Cze 242021
 

Zanim zacznę omawiać najnowszą książkę, która zjechała wczoraj do magazynu, przypomnę tylko, że ci wszyscy którzy wsparli jej wydanie nie powinni składać zamówień. Dostaną darmowy egzemplarz. Oczywiście, jeśli chcą kupić kolejny, proszę bardzo, nie mam nic przeciwko.

Opowiem najpierw o trudnościach wydawniczych. Tłumaczenie trwało chyba z sześć albo siedem lat. Ja się zgodziłem na wydanie tej książki, albowiem przeważnie godzę się na większość propozycji, świadom tego, że i tak nie zostaną wykonane. Ludzie bowiem porywają się a różne przedsięwzięcia nie rozumiejąc skali trudności, a przede wszystkim mozołu jaki towarzyszy przygotowaniu książki do wydania. To jest w wielu przypadkach udręka, której osoby nie wdrożone do uporczywej i wytrwałej pracy, nie sprostają. Nie miałem też specjalnie pojęcia co to jest ten Peyton, zareklamowano mi to jako jakąś relację z Polski, spisaną pod koniec XVI stulecia, niespecjalnie długą. Dziwiłem się bardzo, że Wacek tyle czasu nad tym pracuje. Kiedy rzecz była gotowa, zaczęła się zaraza, a ja miałem jakieś inne zobowiązania, które mogłem i musiałem zrealizować na szybko. Korekty trwały blisko rok i pewnie można by było w tym tekście wiele jeszcze poprawić, jak w każdym. No, ale to nie mogło się tyle ciągnąć. Cały projekt o mało się nie wywrócił pod sam koniec, bo ja oczywiście nie zainteresowałem się strukturą tekstu, uważając, jest to zwyczajna relacja z podróży, podzielona na rozdziały. Jest całkiem inaczej. Tekst porządkują notatki na marginesach. Muszą być one dokładnie w tych miejscach, gdzie zaplanował to autor i nie wiem doprawdy, jak z tym układem mozolił się poprzedni, przedwojenny wydawca. W naszym przypadku trud ten wziął na siebie Rafał. Przygotowanie do druku, samo składanie tekstu, trwało od lutego do teraz właściwie. Mając za sobą to wszystko, w ogóle nie przyjmuję żadnych uwag krytycznych. To był bardzo trudny XVI wieczny tekst, do którego Wacek opracował bardzo obszerne przypisy. Ja podziwiam ludzi, którzy robią przypisy. Sam tego nie robię w swoich książkach, po prostu piszę dodatkowy rozdział, w którym umieszczam wszystkie wyjaśnienia, w formie różnych ciekawych przypadków. No, ale ja na szczęście, nie jestem nauczycielem akademickim.

Teraz słowo o tym, dlaczego warto wydawać takie książki? Otóż trzeba to czynić po to, by zdemaskować pewną histerię, którą narkotyzują się autorzy pracujący na uniwersytetach. Wielu z nich wierzy, że środowisko w którym przebywają to szklarnia pełna egzotycznych roślin, których nazw i właściwości nie może poznać każdy. No, ale w związku z tym, nie każdy do tej szklarni zagląda. Ich zaś marzeniem jest popularność. Stąd też wiara, w wielu osobach bardzo silna, że ukoronowaniem pracy naukowej, powinna być praca popularyzatorska. To jest gówno prawda, bardzo przepraszam za dosadność, ale każdy wie, że uniwersytet to nie żadna szklarnia. Oni też to wiedzą, ale czymś się muszą narkotyzować i łudzić. O żadnym popularyzowaniu mowy nawet nie ma, bo rynek jest kontrolowany przez wydawców, lansujących tu autorów zagranicznych. Co z tego, że słabszych, wtórnych i dewastujących świadomość. Oni mają poparcie, są budżety przeznaczone na promocję ich książek. I mowy nie ma, by ktoś się tam pomiędzy nich wcisnął. Środowiska bowiem lokalne może reprezentować tylko Olga Tokarczuk. I chwatit. Reszta musi siedzieć w tej swojej obórce, to jest chciałem powiedzieć szklarni pełnej egzotycznych roślin. Żadne „polskie”, tak to umownie nazwijmy, treści, pisane przez polskich autorów z ambicjami, czyli akademickich, nie mogą znaleźć się na polskim rynku, dopóki nie zmieni się paradygmat promocyjno-sprzedażowy. Ten zaś ciosany jest z gruba i wszyscy się nań świadomie lub podświadomie zgadzają. Oto całe dobro przychodzi do nas z zachodu i przez nie jesteśmy cywilizowani. W związku z tym autorzy, którzy chcą jakoś zaistnieć na rynku muszą przede wszystkim zaakceptować ten fakt. Dawniej z tym zaistnieniem było prościej, bo trzeba było mieć kogoś w PZPR i już, a konkurencji na rynku treści popularnych nie było prawie wcale. To co się pojawiało, było tłumaczone przez zaprzyjaźnionych towarzyszy i wszyscy żyli szczęśliwie. Po roku 1989, rynek został zalany treścią, w której pływać nauczyli się nieliczni. Reszta stoi na brzegu i drży. Ktoś powie, że ta moja przemowa trochę nie pasuje do sytuacji, albowiem Payton także tłumaczy, że Polska byłaby o wiele lepiej urządzona, jeśli przyjęłaby zachodnie, najlepiej angielskie prawa. Ja zwrócę uwagę na kilka kwestii, które świadczą, że on może wyraża w tej swojej relacji inną jakąś tęsknotę. Oto w części poświęconej Prusom, wyszczególnia ilość garnizonów na tym, jakże przecież niewielkim terenie, bo pisze o Prusach Królewskich. Prócz miejskich garnizonów, w trzech największych ośrodkach, było ich tam chyba jeszcze z siedem. Gdyby ktoś więc próbował zaatakować Polskę od strony morza, bez porozumienia z elektorem brandenburskim i księciem w Prusach, zwanych później Wschodnimi, nie miałby właściwie szans na przebicie się w głąb kraju. Dlatego każda wojna z Rzeczpospolitą, prowadzona przez najeźdźcę północnego musiała zaczyna się od przekupienia księcia w Prusiech. A jeśli idzie o ten rynek treści popularnych, to bez zmiany wskazanego paradygmatu, żadne treści lokalne i lokalni autorzy się na nim nie utrzymają. Czyli trzeba zacząć od wydawania i dystrybuowania różnych Paytonów.

Oczywiście, prawa w Rzeczpospolitej są straszne, i każdy kto radzi sobie szablą sam, nie zawracając uwagi sądom, uważany jest za bohatera. Potępia się jedynie tych, którzy działając w zmowie dybią na spadek i urządzają przy tym zasadzki na stojącego nad grobem, a zamożnego krewnego. A i to tylko wtedy kiedy jeden z zamachowców jest plebejuszem. Wtedy można mu nawet odrąbać głowę. Powoduje ten nieszczęsny stan, że szlachta jeździ zawsze w towarzystwie pocztów zbrojnych, z obawy, że ciągnąca się latami i, jak pisze Payton, dziedziczna vendetta, przyprawi ich o utratę życia w jakiejś zasadzce. To wszystko jest oczywiście prawda i niechęć korzystania z sądów uznać należy za rzecz godną potępienia. No, ale trzeba też zwrócić uwagę na fakt, że każdy szlachcic był uzbrojony i każdy miał ludzi gotowych do walki, których mógł skrzyknąć w jednej chwili. Czy Polacy czuliby się lepiej, gdyby zamiast ich samych sprawy sporne załatwiała jakaś żandarmeria, ceklarze miejscy, albo królewscy? Przecież nigdzie wówczas nie było policji. Dziś mamy jej aż nadto, z sądów korzystają wszyscy i jest to jedno utrapienie, ciekawe co dziś na temat Polski i sposobu zarządzania krajem, a także organizacji sądownictwa napisałby Payton?

W całej tej relacji wybrzmiewa oczywiście wielki żal za tym, że to nie Korona Brytyjska organizuje przepływ towarów i ludzi na tym olbrzymim zasobnym terytorium – a propos – wiedzieliście, że pod Przemyślem były złoża miedzi? No właśnie, a Payton wiedział. Nie były to wielkie złoża, ale były. Wskazywanie więc słabości państwa i jego ustroju jest w istocie smętnym stwierdzeniem takiej oto treści – nie dzieje się tam za dobrze towarzysze, ale bez ciężkiej i uporczywej walki zająć się tego nie da. Liczyć zaś na to, że miejscowi będą w naszym imieniu zarządzać jakimiś fragmentami nie można, albowiem ponad 76 tysięcy ( On tam podaje dokładnie ile, ciekawe kto to policzył, w tym polskim bałaganie) majątków ziemskich należy do Kościoła, który pobiera dziesięcinę. Ta dziesięcina jest solą w oku wszystkich, tak, jakby nie dostrzegali jakie podatki pobierane są u nich w kraju i na co przeznaczane. Na dziś to tyle, będę jeszcze pisał o relacji Peytona, ale zbliża się burza i obawiam się, że mogą wyłączyć prąd.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/relacja-o-panstwie-polonia-i-prowincjach-polaczonych-z-ta-korona-john-peyton-jr/

Cze 232021
 

Bez przerwy myślę o tym, co tu zrobić, by przemóc zarazę, zintensyfikować sprzedaż i nakręcić jeszcze jakąś koniunkturę. Pomysł, by napisać powieść historyczną wydaje się być dosyć oczywisty. Jest jednak cała seria zastrzeżeń, których lepiej nie lekceważyć. Oto wszyscy wiedzą, według jakiego schematu pisze się od wielu już dekad powieści historyczne. Ów schemat ma charakter uzależniający i wiedzą to wszyscy autorzy, także w Polsce. Ostatnią więc rzeczą, o której myślą, jest zmienianie czegokolwiek w takim schemacie. Należy go tylko powielać i lekko modyfikować, a jak coś się kręci nie tak, jak trzeba, autor lub autorka musi wystąpić w kilku stylizowanych podcastach, gdzie zamanifestuje albo swoją wyjątkową wrażliwość, albo wyjątkowo subtelne poczucie humoru. Jeśli do tego modus operandi dołożymy dotacje, jakimi wspomaga się wydawanie „wartościowych książek, które zapoznają ludzi z historią”, to w zasadzie interes się kręci i nie ma się co sadzić na jakieś zmiany i nowe konwencje. No, ale tak może myśleć Cherezińska, albo redaktor Janicki, albo ktoś w tym typie, kto wie, że tytuł „Wielkie damy średniowiecza”, podbije serca czytelników, zagwarantuje spokój hurtownikom, którzy nie będą musieli się zastanawiać czy jeśli wezmą za dużo to się nie sprzeda, a księgarzom, tym, którzy ocaleli z pogromów finansowych, pozwoli ładnie wyeksponować książkę w witrynie. A propos Cherezińskiej, jakoś głucho o niej ostatnio, nie wiadomo czy coś pisze czy nie, a te wszystkie „wywiady z chuliganem”, które przeprowadzała z nią ta klasowa oferma, nie pamiętam nazwiska, chyba jednak nie podniosły sprzedaży jej niesamowitych i dynamicznych powieści. Wiem, wiem, nie o to chodzi. Ważne, żeby zająć miejsce na rynku i stać się jedynym punktem odniesienia w dyskusjach jakie ludzie jeszcze kupujący książki prowadzą ze sobą. Zawsze można – słysząc narzekania, że nic na tym rynku nie ma, a te wszystkie powieści historyczne to jedno gówno – odpowiedzieć – no, ale przecież jest Cherezińska. I to załatwia dyskusję, bo skoro ona jest, to jeszcze nie wszystko umarło. Nadzieja tli się i niebawem buchnie wielkim płomieniem, niech tylko znajdą się jacyś certyfikowani naśladowcy pani Elżbiety.

Trochę szydzę choć nie powinienem. Co mnie to wszystko w końcu obchodzi? Ja nie mogę iść tą drogą, nie mogę eksploatować schematu, który dominuje na rynku, bo nikt mi za to nie płaci, to po pierwsze, po drugie, gdybym to robił, stałbym się pożytecznym idiotą dla tych, którzy rynek organizują i tworzą na nim złudzenia, w tym złudzenie swobodnej rywalizacji o czytelnika, której rzekomo oddają się z pasją autorzy, po trzecie to są wszystko cholerne nudy, które nikogo nie obchodzą. Istnieją one zaś dlatego, że centrala propagandy nie potrafi jeszcze wypracować innego schematu działania niż znany nam wszystkim z prozy takiej choćby Cherezińskiej, czy innych jakichś dyrdymałów.

Wczoraj znów doznałem olśnienia. Rozrysowałem sobie schemat istotnych relacji pomiędzy grupami wpływu, które różni mędrcy piszący naukowe książki o historii XII i XIII wieku wskazali jako najważniejsze. Nie ma wśród nich biskupów, o dziwo, ani nie ma rycerzy. I przez to jest ów schemat nowatorski, twórczy i rokujący dobrze na sprzedaż tej przyszłej powieści historycznej, którą kiedyś z całą pewnością napiszę. Na czym on bazuje, że się tak brzydko wyrażę? Na kole zodiakalnym. Wyobraźmy sobie, że 12 znaków zodiaku, to całe spektrum ludzkich emocji, które zostały przyporządkowane poszczególnym symbolom, a następnie rozbudowane za pomocą dodatkowych jakichś narzędzi interpretacyjnych i potwierdzone autorytetem nie byle jakim, bo samych gwiazd, w których szukać należy największych tajemnic. Wszystko zaś po to, by za pomocą tego systemu wywierać wpływ na zamknięte, ale posiadające charyzmat władzy społeczności dworskie. Jeśli sobie to wyobrazimy, a do tego przewertujemy te wszystkie książki, które musiałem przeczytać pisząc II tom Kredytu i Wojny, okaże się, że możemy narysować podobny schemat, tyle, że bez symboli i znaków, za którymi kryją się cechy charakteru i emocje, ale z takimi, które oznaczają strefy wpływów w ówczesnym świecie i możliwości kształtowania relacji politycznych i finansowych. Powstanie coś podobnego do schematu gry planszowej. Oczywiście owe grupy i relacje pomiędzy nimi są, dla eksploatujących znany nam rynkowy schemat autorów, całkowicie nieatrakcyjne i w zasadzie „nie do jedzenia”. No i całe szczęście. A rzecz wygląda następująco. Wyobraźcie sobie koło, które przecina linia pozioma. Ta linią oddziela górną połowę koła, od dolnej. Ta górna połowa to świat chrześcijański, a dolna muzułmański. Narysujcie teraz oś pionową, oznaczającą Żydów i mamy już cztery pola podstawowe, na których krzyżują się interesy. Porzucamy klucz polityczny i nie dzielimy ich dalej, według wpływów poszczególnych dworów, bo to nie ma sensu. Na dwory bowiem wywiera się nacisk, a ten, który podejmują one i władcy, jest tylko reakcją wtórną. Mam nadzieję, że wszyscy nadążają. Kolejna linia biegnąca po skosie wyodrębni nam w świecie chrześcijańskim i muzułmańskim, zindoktrynowanym przez Żydów, producentów stali i producentów tekstyliów. To już sześć pół. Następna, być może najważniejsza, utworzy dwa kolejne pola, będą to armatorzy inwestujący w handel morski i deweloperzy inwestujący w nieruchomości na szlakach handlowych. To już osiem pól. Kolejne dwie, być może komuś wydawać się będzie, że jedna z nich jest najważniejsza, ale zapewniam, że nie jest, wyodrębnią dwa ostatnie pola – bankierów i kupców handlujących barwnikami. To są najważniejsze, najsilniejsze, i najistotniejsze podziały w świecie XII i XIII wieku, które – rozpisane tak jak widać wyżej – stanowić mogą wygodny schemat do napisania dwu albo trzytomowej powieści historycznej z pełnokrwistymi i dynamicznymi postaciami bohaterów, pochodzących z różnych światów, warstw i grup etnicznych. Może ów schemat także posłużyć do skonstruowania gry, choć pewnie ludzie wymyślający gry, mają znacznie lepsze i bardziej dynamiczne pomysły. Można oczywiście rozrysować inny schemat z innymi akcentami, ale ja sądzę, że ten mój zawiera elementy najistotniejsze dla zrozumienia mechaniki tamtego świata.

Został mi jeszcze jeden rozdział. Nie mogę go, z jakiegoś niezrozumiałego powodu, skończyć. Bardzo mnie to denerwuje. Poza tym czeka mnie sporo poprawek…Oby się udało zamknąć wszystko do końca roku szkolnego.

Aha, jeszcze jedno – wznowiłem Bombę

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/jak-nakrecic-bombe/

Na koniec ogłoszenie

Proszę Państwa, naprawdę to nie ja wymyśliłem covid, teorie spiskowe i niespiskowe na jego temat, a także media elektroniczne obrabiające tematy płaskie jak naleśnik i odciągające uwagę publiczności od fajnych książek. Starałem się jakoś przetrwać wśród tych niełatwych okoliczności i nie robić rzeczy, z punktu widzenia sprzedaży i jakości najgorszej, czyli nie obniżać cen. Od ponad dwóch lat nie było tu żadnych promocji, a ja bardzo się starałem, by zachwalać towar inaczej niż przez niską cenę i to się udawało. Niestety w każdym roku jest jeden lub dwa miesiące kiedy następuje tąpnięcie i znajdujemy sie w tak zwanym dole. Czasem, przed wpadnięciem, udaje się ten dół czymś zasypać. I rzeczywiście, przez dwa lata się udawało. Teraz jednak nie mogłem tego zrobić odpowiednio wcześnie. No, a, jak mawiał mędrzec Kazimierz Staszewski, jeść trzeba. Wiem, że sprzedaż ruszy, jak wejdą nowe tytuły, ale one nie wejdą zaraz. Ja zaś muszę zneutralizować skutki różnych kataklizmów, i muszę to zrobić teraz i zaraz. Nie można czekać z naprawą skrzyni biegów do Mazdy CX9. Każdy kto się mniej więcej orientuje, wie jaki to jest wydatek. Tak więc ogłaszam promocję. Nie mam innego wyjścia. Poniższe tytuły będą do końca miesiąca czerwca dostępne w takich oto cenach:

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-iii/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sacco-di-roma/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/komisarz-zdanowicz-i-ponczochy-guwernantek-juz-wkrotce/

Po tym czasie ceny wrócą do poprzedniego stanu, a promocji nie będzie. Przynajmniej do czasu następnej jakiejś katastrofy.

Mam jeszcze jedną nową książkę, o której zapomniałem

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wspomnienia-z-czasu-wojny-1939-1945-bydgoszcz-horodlo-grudziadz/

Cze 222021
 

Proszę Państwa, korzystając z absolutnie wyjątkowej okazji nabyłem 4 ostatnie egzemplarze biografii Albrechta Hohenzollerna. Są one jednak uszkodzone. Dwa z nich mają lekko porysowane okładki, a dwa są wklejone odwrotnie. To znaczy, że książkę należy zacząć czytać od ostatniej strony okładki. Wstawiam je mimo to do sklepu i daję dość wysoką cenę, albowiem wiem, że na aukcjach pozycja ta kosztuje 200 zł za egzemplarz a czasem drożej. No i jest po prostu nie do zdobycia. Nie ma obowiązku kupowania, może nie kupować i nie wydawać niepotrzebnie pieniędzy. To jest tylko oferta.

Pierwsza w historiografii polskiej biografia Albrechta. Autor starał się ukazać tę postać w sposób nieschematyczny, opisując jego życie, działalność polityczną, wojskową i kulturalną. Prof. dr hab. Jacek Wijaczka jest pracownikiem naukowym w Instytucie Historii i Archiwistyki UMK w Toruniu. Badacz dziejów Prus Książęcych i Królewskich w XVI–XVIII w., stosunków polsko-niemieckich w czasach nowożytnych.

Jacek Wijaczka, Albrecht von Brandenburg-Ansbach (1490–1568). Ostatni mistrz zakonu krzyżackiego i pierwszy książę „w Prusiech”

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/albrecht-von-brandenburg-ansbach-1490-1568-ostatni-mistrz-zakonu-krzyzackiego-i-pierwszy-ksiaze-w-prusiech-4-uszkodzone-egzemplarze/

Cze 222021
 

Tytuł już chyba był, stąd dopisek 2.0, mam nadzieję, że nie dojdę do takiej fazy, w której popełnia się autoplagiaty. Zacznę od rankingu. Oto nasz sklep daje możliwość zorientowania się, w których miastach sprzedaje się najwięcej książek. Zaskoczeń nie ma, bo są wyniki są wprost proporcjonalne do wielkości populacji, ale uważam, że warto je wyszczególnić. Nie będę podawał liczb, bo to by była pewna niedyskrecja handlowa, wymienię tylko kolejność. Na pierwszym miejscu oczywiście Warszawa z dużą przewagą nad Krakowem. Na trzecim miejscu, ze znacznie mniejszą stratą niż Kraków ma do Warszawy, plasuje się Łódź. O dziwo, jestem szczerze zaskoczony kolejną lokatą, bo spodziewałem się nawet drugiego miejsca – Wrocław jest na czwartym. Za Wrocławiem mamy wielki dół, długo, długo nic i Poznań. Następne miasto – i tu przestaje działać statystyka, bo jest to miasto wielkie – Gdańsk – okazuje się być, jako zaplecze czytelnicze ledwie trochę lepszy od mniejszego o połowę Lublina. Różnica jest minimalna. Na siódmym i to jest zaskoczenie, Szczecin, z minimalną stratą do Lublina. Pomiędzy siódmym a ósmym miejscem znów dół, a dołu wyłania się miasto Bydgoszcz. Za nią, ex aequo z Toruń i Rzeszów. Kolejne miasto, z minimalną stratą do dwóch poprzednich to Białystok, który zajmuje to miejsce do spółki z Katowicami. Na kolejnej pozycji Gdynia i Opole, co także wydaje mi się trochę dziwne. Za nimi – o dziwo – bo tego nie spodziewałem się wcale – Olsztyn. Zielona Góra i Radom zajmują następną lokatę, a na miejscu ostatnim z pewnym zaskoczeniem powitałem dwa miasta – Kielce i Płock. Myślałem, że w Kielcach jest jednak więcej czytelników, zdziwiłem się.

Teraz możemy już przejść do zwyczajowej sieczki. Oto, czego dowiedziałem się wczoraj, od roku mamy nowego ambasadora Izraela w Polsce. Jest to syn oficera armii czerwonej, który bywał w Moskwie na paradach zwycięstwa i przeżywał tam jakieś emocjonalne uwznioślenia, o czym lubi opowiadać. Pan jest z rocznika 1967. Do tego jeszcze uważa, że Izrael i Rosja mają zbliżoną wizję II wojny światowej. Jakie to szczęście, że historia ma pośredni tylko wpływ na bieżące interesy, bo nasza wizja II wojny światowej jest diametralnie różna od tej, która wypracowały Rosja i Izrael. Niestety wizją tą nie przejmuje się chyba nikt na świecie. My zaś jak te głupie dzieci usiłujemy zainteresować kogokolwiek jakimiś swoimi przygodami z czasów II wojny światowej. To jest bezsensowne i nieskuteczne, albowiem wojna ta służy – pośrednio na szczęście – do budowania komunikacji pomiędzy mocarstwami, które wymyśliły ją sobie od nowa na własny użytek. My zaś będziemy w tej komunikacji potrzebni dopiero wtedy, kiedy Rosja pokłóci się z Izraelem o to bardziej zasłużył się w zdobywaniu sojuszniczego dziś Berlina. No i w ogóle mam takie niejasne wrażenie, że Izrael wchodzi dziś w buty nieboszczki Austrii sprzed roku 1772.

Minister spraw zagranicznych Rau, podróżuje zaś po krajach takich jak Ukraina, Rumunia i Turcja, by tam – „namawiać się”, na ruskich. Co to da? Nikt nie wie. Podejrzewam, że nic, a najwięcej na nadchodzących zmianach ugrają Węgrzy, którzy coś tam wezmą od Putina, podzielą się tym z Żydami, postawią się Niemcom, zadowolonym jak nie wiem co, że im pozwolili ten rurociąg zbudować, my zaś zostaniemy jak krnąbrny uczeń z brudnymi łapami na drugi rok w tej samej klasie. I oby na tym się skończyło.

Zastanawiam się, w jaki sposób będziemy uczyć dzieci historii i mówić im co to znaczy tradycja narodu i wartości, albowiem niedawno na wojskowe Powązki wjechała trumna ze zwłokami Ciastonia, koordynatora akcji „Popiełuszko”. Niebawem zaś na te same Powązki wojskowe powiozą trumnę z ciałem prof. Kieżuna. Niestety nad przedziwnością tej koincydencji i jej tragiczną, a także trochę komiczną wymową, nie zastanawia się żaden z „wielkich” komentatorów życia politycznego w kraju. Milczy prof. Cenckiewicz, który napisał, że Kieżun był TW, a Bartosiak z Zychowiczem – już mi to ze trzy razy stręczono – zastanawiają się w publicznej dyskusji, jakie armii potrzebuje Polska, by obronić się przed Rosją. Nie wiem co powiedzieć. Jeśli na jednym cmentarzu leżeć będą Ciastoń i Kieżun, to znaczy, że Polska nie potrzebuje żadnej armii, albowiem Rosjanie, jeśli zdecydują się wkroczyć, zostaną przywitani kwiatami, przez połowę społeczeństwa, a nasi najwięksi sojusznicy – USA i Izrael – wyślą swoich przedstawicieli na paradę armii czerwonej, która odbędzie się w Warszawie. Polska potrzebuje przede wszystkim spójnego systemu znaków, które mają moc i mogą być – w oderwaniu od tragicznej historii – kolportowane wewnątrz narodu i na zewnątrz. To jest poważna praca na lata, ale zamiast tego mamy pogadanki wyznaczonych do tej roboty mistrzów, którzy nie mając pojęcia o armii, zabierają głos w sprawie jej funkcjonowania. Ludzie od komunikacji i promocji nie zajmują się komunikacją i promocją, ale lansem i zwracaniem na siebie uwagi. Po co? Skoro i tak mało kto ich słucha?

Czy ja jestem pewien, że na rosyjską defiladę w Warszawie przyjechaliby przedstawiciele naszych sojuszników i do tego jeszcze Niemcy? Całkowicie. I wszyscy mieliby błogosławieństwo papieża, albowiem Watykan, co przyjąłem z pewnym zaskoczeniem szykuje się do beatyfikacji Roberta Szumana. Ten bowiem, kiedy był prześladowany w czasie wojny, postanowił zostać księdzem, ale znajomi przekonali go, że świat potrzebuje teraz świeckich świętych. To jest bardzo wygodna formuła, ale świadcząca też o dużej bezczelności, albowiem my tutaj, ładnych parę lat temu, roztrząsaliśmy ewentualność beatyfikacji Witolda Pileckiego. Odrzuciliśmy w dyskusji tę możliwość, albowiem uznaliśmy, że to by było mieszanie porządków. Uznaliśmy to mimo zasług Pileckiego, mimo jego męczeństwa i niezłomnej postawy. O, jak mało wiedzieliśmy wówczas o świecie. Oto zbliża się beatyfikacja Roberta Szumana! A co z beatyfikacją Edwarda Woyniłłowicza, że spytam? Lepiej milczeć. Myślę, że tego Szumana beatyfikują w tempie ekspresowym, a my doczekamy jeszcze, że na paradzie równości wszyscy będą klękać i modlić się do niego z różnymi intencjami, poprzebierani za te wszystkie kosmiczno-burdelowe stwory. Sądzę, że musimy już teraz wypracować jakiś język komunikacji niezrozumiałej dla reszty, albowiem zbliża się czas, kiedy zadawanie pytań, nawet bardzo prostych może obfitować w niecodzienne i groźne konsekwencje.

ONZ za to, znana z dobroczynności organizacja, postanowiła, poprzez swoich ekspertów wywrzeć presję na Watykan, by wreszcie ukrócić nadużycia seksualne wobec dzieci. Co to znaczy w języku ludzi normalnych? Otóż chodzi o to, by zrównać nadużycia i lekcje religii, uczynić z tych dwóch zjawisk jedno i określać je jednym wyrażeniem. Chodzi o to, by Kościół wycofał się całkowicie z nauczania młodocianych, albowiem księża mogą ich zdeprawować. Do tego jeszcze Eksperci ONZ chcą także, by papież nie potępiał aborcji i ideologii gender. Nie wiem ile razy papież Franciszek musi jeszcze powiedzieć, że nie potępia genderów, żeby oni to zrozumieli? Oczywiście żartuję, to nie ma nic do rzeczy. Potępianiem bowiem ludzie ci nazywają samo istnienie Kościoła. Chodzi o samorozwiązanie i likwidację, wcześniej jednak trzeba beatyfikować Szumana i przekazać jego następcom klucze do skarbca watykańskiego. Potem można już iść na poniewierkę.

Na koniec tylko podam jedną informację, którą przeczytałem u Toyaha. Ona żywo koresponduje z tym co wymyślili eksperci ONZ, a pochodzi z Niemiec. Najlepiej ją zacytować.

Julia Klöckner i zgłosiła do Bundestagu projekt ustawy, zgodnie z którą już w roku 2022 hodowcy będą musieli znaleźć sposób by już w bardzo wczesnej, bo już embrionalnej, fazie rozwoju kurczęcia, byli w stanie ustalić, czy w jajku znajduje się kura czy kogut. A jeśli okaze się że kogut, będą mieli prawo zniszczyć jajko i tak maksymalnie do siódmego dnia rozwoju. Dlaczego tak? Otóż tu pojawia się informacja, która z mojego punktu widzenia, stanowi absolutny przełom w cywilizacyjnym rozwoju człowieka, a głosi ona, że od siódmego dnia życia kogut odczuwa ból, a nasza ludzka wrażliwość nie moze dopuścic do tego by ów kurzy holocaust trwał nadal…

Kapujecie? Kurczaki się masowo zabija w jajkach, jak hodowca stwierdzi, że w środku jest kogucik, a nie kurka, bo kogucik nie nadaje się na mięso. No więc niemiecki rząd, za pomocą ustawy, che skrócić cierpienia tych kogucików. W tym czasie eksperci ONZ domagają się, by papież przestał potępiać aborcję. No, a sam papież, chce – w dobrej jak mniemam wierze – beatyfikować Szumana. My zaś nie chcieliśmy, w bezprzedmiotowej co prawda, ale jednak, dyskusji, pomyśleć nawet o beatyfikacji Pileckiego. Rozumiecie teraz, że ambasador Izraela w Polsce, który jest synem oficera armii czerwonej, to jest człowiek na właściwym miejscu, osadzony w nim w dodatku w najwłaściwszym czasie. Przecież gdyby było inaczej nasz rząd nie zgodziłby się na tę nominację, prawda?

 

I jeszcze jedno. Wznowiłem Bombę

 

Jak nakręcić bombę

 

Cze 212021
 

Przychylając się do licznych, napływających mailowo próśb czytelników wznowiłem książkę Szymona Modzelewskiego „Jak nakręcić bombę”. Nie mogłem jej jednak wznowić w takiej wersji, w jakiej wyszła poprzednio. Koszta druku znacznie wzrosły, a przy tej sprzedaży jaką mamy nie mogę sobie pozwolić na twardą oprawę i wklejone w środek ilustracje na kredzie. Musicie mi to Państwo wybaczyć. Był czas luksusów, ale na razie minął. Pewnie powróci, ale nie wiem kiedy. Musiałem się więc zachować jak typowy, żydowski kupiec, który jeździł furmanką po wsiach i sprzedawał swoje produkty. Książka jest miękkiej oprawie, ma wklejkę zdjęciową, ale nie ma ilustracji. Musiałem też zwiększyć cenę, ale niedużo, ze względu na wspomniany już koszt druku. Ewentalnych głosów oburzenia nie przyjmuję. Nie będę też z nimi dyskutował.

 

Oto link

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/jak-nakrecic-bombe/

Cze 212021
 

Został mi jeden rozdział do napisania. I to już naprawdę koniec. Potem poprawki, skład i wyjazd do drukarni. No, ale wiek już nie ten i czuję to wszystko w kościach. Musiałem znów powrócić do koszmarnego filmu Królestwo niebieskie, którego nie da się oglądać. Zacząłem zastanawiać się nad osiami konfliktów, które kształtują naszą wyobraźnię. Nie są one ideologiczne bynajmniej, ale praktyczne. Twórcom takich filmów jak wymieniony wyżej, najbardziej zależy bowiem na tym, by kokietować ludzi, których my tutaj nazywamy „technicznymi”. To jest walor najważniejszy, ale nie dla twórców tego filmu i jego dystrybutorów. On ma przekonać nas, że ludzie z dobrze umeblowaną głową i energią, nie mieli czego szukać w świecie zdominowanym przez Kościół Katolicki. Pomijam już fałsz owej dominacji, bo szkoda nań czasu, zastanawiam się nad czymś innym. Dlaczego, przy takiej technice jaką mamy, przy wszystkich tych numerasach, jakie może wygenerować współczesne kino, nikt nie porwał się jeszcze na film o budowniczych katedry Notre-Dame w Paryżu? Taki wdzięczny temat. Iluż średniowiecznych technokratów można by tam było sportretować. Ileż sytuacji i budujących motywacji wykreować, ileż serc natchnąć i ile dusz przybliżyć do zbawienia. Mało bowiem co tak działa na wyobraźnię, jak wspólna budowa wielkiego dzieła, które trwa. O ile go ktoś nie podpali oczywiście. No, ale takiego filmu nie ma. Nikt nie wpadł w samej strukturze Kościoła na ten pomysł, nikt nie zadzwonił do Mela Gibsona i nie powiedział mu – Mel, słuchaj, jest taka sprawa, chcemy nakręcić film o Notre-Dame…On by się na pewno do tego pomysłu zapalił. Bo właściwie czemu nie. Byłaby to ważna i godna odpowiedź nie tylko na film taki, jak Królestwo niebieskie, ale także odpowiedź na inne kreacje kształtujące wyobraźnię ludzi i ich opinie o Kościele i historii. Taki film zamknąłby gęby Szustakowi i Terlikowskiemu, bo cóż wobec takiego ogromu znaczyć mogą ich dupo-szczypatielne (niepoprawiać) popiskiwania. No, ale tego nikt nie zrobi, bo polityka jest taka, że Kościół ma być bliżej ludzi i zajmować się ich sprawami. To zaś nic nie znaczy, a jeśli do kogoś trafia, to ten ktoś jest przeważnie ciężko zaburzony i ma wielkie kłopoty sam ze sobą.

Można nakręcić film Królestwo niebieskie, z czapy wyciągniętą, dętą historię o porozumieniu dwóch wielkich umysłów – obrońcy Jerozolimy i Saladyna, a nie można nakręcić filmu o budowie katedry. Jedynym filmem o katedrze jest ramota sprzed 60 lat nakręcona na podstawie prozy Wiktora Hugo, o garbatym dzwonniku Quasimodo. Wiadomo, że Hollywood tego nie zrobi, ktoś jednak zrobić to powinien, albowiem wtedy pewne sprawy i pewne dylematy tlące się w duszach, zostaną załatwione raz na zawsze, odgórnie niejako. Jednym, niełatwym co prawda, ale widowiskowym bardzo ruchem.

Wracajmy jednak do technokratów. Twórcy filmów historycznych apelują przede wszystkim do nich i w tych filmach portretują ludzi, z którymi mógłby się utożsamić współczesny inżynier, a nawet nie inżynier, ale taki zwykły dłubek, co grzebie pod maską samochodu. Robi się je także po to, by tych właśnie inżynierów-dłubków przeciwstawić oszalałym ideologom i strażnikom obłąkanych doktryn, którzy są w istocie hipokrytami. Tak to jest ustawione w filmie Królestwo niebieskie, a także w innych filmach. Mamy więc kontynuację, bardzo spłaszczoną i podaną na przysłowiowego „chama”, myśli oświeceniowej. Mamy ideę szkół realnych, przeciwstawioną seminariom i gimnazjom klasycznym, gdzie hoduje się nie rozumiejących postępu doktrynerów. Czy to odnosi skutek wychowawczy? Moim zdaniem nie, ludzie to odrzucają, także z tego smutnego względu, że oczywista deprawacja jest łatwiejsza do wchłonięcia niż takie dyrdymały. Poza tym ci, którzy myślą, rozumieją, że jedyną organizacją w dawnych czasach, która potrzebowała uzdolnionych ludzi z wyobraźnią, był Kościół Katolicki. Nie cesarz i nie król Anglii, którzy kazali zburzyć mury zamków swoim baronom i zamienić owe zamki na coś w rodzaju letniej rezydencji, nie mającej możliwości obrony. To Kościół zagospodarowywał technicznych i dawał im szansę. My dziś nic o nich nie wiemy, tak jak nie wiemy nic o ich relacjach z hierarchią, kontraktach, które podpisywali, bo spraw tych nikt nie jest w stanie ustalić. Sprzedawaliśmy tu kiedyś bardzo dobrą książkę Wędrówki budowniczych, jedyną chyba w języku polskim, współczesną próbę, wyjaśnienia tych spraw.

Niestety nie ma o tym filmu. Nie ma o tym także książek pisanych w duchu katolickim, tak, jakby księża i świeccy zainteresowani tymi sprawami wstydzili się tego tematu. Może po prostu jest zakaz, dotyczący poruszania tych treści, o którym my nie wiemy. W każdym razie to dziwne, że średniowieczny ruch budowlany, coś najbardziej oczywistego i widocznego w krajobrazie nie doczekał się swojego piewcy w kinie. Jeśli zaś pojawiają się jakieś książki o średniowiecznych technokratach, ich bohaterowie są przeciwstawieni hierarchii, tak jakby próbowali tworzyć wbrew zleceniodawcom. Nie ma – powtórzę – filmów o średniowiecznych artystach. Choć jest to tematyka posiadająca tak wielkie ładunek pozytywnych inspiracji, że zmiótłby on z powierzchni ziemi wszystkich malkontentów i krytyków. Postawiłby także w innym świetle tak zwany „postęp”, który przecież dokonał się dopiero wtedy kiedy skończyło się średniowiecze. Wtedy dopiero miejskie gangi mogły postawić we Florencji swoje ohydne blokhauzy służące przechowywaniu zrabowanego dobra i posiadające walory obronne, nie wcześniej. No, ale z renesansowych artystów na uwagę zasłużyli tylko Michał Anioł i Leonardo, a i to w czasach bardzo dawnych. Strach bowiem pomyśleć, co by się stało, gdyby dziś ktoś nakręcił o nich film.

Pozostaje jeszcze kwestia następująca – wszystko co nie dotyczy liturgii i doktryny jest Kościołowi odbierane, choć powstało z jego rzeczywistej inspiracji. I co? Nie może przeciwko temu zaprotestować? Trzeba przyjmować to w niezrozumiałej pokorze? Złodzieja też w domu będziemy przyjmować z pokorą?

I już na koniec – średniowieczne konflikty interesów nie toczyły się pomiędzy doktrynerami a technokratami wierzącymi w postęp. Prawdziwe konflikty dotyczyły zagadnień transportu. No, ale to już jest temat na inną okazję. Pogadamy o tym, jak ukaże się książka.

Na koniec ogłoszenie

 

Proszę Państwa, naprawdę to nie ja wymyśliłem covid, teorie spiskowe i niespiskowe na jego temat, a także media elektroniczne obrabiające tematy płaskie jak naleśnik i odciągające uwagę publiczności od fajnych książek. Starałem się jakoś przetrwać wśród tych niełatwych okoliczności i nie robić rzeczy, z punktu widzenia sprzedaży i jakości najgorszej, czyli nie obniżać cen. Od ponad dwóch lat nie było tu żadnych promocji, a ja bardzo się starałem, by zachwalać towar inaczej niż przez niską cenę i to się udawało. Niestety w każdym roku jest jeden lub dwa miesiące kiedy następuje tąpnięcie i znajdujemy sie w tak zwanym dole. Czasem, przed wpadnięciem, udaje się ten dół czymś zasypać. I rzeczywiście, przez dwa lata się udawało. Teraz jednak nie mogłem tego zrobić odpowiednio wcześnie. No, a, jak mawiał mędrzec Kazimierz Staszewski, jeść trzeba. Wiem, że sprzedaż ruszy, jak wejdą nowe tytuły, ale one nie wejdą zaraz. Ja zaś muszę zneutralizować skutki różnych kataklizmów, i muszę to zrobić teraz i zaraz. Nie można czekać z naprawą skrzyni biegów do Mazdy CX9. Każdy kto się mniej więcej orientuje, wie jaki to jest wydatek. Tak więc okłaszam promocję. Nie mam innego wyjścia. Poniższe tytuły będą do końca miesiąca czerwca dostępnę w takich oto cenach:

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-iii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sacco-di-roma/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/komisarz-zdanowicz-i-ponczochy-guwernantek-juz-wkrotce/

 

Po tym czasie ceny wrócą do poprzedniego stanu, a promocji nie będzie. Przynajmniej do czasu następnej jakiejś katastrofy.

 

Mam jeszcze jedną nową książkę, o której zapomniałem

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wspomnienia-z-czasu-wojny-1939-1945-bydgoszcz-horodlo-grudziadz/

 

Cze 202021
 

Wiele osób powierzchownie rozumiejących historię, uważa, że antypapież, kto jakaś postać z kosmosu, która została kiedyś tam zainstalowana w Rzymie, by czynić zło i szkodzić Kościołowi i wiernym. Oczywiście tak nie jest. Antypapież to po prostu taki kardynał, który zgodził się kierować Kościołem negując reformę gregoriańską. Czyli zamiast realizować misję i zarządzać (bardzo przepraszam za użycie tego słowa, ale jest ono precyzyjne) ewangelizacją, podporządkował swoje działania celom politycznym. To zaś znaczy z kolei władzy, która ma ambicje globalne. Antypapież to także ktoś, kto demonstruje słabość Kościoła, albowiem jego postawa mówi: bez świeckiej władzy dysponującej bronią i strukturami tajnymi, a także doktryną, daleką od misyjnej, Kościół nic nie może. O ile w dawnych czasach ów moment nie miał dużego znaczenia, bo ważniejsze było wskazanie, że to Rzym jest stolicą świata i dzierży duchowy prymat nad władcami dziedziczącymi swoje krainy, o tyle dziś, w momencie kiedy pojawiłby się antypapież, sprawa ta wysuwa się na plan pierwszy. Odbiera ona bowiem prawo do istnienia i powagi tym ludziom, którzy realizując misję Kościoła, zdani byli na siebie jedynie. To znaczy wszystkim misjonarzom dalekich krain, wszystkim męczennikom za wiarę i wszystkim, który stawali kiedykolwiek wobec trudnych wyzwań samotnie, mając świadomość, że tylko Bóg może im pomóc, albowiem papież, jest jedynie jego namiestnikiem na ziemi i znajduje się daleko. I nie po to wysyła swoje sługi na wyspy Zielonego Przylądka, żeby sprawowali tam jakieś obowiązki urzędnicze, ale by świecili przykładem. Tu dochodzimy do istotnej kwestii, która często służy za argument wrogom Kościoła. Papież nie troszczący się o los misji, a zajęty jedynie sprawami najbliższymi i najważniejszymi dla swojej stolicy, jest hipokrytą i degeneratem. Przykłady można mnożyć. Trzeba mu przeciwstawić kogoś, kto będzie świecił przykładem i każdą minutą swojego życie wskazywał, jak należy postępować, by zasłużyć na dobrą opinię. Tak właśnie mówią wrogowie Kościoła. Otóż papież to nie jest ktoś, kto pojawia się w Rzymie po to, by pilnować swojej opinii i zasług. On jest człowiekiem głęboko wtajemniczonym, został wybrany przez świadomych okoliczności kardynałów, którzy zdecydowali, że to on właśnie, a nie kto inny będzie rządził Kościołem. Jego postawa może daleko odstawać od standardów i tak wielokrotnie bywało, ale decyzja to decyzja, musiała mieć jakieś poważne przyczyny. By zmienić konsekwencje tych decyzji, czyli wyeliminować tych kardynałów, którzy brali na siebie odpowiedzialność, nie mogąc jej sprostać we wszystkich zakresach, potrzebna była zmiana w mentalności i wiele lat pracy wszystkich ludzi Kościoła, potrzebna była także nowa komunikacja z wiernymi, którą wypracowała kontrreformacja.

Antypapież często był człowiekiem, znacznie lepiej postrzeganym od legalnego papieża. No, ale nie zawsze wynikało to z faktu, że on jest rzeczywiście wyższy moralnie. Często był po prostu dyscyplinowany przez władzę, której zgodził się podporządkować Kościół i to władza ta organizowała mu to, co dziś nazywamy PR.

Okoliczności te stwarzały pewne pozory, które bardzo się podobały maluczkim, oczekującym przede wszystkim tego, że Kościół, hierarchowie i księża, będą im schlebiać.

Papież, świadom jest zawsze tego, jakie wyzwania stoją przed Kościołem. Nie są tego świadomi wierni, którzy oczekują od Ojca Świętego, jakichś gwarancji. Na przykład, że wszystko będzie jak dawniej. Jak będzie, tego nikt nie wie. I nie można domagać się, by ktoś, kto występuje w imieniu Boga, takich gwarancji udzielał. Świadomość odpowiedzialności i przepaści jaka dzieli go od wiernych, papież bywa często postrzegany źle. Co innego antypapież. On ma załatwioną promocję, straż przyboczną opłaconą ze szkatuły cesarskiej, a jego misja wobec wiernych polega właśnie na tym, by udzielić im gwarancji. Nasze czasy wiele zmieniły w tym względzie na gorsze, albowiem wierni dla wielu kardynałów, to po prostu media. Nie ludzie w miastach i wioskach, ale te osoby, które kształtują wizerunek pojedynczych ludzi i całych grup. To im musiałby dziś nadskakiwać antypapież i to oni reprezentują władzę, która kreuje antypapieży.

Z tą komunikacją pomiędzy hierarchią a wiernymi nigdy nie było za dobrze, albowiem jej waga zależy od umiejętności ludzi, którzy ją realizują. Dawniej byli to artyści dekorujący kościoły w duchu barokowym. Ci zaś mogli być lepsi albo gorsi. Niezrozumienie tego, jak istotne są te malowidła w kościołach, doprowadziło nas do całkowitego ich zanegowania, które poprzedzone było degradacją sztuki. Bo trzeba było znaleźć kogoś tańszego, kreującego sceny i wizerunki bardziej oczywiste, albo takie, które aktualnie urzędujący proboszcz w ogóle rozumie, albo które – w demokratycznym głosowaniu – poparli wierni.

W naszych czasach stały się one w ogóle niepotrzebne, albowiem komunikację pomiędzy hierarchią a wiernymi przejęły media. I tu dochodzimy do rozróżnienia najważniejszego – artystom płacił Kościół. A kto płaci mediom? To istotne, bo ten kto płaci, także wymaga. Na przykład wsparcia dla antypapieża i antyhierarchii. Ktoś zawoła, że ta sofistyka zaprowadzi nas w pułapkę bez wyjścia. Otóż wcale nie, albowiem władza kreująca antypapieży ma swoją tradycję. Nazwałbym ją tradycją dialogu wewnętrznego, ale można też używać wyrazu „dialektyka”. W jej duchu upowszechnia się te jedynie spory, które prowadzą do wzmocnienia antypapieża. Znamy to dobrze z komunistycznej telewizji, kiedy to w programach publicystycznych dwóch tajnych współpracowników w krawatach wiodło zacięty i bezkompromisowy spór o demokrację. Świadomi istnienia tej tradycji, którą od wieków podtrzymuje i pielęgnuje obóz cesarski nie wpadniemy w żadną pułapkę. Uchroni nas od niej także zadane wyżej pytanie – kto płaci ludziom, którzy uzurpują sobie prawo do organizowania komunikacji między hierarchią a wiernymi? Zrozumiemy też, że w wielu momentach decyzje papieża nie mogą być oczywiste, a jego postawa jednoznaczna w taki sposób, który będzie podobał się wiernym. Zrozumiemy też, że Kościół, wobec pancerza dialektyki (jak napisał poeta) i zwykłego chamstwa, nie może po prostu podejmować z tymi zjawiskami dialogu. Musi sięgać po narzędzia, które podsuwa hierarchom Pan Bóg, a które w ocenie i okolicznościach jakie akurat są dostępne, mogą wydawać się dziwne. A czasem niepoważne. To się zdarzało w przeszłości, a pewnie zdarzy się jeszcze nie raz. Nie przywiązujmy się więc do spraw i emocji powierzchownych, o których nikt nie będzie myślał za rok czy dwa. Ufajmy, że kardynałowie dokonali dobrego wyboru.

Cze 192021
 

Myślę, że wszyscy już mniej więcej wiedzą gdzie i w jakich okolicznościach się znajdujemy. Ja unikam mówienia i pisania o tym, albowiem sytuacja przypomina mi opis z powieści Bułhakowa zatytułowanej Mistrz i Małgorzata, kiedy to w dzień premiery w teatrze Varietas, zjawia się sam diabeł i tylko jeden człowiek, kierownik restauracji, orientuje się co za chwilę nastąpi. Wychodzi więc ratując co się da, w jego przypadku jest to wędzony jesiotr, którego wynosi pod pachną. Pracownicy są nieco zdziwieni, ale w końcu nie takie rzeczy działy się w ojczyźnie ludzi radzieckich.

Obejrzałem wczoraj także fragment, całkiem króciutki, bo więcej się nie dało, przedwojennego radzieckiego filmu o marynarzach z Kronsztadu. To było naprawdę coś niezwykłego, coś, o czym już dawno zapomnieliśmy i nie chcemy myśleć. A powinniśmy i to intensywnie. Oto do wziętych w niewolę marynarzy przemawia nieszczerze dowódca białych kozaków. Widać, że białych, bo ma białą papachę. Oni odpowiadają odważnie i szczerze, przyznając się do członkostwa w partii bolszewickiej. No i ten dowódca, rozwalony całkiem ich postawą moralną, każe przywiązać każdemu wielki kamień do pleców i po kolei wrzucić wszystkich do morza. I to jest tam pokazane. Wszyscy oni odważnie idą na śmierć. Piszę to dlatego, byśmy wszyscy przypomnieli sobie, że tak zwane dziejowe zmiany odbywają się na chama i w ciągu jednego dnia rzeczy niewinne i dozwolone stają się ciężkim przestępstwem. Niebawem takim przestępstwem będzie posiadanie książek o zdrowym odżywianiu się. Pan Józio, czyli prezydent USA, ogłosił, że wariant Delta wirusa jest naprawdę straszny. Atakuje głównie młodych i to oni muszą się przede wszystkim wyszczepić. W Niemczech, a ponoć niemiecka nauka nie myli się nigdy, zaszczepili ludzi jakimś syfem, który nie działa. Teraz zastanawiają się czy podawać kolejną dawkę. U nas zaś, jak włączamy portal WP widać reprezentację piłkarską, złożoną z samych w zasadzie nieudaczników, którzy nie potrafią wcelować w sporej wielkości siatkę dużą, okrągłą piłką, choć całe życie poświęcili wykonywaniu tylko tej czynności. Ludzie ci albo trzymają w rękach piwo i uśmiechają się głupkowato, albo wołają do nas – OSTATNIA PROSTA! SZCZEPIMY SIĘ! To jest jeszcze lepsze niż te punkty szczepień Drive Thru, ustawione w Grodzisku tuż przy cmentarnej bramie.

W sieci pełno jest nagrań Janka Pospieszalskiego, który – miałem złudzenia, przyznaję – niczego się nie nauczył po tym, jak go wywalili z telewizji za krytykowanie szczepień. Zajmuje się teraz promocją zdrowego stylu życia na różnych masowych imprezach organizowanych w kraju. Ja rozumiem, że żyć trzeba, a on jest usprawiedliwiony tym, że bije na alarm, robi wywiady z lekarzami, których ciągają na przesłuchania do Naczelnej Izby Lekarskiej, a do tego puszcza jeszcze sprawozdania z konferencji prasowych, gdzie normalnie, ludzie z wykształceniem medycznym mówią, iż testy dla szczepionek zakończą się najwcześniej w grudniu 2022, a tak naprawdę dla ostatniego preparatu, czyli Astra Zeneca, w grudniu 2023. No, a w Polsce wyszczepiono tym nauczycieli. Majowy numer grodziskiego czasopisma Bogoria, wzbogacił się przez to o dwie niemal strony płatnych nekrologów, z czego większość to były informacje o śmierci starych rodziców nauczycieli, którzy zmarli, po się zarazili covidem, którym ich dzieci zostały zaszczepione w ramach programu walki z zarazą. Ktoś powie, że histeryzuję. Jasne. Idźcie do Janka Pospieszalskiego i jemu powiedzcie, że histeryzuje. Tym lekarzom, co byli na przesłuchaniu to powiedzcie, a szczególnie temu panu z WAM, w randze generała dywizji, który jest lekarzem i publicznie powiedział, że nie ma sensu szczepić dzieci. A pan Józio taki sens widzi. I co to może oznaczać? Powiem Wam co. Za jakiś czas, być może za pięć, albo za dziesięć lat amerykańska kinematografia wyprodukuje film, na który obowiązkowo pędzane będą szkoły. W filmie tym ukazana zostanie historia lekarskiej mafii, która – mając zaplecze medialne w postaci demonicznego redaktora zwalczającego aborcję, a zatrudnionego w telewizji państwowej – odmawiać będzie chorym szczepionek. Sprawa będzie grubo szyta, bo ten redaktor – John Poschpayschelsky (w skrócie John Posch) – działał będzie w porozumieniu z wojskowymi lekarzami, duszą i ciałem zaprzedanymi wstecznym ideom. Kiedy dzielni przedstawiciele koncernów farmaceutycznych przylecą helikopterami, odziani w stroje kosmitów, żeby się nie zarazić wirusem, zobaczą w Polsce coś przerażającego. Dzieci umierające na ulicach, lekarzy domagających się szczepień ukrytych w jakichś katakumbach, obawiających się wykonywania zawodu i płaczące matki. No i bojówki prawicowe, a także patrole wojskowe, w tajemnicy oczywiście zaszczepione nowoczesnymi preparatami i całkowicie bezpieczne w przeciwieństwie do tak zwanych zwykłych ludzi. John Posch i jego mocodawcy w mundurach komunistycznego jeszcze wojska także są zaszczepieni, ale trzymają to w tajemnicy. Prawda ta zostanie odkryta przez bezkompromisową dziennikarkę, pochodzącą z Polski, której Posch uniemożliwił karierę w mediach. Nie będzie owa prawda mogła się przebić do świadomości publicznej, albowiem reżim ją zablokuje. No, ale agenci FBI i zaprzyjaźnionego KGB, czy jak się ta organizacja teraz nazywa, poradzą sobie ze wszystkim. Nie będzie łatwo, bo John Posch, wraz ze swoją bandą, próbował będzie wylać nowoczesne preparaty do ścieków i tym samym skazić planetę, ale tu wkroczy Greta Thunberg i zapobiegnie katastrofie. Ktoś powie – durniu, co ty piszesz – jak można skazić planetę nowoczesnymi preparatami?! A kogo to obchodzi? Nie po to się kręci filmy, żeby była w nich jakaś logika. Jeszcze tego nie zrozumieliście ludzie?!

W jednej z kulminacyjnych scen, takiej wiecie, którą można by nazwać triumf zła, Posch wraz z generałem dywizji z WAM, wrzucą do ścieku miejscowego działacza ruchu proaborcyjnego, który chciał zaszczepić swoje chore na heine medina dziecko, ale reżim mu to uniemożliwił i dziecko zmarło.

– Lituj się człowieku – zawoła zniecierpliwiony wielbiciel kina – jak działacz aborcyjny może chcieć zaszczepić dziecko, które ma heine? Toż przeciwko heine szczepiono nas w latach siedemdziesiątych! A do tego działacz aborcyjny i dziecko!!!?

Nie wiecie jak? Zapytajcie pana Józia, on zna odpowiedzi na takie kwestie, albowiem zna się na wszystkim. Podobnie jak towarzysz Stalin, wielki językoznawca.

W tym filmie, co to dopiero powstanie, zło zostanie pokonane, John Posch wraz ze wszystkimi, którzy byli przeciwko szczepieniom, stanie przed niezawisłym sądem, któremu przewodniczyć będzie sędzia Igor Tuleya. Na koniec zaś, niczym Morgan Freeman w filmie o meteorycie co o mało nie zniszczył Ziemi, puszczanym w kinach dwadzieścia lat temu, przemówienie wygłosi nowy polski prezydent, rozumiejący potrzebę szczepień. Jak się będzie nazywał? Myślę, że Gdula. A Hollywood nakręci film o jego bohaterskim ojcu, który w strasznych latach komunistycznego reżimu próbował promować w Polsce szczepionki przeciwko heine.

Mówiąc jednak tak już bardziej serio, na miejscu Johna Poscha, zastanowiłby się czy nie wynająć ochrony. Żarty bowiem powoli się kończą, a wszyscy ci ludzie, których widzimy w nagraniach firmowanych przez Janka, niczego jak się zdaje nie rozumieją. A co my rozumiemy? Myślę, że trzeba się szykować na najgorsze. Oto we wrześniu papież Franciszek odwiedzi Węgry. Ma tam, w ojczyźnie św. Stefana, przebywać trzy godziny, zupełnie jak prezydent Niemiec w Polsce, a potem polecieć na trzy dni, na Słowację. Taki program został zaplanowany, albowiem Węgry to faszystowski reżim, który nie chce przyjmować do siebie uchodźców. Wczoraj, tak się jakoś złożyło, pisałem o papieżu Aleksandrze III i antypapieżach – Wiktorze IV i Paschalisie III. Dobrze jest nazwać czasem rzeczy po imieniu. Szczególnie, że później może nie być na to czasu, albowiem John Posch zatrudni nas przy topieniu marynarzy z Kronsztadu, to jest chciałem rzec, przy wylewaniu nowoczesnych preparatów do ścieków. Możemy nie zdążyć z tym wyrażaniem prawdy donośnym głosem.

Na koniec ogłoszenie

 

Proszę Państwa, naprawdę to nie ja wymyśliłem covid, teorie spiskowe i niespiskowe na jego temat, a także media elektroniczne obrabiające tematy płaskie jak naleśnik i odciągające uwagę publiczności od fajnych książek. Starałem się jakoś przetrwać wśród tych niełatwych okoliczności i nie robić rzeczy, z punktu widzenia sprzedaży i jakości najgorszej, czyli nie obniżać cen. Od ponad dwóch lat nie było tu żadnych promocji, a ja bardzo się starałem, by zachwalać towar inaczej niż przez niską cenę i to się udawało. Niestety w każdym roku jest jeden lub dwa miesiące kiedy następuje tąpnięcie i znajdujemy sie w tak zwanym dole. Czasem, przed wpadnięciem, udaje się ten dół czymś zasypać. I rzeczywiście, przez dwa lata się udawało. Teraz jednak nie mogłem tego zrobić odpowiednio wcześnie. No, a, jak mawiał mędrzec Kazimierz Staszewski, jeść trzeba. Wiem, że sprzedaż ruszy, jak wejdą nowe tytuły, ale one nie wejdą zaraz. Ja zaś muszę zneutralizować skutki różnych kataklizmów, i muszę to zrobić teraz i zaraz. Nie można czekać z naprawą skrzyni biegów do Mazdy CX9. Każdy kto się mniej więcej orientuje, wie jaki to jest wydatek. Tak więc ogłaszam promocję. Nie mam innego wyjścia. Poniższe tytuły będą do końca miesiąca czerwca dostępne w takich oto cenach:

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-iii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sacco-di-roma/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/komisarz-zdanowicz-i-ponczochy-guwernantek-juz-wkrotce/

 

Po tym czasie ceny wrócą do poprzedniego stanu, a promocji nie będzie. Przynajmniej do czasu następnej jakiejś katastrofy.

 

Mam jeszcze jedną nową książkę, o której zapomniałem

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wspomnienia-z-czasu-wojny-1939-1945-bydgoszcz-horodlo-grudziadz/

Cze 182021
 

Po cichutku, pomalutku minęła właśnie rocznica pojednania polsko-niemieckiego w Krzyżowej, które pamiętamy głównie ze zdjęcia, określanego przez złośliwców tytułem „Niemiec dusi kota”. Na fotografii tej widać kanclerza Helmuta Kohla i premiera Mazowieckiego objętych w pojednawczym uścisku.

Przez media z lekkim szumem przeleciała informacja, że kanclerzyna nie chciała spotkać się z premierem Morawieckim, albowiem jest zbyt wiele otwartych spraw, które nie pozwalają na głośne świętowanie tego wiekopomnego wydarzenia. W warszawie pojawił się prezydent Niemiec, ale tylko na chwilę, nasz prezydent zaś wygłosił przemówienie, bardzo stonowane, w którym powiedział, że nie wszystkie punkty umowy o pojednaniu są ze strony niemieckiej wypełniane. Głównie chodziło prezydentowi o te punkty, które są stosunkowo, jeśli brać pod uwagę sprawy teraźniejsze, najmniej istotne. To znaczy kwestie rewindykacji dóbr kultury. I ja o tym właśnie dziś chciałem rzec słowo. Wszyscy dobrze wiemy, że to, tak zwane pojednanie, to w rzeczywistości układ o poddaństwie nazwany dla niepoznaki nieco inaczej, taki hołd złożony cesarzowi Fryderykowi I przez Bolesława Kędzierzawego. Nikt tego głośno nie mówi, albowiem są w traktatach, zupełnie jak w prawie dwie jakości – litera i duch. One są w tych traktatach międzynarodowych rozumiane odwrotnie niż w prawie. To znaczy słabszy domaga się interpretacji według litery, a silniejszy według ducha. Taka jest mechanika traktatów. Pozory jednak muszą być zachowane. Przynajmniej na razie. Prezydent Duda więc, bardzo słusznie, nie mówi o sprawach poważnych, a jedynie o nich wspomina. Nie domaga się niczego nachalnie, ale wskazuje na literę tego traktatu, podobnie jak na jego ducha wskazuje Merklowa, która chce po prostu, by Polska była posłuszna i nie stawała pomiędzy Niemcami a Rosją. Tego Polska zrobić nie może, albowiem jest to prosta droga do rozbioru, który dokona się także w jakimś duchu, zapewne szlachetnym, a poprzedzony zostanie, jak zwykle destabilizacją kraju przez elementy nieodpowiedzialne. Tak więc sytuacja jest w istocie płynna i nikt nie wie gdzie przebiegają granice, nikt też nie rozumie skali odpowiedzialności za słowo, bo ta wiedza przyjdzie później. Niestety jest ona zwykle bolesna. Nasi przyjaciele bowiem, zza Odry, komunikują się z nami zwykle za pomocą pośredników. Inny kontakt jest wykluczony i w zasadzie nie do pomyślenia. Nasz kłopot polega na tym, że ci pośrednicy zostali wychowani przez niemieckie służby i przemawiają takim językiem, jaki chce usłyszeć niemiecka polityka. My z kolei jesteśmy na to głusi. To znaczy próbujemy być głusi, bo oni nam te komunikaty coraz częściej wywrzaskują wprost do ucha, uniemożliwiając polemikę, albowiem działają w duchu traktatów, lekceważąc ich literę. Nigdy nie zapomnę jak Angela Merkel powoływała się na Szczypiorskiego. Oczywiście, w Polsce jest wielu ludzi, którzy dziś nawet uważają, że Szczypiorski to był jakiś pisarz, czy ktoś podobny. Chcę wskazać jakie paradygmaty komunikacyjne obowiązują w polityce niemieckiej i jej relacji z Polską. Jeszcze nikt chyba nie wspomniał – wiem, że się powtarzam – Wojciecha Kossaka i jego współpracy z Wilhelmem II, ani Fałata też nikt nie wspomniał, a jaki to wdzięczny temat. Na tapecie był za to Szczypiorski, komunistyczny agent. Podobnie jak wielu niemieckich polityków.

No, ale Niemcy sami mają kłopot z tym Wilhelmem, bo to przecież podżegacz wojenny, a oni są nastawieni pokojowo. Swoją, a także naszą historię traktują więc wybiórczo i w gruncie rzeczy ją olewają. To jest instrument bieżącej polityki. Kłopot w tym, że on nie spełnia swojej funkcji nawet wobec nas. Ciekawe w takim razie jak to wygląda w innych przypadkach? Na przykład jak wygląda współpraca kulturalna pomiędzy Niemcami a Francją. Wszystko już wyjaśnione, czy jeszcze nie?

Wróćmy do tych pośredników. Najważniejszym jest prezydent Niemiec, sympatyczny starszy pan, który wykonuje różne demonstracje. Ja osobiście wolałbym, żeby ktoś kiedyś, skoro on jest taki przystępny i łatwy w obyciu, zorganizował debatę pomiędzy nim a Andrzejem Dudą, z udziałem naukowców z Niemiec i Polski. I koniecznie musiałby być tam zaproszony prof. Andrzej Nowak, żeby było naprawdę kulturalnie, bezpiecznie i spokojnie. Czy to jest w ogóle możliwe? Myślę, że nie, albowiem dla polityki niemieckiej byłaby to degradacja. Tego nikt nie powie, ale to wynika z ducha traktatów.

W komunikacji z Polakami Niemcy używają jednak zwykle wychowanych przez siebie profesorów, mówiących po polsku, którzy reprezentują naprawdę szerokie spektrum wiedzy. To znaczy są prawnikami, historykami, lingwistami i religioznawcami w jednym. Jeśli coś pominąłem przepraszam. Wiadomo nie od dziś, że Niemcom imponują tytuły i specjalizacje, i mnożą je zawsze ponad miarę. To są nie sprawdza nigdzie poza Niemcami, a najmniej sprawdza się w Polsce. Oni jednak ciągle używają tego narzędzia, albowiem w jakiś sposób ich to uspokaja, tak sądzę. Bo nie o skuteczność przecież chodzi. A skoro nie o skuteczność, to w grę wchodzi jeszcze tylko prowokacja. Oto mamy, omawiany szeroko w internecie artykuł niejakiego Romanowskiego Andrzeja, który reprezentuje modelowy typ niemieckiego agenta wpływu. To znaczy obwieszony jest tymi naukowymi świecidłami, wygląda jak sympatyczny mopsiu i ubiera się z lekką nonszalancją, jak to zwariowany profesor, z jakimiś obsesjami. Opublikował ów człowiek w gazowni artykuł pod takim oto tytułem: Polska, ojczyzna Niemców. Nauczyli nas pisać i czytać. Ofiarowali łacinę i chrześcijaństwo

Ponieważ całość tekstu jest płatna, umieszczę tu link do polemiki, która znajduje się na stronie Karnowskich. https://wpolityce.pl/media/554685-gw-sklada-hold-niemcom-nauczyli-nas-pisac-i-czytac

Nie ma sensu odnosić się do wszystkich umieszczonych tam idiotyzmów, bo to są te same numery, które znamy już od dekad, a ktoś je musi ciągle powtarzać i do tego wynajmuje się właśnie takich Romanowskich. Chciałbym zwrócić uwagę, jak zwykle, na mechanikę pułapki, w której tkwimy. Jestem przekonany, że wszelkie emocjonalne, patriotyczne ruchy w polskiej publicystyce i nie tylko publicystyce, są stymulowane przez Niemców. To jeden element pułapki. Drugi, to wskazywanie na pogańską wielkość Polski, czyli prasłowiańska potęga wielkiej lechii, która ma przecież potwierdzenie w niemieckich źródłach, a niemiecka nauka nie myli się nigdy. Trzeci zaś to treści zawarte w artykule Romanowskiego, te wszystkie histerie dotyczące niemieckich nazw, kultury, która tu ponoć przyszła wraz z Niemcami, Nie będę tego, jak powiadam omawiał, bo szkoda czasu. Chcę tylko postawić jedną kwestię. Prezydent Duda mówił o opieszałym zwracaniu dóbr kultury zrabowanych w czasie wojny. W tym zapewne jakiś pergaminów i ksiąg pamiętających może nie Jadwigę Śląską, ale wiek XV na pewno. Moim zdaniem nie to jest ważne. Czy ktoś przeprowadził inwentaryzację dóbr kultury powstałych na ziemiach polskich przed najazdem mongolskim, albo szerzej, przed końcem XIII wieku, znajdujących się w zbiorach niemieckich do wojny 1914 roku? Jeśli jest taka inwentaryzacja czy można ją porównać z inną, zrobioną z przeznaczeniem dla tych samych zasobów, ale dostępnych po roku 1945. Co się zmieniło? Czego ubyło? Gdzie zostało to rozproszone? I jeszcze jedno – jaka miarę przykłada się do pojęcia „własność dóbr kultury”? Czy ktoś bardziej zorientowany mógłby to wyjaśnić? Zmierzam do tego, ze historia i źródła dotyczące dziejów ziem polskich przed końcem XIII wieku, traktowane są w Niemczech, jako źródła niemieckie, dotyczące historii Niemiec. I jak sądzę, jako takie są dość oszczędnie udostępniane. Nie wiem czy w Polsce ktoś w ogóle jest świadom tego ile ich jest i gdzie są przechowywane. Ja tego nie wiem. Trzeba by zapytać profesora Nowaka.

To nie jest oczywiście sprawa tak widowiskowa, jak wielka lechia, albo pretensje do Polaków, że nie mówią po niemiecku i zmienili nazwę Marienburg na Malbork, moim zdaniem jednak, to jest moment absolutnie kluczowy, jeśli chodzi o tak zwane relacje polsko niemieckie na niwie kultury. Kluczowy, albowiem dla Niemców, historia Polski zaczyna się wraz z koronacją Przemysła II, wcześniej zaś, wszystko co działo się na terenach Polski, jest historią cesarskich lenn, które czasem się buntowały, a czasem współpracowały. Jedno jest w tym nie do ominięcia – język plemion słowiańskich, który z pewnością nie był językiem niemieckim. I który z pewnością istniał niezależnie, od wpływów niemieckich. To jest fakt bezsporny, mimo tego, że pierwsze zanotowane słowa po polsku pochodzą z czasów stosunkowo późnych. Dowodem na istnienie tego języka, i żywą ciągle tradycję, jest słowo Niemcy, które przecież nie przetrwałoby w takiej formie, gdyby nie ów język właśnie.

Cze 172021
 

Pojawiła się tu wczoraj, po raz kolejny, kwestia potęgi Chin wyrażona w ilości produkowanej stali. Musimy się wszyscy trząść ze strachu, bo jak Chińczycy ruszą będzie po nas. W najlepszym wypadku Chiny zwasalizują USA i będą największą na świecie potęgą, narzucając przy tym światu swój ład. I co wtedy? Niemcy liczą, że będą mózgiem nowego porządku. Na co liczą Rosjanie, trudno w ogóle zgadnąć, bo patrząc na mapę i myśląc o tej stali wyprodukowanej w Chinach do głowy przychodzi mi tylko jedno – liczą, że Amerykanie uwierzą w ich moce i pozwolą się podłączyć z gazem do Europy. To wszystko. W zamian za to Rosjanie będą wiele obiecywać, ale też i stawiać jakieś wymagania. Nie wiem czy w stosunku do nas także, ale nie jest to wykluczone. Pytanie istotne, którego nikt póki co nie zadał, brzmi – Jeśli już Chińczycy zwyciężą i zwasalizują USA. Co zrobią ze swoją produkcją stali? Bo co zrobiły USA, to wiemy. Ostro inwestowały, aż się okazało, że wszyscy inni są za biedni by skonsumować produkcję Ameryki, a ona doszła do technologicznej ściany, za którą nie było już nic. Tak się przynajmniej wydawało. Żeby ruszyć dalej trzeba było wywołać jedną, a potem drugą wojnę w Europie. Powodów było aż nadto wiele, a poza tym trzeba było zamienić pół świata w obóz koncentracyjny, czyli założyć ZSRR, żeby można było spokojnie rozwijać technologię, korzystając cały czas na taniej bardzo, niewolniczej produkcji krajów komunistycznych. Ktoś powie, że produkcja była także w USA. Oczywiście, że była, była też w Niemczech i w innych krajach, ale wspólny rynek zaczął tworzyć się już po wojnie i już wtedy było wiadomo, że jest to sytuacja tymczasowa i tak zwany rozwój (dziś mówi się zrównoważony rozwój) wymaga jej koncentracji i przeniesienia gdzie indziej. Już kiedyś o tym dyskutowaliśmy i wiele osób próbowało mnie przekonać, że moja racja jest bardzo powierzchowna. Otóż nie jest. Zdewastowanie połowy świata jest konieczne dla tak zwanego normalnego funkcjonowania gospodarki. Konieczne, jeśli nie regulują go inne niż ekonomiczne zasady. Kiedyś próbował te regulacje wprowadzać Kościół, ale został „zreformowany” w duchu nowoczesnej rywalizacji handlowej. Ponawiam więc pytanie – co zrobią Chiny, kiedy już zwasalizują USA? Powiem Wam co zrobią. Zdewastują połowę świata, po to, żeby nic tam nie rosło, część podbitej ludności przeniosą do prostych prac w rolnictwie, a część umrze z głodu. Poziom technologii zostanie obniżone bardzo drastycznie i wróci do stanu z lat sześćdziesiątych XX wieku. To znaczy satelity będą latać, ale telefon stacjonarny będzie tylko w mieszkaniu przewodniczącego partii. Kontrolę nad wszystkimi istotnymi gałęziami gospodarki przejmie partia. Utrzymana zostanie produkcja stali, albowiem to będzie gwarantowało przewagę Chin nad resztą świata. Komunikacja zostanie zdewastowana do szczętu i żadne istotne informacje nie będą podawane w innych językach niż dialekt mandaryński. Tak rysuje się przyszłość w przypadku zwycięstwa i dominacji Chin. Kluczowa bowiem kwestia brzmi – co zrobić w produkcją stali? Nie można jej zatrzymać, a jest to konieczne, by w ogóle poczuć się triumfatorem. Cóż to z naród, który podbił świat, a jego przedstawiciele jeżdżą na szóstą do huty rowerem? I walczą o premię, a także uczestniczą we współzawodnictwie pracy wielkich zakładów? Gdzie konsumpcja? Chiny staną przed tym samym dylematem przed którym stawały zawsze – trzeba zatrzymać czas. To można zrobić tylko za pomocą doktryny i dyscypliny. To zaś może być trudne w obliczu oczywistego, globalnego sukcesu. Można produkcje stali przenieść gdzieś i kontrolować producenta. No, ale na tym właśnie wyrosła potęga Chin. Tego żaden rozsądny chiński przywódca nie zrobi, albowiem oznaczałoby to początek końca. Bo niby gdzie tę produkcje umieścić? W Rosji tylko, ewentualnie w jakimś kraiku, który się na okoliczność produkcji stali stworzy.

Chinom pozostanie więc tylko dewastacja globu połączona z intensywną propagandą odbudowy, czyli to co znamy z pierwszych lat po wojnie. Czy to jest do utrzymania? Historia Chin pokazuje, że jest. Największą konkurencją dla producentów stali są producenci tekstyliów. I to właśnie ich produkcję umieszcza się z strefach politycznego zgniotu, gdzie nic nie ma wartości i wszystko jest na kartki. Tak czynią wielcy, doświadczeni i świadomi procesów historycznych. Komunistyczna Partia Chin kwestię tekstyliów załatwiła prędko stawiając na stal, każdy zaś Chińczyk dostał mundurek i nie było kłopotu z organizacją produkcji tekstyliów, wyborem, dystrybucją, i całym tym szajsem, który towarzyszy tak zwanym rozwiniętym społeczeństwom, przebierającym się inaczej do pracy, inaczej na wieczór, inaczej do sypialni, a inaczej na boisko. Te problemy w Chinach przez ładnych parę dekad nie istniały. To jednak znaczy, że przy totalnym zamordyzmie triumf Chin da się utrzymać przez kilka dekad, nie dłużej. Nie wiem czy Chiny produkowały tekstylia na eksport, może ktoś się wypowie w tej sprawie, ale mundurki dla Chińczyków, szyto w USA, o czym tu ktoś kiedyś wspomniał. Istniał więc podział branż, wi nam węgla, mi wam banana, jak śpiewali kiedyś w akademiku studenci z Kamerunu. Myślę, że problem istotny polega na tym, że Chiny nie potrzebują już od dawna amerykańskich tekstyliów. Nie może jednak istnieć na świecie kraj, który jest samowystarczalny w tych dwóch obszarach gospodarki – produkuje i stal i tekstylia. To koniecznie musi być podzielone. I to ten konflikt jest osią historii gospodarczej, czyli historii w ogóle. Wiem oczywiście, że nikogo nie przekonam, bo stalowa armata robi większe wrażenie niż kontener ciuchów. Uważam jednak, że kontener ciuchów jest ważniejszy. A przede wszystkim trwalszy. Armata idzie na złom po dekadzie. Ręcznik, którym matka wycierała mnie po kąpieli jak miałem cztery lata, zdegradowany został nie tak dawno do roli szmatki kuchennej, ale ciągle istnieje.

Kwestie dotyczące tak zwanego nowego ładu na świecie są wielce kłopotliwe i trudne, albowiem dotyczą one utrzymania, a nie rozwoju, co podkreślam, stanu technologii, takiego jaki znamy. Każdy gwałtowny ruch nie będzie bowiem oznaczał rozwoju techniki i wzmożenia produkcji, jak to miało miejsce po jednej i drugiej wojnie, a także zbudowania strefy taniej produkcji w Euroazji. Te czasy minęły, a stało się tak i będzie „stawać się nadal, coraz bardziej intensywnie”, albowiem typowany na zwycięzcę kraj działa według innego paradygmatu. Kierująca zaś nim organizacja nie jest zainteresowana dystrybucją globalną, ani też dystrybucją kredytu. Jest zainteresowana produkcją i utrzymaniem status quo, trwaniem w tej pozycji, która jest dla niej najwygodniejsza. Po pokonaniu USA zaś, a to znaczy także po pokonaniu Izraela, odrzuci przede wszystkim proponowane przez te organizacje sposoby finansowania produkcji. To nie będzie oznaczało, jak się niektórym wydaje, szczęśliwych czasów kiedy pieniądz oparty będzie na złocie, czy czymś innym. Będzie to oznaczało budowanie świata składającego się z wyizolowanych ośrodków produkcji, znajdujących się pod kontrolą partii i dystrybuowania w nich dóbr podstawowych na zasadach wyznaczonych przez partię. Bez takiej zmiany, Chiny nie utrzymają swojej przewagi, a w buty żydowskich lichwiarzy nie wejdą. Tak myślę, choć mogę się mylić.

Na koniec ogłoszenie

 

Proszę Państwa, naprawdę to nie ja wymyśliłem covid, teorie spiskowe i niespiskowe na jego temat, a także media elektroniczne obrabiające tematy płaskie jak naleśnik i odciągające uwagę publiczności od fajnych książek. Starałem się jakoś przetrwać wśród tych niełatwych okoliczności i nie robić rzeczy, z punktu widzenia sprzedaży i jakości najgorszej, czyli nie obniżać cen. Od ponad dwóch lat nie było tu żadnych promocji, a ja bardzo się starałem, by zachwalać towar inaczej niż przez niską cenę i to się udawało. Niestety w każdym roku jest jeden lub dwa miesiące kiedy następuje tąpnięcie i znajdujemy sie w tak zwanym dole. Czasem, przed wpadnięciem, udaje się ten dół czymś zasypać. I rzeczywiście, przez dwa lata się udawało. Teraz jednak nie mogłem tego zrobić odpowiednio wcześnie. No, a, jak mawiał mędrzec Kazimierz Staszewski, jeść trzeba. Wiem, że sprzedaż ruszy, jak wejdą nowe tytuły, ale one nie wejdą zaraz. Ja zaś muszę zneutralizować skutki różnych kataklizmów, i muszę to zrobić teraz i zaraz. Nie można czekać z naprawą skrzyni biegów do Mazdy CX9. Każdy kto się mniej więcej orientuje, wie jaki to jest wydatek. Tak więc okłaszam promocję. Nie mam innego wyjścia. Poniższe tytuły będą do końca miesiąca czerwca dostępnę w takich oto cenach:

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-iii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sacco-di-roma/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/komisarz-zdanowicz-i-ponczochy-guwernantek-juz-wkrotce/

 

Po tym czasie ceny wrócą do poprzedniego stanu, a promocji nie będzie. Przynajmniej do czasu następnej jakiejś katastrofy.

 

Mam jeszcze jedną nową książkę, o której zapomniałem

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wspomnienia-z-czasu-wojny-1939-1945-bydgoszcz-horodlo-grudziadz/

Cze 162021
 

Zacznę od pokajania się. Oto niezbyt przenikliwie przeanalizowałem historię Izraela ostatnich tygodni i przez to nie zauważyłem w jak ciekawy scenariusz filmowy się ona układa. Pewnie lepszy znacznie niż te, które napisał Ja’ir Lapid, jeden z koalicjantów pana Bennetta, obecnego premiera.

Dla lepiej ode mnie zorientowanych ludzi, jasne było, że nie da się wysadzić z siodła pana Benka, bez jakiejś zdrady. No i pan Lapid, razem z panem Gancem oraz Gabim Aszkenazi, musieli wytypować w obozie przeciwnika kogoś, kto, jak to mówi u nas, „się połaszczy”. Wybór nie był trudny i padło na pana Bennetta, zapewne znanego wszystkim stronom ze swojej niezłomnej postawy, wierności religii, ideałom i wskazaniom politycznym patrona, a także doktrynie państwa. -Wiele kosztowało, ktoś spyta? Z pozoru grosze. Nie wiem co jest w pakiecie i jakie przeliczniki wchodzą jeszcze w grę, ale dwuletnia kadencja premiera w zamian za zdradę kogoś takiego jak pan Benek, to jest moim zdaniem taniocha. Muszą mieć całkowitą pewność, że Beniu nie wróci. No, a jeśli mają taką pewność, ktoś to im musi gwarantować. Zapewne USA. To zaś może oznaczać, że pan Benek, doprowadzony do ostateczności może sięgnąć po inne jakieś sojusze i powrócić w chwale, a wtedy los pana Bennetta, będzie marny. Ktoś powie, że oni tam się między sobą nie wykańczają. Na razie rzeczywiście nie, ale okoliczności zyskują na dynamice. Pan Benek zaś nie jest człowiekiem znanym z przesadnego poczucia humoru, jego żona – przypomnę – przy całkowitej akceptacji męża, z wielką powagą zbierała butelki po imprezach, żeby je opylić w skupie. To jest poważny polityk i żadnej szydery w tych moich słowach nie ma.

Istotne jest pytanie – ile są dziś warte gwarancje USA dla Izraela? Ciekawa kwestia, albowiem my tutaj, jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że żadne gwarancje nam udzielane nie działają. No, ale dziś, to nie my jesteśmy na pierwszej linii frontu. Tak było dawniej, kiedy gros diaspory mieszkała na terenie II RP. Dziś premierem niepodległego Izraela jest pan Bennett i on dostał gwarancje. Sam zaś wymiksował się z rządu Benka w zamian za dwuletnie premierowanie. Ponawiam więc pytanie: ile w tych okolicznościach warte są gwarancje USA, albo precyzyjniej – gwarancje demokratów? Na razie słyszymy wszędzie fanfary, trąby w które dmie lewica, ale moim zdaniem ów dźwięk może się łatwo zamienić w jakieś smętne pierdzenie. Nie wiem od czego to będzie zależało, ale stawiam na pierwszy miejscu czynnik taki – próba degeneracji armii amerykańskiej. To znaczy obcięcie wydatków na zbrojenia, mianowanie kilku transwestytów generałami i jakieś jeszcze podobne rzeczy. Myślę, że lewica podejmie taką próbę, albowiem doktrynerzy rozumieją swoje zadania polityczne jako misję. I muszą ją realizować. Tylko, że to nie jest misja, bo ta skierowana jest na zewnątrz, ale sabotaż, czego lewica nie rozumie, bo jest tępa z istoty. Potem różni mędrcy piszą, że rewolucja pożarła własne dzieci. Nikt nikogo nie pożarł, wszystko było zaplanowane wcześniej. Mechanizm działa tak – sabotaż nazywamy misją, potem kierujemy do jej realizacji najbardziej agresywnych durniów, a kiedy już wykonają swoje zadania i zdewastują kluczowe obszary takie jak obronność, wytaczamy im procesy, skazujemy na śmierć i odbudowujemy armię na nowych zasadach, z nowymi ludźmi. Tak było w Rosji Sowieckiej w latach dwudziestych i tak może być teraz w USA. Tyle, że historia lubi się powtarzać trochę. To znaczy może się okazać, że degeneracji armii amerykańskiej nikt nie zatrzyma w stosownym momencie, bo nie o to chodzi. Czego dziś oczywiście nikt nie przypuszcza.

A propos misji. Nie wiem czy słyszeliście, ale policja zatrzymała, w Wołominie chyba, jakiegoś młodzieńca, który zajmował się intratnym bardzo procederem. Kradł mianowicie dekle od studzienek kanalizacyjnych. To jest wyjątkowo wprost parszywy sabotaż, a z misją ma o wspólnego tyle, że ów zatrzymany okazał się tym niby-księdzem, którego historię opowiedział reżyser filmu „Boże ciało”. I to jest pointa, która powinna dać do myślenia ludziom takim, jak pan Bennett. No, ale on jest ortodoksyjnym Żydem i nie ogląda produkcji, które się tak prowokacyjnie nazywają. Film Komasy, został oczywiście nominowany do Oskara, ale z tego co wiem, jurorzy go zlekceważyli. Być może ktoś im doniósł, że pierwowzór głównego bohatera, zajmuje się jumą i wystraszyli się kompromitacji.

To nie koniec ciekawych scenariuszy. To w kooprodukcji amerykańsko ukraińskiej powstaje film na motywach prozy Iwana Franko. To jest coś niesamowitego. Franko, który zmarł w tym samym roku co Henryk Sienkiewicz i nigdy nie miał nawet w połowie tak dobrej prasy, jest dziś odgrzewany w Polsce, bo ów film pokazywany będzie w Polsce, 20 czerwca, w I programie telewizji. Teraz uwaga, zamieszczam opis:

Historyczny film ukraińsko – amerykański. Ekranizacja powieści „Zachar Berkut”, ukraińskiego pisarza i poety Iwana Franko (1856 – 1916). Akcja filmu toczy się w XIII wieku, w szczytowym okresie świetności imperium mongolskiego, największego państwa w historii, po Imperium Brytyjskim. Zachar Berkut i jego żona Rada stoją na czele niewielkiej społeczności ich rodzinnej wioski zagubionej gdzieś w Karpatach. Ich spokojną egzystencję zakłóca niespodziewanie wieść o nadciągających mongolskich wojskach pod wodzą Burundy Khana, który na czele swej armii podbija kolejne ziemie. Chcąc ratować swoją wioskę, Zachar i Rada wysyłają synów, Iwana i Maksyma, aby poprosili bogatego bojara Tuhara Vovka o pomoc. Za namową swej córki, Myroslavy Tuhar wyraża zgodę, ale gdy odkrywa, że między Myroslavą i Maksymem rodzi się uczucie, zakazuje im dalszych spotkań. Tymczasem wojska Burundy Khana podchodzą pod wioskę. Reż. John Wynn, wyk. Robert Patrick, Tommy Flanagan, Poppy Drayton, Alex MacNicoll, Rocky Myers.

Cóż tu rzec. Była taka powieść Wiliama Whartona „Spóźnieni kochankowie”. Coś absolutnie kuriozalnego, wciśniętego na rynek, jak sam Wharton, nie wiadomo dokładnie na jakiej zasadzie. Mamy oto dętą całkiem historię, która służy tak naprawdę do promowania „największego ukraińskiego poety po Szewczence”. Do kogo skierowana jest ta oferta? Trudno dociec, ale myślę, że do ukraińskiej emigracji, która po pracy chcę się trochę rozerwać, a nie pójdzie przecież na film pod tytułem „Boże ciało”, gdzie pokazują złodzieja studzienek kanalizacyjnych przebranego za księdza i jeszcze próbują za jego pomocą zdobyć Oskara. Ukraińcy zawsze uwierzą, że ich mały kolektyw ocaleje w konfrontacji z wielkim złem tego świata, a miłość między Maksymem, a Myroslawą, zwycięży wszystko. Obawiam się jednak, że ta wizja zostanie niebawem zepsuta przez zmodyfikowaną wersję scenariusza, oto brat Maksyma, Ivan zakocha się w mongolskim dowódcy tiumenia, z wzajemnością oczywiście i sprawy potoczą się w zupełnie innym kierunku.

I tak jednak zwycięsko z tych scenariuszowych bojów wychodzą nasi. Są lepsi niż pan Bennett i jego koledzy scenopisarze z obecnej koalicji rządzącej. Oto na ekrany kin wchodzi film „Magnezja”, w którym Szyc gra kobietę z wielkimi cyckami. Najwięksi gangsterzy są ze sobą zrośnięci, albowiem to syjamscy bliźniacy, a główną pozytywną postacią, jest grana przez Ostaszewską, żydowska gangsterka Rosa, która zwalcza agentów bolszewickich, ale sama jest ścigana przez Policję Państwową.

Tu macie link do recenzji tego szajsu

https://m.trojmiasto.pl/kino/Dobry-zly-i-brzydki-Recenzja-filmu-Magnezja-n156822.html

Myślę, że podobny scenariusz czeka niebawem politykę Izraelską. Zobaczycie, że niewiele się pomylę.

Na koniec ogłoszenie

 

Proszę Państwa, naprawdę to nie ja wymyśliłem covid, teorie spiskowe i niespiskowe na jego temat, a także media elektroniczne obrabiające tematy płaskie jak naleśnik i odciągające uwagę publiczności od fajnych książek. Starałem się jakoś przetrwać wśród tych niełatwych okoliczności i nie robić rzeczy, z punktu widzenia sprzedaży i jakości najgorszej, czyli nie obniżać cen. Od ponad dwóch lat nie było tu żadnych promocji, a ja bardzo się starałem, by zachwalać towar inaczej niż przez niską cenę i to się udawało. Niestety w każdym roku jest jeden lub dwa miesiące kiedy następuje tąpnięcie i znajdujemy sie w tak zwanym dole. Czasem, przed wpadnięciem, udaje się ten dół czymś zasypać. I rzeczywiście, przez dwa lata się udawało. Teraz jednak nie mogłem tego zrobić odpowiednio wcześnie. No, a, jak mawiał mędrzec Kazimierz Staszewski, jeść trzeba. Wiem, że sprzedaż ruszy, jak wejdą nowe tytuły, ale one nie wejdą zaraz. Ja zaś muszę zneutralizować skutki różnych kataklizmów, i muszę to zrobić teraz i zaraz. Nie można czekać z naprawą skrzyni biegów do Mazdy CX9. Każdy kto się mniej więcej orientuje, wie jaki to jest wydatek. Tak więc okłaszam promocję. Nie mam innego wyjścia. Poniższe tytuły będą do końca miesiąca czerwca dostępnę w takich oto cenach:

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-iii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sacco-di-roma/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/komisarz-zdanowicz-i-ponczochy-guwernantek-juz-wkrotce/

 

Po tym czasie ceny wrócą do poprzedniego stanu, a promocji nie będzie. Przynajmniej do czasu następnej jakiejś katastrofy.

 

Mam jeszcze jedną nową książkę, o której zapomniałem

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wspomnienia-z-czasu-wojny-1939-1945-bydgoszcz-horodlo-grudziadz/

Cze 152021
 

Kiedyś, pewien mało znaczący i nie żyjący już dziś człowiek, powiedział w mojej obecności – w Polsce będzie dobrze wtedy, jak dobrze będzie w polskiej piłce. To jest oczywiście sąd powierzchowny i płytki, a przynajmniej taki był kiedy ja go słyszałem. Dziś wiemy, że piłka to naprawdę poważna sprawa i każdy kraj, który ma ambicje polityczne dba o poziom futbolu. Jeśli zaś nie ma takich możliwości, próbuje realizować swoją politykę w innych dyscyplinach.

Jak jest w polskiej piłce, wszyscy mogli się przekonać wczoraj. Nie oglądałem meczu, mam masę roboty, ale wynik jest znany. Jest fatalnie, ale czy rzeczywiście futbol aż tak silnie koreluje z polityką?

Oto wczoraj cytowano tu na wyprzódki komentarze różnych mędrców dotyczące stosunku nowego premiera Izraela do Polski. Jest ów stosunek negatywny, w czy możemy jednak upatrywać szansy – tak piszą mędrcy. Co to do cholery są za brednie? W ten sposób wypowiadają się eksperci od polskiej polityki? Jeśli my mamy upatrywać szansy w tym, że premier sojuszniczego mocarstwa jest na nas wkurzony, nikt nie wie za co, bo przecież Kaczyński nie odpowiada za holocaust, to znaczy tylko tyle, że ma ów premier do Polski i jej rządu jakiś interes. Czego on chce? Przypuszczam, że Polska jest mu potrzebna w rozgrywce jaką jego koalicyjny i łatwy do unieważnienia rząd, składający się w większej części z jakichś Litwaków przybyłych do Izraela z ZSRR, będzie prowadził z panem Benjaminem N, zwanym tu czasami protekcjonalnie Benkiem. Z tego co się zorientowałem wczoraj, tak zwane odsunięcie Benka od władzy, może okazać się niebawem mirażem i fatamorganą. Możliwe jest ono bowiem tylko w jednym wypadku – jeśli się go położy do trumny i głęboko zakopie. Okay, powie ktoś – ale w Izraelu nie znają trumien, uczeni radzieccy zapomnieli je dla nich wynaleźć. Tym gorzej dla obecnego rządu. Pan Benek zaczął się już odgrażać, nie przekazał zwyczajowo charyzmatów władzy panu Bennettowi i zamierza powrócić w najbliższym czasie. To zaś oznacza, że wszyscy bajarze snujący rozważania o ewentualnym posadzeniu go do więzienia mogą ubiegać się o stanowiska ekspertów politycznych w Polsce. Na pewno środowisko publicystów skupionych wokół PiS przychyli im nieba.

Nawet nie próbuję zgadywać jakiego rodzaju wymuszeń będzie chciał dokonać na rządzie polskim pan Bennett, ale sądzę, że będą one przedstawione jako wielki sukces polskiej dyplomacji, które udało się wreszcie doprowadzić do porozumienia z Izraelem w jakieś niby to ważnej sprawie. Nie w sprawie Jedwabnego, co do tego się nie łudźcie, ale w jakiejś innej, równie istotnej. Na przykład bezpłatnego wstępu wycieczek szkolnych do Polin. W czasie wakacji oczywiście. Bo w roku szkolnym to by było za dużo jednak.

W takim właśnie kierunku zmierza narracja ekspercka dotycząca relacji Polska-Izrael. To zaś z kolei oznacza, że Izrael nie jest aż tak pewny swojego w polityce międzynarodowej, jak mogłoby się wydawać. Jednym zaś naprawdę przytomnym człowiekiem jest tam pan Benek. Powiedział on coś, co dla wielu bystrzejszych ode mnie autorów było oczywiste, a dla mnie jednak stanowiło pewne zaskoczenie. Rzekł mianowicie, że po jego odejściu cała prawica na świecie będzie musiała się okopać i liczyć na przetrwanie. Cytat nie jest dosłowny, ale rozumiecie o co chodzi. Pan Benek jest światowym przywódcą prawicy. I nie ma tu miejsca na śmiech. Taka jest niestety prawda. Teraz w zasadzie wypadałoby umieścić tu jakąś definicję prawicy, ale ja się tego nie podejmę. Wobec praktyki dnia codziennego określenie polityka prawicowego jako – nie katolika przecież, ale już tylko konserwatywnego chrześcijanina-protestanta, prowadzącego życie rodzinne i pomnażającego własność – jest po prostu nieważna. Światowemu przywódcy prawicy – bo nie jest nim Trump jak się okazało – grożą więzieniem, jest on rozwodnikiem, a jego opinii o chrześcijaństwie nie mógłby słuchać spokojnie nawet Jaś Kapela. Takie są fakty. Plus tej sytuacji jest następujący – pan Benek świadom okoliczności mówi ludziom jak jest i nie robi uników. Wie, że czeka go konfrontacja z przeciwnikami i wie, że tamci chcą go posadzić. Szykuje się do zwarcia o ogłasza to wszem i wobec, albowiem świadom jest także tego, że któryś z tamtych musi zmięknąć i przyjść do niego z jakimiś propozycjami. I tak się pewnie stanie.

Co to ma wszystko wspólnego z nami? No, bardzo wiele ma wspólnego. Okazuje się bowiem, że nie ma w kraju ani jednego czynnika stabilizującego politykę. Ani jednego. Wszystko jest złudzeniem i zależy od tego co dzieje się w Izraelu i w USA. A czy może powstać taki czynnik? Ja uważam, że może i powinien być, jak w dawnych czasach papież chciał ustabilizować sytuację na terenach zajętych przez chrześcijan wiernych Rzymowi, to oparł się na cystersach i templariuszach. Bez takich organizacji świat chrześcijański by przepadł. Zamieniłby się w chaos. No, ale to było dawno. Czy dziś w epoce globalizacji możliwe jest powstanie organizacji, która zapewni trwałość lokalnej władzy? To wielkie pytanie, ale nikt go póki co nie postawił. Prezes Kaczyński zaś, świadom zapewne tego, co się dzieje na świecie i w jakim kierunku wszystko zmierza, zaproponował koncesje lewicy, sądząc, że jak się do niej przytuli, to ocaleje, bo po niego nie przyjdą. To jest rozumowanie dziecinne. Lewica zmiecie PiS i będziemy znów w sytuacji takiej, jak w roku 2003 z 25 procentowym bezrobociem, aferami podobnymi do starachowickiej i całą tą patologią. I zabawa zacznie się od początku. Po co? Tego nikt nie wie. Po co prowadzić politykę opartą na wróżeniu z bardzo świeżych fusów? Może trzeba było zacząć myśleć o dniu dzisiejszym już w chwili kiedy prezydent Trump wykazywał się tą nadzwyczajną, jak na polityka, aktywnością na twitterze. No, ale wtedy grały fanfary i wszyscy cieszyli się ze zwycięstwa. Dziś zaś mediaworkerzy aspirujący do roli politycznych ekspertów piszą, że lewica jest naturalnym dopełnieniem PiS i ta koalicja to coś wspaniałego dla Polski. Przypomnijcie sobie rok 2003, ile kosztowały kredyty i jak zaradzono tej sytuacji za pomocą pożyczek we frankach. Przypomnijcie sobie Kwaśniewskiego w różnych akcjach, a także ten cały bełkot, jaki się wtedy wylewał z mediów. Chcecie powrotu tego wszystkiego? To już niebawem, wybory w Rzeszowie wygrał właściwy człowiek…No chyba, że pan Benek się odwinie i koalicyjny rząd sojuszniczego Izraela, pójdzie na zieloną trawkę. Wtedy prezes Kaczyński powróci do rządów silnej ręki i nie będzie już gadania o koalicji z lewicą. No, ale to ciągle nie jest odpowiedź na pytanie zawarte w tytule, a także na to drugie – czy możliwe jest powstanie organizacji, która zapewni ciągłość władzy i uniezależni ją od koniunktur międzynarodowych?

Na koniec ogłoszenie

Proszę Państwa, naprawdę to nie ja wymyśliłem covid, teorie spiskowe i niespiskowe na jego temat, a także media elektroniczne obrabiające tematy płaskie jak naleśnik i odciągające uwagę publiczności od fajnych książek. Starałem się jakoś przetrwać wśród tych niełatwych okoliczności i nie robić rzeczy, z punktu widzenia sprzedaży i jakości najgorszej, czyli nie obniżać cen. Od ponad dwóch lat nie było tu żadnych promocji, a ja bardzo się starałem, by zachwalać towar inaczej niż przez niską cenę i to się udawało. Niestety w każdym roku jest jeden lub dwa miesiące kiedy następuje tąpnięcie i znajdujemy sie w tak zwanym dole. Czasem, przed wpadnięciem, udaje się ten dół czymś zasypać. I rzeczywiście, przez dwa lata się udawało. Teraz jednak nie mogłem tego zrobić odpowiednio wcześnie. No, a, jak mawiał mędrzec Kazimierz Staszewski, jeść trzeba. Wiem, że sprzedaż ruszy, jak wejdą nowe tytuły, ale one nie wejdą zaraz. Ja zaś muszę zneutralizować skutki różnych kataklizmów, i muszę to zrobić teraz i zaraz. Nie można czekać z naprawą skrzyni biegów do Mazdy CX9. Każdy kto się mniej więcej orientuje, wie jaki to jest wydatek. Tak więc okłaszam promocję. Nie mam innego wyjścia. Poniższe tytuły będą do końca miesiąca czerwca dostępnę w takich oto cenach:

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-iii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sacco-di-roma/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/komisarz-zdanowicz-i-ponczochy-guwernantek-juz-wkrotce/

 

Po tym czasie ceny wrócą do poprzedniego stanu, a promocji nie będzie. Przynajmniej do czasu następnej jakiejś katastrofy. 

 

Mam jeszcze jedną nową książkę, o której zapomniałem

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wspomnienia-z-czasu-wojny-1939-1945-bydgoszcz-horodlo-grudziadz/

Cze 142021
 

Proszę Państwa, naprawdę to nie ja wymyśliłem covid, teorie spiskowe i niespiskowe na jego temat, a także media elektroniczne obrabiające tematy płaskie jak naleśnik i odciągające uwagę publiczności od fajnych książek. Starałem się jakoś przetrwać wśród tych niełatwych okoliczności i nie robić rzeczy, z punktu widzenia sprzedaży i jakości najgorszej, czyli nie obniżać cen. Od ponad dwóch lat nie było tu żadnych promocji, a ja bardzo się starałem, by zachwalać towar inaczej niż przez niską cenę i to się udawało. Niestety w każdym roku jest jeden lub dwa miesiące kiedy następuje tąpnięcie i znajdujemy sie w tak zwanym dole. Czasem, przed wpadnięciem, udaje się ten dół czymś zasypać. I rzeczywiście, przez dwa lata się udawało. Teraz jednak nie mogłem tego zrobić odpowiednio wcześnie. No, a, jak mawiał mędrzec Kazimierz Staszewski, jeść trzeba. Wiem, że sprzedaż ruszy, jak wejdą nowe tytuły, ale one nie wejdą zaraz. Ja zaś muszę zneutralizować skutki różnych kataklizmów, i muszę to zrobić teraz i zaraz. Nie można czekać z naprawą skrzyni biegów do Mazdy CX9. Każdy kto się mniej więcej orientuje, wie jaki to jest wydatek. Tak więc okłaszam promocję. Nie mam innego wyjścia. Poniższe tytuły będą do końca miesiąca czerwca dostępnę w takich oto cenach:

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-iii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sacco-di-roma/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/komisarz-zdanowicz-i-ponczochy-guwernantek-juz-wkrotce/

 

Po tym czasie ceny wrócą do poprzedniego stanu, a promocji nie będzie. Przynajmniej do czasu następnej jakiejś katastrofy.

 

Mam jeszcze jedną nową książkę, o której zapomniałem

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wspomnienia-z-czasu-wojny-1939-1945-bydgoszcz-horodlo-grudziadz/

Cze 142021
 

To mnie zastanawia i kieruje myślą moją ku Tomaszowi Sakiewiczowi, autorowi książek dla dzieci. Mam nadzieję, że nie on będzie faworytem izraelskich polityków w Polsce, po odejściu prezesa. Do tego, że cała polityka izraelska robiona jest przez wojskowych już zdążyliśmy się przyzwyczaić. Bo niby przez kogo ma być robiona, jak wszyscy idą tam do wojska? A do tego jest to wojsko prawdziwe, to znaczy gotowe do zabijania zaraz po zerwaniu ze snu. Jak pewnie wszyscy już zauważyli zmienił się premier w sojuszniczym mocarstwie, a fakt ten został opatrzony komentarzem przez Bartosza Węglarczyka. Ja, przyznam, nie potrafię zrozumieć o co chodzi Węglarczykowi kiedy zabiera się za pisanie. Kilka razy próbowałem czytać jego teksty i za każdym razem odnosiłem to samo wrażenie – jest to człowiek, który stara się pozostać w jakiejś strefie widzialności, ale nie wiadomo kto dokładnie ma go tam dostrzec. Z całą pewnością nie chodzi o polityków izraelskich, bo oni patrzą w inną stronę. Węglarczyk w swoim felietonie dla Onetu, przewiduje, że nowy premier to koniec panoszenia się prawicy w Europie i na świecie. To jest bardzo ciekawe, albowiem pisze nam też Węglarczyk, bez specjalnych ogródek, że zmiana ta oznacza ograniczenie wolności wyrażania poglądów i większy zamordyzm. No i on się z tego cieszy, bo wreszcie Kaczyński z Orbanem dostaną po rogach. Zastanawiam się, co musiałoby się stać, żeby skłonić Węglarczyka do jakiejś głębszej refleksji? Sam nie wiem…może Magda Ogórek musiałaby wystąpić jako pogodynka? W dodatku bez biustonosza?

Na palcach jednej ręki mogę policzyć swoje teksty dotyczące polityków Izraela i w ogóle sytuacji w tym kraju, nie wiem czy kiedykolwiek, cokolwiek interesowało by mnie mniej. Raz jeden rozgorzała tu dyskusja o żonie Benjamina Netanjahu, pani dość ekstrawaganckiej i mającej swojskie, jeśli na rzecz spojrzeć od strony pewnego stylu wychowania, ale jednak szokujące nawyki. Patrzę na tego nowego premiera, na pana Naftali Bennetta i obstawiam w ciemno, że zatęsknimy jeszcze wszyscy za żoną Benka. Za tym, jak zbierała butelki po imprezach, żeby je zanieść do skupu i innymi wyczynami. Widać bowiem, że nowy premier jest człowiekiem serio i on by zaniósł do skupu nie tylko pozbierane butelki, ale jeszcze kapsle. Urodził się nowy premier w roku 1972, a więc cała jego wyobraźnia ukształtowana jest przez media i wojsko, w którym dosłużył się stopnia majora. Węglarczyk zaś informuje nas wprost, że nowy premier, z którym rozmawiał przy okazji ustawy i IPN, w 2018 roku uważa, że Polacy ponoszą odpowiedzialność za część zbrodni Holocaustu. I tu dochodzimy do rzeczy najważniejszej. Pan premier – rocznik 1972, Węglarczyk – rocznik 1971, Gabriel Maciejewski – rocznik 1969, wszyscy ci ludzie wypowiadają opinie na temat serii wydarzeń, których nie byli świadkami. Wszyscy ci ludzie mają jakieś pojęcie o prawie i odpowiedzialności, pan premier ma zapewne znacznie większe pojęcie na ten temat niż dwóch pozostałych osobników. No, ale tylko jeden z wymienionych uważa, że odpowiedzialność zbiorowa nie istnieje. Tylko jeden z wymienionych uważa, że państwo, które udawało Polskę po roku 1945 nie wzięło na siebie odpowiedzialności za owe domniemane zbrodnie. Ludzie zaś, których się o te zbrodnie oskarża nie żyją już od dawna, a do tego nie mieli po wojnie ani jednej okazji, by choć stanąć przy jakimś charyzmacie władzy. Prezes Kaczyński zaś nazywany jest wręcz sojusznikiem Benjamina Netanjahu. Skąd więc pomysł, że Polska jest odpowiedzialna za część zbrodni Holocaustu? Może mi to jakiś biegły w prawie wyjaśni?

Węglarczyk kończy swój felieton tym, że nowy premier jest jednak szansą dla Polski, bo można się z nim porozumieć na jakiejś, nie wiadomo dokładnie, jak to u Węglarczyka, jakiej płaszczyźnie. Co to może oznaczać? Trudno mi się o tym pisze, bo – powtarzam – nie znajduję w tych sprawach niczego ciekawego. Poza oczywiście zastanawiającą wielce ilości pisarzy w bezpośredniej bliskości sfer rządzących w Izraelu. Nowy premier należy do partii Żydowski dom, ta partia ma koalicjanta, a to znaczy, że musi się dzielić władzą. No więc pan Bennett będzie premierem tylko do 2023 roku, a potem zastąpi go kto inny. Pisarz, scenarzysta, autor książek dla dzieci, muzyki do filmów, żołnierz i artysta w jednym Ja’ir Lapid. Moim zdaniem wygląda ów człowiek groźniej, jednak wolałbym się już porozumiewać z nim niż z Bennettem. Wśród partyjnych kolegów pana Lapida znajduje się człowiek nazwiskiem Gabi Aszkenazi. Z wojska wyszedł jako generał porucznik. On nie jest pisarzem, ale w jego otoczeniu, wśród kolegów z internatu, znajduje się aż dwóch pisarzy. Jakby tego było mało pisarzem jest też brat Benjamina Netanjahu, ale on jest też lekarzem, więc pisanie to w jego przypadku raczej hobby. Nowa koalicja ma więc w swoim składzie kilku autorów, którzy mają ugruntowaną pozycję na rynku, a na zapleczu partii tłoczy się tych pisarzy spory tłumek. Cóż to może oznaczać? Że promowanie treści związanych z Izraelem na światowych rynkach jest ważnym obszarem strategicznym, którego nie dzierżawi się byle komu. I nawet jeśli pan Aszkenazi nie potrafi wystukać sensownego zdania na klawiaturze, ma do pomocy dwóch kolegów z internatu, którzy coś za niego chętnie naskrobią. W nowej koalicji jest także inny generał. On nic nie pisze, za to jego życiorys obfituje w niezwykłe zwroty akcji. Nazywa się ów człowiek Beni Ganc i z tego co zdążyłem się zorientować, jego główną cechą jest nieumiejętność podejmowania decyzji i narażanie podwładnych na śmierć. Jest też, jak mniemam, zaufanym człowiekiem USA w Izraelu. To jest ciekawe połączenie, które może, choć nie musi, wróżyć rychły koniec nowej koalicji (piszę normalnie jak Węglarczyk). Wszyscy przywódcy nowego ugrupowania już przynajmniej raz się ze sobą pokłócili, wszyscy piastowali wysokie funkcje w strukturach wojskowych, a my nie wiemy co to dokładnie oznacza w Izraelu. To znaczy nie wiemy, który reprezentuje Chińczyków, a który Moskwę, bo kto jest człowiekiem demokratów, napisałem wyżej – generał nie potrafiący podjąć decyzji. Może się, wobec tych wszystkich zapętleń, okazać, że nasz ulubiony izraelski polityk Benek i jego wspaniała żona, powrócą niebawem i słonko znów zaświeci nad muzeum Polin i całą okolicą.

Cze 132021
 

Cały wczorajszy dzień pisałem, zostało jeszcze dwa i pół rozdziału, ale ostatni rozdział jest już napisany. To naprawdę niewiele, ale muszę jeszcze kilka stron przeczytać. Nie wiem co się dzieje, ale mam wrażenie, że prowadzi mnie ręka. Wiem, wiem, tak nie wolno mówić, bo jeszcze coś się stanie i okaże się, że to nie ta ręka. Chcę tylko powiedzieć, że po przyjęciu pewnej optyki, elementy składające się na tę historię zaczynają do siebie pasować. Wszystkie po kolei. I nie trzeba się zastanawiać co z czego wynika. Sprawy są po prostu jasne. Ich zaciemnienie zaś wynika z faktu, że historia akademicka jest narzędziem ideologicznym i propagandowym. I mowy nie ma by to się zmieniło. Szczególnie dzisiaj. Do tego zaciemnienia przyczyniają się rozmaite tajne szyfry, które ukryte są w książkach popularnych, najwyraźniej nie służących do tego, co deklarują ich autorzy. No i przemożna chęć nadania niezwykłego charakteru zjawiskom dającym się opisać stosunkowo łatwo, ale mającym charakter niesłychanie groźny. Jest więc historia propagandą polityczną i propagandą organizacji tajnych, także służących polityce, ale uprawiających przy tym folklor, którego celem jest wyłącznie odwrócenie naszej uwagi od prawdy.

Wczoraj, na przykład sięgnąłem raz jeszcze po starą, ale niedawno wznowioną trylogię zatytułowaną „Turnieje Boże”. To jest typowa, francuska literatura kokieteryjna, opisująca średniowiecze w sposób uwodzicielski i emocjonalny i przedstawiająca herezję jako ucieczkę dla ludzi wrażliwych, którzy gdzieś muszą się schronić przed złem tego świata. Główny bohater nazywa się Wilem d’Encausse. Nic mi to nazwisko nie mówiło, choć przecież znałem człowieka, który je nosił i pisaliśmy tu o nim nie raz. To Gerard Anaklet Vincent Encausse, czyli sławny Papus, założyciel zakonu Martynistów. Zbieżność nazwisk nie jest zapewne przypadkowa, jeśli weźmiemy pod uwagę kim był jeden z autorów tej książki. Także już od tym pisaliśmy, nosił on nazwisko Pierre Barret i należał do gangu Mitteranda. Jakie jeszcze szyfry znajdują się w tych powieściach, nie wiem i wiedzieć nie chcę. One bowiem są tym mechanizmem, który ma zadowolić dociekliwych i zaspokoić ich potrzebę niezwykłości, a także odwrócić uwagę od spraw naprawdę istotnych.

No, ale dziś nie będzie o tych powieściach, a o innej książce. Kupiłem ją niedawno, zacząłem czytać i po kilku stronach zamknąłem. Nie dało się. No, ale będę musiał do tego wrócić i to niebawem. Rzecz nazywa się Wino, kobiety i śpiew w pałacach arabskich, a jej autorem jest pracujący na UW Libańczyk Georges Kass. Ten tytuł jest mylący, idiotyczny w istocie i obliczony na uwiedzenie czytelnika, którego autor i wydawca nie szanują. To być może jest pewna prawidłowość, mam na myśli ów brak szacunku mieszkańców Bliskiego Wschodu dla Europejczyków, którzy są w ich ocenie po prostu głupi, a najlepszym razie bardzo naiwni.

O czym więc jest ta książka? O zepsuciu. O zjawiskach w życiu wszystkich warstw społeczeństwa kalifatu abbasydzkiego, wynikających z ogromnego i nie dającego się skonsumować sukcesu politycznego. Jest to też praca o wolności jednostki, której w świecie arabskim i w świecie muzułmańskim w ogóle, po prostu nigdy nie było. Jeśli więc ktoś pisze o tym książkę, a nazywa ją Wino, kobiety i śpiew, ten ma albo słaby charakter i nie potrafi postawić się wydawcy, albo uważa czytelnika za durnia.

Musiałem się oderwać od tej lektury, bo jest po prostu wstrząsająca. Społeczeństwo arabskie, a pewnie także tureckie, którego duszą był islam, składało się z jednostek na stałe i nieodwołalnie przyporządkowanych jakiejś organizacji. Jeśli zaś ktoś takiego umocowania nie posiadał, nie był na przykład niewolnikiem, albo kupcem, albo derwiszem ze znanej jakiejś świątyni czy klasztoru, musiał kogoś takiego udawać. Społeczeństwo arabskie było więc pełne oszustów, którzy nie mając wcale dobrych zamiarów wkradali się w życie dworów, miast, świątyń i zwykłych domów. Mnie w tych opisach najbardziej uderzyła formuła fałszywego ascety. Otóż była cała kasta fałszywych ascetów, którzy normalnie zajmowali się stręczycielstwem. Była kasta fałszywych proroków, a wszyscy ci ludzie parali się wynajdowaniem innych niż kontrolowane przez silne organizacje kanałów dystrybucji. Co sprzedawano? Zakazane rozrywki: seks, wino i narkotyki. Całe, podkreślam, całe społeczeństwo kalifatu żyło wyłącznie rozpustą. Od namiotów beduińskich począwszy do pałacu kalifa. Oczywiście całe społeczeństwo od jednego do drugiego ekstremum żyje interpretacją prawa. Doradców religijnych zajmujących się tą profesją jest prawie tyle samo ile stręczycieli. Ich zadaniem jest takie zinterpretowanie przepisów, by można było korzystać ze wszystkich rozrywek. Oczywiście ten trend i jego jawnie piekielny charakter przypisywany jest przez Arabów wpływom perskim. Rządy Abbasydów rozpoczęły się bowiem od porozumienia z Persami, w celu obalenia poprzedniej dynastii czyli Umajjadów. Persowie mieli być tymi, którzy przynieśli nowe, złe zwyczaje, łącznie z powszechnym homoseksualizmem i handlem młodymi chłopcami. W języku perskim bowiem nie ma rozróżnienia rodzajów na męski i żeński, a wobec tego poezja miłosna nie wskazuje, kto jest obiektem adoracji. To ciekawe spostrzeżenie, ale to nie jest książka o adoracji, nie jest to także książka o poezji, choć autor bardzo się stara stworzyć takie wrażenie. To jest książka o niemożności skonsumowania politycznego sukcesu przez społeczeństwo, które nakradło się tyle, że nie daje rady tego przejeść. Nie wie też co z tym dobrem zrobić i na jaki cel jej obrócić. Jedyne co może uczynić, świadome, że sukces zawdzięcza doktrynie Mahometa, bardzo surowej w sferze deklaratywnej, to urządzić maksymalnie głęboki rynek obroty dobrami pochodzącymi z grabieży, nadać mu charakter legalny i pół legalny, a następnie szukać możliwości do dalszych podbojów, udając, że doktryna jest tak samo restrykcyjna, jak była na początku. Świat arabski, na szczęście, nie może zdobyć się w VIII i IX wieku na jakieś bardziej skoordynowane akcje i kampanie o charakterze misyjnym. Jedyne co może to organizować jakieś wypady na wybrzeża europejskie i wyprawy handlowe w głąb kontynentu, poszukując tam kontrahentów dostarczających niewolników. Ci niewolnicy nie są potrzebni do pracy. Przeważnie służą do dystrybucji nierządu, który jest oficjalnie dozwolony. Na wielkich targach w Mekce i Medynie, stoją wielkie namioty, oznaczone specjalnymi flagami, gdzie niewolnice i niewolnicy zmuszani są przez swoich panów do prostytucji, za co panowie ci pobierają opłaty przy wejściu. Praktykom tym mogą oddawać się wszyscy z arystokracją włącznie. To są rzeczy nie do pomyślenia w świecie chrześcijańskim. Nierząd był wyborem, a nie przymusem fizycznym i nie był firmowany przez elity społeczeństwa. Te bowiem zdegradowałyby się w taki sposób.

Cały ten niewolniczy system firmują poeci, którzy wynoszą na jakieś niemożliwe do ogarnięcia rozumem wyżyny, okoliczności w jakich uprawia się nierząd. Dotyczy to zarówno dworów, jak i tych namiotów, a także lokali z wyszynkiem.

Najbardziej wstrząsające jest to, że poezja w świecie arabskim towarzyszy deprawacji od zawsze. Istniało bowiem zjawisko poezji beduińskiej, uprawianej w namiotach na pustyni, gdzie dochodziło do różnych ekscesów związanych z nierządem. Głównie homoseksualnych, wobec braku kobiet. Faceci przebierali się za babki, ktoś przynosił bukłak wina, a ktoś inny śpiewał, udając, że chodzi o coś innego niż widać. I tak to się kręciło, aż w końcu zostało przeskalowane do niewyobrażalnych rozmiarów, wraz z podbojami Afryki i Europy. Dopiero po przeczytaniu tej książki możemy dokładnie zrozumieć co to znaczy „wpływy arabskie w dworskiej poezji europejskiej”. Nie to bynajmniej o czym piszą w swoich opracowaniach literaturoznawcy. Oni bowiem są w ocenie Arabów, całkiem świadomych tego czym był i czym jest ich świat, po prostu durniami, których się nie szanuje, ale których trzeba, póki co, tolerować.

Nie istniało i nie istnieje w świecie muzułmańskim coś takiego jak wolność jednostki. Taki wniosek nasuwa się po przeczytaniu kilku fragmentów książki Georgesa Kassa. Nie może istnieć, albowiem wszystko tam jest podporządkowane dystrybucji i konsumpcji, regulowanej przez restrykcyjne prawo, które teoretycznie wyklucza nadużycia, w rzeczywistości zaś je akceptuje i sankcjonuje. Być może wniosek ten jest błędny i wyciągnięty przedwcześnie, ale nie zmienia to faktu, że warto tę książkę przeczytać.

Cze 122021
 

Wszyscy wiemy, jak trudno jest utrzymać przez dłuższy czas uwagę dużej grupy osób. Nawet jeśli produkuje się interesujące komunikaty i są one podawane w sposób atrakcyjny, nie ma szans, że publiczność będzie ich słuchać stale, bez ziewania i znudzenia. W końcu bowiem z samej tylko przekory powie – dość – i pójdzie gdzie indziej, do cyrku na przykład, albo włączy sobie Kabaret Moralnego Niepokoju. Ta okoliczność daje bezwzględną przewagę propagandzie dużych organizacji, które mogą produkować dowolne komunikaty i nie przejmować się znudzeniem publiczności. Tak działa państwowa i prywatna telewizja, która zawsze konstruuje przekaz polityczny, nawet jeśli zarzeka się, że tak nie czyni i zawsze wzmacnia go przekazem rozrywkowym, z przeznaczeniem dla mas. Czy masy chcą tego przekazu? W mojej ocenie nie, bo sądzę, że mas w ogóle nie ma. No, ale jest pewien miraż, który wymusza na ludziach realizujących politykę wykonywanie pewnych czynności, które w istocie mają charakter rytualny. Do takich posunięć zaliczam emisje z imprez piłkarskich, a także festiwale w Sopocie, Opolu, Kołobrzegu i Zielonej Górze. A także tego faceta, którego już tu kiedyś ktoś linkował.

https://www.youtube.com/watch?v=MvZ0nCed5Kw

Ja go sobie zapamiętałem i długi czas zastanawiałem się kto może przychodzić na te imprezy, które uświetnia on swoimi występami. Doszedłem do wniosku, że to są wyłącznie funkcjonariusze służb, którzy obserwując ruchy Diego, sprawdzają, czy wykonuje on wszystko tak, jak to zostało zapisane w scenariuszu przeznaczonym do realizacji imprez masowych o charakterze rytualnym, które stanowią główną treść przekazu mediów elektronicznych. Ludzie ci, dla niepoznaki udają bogatych biznesmenów i osoby zainteresowane tą niby muzyką, w rzeczywistości zaś są w pracy. I proszę się tu nie śmiać, albowiem te obowiązki nie należą do lekkich. No, ale jak ktoś wybrał pewien rodzaj kariery, za dużego wyboru nie ma.

Imprezy o charakterze rytualnym nie mogą być modyfikowane i rozwijane tak, by zaistniało ryzyko znudzenia publiczności. Takie próby są podejmowane, ale jak coś się posypie, lecą głowy dyrektorów w mediach elektronicznych i wszystko wraca do normy. Kłopot powstaje w chwili, kiedy ktoś umiera, na przykład Krzysztof Krawczyk, a telewizja puszcza jego występy z dawnych lat, zatytułowane „Parostatkiem w piękny rejs”, gdzie jedyną choreografię stanowi ta dziwnie unosząca się i opadająca noga pana Krzysztofa, świeć Panie nad jego duszą. W takich sytuacjach, po śmierci kogoś formatu Krawczyka, trzeba zwoływać jakieś przypadkowe osoby i coś aranżować. Ryzyko jest duże i ktoś musi je ponieść. To zawsze jest zarząd telewizji. Bo nawet jak się zwali winę na tego czy innego wykonawcę, to co z tego? Nie rozwiązuje to sytuacji. A o zwolnieniu go nie ma mowy. Skądś wziąć innego, który będzie rozumiał co to jest masowy przekaz rytualny? A jeszcze jak koncerny zaangażowały takiego do reklam, które mają latać przez cały sezon, to katastrofa. Zarząd musi ponieść ofiarę i, w najlepszym wypadku, poświęcić jednego ze swoich członków.

No, ale z przekazem rytualnym jest ten kłopot, że w miarę, jak on się stabilizuje ubywa z widowni autentycznej publiczności, która szuka sobie innych rozrywek, a wiemy dobrze, że sprawy dochodzą do takiego punktu momentami, że zwykłe struganie patyka jest lepsze niż oglądanie Euro 2021. Przybywa natomiast funkcjonariuszy. Rola reżysera przedstawienia polega pilnowaniu, by ich ilość nie przekroczyła masy krytycznej. Dlatego potrzebne są, prócz masowych, rytualnych inne rodzaje przekazu, takie, które podnoszą znaczenie publiczności we własnych oczach i stanowią pewne wtajemniczenie. Nie wiem czy pamiętacie, ale kiedyś, dawno temu, w początkach istnienia Samoobrony, media lansowały Tymochowicza, jako tego człowieka, który przejeżdżał samochodem przez chłopskie blokady uwodząc stojących tam rolników swoim czarem i szamańskimi umiejętnościami. I to dlatego wódz chłopskiej rebelii zaangażował go na stanowisko swojego szefa PR. Są ludzie, co mnie poważnie zaskoczyło, którzy wierzą w to do dzisiaj. No dobrze, nie wierzą, ale tylko tak opowiadają, bo mają wieczorem iść na opłacony już koncert Diego i obowiązki służbowe mylą im się z życiem towarzyskim.

Nie wiem co się dziś dzieje z panem Tymochowiczem, ale chcę wskazać, że w stosunkowo prosty sposób, za pomocą nieszczególnych modyfikacji w wizualnym przekazie, odpowiedniego zachowania, modulacji głosu itp., można przekonać ludzi, że istnieje jakaś szczególna metoda komunikowania się, właściwa ludziom wtajemniczonym, która w dodatku może być atrakcyjna dla tak zwanych „ludzi zwykłych”. To jest rzeczywiście prawda, ale wśród środowisk takich jak złodzieje kieszonkowi, albo zawodowi stręczyciele. To znaczy tam gdzie istnieje nieprzekraczalna dla zwykłego człowieka bariera. Jeśli ktoś mówi, że w obszarze komunikacji dostępnej wszystkim coś takiego jest możliwe, to kłamie. Jego zaś sukces oparty jest o, niedyskretny bynajmniej, ale nachalny, udział mediów w przedsięwzięciu, które firmuje. David Copperfield nie spowodował w istocie zniknięcia Statuy Wolności, nie wierzcie w to, a iluzjonista Dynamo, nie potrafi chodzić po wodzie.

Kiedy ktoś się zorientuje, że tak właśnie, jest poszukuje jakichś obszarów dystrybucji treści, który by rzeczywiście go dostymulowały, bo umówmy się – struganie patyka, też się może kiedyś znudzić. I tak trafia na treści produkowane przez profesorów uniwersytetu i ludzi, którzy ich przekaz kawałkują i spłaszczają, starając się go uatrakcyjnić i w ten sposób przeznaczyć dla publiczności, która ma niewiele lat i stanęła akurat przed dylematem – występy Diego czy serial o wikingach? Walka o to co wybierze młody człowiek jest ciężka i jeńców się tam nie bierze. Każdy kto ogląda popularyzacje historyczne na YT dobrze o tym wie. I każdy się orientuje, że przesadne ich uatrakcyjnianie, połączone ze stylizacją prowadzącego, który i bez niej wygląda jak Krzysztof Krawczyk w programie „Parostatkiem w piękny rejs”, jest błędem. Dlatego Diego, który jest poważnym projektem, kontrolowanym przez poważnych ludzi, zwykle zwycięża i pokonuje wszystkich wikingów.

Dla osób naprawdę poważnych pozostaje więc tylko przekaz produkowany przez akademików. No, ale już po jednym sezonie jego emisji połowa publiczności orientuje się, że coś za bardzo przypomina on festiwal w Kołobrzegu. A ilość niedomówień w tym przekazie przekracza znacznie ilość dziur w serze Masdamer produkowanym przez „Mleczarnię Ryki”. Charakter tego przekazu i sposób jego podania wyklucza polemikę. Nie można na przykład zakwestionować faktu, że skąpa ilość źródeł powinna raczej skłaniać do spekulacji i analizy obszarów wiedzy dalekich od historii pisanej. To jest sugestia, która zwykle wywołuje panikę wśród moderatorów komunikatów historycznych. Oni wolą zdecydowanie analizować krój pisma w tekstach pochodzących z tej samej epoki, ale z różnych bardzo obszarów i doszukiwać się w tym podobieństw, z których następnie wysnuwają różne wnioski. Takie, na przykład, że ludzie wykonujący jakieś zlecone roboty gdzieś nad Loarą, pojechali później do Skandynawii i tam wykuli gdzieś nad drzwiami kościoła, coś podobnego. Nie wchodzę w szczegóły, każdy rozumie o co chodzi. Każdy też rozumie, ze polemika z tą metodą, nie jest możliwa, albowiem owa metoda, to nie sposób przekazywania informacji, czy wręcz edukacja. O tym zapomnijcie. To jest przekaz rytualny, dokładnie taki sam, jak występy Diego i polskiej kadry piłkarskiej, która nie potrafiąc niczego wygrać, jest, bo być musi, królową masowej wyobraźni ludzi konsumujących komunikaty. W niektórych przypadkach można by to nazwać nawet wielobóstwem. Są ludzie wierzący w nadludzkie umiejętności 11 biegających po boisku nieudaczników.

W pewnym momencie dochodzimy do punktu, w którym samo sugerowanie, że może by oni strzelili jakiegoś gola w reprezentacji, jest już dla nich i dla ich powagi, boskiej niemal, obraźliwe. Podobnie jak sugerowanie, że ten czy inny twórca koncepcji rozwoju form rzeźby wczesnoromańskiej opartej na istniejących obiektach i źródłach pisanych, może po prostu chrzanić idiotyzmy. To nie ma znaczenia, albowiem chodzi o to, by z istniejących artefaktów stworzyć – uwaga – maksymalnie nieatrakcyjny przekaz o charakterze rytualnym. Jak to – zapyta ktoś – maksymalnie nieatrakcyjny? Chyba na odwrót? Właśnie nie. Atrakcyjny przekaz poznaje się bowiem po reakcji publiczności. Po tym czy jest ona wymuszona czy spontaniczna. I jest on atrakcyjny nie ze względu na to, iż znajdują się w nim jakieś niesamowite ale wyjęte z buta informacje, ale dlatego, że publiczność akceptuje go od razu umysłem i sercem. Podejrzewając intuicyjnie, że może być w nim jakiś kawałek prawdy. No, ale nawet konsumpcja takich komunikatów może się znudzić. Pamiętajmy, żeby wtedy, zamiast marnować czas na oglądanie meczów reprezentacji, powrócić do strugania patyka. To uspokaja i nie porządkuje myśli. Naprawdę.

Cze 112021
 

Gadałem wczoraj ponad dwie godziny, a potem jeszcze miałem jeszcze jakieś spotkania zakulisowe, tak więc nie mam dziś za bardzo głowy ani siły, żeby napisać porządną notkę. No, ale otworzyłem rano skrzynkę pocztową, zajrzałem do środka, a tam fragment jakiegoś artykułu z australijskiego Guardiana.

Brzmi on:

 

Australijczycy są bardzo sceptyczni co do ochrony prawnej, która chroniłaby organizacje religijne i ich członków kosztem respektowania ludzkiej godności i podstawowych praw innych ludzi.

Tu macie całość:

 

https://www.theguardian.com/world/2021/jun/11/australians-are-very-skeptical-michael-kirby-warns-against-excessive-protection-of-religious-freedoms

Cóż to może znaczyć – są bardzo sceptyczni wobec ochrony prawnej? Tyle chyba, że nie chcą by prawo chroniło organizacje religijne i ludzi w coś wierzących? Kolega, który mi to przysłał, napisał, że jest to wstęp do prześladowania chrześcijan. No, bo raczej należy wątpić w to, że Australijczycy są sceptyczni wobec potrzeby ochrony Żydów czy buddystów. Będą ich chronić z zapałem i entuzjazmem, a przed muzułmanami z Indonezji to wręcz sami będą próbowali się ochronić, barykadując się w domach, albo wzywając siły porządkowe.

W tej palącej kwestii wypowiada się były sędzia sądu najwyższego pan Kirby. Jest na zdjęciu, cały uśmiechnięty. Twierdzi on, iż badania wykazały, że społeczeństwo australijskie składa się z ateistów, którzy są wobec religii obojętni. To możliwe, ale przecież organizacje religijne nie domagają się od tych ateistów niczego poza akceptowaniem swojego istnienia. Nikt nie zamyka w Boże ciało, głównej ulicy Sydney, po to, by mogła tamtędy przejść procesja z bielankami sypiącymi kwiaty. Być może więc pan Kirby, ma jakieś roboty zlecone do wykonania i sonduje możliwość odebrania w majestacie prawa poczucia bezpieczeństwa ludziom wierzącym. Jak sądzę głównie katolikom. Ktoś inny zaś już, wykonuje pospieszne wyceny nieruchomego majątku tych organizacji. Zostawiam Was z tą kwestią i ruszam w drogę. Będę jechał powoli i ostrożnie.

Cze 102021
 

Wygląda na to, że tak. Podobnie jak wszyscy autorzy opisujący tak zwane dylematy moralne lub sytuacje z których nie ma żadnego dobrego wyjścia. Powołując się przy tym jeszcze na literaturę antyczną. Tam rzeczywiście nie było dobrego wyjścia, a świat pogański oferował ludziom wykazującym się jakimś jeszcze przymiotami, poza możliwością wykonywania codziennych obowiązków, dwa rodzaje kluczy do kariery, czyli dwa rodzaje wtajemniczeń, homoseksualny i agenturalny. Nowoczesne pogaństwo styl ten nie bardzo twórczo zmodyfikowało wprowadzając trzecie wtajemniczenie – homoseksualno-agenturalne.

Jeśli się głębiej na tym zastanowimy okaże się, że cały spór jaki ludzkość wiedzie w swym łonie dotyczy tych właśnie kwestii. Wolność zaś, którą chrześcijaństwo ofiarowało człowiekowi polega na tym, że został on uwolniony od takich wyborów i może realizować się twórczo bez obawy, iż zostanie zwerbowany do jednej z wymienionych grup, a stanie się to w sytuacji, kiedy jego rozwój intelektualny, warsztatowy, w zasadzie każdy zostanie zablokowany. Ruchy ikonoklastyczne więc, miały na celu nie tylko dewastację rynku przedmiotów służących sacrum, ale także niewolę i unieważnienie wszystkich, którzy te przedmioty wytwarzali, no i rzecz jasna ukrycie wszystkich widocznych jakości, które prezentowane były w świątyniach chrześcijańskich, w tym złota. Pisaliśmy o tym nie raz. Co się stanie z hierarchicznym społeczeństwem, kiedy złoto zostanie ukryte albo zdelegalizowane, nie muszę nikomu tłumaczyć, każdy wie to aż nadto dobrze.

Twórczość w kulturze chrześcijańskiej jest służbą Bogu. No, ale obszar kontrolowany przez organizacje chrześcijańskie nie jest zbyt wielki, są inne obszary, a na nich także coś się buduje, struga i pisze. To ostatnie jest szczególnie istotne. Jeśli pisanie nie służy Bogu, to służy czemuś innemu. Nie twierdzę, że od razu diabłu, bo ten jak wiemy działa poprzez pośredników i między takim Iwaszkiewiczem, a diabłem było jeszcze kilku oficerów SB i Milicji Obywatelskiej. Pisanie może więc służyć jakieś organizacji pochodnej od Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa. Na przykład takiej, która w świecie zdelegalizowanego obrotu złotem, jednak nim obraca nie troszcząc się o nic, albowiem ma wykupione jakieś niejawne abonamenty i certyfikaty na to zezwalające. Kolejną bowiem ważną kwestią jest coś, co zdolniejsi ode mnie autorzy opisują jako przenikanie się światów. Wielu ludzi żyło złudzeniem, że żelazna kurtyna jest czymś rzeczywistym. I tak, dla wielu osób, rzeczywiście miała taki charakter. Były jednak grupy, niekoniecznie związane silnie z władzą, dla których bariera ta nie istniała w ogóle. Czy one potrzebowały pisarzy? Albo w ogóle ludzi zajmujących się sztuką? Myślę, że tak, ale ten obszar badań czeka jeszcze na swojego historyka. Czy się doczeka? Wątpię.

Przenikanie światów, pogranicza kultury i inne tego rodzaju fantasmagorie zapełniały głowy studentów kierunków humanistycznych, kiedy byłem jeszcze na studiach. Czy ci ludzie w ogóle rozumieli, co to jest przenikanie kultur? Oczywiście, że nie. Im się wydawało, że będą mieszkać na Podlasiu i spisywać miejscowe piosenki, które potem wyda im ktoś drukiem. Czy myśleli przy tym, że trzeba będzie przejść jakąś inicjację, na przykład agenturalną, żeby taką pierdołę wypuścić, nie na rynek nawet, ale gdzieś, do jakiegoś domu kultury w Sejnach? Pewnie nie. Nie mieli bowiem pojęcia, co to jest przenikanie się kultur. Tym eufemizmem określa się paraliż i dewastację kultury tworzonej wokół wiejskiego kościoła katolickiego i wprowadzanie w jej miejsce jakiejś innej kultury. Albo nawet nie to, tylko samą dewastację. Ów moment przenikania zaś, tak ważny w owej konstrukcji, to po prostu wypłata i podpisanie umowy o dzieło. Nic tam się więcej nie przenika. I nie może przenikać, albowiem nie ma stosownej publiczności, która by była tymi produkcjami zafascynowana. Przenikanie kultur, jest odległe od rynku kultury, albowiem tam działają gracze poważni, którzy nie oddadzą ani kawałka z obszaru, jaki im przypadł w udziale, poprzez podpisanie kwitu czyniącego z nich człowieka wtajemniczonego.

Sprawy te dotyczą także emitentów treści umownie nazywanych katolickimi. Oni są w zasadzie najłatwiejsi do przerobienia, albowiem ich postawa jest odpowiedzią na przeniesiony do współczesności antyczny motyw charakterystyczny dla tragedii, wyrażający się w braku wyboru. Entuzjaści promujący treści katolickie od razu wołają wtedy – hej! To nieprawda, że nie ma wyboru! Tym wyborem jest Jezus! On was kocha! Po czym wyciągają swoje umowy i przystępują do negocjacji kolejnych punktów, na koniec zaś trzeba się podpisać, koniecznie czerwonym atramentem. I już, gotowe, mamy wolność, w dodatku potwierdzoną na papierze, przez czołowego entuzjastę nauki Kościoła. On co prawda, nie jest księdzem, ale kiedyś o mało nim nie został, więc tak naprawdę, prawie jakby był.

Kanony soborów, ustanawiane przez tysiące lat, służyły temu, by człowieka uwolnić od pokus a także dać mu swobodę. By nie musiał on troszczyć się o wybory samodzielnie i nie umierał z niepokoju czy postąpił dobrze czy źle. Nikt dziś nie próbuje nawet wracać od tych ustaleń, albowiem cała sfera emocji zagospodarowana została przez literaturę. Tę zaś produkują ludzie wtajemniczeni, opierający się na dobrych i sprawdzonych wzorcach, a także świadomi tego, jak przenikają się kultury i ile elementów charakterystycznych dla pogańskiego antyku zostało zaadaptowanych przez chrześcijaństwo. Tak naprawdę – mówią – to całe chrześcijaństwo jest jedną wielką ściemą. I nie ma w nim nic autentycznego ani prawdziwego. Czy ono daje wam jakiś wybór? Oczywiście, że nie!

Świat współczesny, wzorując się nie na antycznej cywilizacji śródziemnomorskiej bynajmniej, ale na średniowiecznej kulturze islamu, gdzie deprawacja jednostki przekroczyła wszelkie dopuszczalne normy, a zwiększała się stale i wprost proporcjonalnie do ilości świętych mężów tłumaczących zawiłości prawa koranicznego, dokonał jeszcze jednej ważnej modyfikacji. Oderwał wtajemniczenie od umiejętności, albo nawet jej pozoru. To znaczy samo homoseksualne albo agenturalne wtajemniczenie uczynił celem. Wyłączył jakiekolwiek ambicje poza odruchowymi fizjologicznymi. To istotne, albowiem według tej mechaniki werbowano duchownych i przeznaczano ich do karier. Dziś, Kościół ma się z tym uporać. Ciekawe jak? Poprzez oddanie władzy sądowniczej w ręce świeckich. Super pomysł. Przez kogo wykreowanych i zatwierdzonych, a najważniejsze – w co i na jakich zasadach wtajemniczonych?

Legaci papiescy wysyłani w teren ze specjalnymi uprawnieniami dotyczącymi sądów nad herezją mieli swoje lepsze i gorsze momenty. I podejmowali nie byle jakie ryzyko, także w zakresie sprzeniewierzenia się nauce i poleceniom Kościoła, albowiem miejscowi feudałowie usiłowali za ich pomocą załatwiać jakieś swoje porachunki. I nie każdy legat potrafił sprostać takiej pokusie. Ci którym się to udało byli mordowani jak Piotr z Castelnau, albo znikali, jak towarzyszący mu mistrz Raul. A ci współcześni sędziowie? Czym oni ryzykują? I jakie mają legitymacje uprawniające ich do przeprowadzania takich sądów? Do tego przeprowadzania ich publicznie. I dlaczego to czynią? Miast usunąć jednego z drugim szalonego starca w purpurze, możliwie dyskretnie i nieodwołanie, ciągłe musimy słuchać o tej grozie? Czy aby nie po to, by ktoś tam wreszcie wytłumaczył, że nie mamy dobrego wyjścia i pozostaje nam likwidacja tej straszliwej organizacji przejętej przez zdeprawowanych mężczyzn, albo życie w kłamstwie i zgoda na dalszą deprawację dzieci, bo przecież wiadomo, że oni się nie powstrzymają? Nie ma dobrego wyjścia, a człowiek został przez Boga opuszczony, albowiem jego sługi same sprzeniewierzyły się swojej misji. Cóż robić? Trzeba się do kogoś przyłączyć, żeby przełamać alienację i grozę w jakiej żyje jednostka. Co by tu wybrać…? Jak to wybrać towarzysze? Przecież sami powiedzieliście, że nie ma żadnego wyboru…!

Cze 092021
 

Napisałem przez weekend 5 rozdziałów, co jest chyba absolutnym rekordem świata, ale miałem taką moc i tak dobrze przygotowaną pracę, że trudno byłoby wręcz napisać mniej. Wczoraj się trochę pogapiłem w ścianę, albowiem takie rzeczy zostawiają jednak jakiś ślad w psychice. Zostało jeszcze trzy rozdziały i wstęp. Potem korekta, poprawki, skład i druk, który pewnie zakończy się w połowie lipca. Wcześniej się nie da. Przykro mi. No, ale wcześniej będą inne książki.

Wczoraj wieczorem jeden z komentatorów, konkretnie wierzący, postawił tu pewną ważną kwestię. – Ile tu osób przychodzi i czy to gadanie na temat XI wieku ma jakikolwiek sens? W mojej ocenie ono miałoby sens nawet wtedy jeśli nie przychodziłby tu nikt.

Tak, jak wspomniałem wczoraj, pierwszy tom Kredytu i wojny, był najszybciej sprzedającą się książką w historii wydawnictwa Klinika Języka. Nic tak nie śmignęło, nawet II tom Baśni. Dlaczego tak się dzieje? Często, zwłaszcza kiedy ludzie wejdą tu i zobaczą magazyn z tymi wszystkimi paletami i stosami książek, które nie nadają się do sprzedaży, takie oto pytanie – a czy ty/pan robisz jakieś badania rynku zanim zdecydujesz się na wydanie tego czy innego tytułu? – Nie – odpowiadam – nie robię żadnych badań, bo nie mam na to pieniędzy, a nawet gdybym je zrobił to co by mi to dało? Miałbym dostroić do nich ofertę? To by się skończyło katastrofą. Badania rynku, może są gdzieś potrzebne, ale na pewno nie w wydawnictwie. To tak, jakby wszyscy wiejscy podrywacze, uznali nagle, że najlepszym sposobem na randkę, jest przebrać się za Elvisa, bo on miał spore wzięcie i w tym stroju, co sobotę wkraczać do dyskoteki w remizie. Efekt byłby cokolwiek niezadowalający, a i w mordę można by było dostać. Nie robię badań, a powód jest jeden. Badania takie zrobiło za mnie, dawno temu państwo znane jako PRL. Od dziecka kupowałem bardzo dużo książek, a o ich wyborze nie decydowały recenzje czy reklama, albowiem takich rzeczy nie było. Trzeba było obejrzeć tytuł i przeczytać co jest na skrzydełkach, a potem zdecydować, czy wydać pieniądze. Mi to przychodziło łatwo, albowiem do pewnego momentu, nie kupowałem niczego poza książkami, nawet jedzenia. Czytałem sporo, ale bez przesady, znałem ludzi, którzy pochłaniali naprawdę masę tekstu, ale bez żadnych konsekwencji dla swojego późniejszego życia. W PRL, na księgarskich półkach istotne miejsce zajmowały książki historyczne dotyczące średniowiecza, tłumaczone z francuskiego. Przeczytałem część z nich, ale nie wszystkie, bo mnie zwyczajnie znudziły i trochę zraziły. Nie wiedziałem dokładnie czym, ale dziś już wiem. Dlatego wydaję takie rzeczy jak Kredyt i wojna. Tych średniowiecznych popularyzacji było naprawdę dużo, w zasadzie co pięć lat wlewał się na rynek strumień prozy historycznej z zagranicy, a była jeszcze przecież proza rodzima. Cały ten segment miał funkcję wychowawczą i mnóstwo ludzi kształtowało sobie, podczas tej lektury, wyobraźnię i wrażliwość. Większość tych ludzi żyje do dziś, a średniowiecze ciągle jest towarem, który bardzo dobrze się sprzedaje. Po co mi więc badania rynku? Oczywiście treści zwane umownie średniowiecznymi są powielane według kilku przewidywalnych schematów, które mają jedną dominującą cechę – są antykościelne. Każdy kto ma choć trochę wrażliwości, po przeczytaniu jednej czy drugiej takiej książki zorientuje się, że jest to proza raczej nieszczera, a do tego wiele ukrywająca. Nie zawsze przez głupotę autora, często przez złą wolę, a także przez fakt, że autor wykonuje jakieś zlecenia i działa w takiej intencji, by format utrzymał się na rynku i wpływał na wyobraźnię i wrażliwość czytelników. No więc na moją wyobraźnię formaty te wpłynęły w ten sposób, że zacząłem pisać książki o średniowieczu inaczej. I będę to kontynuował. Poza tym zorientowałem się, że są w językach obcych inne narracje, które idą w poprzek tych lansowanych w Polsce od czasów środkowego PRL. Takie jak na przykład książka Gabriela Ronaya, Anglik tatarskiego chana. Można więc kupić prawa autorskie do takiego tytułu i wydać go w Polsce. – Ale panie to się nie sprzeda – taka opinia dominuje. Nie wiem co powiedzieć w takich chwili. Czy naprawdę uważacie, że powinienem startować do wyścigu o klienta i pieniądze w takich segmentach, gdzie królują dotowane przez państwo oficyny, które wydają książki autorów, pokazujących się codziennie w mediach, albo mających swoje, bardzo popularne kanały na YT? Bo oni obrabiają tematy, które się sprzedają? Przecież to jest pomieszanie z poplątaniem. Oni nie obrabiają tematów, które się sprzedają, bo na rynku książki można sprzedać wszystko, oni zajmują się dystrybucją propagandy, w której promocję ktoś włożył masę pieniędzy. Obserwator zaś ulega złudzeniu, że temat sam się nakręcił i ciągnie jakąś koniunkturę. I wielu autorów wpada w tę pułapkę, piszą coś na temat, który – na pewno się panie sprzeda. Pisałem o tym sto razy, ale widzę, że za mało. Ci pomniejsi autorzy, swoją pracą, żeby nie powiedzieć krwawicą nakręcają koniunkturę, na której być może trochę zarobią, a być może nie zarobią nic. Staną się tylko tłem i uzasadnieniem dla dalszego pompowania w rynek treści propagandowych. Tytuły i tematyka znane pod szyldem „to się panie na pewno sprzeda” to segmenty doinwestowane, albowiem pełnią funkcję propagandową, destrukcyjną w istocie. Tak, jak PRL dotował antykościelne treści średniowieczne, pisane przez naprawdę sprawnych i dynamicznych autorów. Dziś sprawnych autorów w zasadzie nie ma. Mówię to z całą odpowiedzialnością. Można się śmiać. Guzik mnie to obchodzi, bo mam swoje sprawy do zrealizowania i zrealizuję je choćby na ten blog nie przychodził nikt. Formaty jednak zostały, ale ich dystrybucja się zmieniła. Pisałem o tym wczoraj i przedwczoraj, ale chyba niezbyt dobrze zostało to zrozumiane. Podejmiemy więc pewne ryzyko, które związane jest z cytowaniem fragmentów prac naukowych. Oto jeszcze raz cytuję dwa razy już wspomnianą klauzulę poufności:

Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechniany w jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody Wydawcy

Zastrzeżenie to zostało umieszczone na początku książki Piotra Czarneckiego zatytułowanej Geneza i doktrynalny charakter kataryzmu francuskiego XII – XIV wiek. Rzecz wydana została w roku 2017, a więc całkiem niedawno.

Licząc na to, że mam prawo do cytowania, jak każdy publicysta i recenzent książek, bo póki co nie utworzono żadnej Zakonu Prawomyślnych Recenzentów Prac Naukowych (ZPRPN), umieszczam tu bez zgody wydawcy, ani ustnej, ani pisemnej, fragment wstępu:

Kwestie genezy i doktrynalnego charakteru kataryzmu wywołują w ostatnich latach w nauce coraz większe kontrowersje. Ustalenia dotychczasowej historiografi i są podważane przez zwolenników nurtu dekonstrukcjonistycznego, który zdobywa coraz większą popularność, zwłaszcza za sprawą autorów francuskich czy też francuskojęzycznych. Jego zwolennicy negują wszelkie związki kataryzmu z wcześniejszymi herezjami dualistycznymi, w tym przede wszystkim z bogomilizmem i paulicjanizmem, a także umniejszają lub całkowicie negują znaczenie dualizmu w katarskiej doktrynie. Jesteśmy więc dzisiaj w badaniach nad kataryzmem świadkami ogromnego przewrotu zarówno interpretacyjnego, jak i metodologicznego, który może niebawem całkowicie zmienić postrzeganie tej herezji. W myśl koncepcji badaczy nurtu dekonstrukcjonistycznego bowiem kataryzm był oryginalnym dziełem mieszkańców Europy Zachodniej, powstałym bez udziału jakichkolwiek wpływów zewnętrznych, na fali rozpoczętej w XI wieku reformy Kościoła. Katarzy według tej interpretacji byli dysydentami pragnącymi powrotu do pierwotnego chrześcijaństwa na podstawie Ewangelii, a dualizm i manichejski charakter został im przypisany przez autorów kościelnych, którzy chcieli ich zdyskredytować. Utożsamienie ich z manichejczykami miało bowiem na celu wyrzucenie poza nawias chrześcijaństwa i przedstawienie ich jako element obcy w stosunku do panującej religii. Radykalni dekonstrukcjoniści są zdania, że kataryzm jako zorganizowana herezja nie istniał w ogóle, lecz był jedynie inwencją czynników kościelnych mającą na celu uzasadnienie prześladowań. Wobec tak rewolucyjnej reinterpretacji kataryzmu, zarówno w kwestii jego genezy, jak i charakteru doktrynalnego, żaden badacz nie może pozostać obojętny. Rozpoczynając badania, musi mieć już przecież ustaloną metodologię i określony stosunek do źródeł, a więc musi opowiedzieć się po jednej ze stron sporu.

Przypomnę teraz to, co napisał w swojej także całkiem nowej pracy, dotyczącej historii hrabstwa Trypolisu, Kevin James Lewis – jeśli chodzi o historie Południa, zostały nam tylko pieśni trubadurów.

Rodzi się więc pytanie – na jakiej podstawie dekonstrukcjoniści francuscy dokonują swoich dekonstrukcji? Zapewne chodzi o nową interpretację starych źródeł. No, ale tego dokładnie nie wiemy. Wiemy za to, że toczy się spór, w którym całe rzesze ogłupiałych czytelników wezmą wkrótce udział, bez świadomości w czym uczestniczą. W sporze tym istotną sprawą będzie kogo nazywać będziemy dziś prawdziwymi chrześcijanami. Czy tych, którzy odtwarzają dziś tradycję herezji Południa na podstawie niezachowanych źródeł i pieśni trubadurów, czy tych, którzy stoją po stronie hierarchii, papieża, bulli i kanonów publikowanych w Rzymie przez tysiąc ostatnich lat. Bo zanegowanie z pozycji akademickich takiej kwestii jak dualizm herezji katarskiej, to jest sprawa najwyższego kalibru. I żartów nie będzie. Katarzy, jako owoc reformy gregoriańskiej! Nawet się nie spodziewacie jakie to będzie miało konsekwencje. O części z nich opowiem jutro we Wrocławiu, o godzinie 18.45. Tych, którzy się czegoś domyślają, bardzo proszę o dyskrecję, do chwili aż nie ukaże się książka. Potem sobie podyskutujemy. I zobaczcie teraz, jak wobec takiej kwestii wyglądają występy Terlikowskiego, Szustaka, Górnego i Lisickiego. Jeśli się nie domyślacie jak to Wam wyjaśnię, oni wyglądają jak Elvis w remizie, w sobotni wieczór. I to się już niestety nie zmieni. Do spraw poważnych powoła się specjalnych zawodników, którzy toczyć będą pojedynki w ciemnych piwnicach uniwersytetu.

Cze 082021
 

Dowiedziałem się wczoraj, co to znaczy ruch body positive. Oto jedna pani z serialu wypowiedziała się publicznie na temat lansowania brzydoty. To znaczy wyjaśniła takim ciemniakom jak ja, że istnieje moda na tak zwane naturalne ciało. To znaczy, że ludzie pokazują się bez upiększeń i to jest właśnie piękne. Pani ta, która gra kogoś w jakimś serialu, uznała to za trend fatalny. Od razu obskoczyły ją jakieś wariatki wołając, że usiłuje odebrać sens wieloletniej pracy jakichś edukatorów, czy kogoś podobnego. Ja oczywiście wiem, że to jest element lansu jednych i drugich, a poznaję to po tym, że w sprawę zaangażowała się Karolina Korwin Piotrowska, która straciła w życiu wszystkie możliwe okazje, żeby siedzieć cicho.

Po co ja w ogóle o tym piszę? Po to, żeby pokazać, jak się wykorzystuje zadufanie wariatek. Jasne jest dla każdego, że żaden trend body positive nie istnieje, bo kończy się on tam, gdzie zaczyna się utożsamianie z płcią. Jeśli dziewczyna czuje się dziewczyną i chce być kobieca, to musi być body positive, czyli ma chodzić w worku i pokazywać się z tłustymi włosami. Nikt wytatuowanej lesbijce nie powie, żeby usunęła tatuaże, bo to nie jest body positive i kłóci się z naturą. Dostałby ktoś taki od niej w ryja i dopiero by się przekonał co to znaczy body i positive w jednym. Korwin Piotrowska nie powie transwestytom i pederastom, żeby przestali nosić obcisłe, czerwone portki na swoich chudych dupach i żeby się nie malowali i nie przyklejali sztucznych rzęs. Nie powie, bo ją wyśmieją i wyślą do diabła. No, ale robienie wody z mózgu nastolatkom jest jak najbardziej body positive. To jest jeden poziom zjawiska. Ma ono jednak sensy głębsze i poważniejsze. Dewastowanie kobiecości, nie żadnego upiększania się czy temu podobnych bredni, ale kobiecości po prostu ma sens polityczny i rytualny. Piotrowska tego nie rozumie, bo ona rozumie tylko jeden komunikat – jest kasa, nie ma kasy. I to wszystko. Wykolejenie kobiecości jest projektem służącym do tego, by nie było rodziny, to po pierwsze, a po drugie chodzi o odebranie naturalnego charyzmatu i zrobienie z niego protezy, którą wzmacniać będą swoją pozycję, bynajmniej nie towarzyską, ludzie nie uznający tradycyjnego podziału na płcie. To się dziś wydaje śmieszne, ale śmieszne nie jest. Ów trend ma stać się obyczajową normą i o to toczy się gra. Jakie będą tego konsekwencje obejrzymy niedługo. Mam nadzieję, że nie zza krat.

Podobny mechanizm działa nie tylko w segmencie atrakcji wizualnych, ale także w segmencie atrakcji intelektualnych. Oto pisarka i scenarzystka, całkowicie body positive, czyli Ilona Łepkowska, wypowiadała się niedawno na temat opłaty reprograficznej, czy mechanizmu, który zmusi nas wszystkich do płacenia haraczu dla tak zwanych artystów. Kim będą ci artyści? Będą nimi te wszystkie wariatki, które dziś udzielają wywiadu na ściankach celebryckich, a po wprowadzeniu tej opłaty zapragną zostać pisarkami, piosenkarkami, artystkami estradowymi, to znaczy kimś, komu trzeba będzie płacić za powielanie jego, dawno temu wyprodukowanych i po części już nieważnych, komunikatów. O tym ci wszyscy ludzie marzą, bo taka jest dziś definicja artysty, którą lansuje Łepkowska.

Dla człowieka, który postrzega sprawy trochę głębiej i widzi także te, które rozgrywają się za celebryckimi ściankami, Łepkowska niczym się nie różni od tych, co lansują body positive i chcą wyglądać ładniej niż nastolatki, które skłoniły wcześniej do nie mycia się i chodzenia w workach po superfosfacie pylistym. Tyle, że jej nie chodzi o urodę, a o informację.

Rozmawiałem wczoraj z kolegą, który pracuje w pewnym bardzo poważnym wydawnictwie. Uświadomił mnie na okoliczność nowego prawa autorskiego, które obowiązuje chyba od trzech lat. Obawiam się, że owe napisy, jakie umieszczane są na początku publikacji naukowych, to jednak groźba prawdziwa, a nie udawana. Próbował ten mój kolega pozyskać zdjęcia do publikacji z różnych państwowych instytucji. Normalnie, tak jak się zawsze pozyskiwało zdjęcia do książek. Trzeba było zapłacić i przychodził plik. Wszyscy pracownicy placówek naukowych, do których on się zwracał z taką prośbą, natychmiast usztywniali swoje stanowisko. To prawda, że chodziło o fotki, które nie były podpisane, albowiem autor był fotografem UB, robiącym zdjęcia strajkującym robotnikom. No, ale należały one do placówki muzealnej, a nie do tego ubeka, który wykonywał je w ramach obowiązków służbowych i wziął za to pieniądze. Niestety, jeśli nie ma nazwiska autora pod zdjęciem, nie można go publikować. Myślę wobec tego, że zakaz korzystania z publikacji naukowych w swobodnej dyskusji zostanie utrzymany. Zamiast tego, czyli możliwości cytowania fragmentów bez zgody wydawcy, będziemy mieli możliwość wysłuchiwania opinii i wnurzeń Łepkowskiej oraz Korwin Piotrowskiej. To będzie ten zakres fal, który zostanie nam udostępniony. Reszta będzie utajniona i przeznaczona dla wybranych. Zwróćcie uwagę, że autora nikt już nawet nie bierze pod uwagę. Kto obchodzi autor? O zgodę na wykorzystanie fragmentu tekstu, zdjęcia czy nawet zgodę na przechowywanie pliku we własnych zasobach wyraża wydawca. No to jak wobec tego będzie wyglądał nabór kolejnych roczników pracowników naukowych, którzy pogłębiać będą wiedzę na temat historii? Będzie to nabór według klucza. Ktoś powie, że tak jest i dzisiaj, ale niestety myli się ten ktoś. Dziś mamy jeszcze swobodę dyskusji i ja mogę zaprosić na konferencję kogo chcę, wolnych ludzi, decydujących o sobie. Nawet jeśli nie zgadzam się z wymową ich tekstów. To się zmieni, albowiem gremia, które decydują o kontroli informacji istotnych zechcą mieć także wpływ na to, co autorzy opowiadają innym ludziom w czasie wolnym. Sprawę zaś pustki po treściach interesujących wypełnią artyści tacy jak Łepkowska, Staszewski, który ponoć na szczęście głuchnie, Staszczyk i cała reszta. Powtórzę – jeśli wydaje Wam się, że teraz jest dramat, bo nie można włączyć radia, żeby się to szambo nie wylało wprost do samochodu, to poczekajcie jeszcze lat parę, jak koncepcje Łepkowskiej zwyciężą. Czy ta osoba body positive w ogóle cokolwiek rozumie i czy dociera do niej, że jest tylko narzędziem w bardzo poważnej rozgrywce, której stawką jest wolność jednostki i jej – podkreślam – rytualne uzależnienie od organizacji niejawnych? Oczywiście, że nie, tak jak Korwin Piotrowska nie rozumie, że dziewczyny jak chcą się malować i ładnie ubierać to mogą to czynić ze spokojem. Ich naturalny charyzmat zaś nie jest do tego, by go przerabiali na swoje kopyto zarośnięci transwestyci i geje udający licealistki. To są sprawy poza horyzontem wymienionych osób body positive. I one nie zrozumieją tego nigdy. To wynika z fizjologii po prostu. Nie zrozumieją też, że przemożne pragnienie wydawania dźwięków, pozornie tylko sensownych, może prowadzić do tragedii także w ich osobistym życiu.

Na jeszcze jedno chciałbym zwrócić uwagę, na opis hederu pozostawiony przez Salomona Majmona, ten wiecie, z nauczycielem w brudnej koszuli – body positive – ucierającym w moździerzu tabakę i okradającym uczniów z jedzenia. Tak będzie wkrótce wyglądał uniwersytet. Niektóre z uczelni już tak wyglądają. Poznajemy ten trend po tym, w jaki sposób opisano autobiografie Majmona w książce poświęconej polskiej Haskali. Ktoś ją tu linkował. Oto autor jest może nie oburzony, ale szczerze zawiedziony tym, że Salomon Majmon, człowiek, który wyrwał się z piekła i obłędu, tak krytycznie opisuje życie w sztetlu, a szczególnie ten heder. Przecież należałoby to zrobić trochę bardziej obiektywnie, nie wszystko tam było złe, doprawdy…Jasne, a czy coś jest złego w tym, że gość bez cycków przykleja sobie sztuczne? I do tego jeszcze rzęsy wielkości chrabąszczy majowych w kolorze spleśniałego sera? Nic. Nie ma w tym nic złego. Bo najważniejszej jest to, by myśleć i czuć pozytywnie, jak Karolina Korwin Piotrowska.

Cze 072021
 

Na swoje nieszczęście nigdy nie czytałem książek naukowych. Takich wiecie z zadęciem, aparatem i wnioskami. Na studiach przebrnąłem tylko przez lektury lżejsze, mające charakter prac popularyzatorskich. Z nich też niewiele zrozumiałem, ale uznałem to w pewnym momencie życia za atut. Za te cięższe lektury, w większości stare i zdezaktualizowane zabrałem się teraz. Być może niepotrzebnie. Dowiedziałem się też dokładnie, co to znaczy książka naukowa. Otóż to jest taka książka, która odrzuca wszystkie hipotezy nie poparte źródłami. Od razu w zasadzie, jako wydawca, mogę zgłosić postulat, by powstał cały, nowy dział publikacji historycznych zatytułowany „dzieje źródeł i historie ich zaginięcia”. Można go nazwać znacznie krócej i bardziej atrakcyjnie, żeby rzecz marketingowo ustała na nogach. – Było. Nie ma – taki tytuł proponuję na początek. Sam fakt, że było a nie ma jest w zasadzie miażdżący i powinien odbierać głos wielu ludziom, używającym tego głosu naprawdę ponad miarę. W ten sam sposób powinno się postępować z tymi, którzy badając historię XIX wieku omijają artykuły w prasie codziennej, bo za dużo czytania, a skupiają się na tak zwanych „poważnych” publikacjach. No więc było i nie ma. To jest temat przewodni w całej humanistycznej metodologii. A skoro nie ma, to nie ma i z faktu, że było nie można wyciągać żadnych wniosków, albowiem są one nieuprawnione i nieprofesjonalne. Bo nie ma. Tak więc należy unikać wszelkich wizji, panoram, sztukowania i hipotez, a skupić się trzeba na tym co jest. Zostało niewiele, ale są przecież ślady po tym co było? We wcześniejszych publikacjach, które dziś są dostępne. Dziś są, a jutro może ich nie być. W czym problem? Mało to rzeczy wyrzuca się z bibliotek? Trafiają w moje ręce nowe publikacje wydawnictw naukowych. Mają one charakter cenzorski, a na samym początku każdej z nich możemy przeczytać następującą klauzulę:

Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechniany w jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody Wydawcy.

Jak się każdy domyśla uzyskanie pisemnej zgody wydawcy, szczególnie jeśli wydawcą jest na przykład tak zwany WUJ, czyli Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, jest silnie utrudnione i zapewne nie może być skorelowane z planami i terminami wydawniczymi tego wydawnictwa, które chce fragment pracy WUJ-a wykorzystać. Nie będę nawet próbował, albowiem już wcześniej miałem różne przygody z WUJ-em i nie mam zamiaru ich powtarzać. Całe szczęście to i owo można opisać własnymi słowami. Nie przejmując się wcale ograniczeniami WUJ-a. Nie wiadomo tylko co ze starym dziennikarskim prawem do wolności słowa, które streszcza się w zdaniu – publikacja fragmentu jest dozwolona za podaniem źródła. Rozumiem, że niepostrzeżenie znaleźliśmy się w strefie twardej cenzury, której media nie zauważyły, albowiem tak były skupione na kolportażu mądrości produkowanych przez Terlikowskiego, Lisickiego i całą resztę? Umknęło im coś i teraz jest już za późno na odwrócenie tego. Wielcy komentatorzy rzeczywistości i ich wielbiciele, sprzedali wolność słowa za puszkę sardynek i kluczyk do jej otwierania.

Treści zaś istotne produkuje się poza zasięgiem wzroku, bo na razie ich produkcja jest do czegoś komuś potrzebna. Do tego mianowicie, by zmienić paradygmaty ustalone przez historyków XIX i XX wieku, odwrócić je i zamienić w twardą i bezwzględną bardzo propagandę wymierzoną w Kościół. To jest numer bardzo złożony, którego durnie tacy jak nasi mistrzowie od teologii nie pojmą za nic na świecie. Oni bowiem cieszą się z tego, że nadchodzi odnowa Kościoła, a wstawieni do hierarchii przez UB geje w purpurze wreszcie zostaną ukarani. I to będzie ten sukces. Jakim trzeba być bałwanem, żeby się z tego cieszyć rozumie niewielu. Szkoda.

Dlaczego ja nadałem temu tekstowi taki dziwny tytuł? Już wyjaśniam. Klauzula poufności, którą zacytowałem pochodzi z pracy, za którą żaden goniący za popularnością medialny teolog nawet by się nie obejrzał. Klauzla taka nigdy nie znajdzie przed tekstem jednego z nich, albowiem oni mogą pieprzyć te swoje dyrdymały ile wlezie. To jest wyraźny sygnał jak jest formatowany przekaz i do czego służą ludzie wypowiadający się o historii i Kościele w mediach. I jeśli ktoś go nie dostrzega sam jest sobie winien.

Kwestia druga: spędziłem dwa dni nad zapomnianą książką Benedykta Zientary, którą wszystkim polecam, choć jest nudna jak flaki z olejem. Nosi ona tytuł „Henryk Brodaty i jego czasy”. Znajduje się w niej informacja, że płaszcz św. Jadwigi, przerobiony na ornat po jej śmierci, przetrwał do XX wieku (być może istnieje do dzisiaj, nie wiem tego), a wykonany został z całą pewnością w Chinach z materiału, który Zientara określa jako „brokat chiński”. Nie wiem, czy coś mnie mocniej strzeliło w łeb ostatnio. Niestety cały obszar spekulacji z tym związanych, które można podjąć z całym spokojem, ze względu na ilość tekstów na temat tekstyliów w średniowieczu dostępnych po angielsku i w innych językach, jest wyłączony. Dlaczego? No jest artefakt (albo był), ale nie ma źródeł pisanych. Wot szutka…co robić? Może by ich poszukać? Nie ma grantów towarzyszu, WUJ się nie zgodzi. To może napisać o tym, jakąś powieść w typie „Historia żółtej ciżemki”, żeby rozbudzić zainteresowanie historią u wchodzących w życie roczników? No gdzie?! Komu to potrzebne, to są przecież poważne sprawy. Nie można do tego mieszać dzieci. Nie ma źródeł pisanych, a wobec tego chiński płaszcz księżnej Jadwigi nie istnieje. Tak to działa.

Co ma do tego feminizm? No właśnie. To jest najlepsze. W dawnych czasach każda kobieta reproduktorka, szczególnie w obrębie ważnych dynastii, kontrolujących, na przykład, fragmenty szlaków handlowych z Azji stawała przed poważnym dylematem. Daje się on streścić w słowach – śmierć, albo odosobnienie. Co oznacza odosobnienie, wszyscy mniej więcej wiedzą. Życie w klasztorze pełne wyrzeczeń. Co oznacza śmierć rozumie niewielu. Otóż śmiercią było to, co ludzie powierzchowni i słabo zorientowani w okolicznościach uważali za życie. Czyli niezalegalizowane związki, swoboda obyczajowa i możliwość decydowania o sobie. To były pułapki, które kończyły się zawsze w ten sam sposób – śmiercią. W dodatku rychłą i nieuchronną. Ratunkiem było odosobnienie. Kto owe pułapki przygotowywał? Oględnie rzecz ujmując można powiedzieć, że mężczyźni traktujący kobiety instrumentalnie. Osobnicy dość podstępni, ale nie na tyle, by zrozumieć, że sami są narzędziem w czyichś rękach. W czyich? Myślę, że w tych ludzi, którzy przywieźli z Chin tkaninę dla księżnej Jadwigi, żeby mogła zeń uszyć mnisi płaszcz. Ja może zacytuję stosowny fragment pracy Benedykta Zientary, albowiem nie ma w nim klauzuli poufności i nie trzeba pytać o zgodę wydawcy, a także czekać, aż wyda on ją na piśmie.

Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności zachował się do dziś klasztorny płaszcz z chińskiego brokatu, który tenże biograf wiąże ze śląską księżną.

Ów biograf wspominany przez Zientarę to Joseph Gottschalk, ksiądz, autor ostatniej chyba biografii księżnej. Czy jakiś polski autor, może duchowny, zajął się jej przetłumaczeniem, albo napisał swoją? Proszę Państwa, gdyby do tego doszło, a z całą pewnością nie dojdzie, trzeba by było znacznie cięższego kalibru klauzule tam wstawić. Żeby nikomu nie przyszło do głowy powielanie jakichkolwiek fragmentów z tej książki.

Na koniec ważne pytanie – czy ów dylemat przed którym stawały w XIII wieku wysoko urodzone kobiety – śmierć albo odosobnienie – jest aktualny dzisiaj. Oczywiście, że tak, ale pułapka się jeszcze nie zatrzasnęła. O śmierci która je czeka, te biedne wariatki latające po ulicach dowiedzą się trochę później.

Cze 062021
 

Pułapka, w której tkwimy opiera się na tym, że w przestrzeni publicznej znajdują się cały czas fałszywe schematy tłumaczące w przekonujący sposób wszystkie najważniejsze zjawiska, tak polityczne, jak gospodarcze i religijne. Co to znaczy fałszywe schematy? Chodzi mi o takie egzegezy, które powstały poprzez ukrycie lub złą interpretację części istotnych informacji, które się ściśle z nimi łączą. To nie wszystko jednak, bo czasem krążące po sieci i w przestrzeni publicznej wyjaśnienia dotyczące spraw istotnych, przekładane są na ludzki języki w sposób niemożliwie infantylny. Czyni się to zaś po to, by produkująca je struktura – uniwersytet, telewizja Kurskiego, mogła utrzymać swoją pozycje i wszystkie etaty. Tkwiąc w permanentnym błędzie rzecz jasna, ale to nie ma przecież znaczenia. Zmienić to może jedynie wojna, ale i wtedy nie ma gwarancji, że sentyment za dawnymi, dobrymi czasami, nie opanuje dusz i umysłów, jak to się stało za wczesnej komuny, gdy wszyscy zaczęli tęsknić za sanacją.

Podawałem już kiedyś ten przykład, ale jeszcze raz o nim wspomnę. W dawnych czasach zmieniono nam w parafii księdza na katechetę. Chodzi mi o osobę prowadzącą lekcje religii. Ten nowy był to jakiś młodzieniec o nieskrywanych wcale ambicjach, pragnący dominować. Mój rocznik jakoś nie miał z nim problemów, ale koledzy o rok młodsi, a bardzo wyrośnięci i niesłychanie dynamiczni, a i owszem. Wszyscy oni już się golili i silnie ciągnęło ich do grzechu, co jest trudne do zwalczenia, a łatwe do wytłumaczenia. Ten katecheta jednak nie podjął ani jednego, ani drugiego wyzwania. Kazał im za to śpiewać wraz piosenkę zaczynającą się od słów – kto stworzył fruwające ptaszki i machać przy tym rękami. Kiedy parsknęli śmiechem, bardzo się zdenerwował i próbował stosować jakieś szantaże. Wywiesili go przez okno czy do czegoś przywiązali? Już nie pamiętam. My jako etnos, że się tak uczenie wyrażę, znajdujemy się w podobnej sytuacji, ale niestety nie mamy żadnej możliwości, by wyrazić swój sprzeciw wobec edukatorów stosujących infantylne metody. Możemy się tylko z nimi nie zgadzać. To zaś na prowadzącym lekcje nie robi wrażenia, albowiem on nie żyje z nas, a z tego, że ktoś mu płaci za emisję treści nam właśnie. Oto wczoraj rozpoczął się proces beatyfikacyjny księcia Henryka Pobożnego. Z mojego punktu widzenia i z punktu widzenia wielu osób, które się tu gromadzą, wydarzenie bardzo poważne i obfite w konsekwencje. Można na temat tej postaci i jej panowania tworzyć i kolportować różne treści, redagowane w sposób dojrzały i traktowane serio. O ile wiem, żadne media, ani katolickie, ani państwowe, nie zająknęły się na ten temat nawet. Informację podała tylko Polonia Christiana. Mogę się mylić, ale w tym przykładzie dokładnie widać, gdzie się znajdujemy – w salce katechetycznej przy ulicy Wiślanej w Dęblinie, a przed nami stoi szajbus, macha rękami i każe nam śpiewać „kto stworzył fruwające ptaszki”. My nie chcemy tego słuchać, bo mamy ochotę dowiedzieć się czegoś o słudze bożym Henryku Piastowiczu, męczenniku za wiarę. No, ale nie jest nam to dane. Nie jest i nie będzie albowiem emitenci treści ewangelizacyjnych przyjęli inną, według nich słuszną metodę uwodzenia mas. Polega ona na tym, by przekonać widzów i słuchaczy do tego iż mają oni bezpośredni i wyraźny kontakt z Duchem Świętym, który działa poza czasem. Któż by się więc tam przejmował jakimiś okolicznościami śmierci księcia Henryka i tym całym najazdem mongolskim, skoro ojciec Szustak ma nam do powiedzenie tyle ciekawych rzeczy, a Terlikowski zaciera ręce z uciechy, że wreszcie ten Dziwisz, zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za swoje sprawki. A do tego jeszcze Hołownia płacze na wizji i coś tłumaczy, a macha rękami zupełnie tak samo, jak tamten katecheta przez laty, Wszyscy zaś razem wołają – patrzcie na mnie, na mnie, tutaj, tutaj jestem! Tak wygląda dziś proces ewangelizacyjny prowadzony przez media z udziałem tak zwanych autorytetów domagających się, by Kościół wreszcie się oczyścił. Wśród nich jest prostytuujący się zakonnik, sprzedajny dziennikarz i niedoszły członek zgromadzenia dominikanów z apetytami na władzę. Dlaczego ludzie ci nie mówią o Henryku Pobożnym? Bo uważają, że temat ten, podobnie jak inne tematy dotyczące świętych są niepoważne. Jeśli zaś już zabierają się za tłumaczenie takich kwestii ich ofiarami padają postaci takie jak Wenanty Katarzyniec, który posłużył Terlikowskiemu kiedyś do stręczenia ludziom kredytów. Ewangelizatorzy, których tu wymieniłem, mogą prowadzić swoją działalność tylko wtedy kiedy towarzyszy jej jakiś kontekst silnie uwspółcześniony, tak to określam, choć wiem, że Henryk Pobożny może wystąpić w tak silnie uwspółcześnionych kontekstach, że Szustakowi sandały, a Hołowni lakierki z nóg zlecą. No, ale do tego trzeba dojrzeć, a przede wszystkim mieć przekonanie, że kokieteria i wdzięk osobisty nie mają nic wspólnego z misją ewangelizacyjną, ani też z innymi poważnymi misjami. Wręcz przeszkadzają w ich realizacji.

Są na to liczne dowody, ale nie mogę ich na razie podać, bo spalę ważne pointy z nowej książki. Tamci tego jednak nie wiedzą i książę Henryk jest dla nich jakimś przykrym dysonansem w powodzi przyjemnych wrażeń, które odbierają ze świata, wrażeń, które kojarzą im się z jednym tylko – z wyniesieniem własnych nędznych osób, na jakieś wyżyny, gdzie będzie można uśmiechać się do woli, stręczyć kredyty do woli i płakać także do woli, oczekując przy tym pocieszenia jak najbardziej publicznego.

Powiedziałem nie tak dawno, że święci to w zasadzie sama twarda polityka, a ich legendy to historie charyzmatów władzy bożej na ziemi. To łatwe do udowodnienia. W czwartek we Wrocławiu będę opowiadał o św. Idzim, początek o godzinie 18.45. Być może wspomnę też coś o Henryku Pobożnym, księciu Śląska, ale pewności co do tego nie mam. Jedno gwarantuję, gawęda ta nie będzie miała nic wspólnego z formatami proponowanymi przez wymienionych panów, ani z nauką religii, taką, jak ją tu opisałem. Będą same poważne sprawy, to znaczy takie, które świat współczesnych ewangelizatorów w Polsce uważa za nieistotne dla ludzi paprochy. Serdecznie zapraszam. Nie wiem czy wstęp jest wolny czy płatny, trzeba pytać o to Ojca Antoniego Rachmajdę.