenie takiego serialu, na szczęście już go nie puszczają, i umieszczenie akcji w Brwinowie, to jest nie tylko bezczelność, ale także sabotaż. Historia jest całkowicie dęta, wpakowano w nią nie wiadomo na jakiej zasadzie grube miliony, publiczność tego nie chciała, powieść zaś na podstawie której serial nakręcono była nominowana do wszystkich chyba literackich nagród w kraju.

Treścią tej produkcji są dole i niedole rodziny Winnych z Brwinowa, aspirujących chłopów, którzy dzięki znajomości z panem Stanisławem Wilhelmem Lilpopem, człowiekiem, który założył miasto ogród Podkowa Leśna, mają szansę wdrapać się na wyższy szczebel społecznej hierarchii i wykształcić dzieci na wiejskie nauczycielki, czy kogoś w tym guście. To jest tak bezczelne, że ja w ogóle nie mam słów. Już tłumaczę dlaczego. Już lepiej było nakręcić serial o samym Lilpopie, byłoby to uczciwsze, nie zaś o wymyślonej rodzinie, która ma być elementem jakiejś narodowej pedagogiki, prowadzonej przez panią, która ma specjalizację z epileptologii. Okay, chciała sobie autorka napisać powieść o fikcyjnej rodzinie, to jest jej sprawa i jej problem. Po co robić z tego serial i puszczać go w niedzielę po dwudziestej przez pół roku? No dobra, dalej nie wiecie czego ja się czepiam. Proszę Państwa, okolice, w których rozgrywa się akcja tego serialu nie są wcale takie zwyczajne. Brwinów, Podkowa, Pruszków, Milanówek, to są miasteczka, w których naprawdę działo się wiele i o tym można nakręcić filmy i seriale prawdziwe. One jednak miałby taki ładunek pozytywnych emocji, że parę osób mogłoby się zdziwić. No i pokazywałby tak zwanych zwykłych ludzi w świetle, w którym oni w żaden sposób w kinie polskim pokazani być nie mogą. Przechodzę teraz do konkretów. Historia mieszkającej w Milanówku obok Brwinowa rodziny Witaczków, którzy poświęcili całe swoje życie na propagowanie w Polsce jedwabnictwa, to jest coś, o czym powinien śnić każdy dyrektor Polskiego Instytutu Filmowego i każdy uczciwy minister kultury. To jest taki ładunek pozytywnych emocji i takie postaci do zagrania przez prawdziwych aktorów, że hej. Ta historia jest w dodatku bardzo dobrze znana, bo jedwab w Milanówku sprzedaje się do dzisiaj, choć przecież nie jest tkany z przędzy wytwarzanej w Polsce. Tekstylia jak wiemy to poważna sprawa, a przemysł rodzimy został zarżnięty i lepiej o nim nie wspominać. To jest zapewne jedna z przyczyn, dla których film o rodzinie Witaczków z Milanówka nigdy nie powstanie. Kolejną jest zapewne to, że rodzina ta miała nieprawdopodobne przygody z urzędnikami II RP, którzy prędzej oddaliby Hitlerowi Westerplatte niż zainwestowali pół złotego w rozwój rodzimego jedwabnictwa. Co oczywiście nie przeszkadzało ich żonom lansować się każdego lata na wystawach organizowanych przez Witaczków, w kreacjach z Milanowskiego jedwabiu. Kolejną przyczyną byłaby zapewne konieczność pokazania całego mechanizmu produkcji i dystrybucji tkanin, a stąd już prosta droga do wniosku, że wolny człowiek, jeśli mu urzędole nie przeszkadzają, sam sobie zrobi z drewna model rozwijarki do kokonów, a potem pójdzie z tym do stolarza i ten mu w niecały tydzień wykona urządzenie, z drewna co prawda, ale normalnych rozmiarów. I będzie można te kokony rozwijać. To jest nie do pomyślenia, albowiem idzie nowy ład. I nie ma mowy, żeby takie wzory promować. Następnym powodem jest kwestia postawy bankierów, którzy nie chcieli finansować projektów jedwabniczych. Pierwsze pieniądze na wykonanie maszyn wyłożył za to miejscowy ksiądz. Potem co prawda pomogła rodzina Kronenbergów, ale jakoś później słabo są oni widoczni w procesie dalszego rozwoju firmy. Wszystko tworzone jest własnymi siłami czterech osób, którym pomaga całe właściwie miasteczko Milanówek, na fali wielkiego i przez wielu nie zrozumiałego entuzjazmu dla idei polskiego jedwabnictwa. Jak mawiają niektórzy – temat sam się prosi o sfilmowanie. Powtórzę – to nigdy nie nastąpi. Jak młody Łysiak z Pawlickim mieliby napisać scenariusz do tego? Przecież ta historia w ogóle nie działa im na wyobraźnię, pobudzaną jedynie widokami gołych bab zrzucających z siebie jakieś przedwojenne kreacje i szarży ułanów, z którymi obaj się utożsamiają. To jest niemożliwe. Komu innemu zaś misji tak poważnej, jak rozbudzenie w Polakach dumy z osiągnięć własnych powierzyć nie można, bo wiadomo, że muszą to robić najlepsi. Tak właśnie – powtórzę – najlepsi.

Trzeba by też pokazać w takim serialu o rodzinie Witaczków osobiste poświęcenie tych ludzi, ich fachową wiedzę, którą zdobywają nie oglądając się na nic, a także ich niepewne, wcale nie robotniczo chłopskie pochodzenie. No i jeszcze jedna rzecz – być może dla niektórych najważniejsza. Jedwabnictwo połączyło wszystkie klasy, a Kronenberg jak napisałem, jest tam widoczny tylko trochę. Morwy sadzą panny na wydaniu przy dworach swoich ojców, którzy patronują temu przedsięwzięciu nie wierząc w nie ani trochę, no, ale skoro Misieńka chce mieć te morwy, to niech już panie dziejaszku rosną….Komu to w końcu przeszkadza…Hodowlą jedwabników zajmują się ludzie najniższego stanu, mieszczuchy z dziada pradziada gnieżdżące się po suterenach. Latem wynajmują chałupy od chłopów na wsi, po to tylko, by wyprodukować tam kokony i sprzedać je w Milanówku. Cały ten system trzyma się na entuzjazmie i pracy czterech osób. I to wszystko powinno znaleźć się w uczciwym, sfinansowanym przez ministerstwo filmie o Polakach, którzy tworzą nową gałąź przemysłu. Taką w dodatku, która z miejsca jest konkurencyjna wobec zagranicy. No, ale – powtórzę – film taki nie powstanie. Toż by się dopiero uśmiali rodzimi nasi biznesmeni, a ciekawe co by na to powiedział prezes Kluska? Ho, ho, tak, tak…Jedwabniki….też mi pomysł. Najbardziej zaś uderzające w tym filmie byłoby to, że nie byłoby widać tam mafii. Tak, ci wszyscy którzy mogliby zatopić inicjatywę Witaczków nie wiedzą jeszcze, że można człowieka zastraszyć, okraść i wygnać z własnego domu. Oni na razie patrzą i bardzo się dziwią, niektórzy nawet, jak minister Romocki, chcą pomóc. Po nich przyjdzie państwo jumaczy, które wszystko zagarnie dla siebie. No, a później już nasze szczęśliwe czasy, w których kręcić się będzie filmy o fikcyjnych rodzinach z Brwinowa, które w trudzie i znoju uczą dzieci czytać w domu pana Lilpopa. I noszą nazwisko Winny, bo jakże by inaczej. Dobrze choć, że żaden nie miał na imię Noah…

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/na-rodzinnym-jedwabnym-szlaku-saga-rodu-witaczkow/

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.