wrz. 232021
 

Ogłoszono niedawno, że powstanie seria filmów o przygodach znanego nam wszystkim bohatera. Ludzie bowiem nieustannie fascynują się zagadkami historycznymi, różnymi ciekawostkami i chcą przez nie poznawać przeszłość. A także, jak to deklarują, niektórzy wybitni publicyści, zrozumieć co się dzieje dookoła i co się działo kiedyś. Ja tu celowo szydzę, albowiem wszyscy wiemy, do czego służą zagadki historyczne. Do odwracania uwagi od spraw istotnych, ciekawych i póki co jeszcze dostępnych legalnie, w wolnym obiegu. Istnieją oczywiście prawdziwe zagadki w historii, łatwo nawet dostępne, ale ich nikt nie rozwiązuje, albo czyni to tak, by odpowiedź na postawioną kwestię była możliwie absurdalna i idiotyczna. Weźmy taki przykład. Każdy wie, jak brzmi po angielsku nazwa gatunkowa świerka – spruce. Czyta się sprus. Każdy wie dlaczego i nikomu niczego tłumaczyć nie trzeba. Do portów wschodniej Anglii sprowadzano mnóstwo drewna z Prus, nie tylko świerka, ale także sosny i dębu, a wszystko to służyło potrzebom floty, tak handlowej, jak i wojennej. Gdzie zagadka, spytacie? Na samym wierzchu. Jak to jest możliwe, że kompanie, małe i wielkie ściągały hurtowo dłużycę z tak dużej odległości, by rozbudowywać flotę, a w pobliskim porcie, w Gdańsku i w drugim – Władysławowie, nie można było zbudować floty z miejscowego surowca? Nie można jej było zbudować w ogóle. Kiedy Zygmunt August rozpoczął swoje eksperymenty z przemysłem okrętowym cały materiał na galeon, który miał blokować Zatokę Gdańską ściągał z Italii. Stamtąd też przyjechali majstrowie, którzy wykonywali poszczególne prace przy okręcie. Jak wyjaśnić taką zagadkę historyczną? Wierni uczniowie Tomasza NN, a także naśladowcy Jacka Komudy i redaktora Janickiego, znają odpowiedź. To wszystko przez tę rozpijaczoną polską szlachtę, która była zapatrzona na Ukrainę, zamiast myśleć o handlu morskim i flocie wojennej. To przez nich nie można było wyrąbać lasu, przygotować desek na poszycie i zbudować pływających jednostek. Tak było! No, ale Anglikom opłacało się ciągnąć surowiec przez duńskie cieśniny, w wielkich bardzo ilościach, a my musieliśmy tylko stoczyć go do Wisły gdzieś pod Tczewem i poczekać aż dopłynie do Gdańska, tam już byli ludzie gotowi do obróbki i budowy okrętu. Może za tym stała jakaś polityczna decyzja? Może istniały w kraju jakieś organizacje i lobby, które nie dopuszczały do budowy tej floty? Może było tak, jak z przekopem mierzei? To niemożliwe, to wszystko przez zatabaczoną psychikę szlachty, nie rozumiejącej racji stanu.

Tak to właśnie wygląda, a jeśli czegoś nie można wyjaśnić w sposób zachowujący zasady elementarnej logiki, bo mózg wyjaśniającego dawno się z tymi zasadami rozstał, wtedy włącza się psychologię. Wczoraj oglądałem fragmenty filmu dokumentalnego o Iwanie Groźnym. Słowo kompania nie padło ani razu. Za to jakiś szwajcarski historyk udowadniał, że Iwan był groźny tylko w paszkwilach i ulotkach, które na jego temat kolportowano. Był srogi to prawda, ale także miał polityczny geniusz. Mówił to wszystko jakiś staruszek, który siedział sobie w Szwajcarii i historii Europy Wschodniej nie rozumiał absolutnie nic. Zamiast kwestii dotyczących handlu z Anglią przez Morze Białe w filmie umieszczono serię idiotycznych porównać Iwana ze Stalinem. Wystąpił tam także biegły sądowy, który na podstawie paszkwili z epoki usiłował zdiagnozować rodzaj obłędu, jakim dotknięty był car. I to jest naprawdę niezwykłe. Poza tym zakwestionowano autentyczność największego zbioru listów cara, który przetrwał do dzisiejszych czasów, a który ma być ponoć falszywką. Podejrzewam, że jest autentyczny. Jeśli badacze ciekawostek historycznych mówią, że coś jest fałszywką, możemy przypuszczać, że jest to autentyczne.

Jak wiecie uruchomiłem wczoraj profil na Patronite, żeby rozwiązać choć jedną z prawdziwych zagadek historycznych. Taką, której rozwiązania nikt w Polsce nie spróbuje, albowiem narracja na temat tych wypadków została zabetonowana przez Sienkiewicza i autorów, którzy w sposób całkowicie idiotyczny go naśladują. Oto link do profilu

https://patronite.pl/Coryllus?podglad-autora

Każde działanie musi mieć jakiś początek, a ja muszę Was informować o wszystkich poczynaniach, które podejmę, by zapisany tam cel zrealizować. Oczywiście w dążeniu do tego celu prosił będę o wsparcie i pomoc ludzi, którzy z pewnymi kwestiami radzą sobie lepiej ode mnie. I tak jeden z kolegów, na razie nie ujawnię jego nazwiska, wskazał mi taki oto zbiór listów i dokumentów. Link ten opatrzył listem, który zacytuję.

Najpierw link http://www.sequiturbooks.com/a-collection-of-the-state-papers-of-john-thurloe-esq-secretary-first-to-the-council-of-state-and-afterwards.html

Teraz list

Przedkładam profil Johna Turloe – bliski współpracownik Olivera Cromwella, który w 1652 r. został mianowany sekretarzem stanu. Rok później został szefem służby wywiadowczej, rozwijając rozległą siatkę szpiegów w służbie Korony na kontynencie. Należeli do nich holenderski dyplomata Lieuwe van Aitzem, matematyk John Wallis, który był odpowiedzialny za utworzenie wydziału łamania szyfrów.

Jego obszerna korespondencja stanowi jedno z głównych źródeł historycznych dla okresu rządów Cromwella. Liczy 7 obszernych  tomów.

Cytuję ten list in extenso, albowiem idę dziś do dentysty i nie mam czasu na opisywanie wszystkiego własnymi słowami. Stosunkowo niewiele listów dotyczy lat poprzedzających wojnę na Ukrainie, ale jak powiedziałem, od czegoś należy zacząć. Poprosiłem już Rafała, który zajmuje się tekstami francuskimi, żeby przejrzał opracowania korespondencji dyplomatycznej zebrane i wydane we Francji, w XIX i XVIII wieku. Łatwo nie będzie, bo wszyscy są zajęci i pewnie zajmie nam to trochę czasu, ale chyba warto.

Na koniec umieszczam jeszcze jeden list kolegi, który zajął się Johnem Turloe, długi i wyjaśniający wiele kwestii. Można go potraktować jako kamień węgielny rozważań na temat rzeczywistej sytuacji w Polsce i na Litwie w I połowie XVII wieku.

Londyńskie gazety dostarczały prawie codziennie relacje z postępów armii króla Karola X Gustawa w wojnie z Rzeczpospolitą. Owe raporty z roku 1655 nie aprobowały expressis verbis konfliktu, ale ich format i wymowa ewidentnie faworyzowały stronę szwedzką.. Nie można ustalić narodowości, ale można dostrzec, że szwedzcy korespondenci znacznie przewyższali liczebnie Polaków. Ponadto obszar propagandowy zmonopolizowany był przez szwedzką narrację wydarzeń, w oparciu o listy nadsyłane przez Szwedów. Niewątpliwie Szwedzi zdominowali kanały komunikacji. Nawet bezstronne komunikaty donosiły o „kolejnym wielkim zwycięstwie”, a Polaków określano jako „wrogów” i „buntowników”, których należy doprowadzić do „prawdziwego posłuszeństwa”.

Nic dziwnego, albowiem kontrolowane przez rząd brytyjski gazety informowały o konflikcie w wersji lansowanej przez Olivera Cromwella, który to namawiał króla szwedzkiego aby wojnę z Rzeczpospolitą prowadzić pod pretekstem wojny religijnej. Aprobata dla agresji Karola X Gustawa połączona z negatywną postawą Cromwella wobec Polski, wychwalającego tym samym bunt Chmielnickiego jako „niszczyciela błędów papistowskich”. Ponadto lordowi protektorowi zależało aby nakłonić do zbrojnej agresji na Rzeczpospolitą również Portę.

Wspomniana jest również sylwetka Hieronima Radziejowskiego, który został gorąco polecony przez królową szwedzką Krystynę, co skutkowało jego ekspedycją do Anglii. Radziejowski składał propozycję na ręce angielskiej Komisji Spraw Zagranicznych odwrócenia konfliktu między Wenecją a Portą i tym samym przekierowanie sił osmańskich przeciwko Rzeczypospolitej, zaś Cromwell zostałby wówczas wykreowany na mediatora i orędownika sprawy protestanckiej.

Autorka przywołuje również strukturę wywiadowczą niejakiego Hartliba, która jednak była znikoma w porównaniu z rozległą siecią informatorów w służbie rządu Anglii. Rozwinięta przez sekretarza stanu Johna Turloe, składała się z kilkudziesięciu informatorów od Archangielska po Lizbonę, w tym wielu nieświadomych wywiadowców, których korespondencja była kontrolowana i przechwytywana. Większość meldunków pochodziła albo bezpośrednio z Polski i Litwy, albo z Rzeszy. Wiedeń określano jako ośrodek, który dostarczał obfitych informacji o Rzeczypospolitej. Generalnie miasta niemieckie stanowiły główne źródło informacji o Polsce i Litwie.

Jednak niemieckie miasta były zaledwie częścią złożonego systemu wywiadowczego Thurloe, który był zasilany nie tylko przez intelektualistów z kręgu Hartliba (m.in Jan Amos Komensky) i Oldenburga. Informacje o Polsce i Litwie spływały do Londynu od dyplomatów, kupców i żołnierzy z całej Europy, zaś raporty ambasadorów takich jak Prideaux w Moskwie, majora Rolta w Polsce (co znamienne to jego misja w 1655 r. do króla Karola X Gustawa, a nie króla Jana Kazimierza), Meadow w Kopenhadze, Bendysze w Konstantynopolu i szpiegów takich jak Stouppe z siedzibą w Paryżu.

Jedną z głównych trosk informatorów Thurloe’a była dokładność pozyskiwanych informacji. Według anonimowego nadawcy piszącego w 1655 r.

„wiadomości z Polski są tak niepewne i różne, że prawdziwy pisarz niechętnie wysyła je do przyjaciela”, a jednak dostarczał albowiem pochodziły one „z dobrych rąk do cesarskiego dworu”.

Wysoką pozycję w hierarchii źródeł informacji uznawano taki, które potwierdzały ich autentyczność jak te, które pochodziły od królowej Polski. Ponadto informatorzy Thurloe dokładali starań aby dostarczać tylko zweryfikowane informacje. Co interesujące to, że również uzupełniali poszczególne raporty, ale i kontrolowali się nawzajem, co można wywnioskować z korespondencji rezydującego w Hamburgu szpiega Bradshawa, który doniół Thurloe’owi o jego kontaktach z majorem Roltem.

Na razie to tyle. Są oczywiście historycy, którzy się tymi kwestiami zajmują, ale piszą oni po angielsku i teksty ich nie są w zasadzie dostępne polskiemu czytelnikowi. Ten bowiem uważany jest, w najlepszym razie, za sympatycznego podludzia, który niewiele rozumie. Na dziś to tyle. Jeszcze reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

 

wrz. 222021
 

Kryzys pojawia się niestety nagle i nic go nie zapowiada. Jego przyczyny zwykle są fizyczne, to znaczy ja tak sądzę, i wiążę wystąpienie kryzysu z przemęczeniem. Choć przecież odpocząłem w tym roku trochę i powinienem być w formie. Nie jestem. Skończyłem nawigatora, który poszedł do druku, ale nie wyszedł taki, jak chciałem. Poświęcony jest Oksytanii. Być może kryzys jest spowodowany jakimiś wewnętrznymi napięciami, których nie zauważam, albo je lekceważę. Nie będę tego roztrząsał. Niestety jesteście jedynym audytorium jakie mam, a człowiek musi czasem pogadać do kogoś, w ramach terapii, żeby nie przenosić traum zawodowych do domu. Chcecie czy nie, będziecie musieli to przeczytać. No, ale sami wiecie, że nigdy nie narzekam i jak mi się zdarzy raz na dziesięć lat powiedzieć lub napisać coś takiego, to chyba będzie mi to wybaczone. Zacznę od końca. Rozmawiałem wczoraj z panem Januszem, który jest tak zwaną złotą rączką i czasem robił u nas różne naprawy. Rzucił to jednak, bo dostał fantastyczną posadę akwizytora dachów. Zacząłem się zastanawiać, czy aby nie pójść w jego ślady i z głupiego pisarza nie zamienić się w mądrego akwizytora dachów. Różnicy w zarobkach nie będzie. Skąd w ogóle takie myśli?

Obserwuję co się dzieje dookoła i zajrzałem, całkiem niechcący, na stronę Igora Janke zatytułowaną Układ otwarty. Przeczytałem tam zdania – Polska doliną kwantową? Dlaczego nie chcemy się szczepić? Dostrzegłem także informację, że Igor Janke zbiera pieniądze na patronite, by jeszcze bardziej udoskonalić swoje przedsięwzięcie. Co to jest, do ciężkiej cholery, dolina kwantowa?! Ktoś może mi to wyjaśnić? O tym dlaczego nie chcemy się szczepić trąbią wszyscy od rana do nocy. Gdzie tu jest jakaś myśl oryginalna i ciekawa, albo choćby cień polemiki z dominującym przekazem? Próbowałem nawet włączyć sobie nagranie, które tam jest, z jakimś gościem, co przyjechał ze Stanów do Polski, bo tu jest lepszy klimat do robienia interesów. Nie dałem rady, wyłączyłem.

Od dłuższego czasu prześladuje mnie myśl, że przez trzynaście lat swojej działalności publicystycznej, która przecież nie jest byle jaka i wymaga wielkiej sprawności warsztatowej, piszę przecież codziennie i to nie są teksty o dolinie kwantowej, doczekałem się dwóch pozytywnych recenzji. Jedną napisała dawno temu blogerka Elig, a drugą też dawno, ale nie tak znowu, Janek Bodakowski. To wszystko. Wszystkie inne recenzje były krytyczne. Każdy kto chce się zapoznać z moimi książkami trafia na Ebenezera Rojta, albo na Napierałę, albo na jakieś noł nejmy, szczekające od prawa do lewa, bez zrozumienia powodu szczekania. I to wszystko dzieje się mimo bezspornego faktu, jakim jest seria udanych realizacji edytorskich. Nikt nigdy pozytywnie nie zrecenzował ani wspomnień Hipolita Milewskiego wydanych przez Klinikę Języka, ani wspomnień Edwarda Woyniłłowicza, choć wszyscy chętnie z tych treści korzystają, by podnieść sobie pozycję towarzyską. O tym, by ktoś pozytywnie zrecenzował kwartalnik Szkoła Nawigatorów, albo portal Szkoła Nawigatorów, nie może być nawet mowy. W najlepszym razie zasługujemy na jakieś lekceważące uwagi. Nic więcej. Oczywiście wszyscy wiemy, że bez zaangażowania czytelników i autorów z SN nie byłoby tego sukcesu. Tyle, że ja nie mogę już więcej zrobić nic, by ten sukces jakoś podnieść wyżej. Próbowałem, ale się nie udało.

Wymyśliłem projekt na Patronite, który składa się z trzech elementów. Oto one:

Zgromadzenie dokumentacji historycznej, opisującej lata poprzedzające wojnę z Chmielnickim na Ukrainie, która wybuchła w roku 1648. Celem jest zapoznanie się z niepublikowaną do tej pory w języku polskim dokumentacją, która znajduje się w archiwach innych państw: Rosji, Turcji, Ukrainy, Francji, Holandii, Wielkiej Brytanii, Grecji. Trudno oszacować koszt wydobycia tych dokumentów, tak więc kwota przeznaczona na realizację celu ma charakter orientacyjny.

Publikacja dokumentów historycznych, które nie były nigdy publikowane po polsku, dotyczących wojny kozackiej roku 1648 na łamach kwartalnika „Szkoła Nawigatorów”, a także nagranie serii podcastów, które omawiać będą zawartość tych dokumentów.

Czy możliwe jest napisanie powieści historycznej inaczej niż to zrobił Henryk Sienkiewicz? Wierzę, że tak. Autor pominął bowiem wiele ciekawych, dynamicznych i całkiem zapomnianych wątków, koncentrując się na rozterkach i przygodach grupy młodych bohaterów. Ten sposób pisania, choć ma dziś wielu naśladowców, jest bardzo archaiczny i nie odpowiada oczekiwaniom współczesnych czytelników. Należy go zmienić, rzucając wyzwanie Henrykowi Sienkiewiczowi, Taki jest mój trzeci cel

Nie chciałem, by profil czymś się szczególnie wyróżniał, albowiem chciałem dokonać tej zbiórki możliwie dyskretnie. Nie chodzi bowiem o to, by reklamować swoją działalność na Patronite, ale by ją reklamować na rynku książki i na rynku treści. To ważne, albowiem wszyscy – dowodem jest Igor Janke – porzucają produkt najważniejszy czyli książkę i usiłują sprzedać półprodukt, czyli siebie samych w jakichś nagraniach, z zaproszonymi gośćmi jako tłem. To jest obłąkanie prowadzące do unicestwienia, czego na razie nikt nie widzi. A jak zobaczy będzie już za późno.

Dostałem wczoraj taką odpowiedź:

Dzień dobry,

dzięki za zgłoszenie profilu do akceptacji. 

Na samym początku prosimy Cię o umieszczenie słowa „Patronite” w dowolnym miejscu, na jednym z Twoich mediów społecznościowych.

Ważne – nie powinien być to post, ale raczej mniej widoczne miejsce: np. sekcja Informacje na Twoim Facebooku, opis starego filmu na YouTube czy treść dawnego artykułu na blogu.

Ten proces pozwala nam wstępnie zweryfikować Twoje konto i przejść do kolejnych kroków procesu akceptacji. Po dodaniu hasła „Patronite”, prześlij nam link do miejsca, w którym je znajdziemy! 🙂 

Co dalej? Jeszcze kilka modyfikacji, zanim konto znajdzie się na stronie głównej. 

PROGI – to bardzo ważna sekcja. Każdy próg musi zawierać wynagrodzenie adekwatne do kwoty (pamiętaj, że subskrypcja trwa min. 3 miesiące, nie jest to jednorazowe wsparcie). Zaczęłabym od progów 5, 10, 20zł.  Zajrzyj do poradnika, by dowiedzieć się więcej na temat idealnych progów:  https://patronite.pl/post/320/progi-poradnik-dla-autorow

 

 CELE – nie są obowiązkowe, ale świetnie motywują Patronów do działania. Ważne! Aby spełniały swoje założenia muszą przynosić obustronne korzyści Każdy cel powinien zawierać trzy elementy, szczegółowo zostały opisane w tym poradniku: https://patronite.pl/post/283/cele-nadaj-kierunek-swojemu-profilowi-poradnik-dla-autorow

 

 OPIS – napisz proszę coś więcej o sobie! Pamiętaj, że możesz wstawiać zdjęcia, ale i osadzać YouTubowe filmy (wystarczy skorzystać z narzędzia, dostępnego na pasku – ikona YouTube). Opisz tutaj swoją pracę, dokonania i plany na przyszłość. Na koniec wyjustuj tekst.

https://patronite.pl/post/2453/autorze-zadbaj-o-swoja-wizytowke

 

W razie potrzeby, służę pomocą!  Wycofałam profil z kolejki oczekujących, żeby można było wprowadzić zmiany. Gdy uzupełnisz już wszystkie elementy, ponownie zgłoś profil do akceptacji. 


Umieściłem więc na fejsie taką informację: Próbowałem zalogować się na Patronite, ale bez powodzenia. Wiedzą lepiej ode mnie czego chcę. To jest nie do zniesienia

 

Nie mam już do tego siły. Ludzie wierzą bowiem, że jak Monika Jaruzelska napisze, że chce zmienić poziom dyskusji i podnieść kulturę debaty politycznej w Polsce, to ludziska się zlecą i jej zapłacą masę forsy. To samo ma być w przypadku pana Igora, który napisze, że Polska będzie doliną kwantową. Bo to są nośne hasła. Mój zaś profil wymaga dopracowania. Jakiego do ciężkiej cholery dopracowania?!!!!!! Zbieramy kasę, wyciągamy z bibliotek i archiwów nigdy nie publikowane dokumenty w językach takich, jak turecki, tłumaczymy je i wydajemy!!! Wszyscy mają fun i jest zabawa, nikt się nie nudzi. Ludzie czytają, ekscytują się, powstają nowe numery kwartalnika, a na koniec Michał Radoryski pisze powieść pod tytułem Wojna z Fanarionem, całkiem nowatorską zarówno w formie jak i w treści!!! Dlaczego nie można tego po prostu zaakceptować skoro można tam umieścić dolinę kwantową i Grygucia?!!! W przeciwieństwie do zamierzeń wymienionych osób mój projekt na pewno zostanie zrealizowany, książki na pewno zostaną napisane i na pewno zostaną wydane. Co do tego nikt chyba nie ma żadnych wątpliwości!!!

Nie, kurwa, musi być dolina kwantowa i podniesienie kultury denaty politycznej w Polsce…

wrz. 212021
 

Trochę się wahałem wczoraj czy umieścić tu taki tytuł, ale ostatecznie się przekonałem, że jednak warto. Skoro Piotr Niemczyk, były szef UOP ma na patronite profil, na którym zbiera pieniądze, by wydawać za nie książki o nauce szpiegostwa, to chyba tytuł ten nikogo nie zbulwersuje. Zacznę jednak od teatru. Rozdawali wczoraj w Zamościu jakieś nagrody za reżyserię spektakli teatralnych. Rozdawała je żona Cezarego Gmyza, a całą imprezę firmował Jacek Kurski. Przemożne pragnienie prezesa TVP, by uchodzić za intelektualistę, wywołuje we mnie dreszcze i kiedy to widzę, jak on się tam męczy na tej scenie usiłując wydusić z siebie jakieś mądre zdania, zaczynam odruchowo dłubać w nosie, a mam też ochotę jeść gołymi rękami bez sztućców. Wszystko po to, by jakoś ten kulturalny stres odreagować. Wręczyli wczoraj główną nagrodę reżyserowi spektaklu, którego tytułu już nie pamiętam. Opowiadał on jednak o tym, jak to ojcowie Paulini ratują Żyda w czasie wojny. Żyd zaś prowadzi z przeorem długie rozmowy o tym, kto jest odpowiedzialny za holocaust – osobiście pan Jezus, czy też chrześcijanie, którzy nie zrozumieli jego przesłania. Takie tam dialogi lecą, sami sprawdźcie. Wskazanie Niemców jako winnych, nie wchodzi już oczywiście w grę, podobnie jak wymówienie nazwiska Hitler. Kontekst cierpienia musi być możliwie szeroki, a to oznacza, że trzeba koniecznie zaangażować w to samego Pana Jezusa. O tym, by wspomnieć słowem, że większość Niemców to protestanci, nie może być mowy, bo nagrody wręcza żona Gmyza, który jest protestantem i mógłby poczuć dyskomfort. Kiedy zaś winą za holocaust obarczy się Zbawiciela i jego wyznawców, nikt się nie obrazi, a Kurski to zrozumie i będzie myślał o sobie, że jest człowiekiem głębokim. Nie wiem, jak kończy się ta sztuka i nie chcę wiedzieć. Jej reżyserem jest – co stanowi drugi, równie istotny element anegdoty – Jacek Raginis Królikiewicz. To jest syn zmarłego przed kilku laty reżysera Grzegorza Królikiewicza, a nazwisko Raginis dodał sobie, po kapitan Raginis był jego pradziadkiem. Wszystkie te okoliczności powodują, że nadałem dzisiejszej notce taki oto tytuł. Mamy tu bowiem, w tym całym zestawie gadżetów, wyraźny rys wróżbiarski. Chodzi o to, że wróż lub wróżka, zanim zacznie wykonywać swoje czynności zawodowe musi się najpierw uwiarygodnić. Można to zrobić na kilka sposobów, ale w opisywanych przypadkach szklana kula i wypchana sowa nic nie pomogą. Potrzebne są inne rekwizyty. No i mamy je tam po kolei – sławnego bohatera, sławnego reżysera, głęboki metafizyczny i religijny kontekst. Pozostaje tylko wyjaśnić czemu służy wróżba. Mniemam iż chodzi o to czym będziemy żyli przez najbliższe dekady i jak kształtowane będą – poprzez kulturę i sztukę – nasze myśli. Każdy widzi jak – Pan Jezus jest odpowiedzialny za holocaust, a chrześcijanie mogą tę informację jedynie zaakceptować. Mam na myśli polskich chrześcijan, bo przecież nie niemieckich, którzy są dobrzy, albowiem oprzytomnieli w porę i porzucili tego zbrodniarza papieża. Każdy kto pamięta spektakle teatru telewizji emitowane za komuny, zauważył, że małymi wyjątkami były to przedstawienia o wymowie optymistycznej, a jeśli nawet nie, to grane na najwyższym poziomie i w zasadzie nie mające nic wspólnego z polityką. Tak, jakby komuna chciała powiedzieć widzom – bawcie się, wszystko będzie dobrze. I rzeczywiście było. To znaczy nie wybuchła żadna wojna.

Teraz mamy coś, na co patrzeć się nie da. Coś, co zostało obudowane gadżetami mającymi patriotyczną wymowę i przez to bezwzględnie wiarygodnymi. Nie wierzysz człowieku w dobre intencje reżysera Raginisa Królilkiewicza? Nie jesteś dobrym patriotą, nie rozumiesz sztuki, nie chcesz dobra Polski. No cóż, ja nie wierzę. Sprawdziłem sobie od razu co tam, dawnymi laty, reżyserował Grzegorz Królikiewicz, postać dość kontrowersyjna i uchodząca za buntownika. Przypomniał mi się też wywiad z tym panem, w którym poruszał on wszystkie możliwe tematy, byle tylko nie mówić o tym, co akurat robi. Wygłaszał też dość dziwaczne tezy dotyczące renesansowej rzeźby w Polsce. Dlaczego to czynił? Prawdopodobnie też chciał coś wywróżyć. Nie mogę tego jednak z całą pewnością stwierdzić po latach. Grzegorz Królikiewicz wyreżyserował też w roku 1981 film pod tytułem Klejnot wolnego sumienia. Opis tego filmu jest cokolwiek zdumiewający. Oto ów Klejnot, to po prostu Konfederacja Warszawska, która dała protestantom swobodę wyznania. Naprawdę jednak zainstalowała w kraju obce agentury i robiła jedność narodu. W filmie protestanci, jak wynika z opisu zabijają katolickie dziecko, a jego ojciec jedzie w związku z tym ze skargą do króla. Nie trafia jednak w dobry moment, bo Zygmunt August umiera, a Zamoyski popiera konfederację. Tak to opisują. Należałoby jednak ten film obejrzeć, albowiem jego rzeczywista wymowa może być inna. Królikiewicz bowiem został pochowany na cmentarzu ewangelicko augsburskim. Filmu nie sposób namierzyć i pewnie nigdy nie dowiemy się o co chodziło w nim naprawdę.

Dlaczego ja włączyłem do tego wszystkiego Mateusza Morawieckiego? Powodów jest kilka. Po pierwsze sytuacja na granicy i zachowanie Łukaszenki, który z całą pewnością ma niemieckie gwarancje i tylko dzięki nim uruchomił ruch bezwizowy z Pakistanem, Afganistanem i Irakiem. Niemcy bowiem wywierają wpływ na politykę amerykańską. Po drugie zachowanie Unii, która nie wypłaca nam pieniędzy, wykręcając się idiotycznymi wymówkami, po trzecie drakońskie kary za elektrownię Turów. Wszystko to, dokładnie tak samo, jak spektakl nagrodzony przez Kurskiego, ma charakter wróżby. Morawiecki nie chce ustąpić i czuje się bezpiecznie, chce pokazać, szczególnie przed wyborami w Niemczech, że Polska jest stabilna i dobrze rządzona. Taka Polska nie jest Niemcom do niczego potrzebna to jasne i zrobią oni wszystko, by wskazać, że są jedynym stabilizatorem sytuacji w środkowej Europie. Tusk zaś na dokładkę, zaczął kokietować wieś. To wygląda śmiesznie, ale moim zdaniem śmieszne nie jest. Ludzie bowiem na wsi chcieliby, żeby ktoś ich docenił i przestał traktować jak istoty z innej planety. To się Tuskowi nie uda, ale jego próby mogą zostać docenione. Wszystkie możliwe granice przekracza OKO Press, które puszcza na fejsie, jakieś sfingowane modlitewne śpiewy, w wykonaniu poprzebieranych za wiejskie kobiety aktorek. Są to niby modlitwy za tych, co umarli w bagnach Supraśli, albowiem zbrodniczy polski rząd nie udzielił im pomocy. I tu dochodzimy do metafizycznego zbioru znaczeń wspólnych z tym, co dzieje się za oknem i spektaklem Raginisa Królikiewicza. Czy te śpiewające kobiety wykonują jakiś, znany z obrzędów pogrzebowych w Kościele Katolickim utwór? Oczywiście, że nie. Nie wiadomo co to za piosenka. Przynajmniej ja nie wiem. Przebrane są, jak to na Podlasiu, za niewiasty miejscowe, w domyśle prawosławne. Czy jest z nimi jakiś prawosławny ksiądz? Rzecz jasna nie. Czym wobec tego jest ta uroczystość? – Wróżebnym teatrem.

W Polsce żywy jest całkiem spory obszar naśladownictw kultury ludowej, a celem tych aranżacji jest oderwanie tej kultury od Kościoła. Taka uwaga na marginesie.

Jeśli mamy więc takie okoliczności, a wybory w Niemczech tuż, tuż, należałoby to wszystko jakoś domknąć. Zaaranżować coś, co jasno pokaże jakie będą priorytety w myśleniu i działaniu politycznym Polaków przez najbliższe lata. I stąd właśnie taki tytuł. Dziwię się, że to nie Piotr Niemczyk napisał taki tekst, ale ja, człowiek nie mający przecież dostępu do istotnych narzędzi poznania w zakresie operacji tajnych, opisujący tylko to jedynie, co sam widzi.

Co w tym czasie dzieje się w kulturze niemieckiej? Opowiem dwie znane już anegdoty, które świadczą, że Niemcy są już na innym poziomie percepcji i tam, na tej wyżynie, za pomocą mrugnięć i uśmiechów, bez jednego słowa, porozumiewają się z Aleksandrem Łukaszenką. Nie wiem czy wszyscy pamiętają scenę z filmu Nasze matki, nasi ojcowie, w której widać spalony czołg T-34 z numerem 102. To było nawet zabawne.

Drugą anegdotę, ktoś tu ostatnio przypomniał. Oto powstał film o Czerwonym Baronie, Manfredzie von Richthoffenie, a jedną z występujących z nim postaci, jest żydowski kolega Manfreda, lotnik, syn bankiera, który bardzo się troszczy o swoje zdrowie i lata w futrze. Zestrzeliwują go oczywiście. Na koniec, w liście płac, pojawia się informacja, że jednak żaden Żyd z Richthoffenem nie latał. Obydwie te anegdoty powinny być przedmiotem głębokich studiów na wszystkich wydziałach reżyserii w Polsce. Można by na ich podstawie kręcić etiudy, a nawet seriale. No, ale żadna z nich nie uruchamia twórczych procesów w głowie prezesa Kurskiego, dlatego właśnie musi on szukać inspiracji gdzie indziej.

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 202021
 

Zacznę nietypowo, od linku, upamiętniającego Jerzego Targalskiego, który zmarł wczoraj https://wpolityce.pl/polityka/566856-targalski-tajne-sluzby-czytal-rownie-latwo-jak-pismo-klinowe?fbclid=IwAR3bAbZ-9eH5qVlraTP_R3A7e8ZSV95SEZaAdhdHtBRJv84YaMzGV_rGA5U

Z Jerzym Targalskim wdałem się w kilka widowiskowych bardzo awantur, a jedna z nich zakończyła się wyrzuceniem mnie z blogów na niezalezna.pl. Wcześniejsza dotyczyła zaś III tomu Baśni, który Jerzy Targalski uznał za coś niezwykle kompromitującego. Powiedział nawet – o ile dobrze pamiętam – że teraz to już się tak skompromitowałem, że nie ma żadnych szans, bym się z tego upadku podniósł. Był jednak czas, kiedy Jerzy Targalski myślał nawet o tym, by mnie zatrudnić, jako współpracownika Gazety Polskiej. Poszedłem nawet na spotkanie z nim, ale w ostatniej chwili się wycofał i zamiast niego przyjął mnie jakiś jego młodociany współpracownik, który potem zrobił w tej gazecie jakąś tam karierę. Próbował ów człowiek sprawdzić moje umiejętności, jako autora, a było to już po tym, jak pobiłem w salonie24 wszystkie rekordy klikalności.

W czasach kiedy panowała powszechna równość, a ludziom z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego i w ogóle ludziom z PiS zależało na tym, by blogerzy pisali o nich cokolwiek, Jerzy Targalski zniżał się nawet do polemik z niektórymi, czynił to oczywiście z pozycji swojego niekwestionowanego autorytetu. Dla mnie, rzecz oczywista, Jerzy Targalski nigdy nie był żadnym autorytetem. Wdałem się nawet kiedyś w polemikę z jego zwolennikami i zadałem im pytanie – oczywiste w mojej ocenie – jak ktoś, określający się jako specjalista od Mezopotamii, mógł nie odwiedzić nigdy Iraku? Odpowiedziano mi, że jestem głupi, bo nie trzeba tam wcale jeździć, by być specjalistą. Wystarczy przestudiować teksty znajdujące się w londyńskich bibliotekach. Przyjąłem to do wiadomości.

Ktoś może powiedzieć, że to co piszę jest okropne, albowiem nie można mówić źle o zmarłym. No, ale można chyba wspominać fakty z jego życia i wspólnych jakichś interakcji? Tym bardziej moim zdaniem można im silniej laurka zalinkowana na początku przypomina opowieści o przygodach Sat Okha, polskiego Indianina, który walczył z Niemcami w Górach Świętokrzyskich.

Jedną z osób wspomnianą w tej laurce jest Jan Malicki, redaktor naczelny Przeglądu Wschodniego. Dawno, dawno temu miałem okazję poznać Jana Malickiego, a nie tak dawno temu usłyszałem na jego temat mnóstwo ciepłych słów, między innymi i te, że nie bierze on i periodyk, którym kieruje, udziału w szaleństwie zwanym punktozą. To wielki plus, bo oznacza to, że jest nas już dwóch. O ile Jan Malicki jest jeszcze tym naczelnym.

Tym dziwniej się czuję czytając, jak Malicki opowiada historię o tym, jak syn członka KC PZPR wciągnął go do opozycji, ostrzegając go jednocześnie, że zaraz po tym wciągnięciu zostanie aresztowany. Nie wiem w ogóle skąd się bierze w ludziach przymus opowiadania takich historii na trzeźwo? Może wy to jakoś wyjaśnicie, bo ja nie potrafię.

Poznałem w życiu kilku poliglotów, ludzi, którym łatwo przychodziła nauka języków obcych. Myślę, że to są sprawy głęboko intuicyjne i odbywające się poza świadomością. Jeden to ma, a inny nie ma. Wszyscy ci ludzie byli nie do zniesienia. Po prostu i zwyczajnie nie nadawali się do funkcjonowania w grupie. Profesorów zaś popisujących się tekstami typu – do przyszłego tygodnia nauczy się pan włoskiego – jest na uniwersytecie mnóstwo. Współpraca z nimi jest niemożliwa, w zasadzie fikcyjna. Pomijam już fakt, czy ludzie ci autentycznie potrafią czytać w tylu językach, czy jedynie markują znajomość studiowanych treści. To ostatnie bowiem wcale nie jest wykluczone.

Po tym jakże niestosownym i kompromitującym mnie w oczach poważnych ludzi wstępie, możemy przejść do rozważań dalszych. Żeby uzyskać jakiś efekt potrzebne są nakłady – środków i energii. Nie zawsze jednak, bo niektórzy ludzie poprzez fakt posiadania ustosunkowanych rodziców, mogą działać efektywnie przy minimalnych nakładach, albo wręcz bez nich i bez specjalnego wydatkowania energii. Na zasadzie – wystarczy być. Niestety struktury w jakich funkcjonują często ulegają gwałtownej erozji. Na szczęście w naszym społeczeństwie działają pewne mechanizmy zabezpieczające. One nie są łatwe do opisania, ale można próbować. Ponieważ w Polsce nie istnieją żadne realnie państwowotwórcze struktury, a jedynie takie, które korzystając z parawanu z takim napisem, robią jakieś prywatne interesy, niemożliwe jest przeprowadzenie jakiejkolwiek operacji firmowanej przez państwo, która zakończy się sukcesem. Niemożliwe, bo buty wszystkich ułanów szykujących się do wielkiej szarży są powiązane sznurówkami i przy pierwszym gwałtownym ruchu wszyscy oni walą się na ziemię. Tworzy się plątanina ciał końskich i ludzkich, z której ktoś tam usiłuje się wygrzebać. Świadomi tego dowódcy preferują więc działania zakulisowe. One polegają zawsze na tym samym – na znalezieniu ludzi, którzy szczerze i bez żadnych zobowiązań, zmarnują swoją energię na ustawianie z powrotem w szeregu tych poprzewracanych i na nawoływanie ich do kolejnej, tym razem już na pewno udanej szarży. Odejdźmy jednak o tych metafor a la Wałęsa i pogadajmy o konkretach.

Pamiętam swoją wizytę w redakcji Gazety Polskiej, a było to niedługo po Smoleńsku. Ludzie, którzy tam siedzieli patrzyli na mnie wilkiem, jak na kogoś, kto przyszedł im odebrać chleb. Oczywiście, tacy jak ja mogli wspierać słuszną sprawę, gdzieś hen, w szerokich przestrzeniach internetu, ale od miejsc pracy i budżetów powinni się trzymać z daleka. Ja nie miałem zamiaru tam pracować, to jasne, ale jeden z kolegów, uparł się, bym jednak tam poszedł. Nie miałem bowiem w tym czasie innego zajęcia, a miałem małe dzieci. Na szczęście nic z tego nie wyszło.

Wiele jednak osób zaangażowało się szczerze w różne inicjatywy lansowane przez ten periodyk, a niektóre z nich nawet potrafią się przyznać, że szczerze tego żałują. Chodzi o to, że każda struktura w Polsce ma charakter wampiryczny i przetrwalnikowy. Potrafi bardzo długo zachować swoje funkcje leżąc bez ruchu przykryta mułem, a ożywia się dopiero wtedy kiedy jakiś frajer na nią nadepnie. Wtedy macki tego dziwnego organizmu zaczynają wysysać jego energię. On zaś, jak istota ukąszona przez jadowitego stwora z innej planety, będzie odczuwał wyłącznie euforię, która nie pozwoli mu zrozumieć, że jest w pułapce. Wszystko to za sprawą związków chemicznych wpompowanych do jego organizmu przez to ukryte pod mułem coś. Kiedy ofiara zorientuje się, że dzieje się coś złego, potrafi się wyzwolić i uciec, ale trauma po tej przygodzie jest nie do zaleczenia. Myślę, że coś takiego było udziałem Grzegorza Brauna. Nagle zorientował się on, że jego energia i pomysły idą, jak to się mówi, niczym krew w piach. Pod warstwą piachu zaś znajduje się coś, co żywi się tą energią. Kiedy uświadomił sobie co się dzieje zmienił nieco przekaz, by wyzwolić się z pułapki. Takich przypadków, tyle, że mniej widowiskowych i mniej spektakularnych, jest całe mnóstwo.

Omówmy teraz rodzaje przynęt jakie kosmiczny stwór stosuje, by przywabić swoje ofiary. Jedną z nich jest opowiadanie o niezwykłych umiejętnościach ludzi, takich jak Jerzy Targalski, o czytaniu pisma klinowego i węzełkowego, o tym, że można się nauczyć rumuńskiego podczas dwóch wizyt w Mołdawii i poznać historię tego kraju czytając teksty w oryginale. Tak, jakby nie można było ich poznać czytając je po angielsku. Mam nadzieje, że mnie rozumiecie. Pułapką jest pewien rodzaj intelektualnego wyrafinowania, wręcz smakoszostwa. Ono w ludziach przytomnych wzbudza jedynie drwinę i politowanie, ale mówimy o strukturze, która szuka źródeł energii, by się utrzymać przy życiu, a nie o tak zwanych zwykłych ludziach.

Pułapką są też wszystkie próby lansowania projektów wydawniczych, publicystycznych i filmowych w tak zwanych atrakcyjnych formatach. Można to nazwać tworzeniem legend. Mamy z tym do czynienia na co dzień i wiemy, jak to jest męczące, nieskuteczne i słabe. Nikt jednak z tych pomysłów nie rezygnuje, mają one bowiem charakter pułapki. I ciągle trafiają się biedacy, którzy w nie wpadają. Zakładanie takich pułapek jest koniecznością, by ukryta struktura mogła przetrwać. Jej istnienie, a zarazem słabość, manifestuje się w tym, że nie można ona wprost założyć nam kagańca na twarz, albowiem znikną źródła energii, którą się żywi. Może jednak zawłaszczać cudze pomysły i formaty oraz cały ten wielki obszar, na którym zdecydowaliśmy się funkcjonować. Cały obszar treści dotyczących polityki i historii naszego państwa. Rości sobie też ona prawo do decydowania kto jest, a kto nie jest dobrym Polakiem. To także jest pułapka i jej zastosowanie wynika wprost z tego, co opisałem wyżej – do organizmu musi być dostarczona energia w odpowiednich dawkach i stężeniu. Inaczej koniec. Czy to znaczy, że nie można sobie z tym poradzić? Można, ale trzeba zrezygnować z oczywistości, a także tych preparatów zawierających atrakcyjną treść, których zastosowanie narzuca się nam niejako samo. Nie pojedziemy na tym daleko. Dlatego właśnie, między innymi, wydawnictwo Klinika Języka wydaje takie książki jak Czerwiec polski i Handel wołami w Polsce. Tym ludzie opisywanego tu pokroju nie pożywią się nigdy, albowiem dla nich jest to intelektualna trucizna, coś, czego nie da się przekuć w komunikat typu – nauczy się pan rumuńskiego na jutro, a na pojutrze portugalskiego – bo ja już umiem.

Struktura, którą opisuję, zmierza, jak sądzę, od jakiegoś czasu, w tym kierunku, by w ogóle zlikwidować nośniki treści inne niż nagrania na YT i krótkie wypowiedzi w mediach elektronicznych. Mam na myśli głównie książki. Nie może mieć ona bowiem żadnego wpływu na relację pomiędzy czytelnikiem a książką i jej autorem. Nagrania zaś można formatować jak się chce i upraszczać w nieskończoność, tak by każdy już wiedział, co ma mówić i robić, by swoją energią nakarmić ukrytego w mule kosmicznego stwora.

Wszystko co napisałem jest oczywiście okropne, ale zrobiłem to na zimno, z premedytacją. Wśród powodów jest także i ten, że autor laurki na cześć Jerzego Targalskiego nosi takie samo, jak ja nazwisko. Mogłoby się zdarzyć, że ktoś by – nie daj Boże – nie odróżnił jednego z nas od drugiego. A tak już każdy będzie wiedział czym Gabriel Maciejewski różni się od Jakuba Maciejewskiego.

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 192021
 

Siedziałem sobie wczoraj przed telewizorem i z nudów przełączałem kanały. Trafiłem w końcu na serial, który nazywa się Kuchnia. W obsadzie są tam ci co zwykle, a najważniejsze miejsce zajmuje Karolak, który niebawem zamieni Beskid Niski w obszar podporządkowany oddziałowi żołnierzy wyklętych, którego będzie dowódcą. Wcale nie żartuję, posłuchajcie, co Karolak mówi prywatnie, o sprawach poważnych. No, ale dziś nie o tym. Obejrzałem kawałek tego serialu i okazało się, że najśmieszniejszym momentem, jest tam sytuacja, kiedy ktoś rezerwuje stolik dla swojego kolegi na nazwisko sławnego pisarza Zygmunta Miłoszewskiego. Powiem tak, nigdy nie mówię o sobie – pisarz. To znaczy nigdy nie mówiłem, dopóki się nie nawaliłem na ostatnim weselu. Bo to jest niedopuszczalne, no ale natura ludzka jest ułomna. Więcej tego nie zrobię. W serialu dla ludzi kochających seriale, zrobionym – słowo w słowo – na ruskiej licencji, ktoś wstawił Miłoszewskiego. Kto z widzów wciągających to przedstawienie, wie kim jest Miłoszewski? I gdzie tam jest coś śmiesznego? Drugim komediowym momentem w obejrzanym fragmencie był ten, ściągnięty z jakiegoś starego filmu z Michnikowskim, który wzięty zostaje w lokalu za inspektora sanitarnego, albowiem urządzeniem do mierzenia stężenia alkoholu, które posiadł przypadkiem, miesza wódkę w kieliszku. To samo było w serialu z Karolakiem. Oni myślą bowiem, wskazuję na scenarzystów i producentów, że ludzie nie pamiętają tych starych filmów, albo, że będą się śmiali jeszcze raz z tego samego. Nie to jednak jest przedmiotem dzisiejszej krytyki.

Wielokrotnie podkreślałem, że najważniejszą sprawą jest pozyskanie, utrzymanie i kontrolowanie kanałów dystrybucji. Jest to istotne w skali makro i w skali mikro. Kiedy na rynek polski wchodzi jakiś koncern, ma gwarantowaną dystrybucję, a jego produkty automatycznie znajdują się w sklepach i to wynika z umów o charakterze politycznym. Obecność bowiem Coca coli i Pepsi w Polsce to element polityki. Zawsze tak było. Problemem menedżerów jest tylko to, jak zwiększać sprzedaż kosztem innych produktów.

Treść dystrybuowana przez media, także jest elementem polityki, ale polityki środowisk, nie zorganizowanej polityki państwa. Mówimy o tym ciągle. To znaczy, chodzi o to, by wszystkie topowe tematy, topowe licencje i najważniejsze kanały dystrybucji obsiedli ludzie, którzy uważają, że dziedziczą do tego prawo. Nie dziedziczą, wszyscy o tym wiemy. Karolak nie jest żołnierzem wyklętym, to jasne. Nie jest istotne co dystrybuujemy i jaką to ma jakość, ważne, byśmy to czynili za pomocą najważniejszych kanałów, czyli telewizji. I ważne, by wypełnić wszystkie kluczowe miejsca w hierarchiach. Cóż to za hierarchie? Można by je nazwać wyobrażonymi. Bo co to jest za stanowisko – pisarz? Realnie to jest nikt, ktoś kto zarabia na pisaniu i sprzedawaniu książek, a to nie jest ani specjalna frajda, ani za duży zysk. No, ale żyjemy w takim systemie, który pisarza wyniósł wysoko i nie można tej funkcji tak po prostu zostawić. Można ją tylko przejąć, albo zdegradować. Kiedyś, dawno temu, napisałem, że kiedy postkomuna w Polsce zorientuje się, że ludzie nie chcą czytać produkowanych przez nią książek, zamknie rynek i ogłosi, że już czytania nie będzie. Moment ten właśnie się zbliża, a poznajemy to po tym, że nikomu nieznany pisarz Miłoszewski znalazł się w serialu, gdzie główną rolę gra Karolak. A stało się tak dlatego, by ludzie nie zapomnieli o Miłoszewskim, którego i tak mają w nosie.

To co napisałem jest elementem właściwej klasyfikacji zjawisk. Ale unieważnienie rynku książki widać także gdzie indziej. Oto Sumliński Wojciech, człowiek, który nie powinien nigdy w życiu napisać ani jednego zdania, został autorem serii książek niby to sensacyjnych. Nie mam zamiaru opisywać znanych wszystkim perypetii tego pana. Chodzi o to, że po początkowym sukcesie, który przyniosły tym produktom tytuły, bardzo sensacyjne w wymowie i całkowicie nie pokrywające się z treścią, całe przedsięwzięcie oklapło. Wynika to z faktu, że organizacja, która wystawiła Sumlińskiego, nie miała zamiaru kreować rynku, ale wycisnąć zeń ile się da, bez planu na to, co będzie dalej. No i teraz właśnie nadeszło owo „dalej”, a pan Wojtek porzucił pisanie i zabrał się za coś, co nazywa filmami dokumentalnymi, a co jest zwyczajną yutubową pogadanką dla ludożerki. Lepiej bowiem zlikwidować cały segment rynku, unieważnić autora, którego się wykreowało i zostawić tylko gołe komunikaty na nietrwałym nośniku, który dewaluuje się szybciej niż waluta w Zimbabwe niż zrobić coś naprawdę. Czy wyobrażacie sobie, że taką politykę wobec produktu prowadzi na polskim rynku na przykład PEPSI. CO?

No nie, to jasne. Wszystkie te inicjatywy, Karolak, Sumliński, licencje kupowane od Rosjan, polityka IPN inwestującego w gry nie będące grami, o czymś świadczy. My wiemy o czym – o beznadziejnej słabości polskiej polityki wewnętrznej. W zasadzie o braku tej polityki. To są wszystko komunikaty degradujące widza. On raz się przed nimi obroni, a raz nie. Jeśli nie ma nic innego, wciągnie i tę Kuchnię. Złudzeniem jednak jest wiara, że będzie zajadał pierniki zrobione z gówna. Przed tym frykasem ręka widza i czytelnika się cofnie. O czym przekonał się Sumliński.

Polityka propagandowa to szalenie ważna rzecz, ludziom zaś, których poczynania opisuje zdaje się, że skoro cały ciężar poczynań w obszarze soft power i w ogóle wychowania i wykształcenia Polaków, wzięły na siebie przedsiębiorstwa takie jak Netflix, to ludzie, którzy opanowali media państwowe i prywatne, muszą już tylko dbać, by wszystko było tak, jak dawniej. Przypomnijcie sobie Staszka Supłatowicza, który pod koniec życia, żeby utrzymać swoją pozycję jedynego polskiego Indianina, zaczął opowiadać, jak skalpował Niemców Górach Świętokrzyskich. Do tego zmierza cała ta machina, ale się tym nie przejmuje. Bo wszystko przecież zależy od sił, znacznie poważniejszych i nie ma się czym przejmować. Taki serial czy inny, taka książka czy śmaka, kogo to obejdzie?

Popatrzcie teraz co zrobił Łukaszenka, który ani nie czyta książek, ani nie ogląda seriali, nawet rosyjskich. Ogłosił 17 września dniem jedności narodowej i wygłaszając przemówienie do narodu, zrobił minę taką, która zastąpiła nie tysiąc, ale milion słów. Powiedział on nam wszystkim, że może już zrobić co chce, albowiem dostał wszelkie możliwe uwierzytelnienia. Od kogo? To nie jest pytanie do mnie, zapytajcie gwiazdy mediów głównego nurtu: Karolaka, Sumlińskiego, Bartosiaka. Dla prawdziwych geopolityków i wybitnych aktorów piszących prace magisterskie o Świętym Stanisławie, odpowiedź na to pytanie powinna być banalna. Łukaszenka od razu także wskazał na kierunek swojej polityki, to znaczy na Białystok i Wilno, które – według niego – są miastami rdzennie białoruskimi.

Co to jest Białoruś, trzeba zapytać w takim razie? Dla Łukaszenki jest to część Rosji, niesprawiedliwie zagarnięta przez Polaków. A dla Polaków? Znów powtórzę – zapytajcie Karolaka, Sumlińskiego i Bartosiaka, co to jest Białoruś dla Polaków? Niech skończą pieprzyć o wyklętych, o spisku żydowskim, o Rimmlandach i powiedzą wprost – co to jest Białoruś?

Większość z nas wie, co to jest Białoruś. To jest pomysł Edwarda Woyniłłowicza i rodziny Skirmuntów na ocalenie polskiej własności nieruchomej w ramach porządku, który ustalono po I wojnie światowej. Ramy te, dla terenów wschodniej Polski, wymyślił Piłsudski, i uporczywie się ich trzymał. Mam na myśli koncepcję federalistyczną. To był błąd bardzo poważny, bo stworzona przez Polaków Białoruś, została w wymiarze propagandowym przejęta przez komunistów i dziś jest wykorzystywana przeciwko nam. I będzie utrzymywana naszym kosztem, co dwa dni temu powiedział wyraźnie Łukaszenka, a czego nie skomentował żaden polski polityk. Dlaczego nie skomentował? Bo polscy politycy komentują tylko te wydarzenia, które rozumieją, które mogą im podnieść słupki oglądalności i które wskażą im politycy mocarstw sojuszniczych. Oni z kolei zaś ni cholery nie kumają z tej Białorusi i myślą o niej tak, jak o każdym normalnym państwie. Czy Polska ma jakieś narzędzia, by wskazać Łukaszence skąd się wzięła Białoruś? Oczywiście, mamy wydane przez Klinikę Języka dwa tomy wspomnień Edwarda Woyniłłowicza. Dlaczego się o nich nie dyskutuje? Albowiem wydawnictwo Klinika Języka nie ma nic wspólnego z ludźmi roszczącymi sobie prawda do kontroli głównych kanałów dystrybucji. A skoro nie ma, nie może mieć pretensji, że nikt nie mówi o tym Woyniłłowiczu. Po co? Wszystko i tak załatwią Amerykanie i telewizja Biełsat. Popatrzcie raz jeszcze jak uśmiecha się Łukaszenka i jaki jest zadowolony, kiedy mówi – dlaczego nie obroniliście Brześcia i Grodna w 1939 roku? Co może mu odpowiedzieć na takie pytanie Agnieszka Romaszewska Guzy?

Bardzo proszę, by nikt nie bronił w komentarzach Łukaszenki i nie pisał, że ma on jakieś propolskie ciągoty, bo systemu obrony przeciwrakietowej na Białorusi nazywają się Polonez. A także o tym jakie świetne drogi są na Białorusi, bo wystawia sam sobie świadectwo. Ja zaś nie będę tu takich wpisów tolerował.

Postawmy teraz rzecz całą na gruncie polityki regionalnej? Co ma większą wartość w tej polityce – deklaracje Łukaszenki dotyczące 17 września i roszczeń terytorialnych wobec Polski czy patriotyczne produkty IPN? Co ma większą wartość wychowawczą i edukacyjną dla Polaków, Białorusinów, Litwinów, mieszkających na ziemiach byłej już niestety Rzeczpospolitej – deklaracje Łukaszenki czy wystąpienia Sumlińskiego i działania IPN? Ludziom kontrolującym w Polsce dystrybucję treści wydaje się, że najważniejsze jest, żeby widzowie oglądali serial Kuchnia. I nic poza tym, albowiem i tak nic nie rozumieją. No popatrzcie, a Łukaszenka nie zakupił licencji tego serialu, za to ma inne, ciekawsze pomysły na jednoczenie ludzi wokół emisji treści promujących białroruskość. Obojętnie co wyraz ten by dla niego nie oznaczał. Człowiek ten bowiem pokłada głęboką wiarę w swój lud, który uwierzy raczej jemu niż wszystkim programom w telewizji Biełsat.

Czy stan ten można zmienić? Czy można odsunąć tę czeredę małp od kanałów dystrybucji treści? Myślę, że w niewielkim stopniu tak. I ja na pewno spróbuję to zrobić. Być może już niebawem. Nie mam bowiem wyjścia. Jeśli czegoś nie wymyślę, pozostanie mi tylko picie i tłumaczenie ludziom, że jestem pisarzem. To zaś jest gorsze niż występy Sumlińskiego. Czekajmy więc spokojnie i z nadzieją w sercu na dwa planowane od jakiegoś czasu przedsięwzięcia. Nawet jeśli się nie spełnią, posiądziemy dzięki nim bezcenną wiedzę na temat otaczającego nas świata.

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 182021
 

Wczoraj przez cały dzień różne osoby podsyłały mi nagrania, gdzie biskup Ryś zamienia koncert, na którym bawi się trochę znudzonej młodzieży w mszę świętą. Nie pisałbym o tym, ale podsyłano mi także nagranie, które można było obejrzeć także w telewizji, gdzie widać człowieka profanującego krzyż i bijącego księdza na schodach kościoła. Człowiek ten miał wypikslowaną twarz. Zastanawiam się dlaczego? Dlaczego ktoś chroni tego śmiecia i nie pozwala na to, by mieszkańcy miejscowości, w której on żyje mogli poddać go ostracyzmowi?

Ktoś oczywiście powie, że takie jest prawo, nie można ujawniać bez zgody czyichś danych i wyglądu. No, ale ten facet łamie prawo, zachowuje się skandalicznie, a ujawnienie jego twarzy to jest czyn zwany o znikomej szkodliwości społecznej, jak to się zwykło mawiać. Ludzie zaś, którzy powiedzieliby mu kilka słów od serca spotykając go na ulicy, mieliby trochę satysfakcji i poczucia sprawiedliwości. Nazwisko pobitego księdza znają wszyscy miejscowi, a jak ktoś chce je poznać, łatwo odnajdzie je w sieci. Nazwisko profana i jego twarz pozostają tajemnicą. Wydarzenie to, a także postawa biskupa Rysia skłoniły mnie do takiego oto wyjaśnienia sytuacji, w jakiej znajdują się wierni Kościoła Powszechnego dzisiaj: ich kapłani są towarem. Tym towarem handluje się w mediach, a sprzedawcami są co sprytniejsi i bezwzględniejsi biskupi, intuicyjnie wyczuwający skąd wiatr wieje. Bo przecież żaden z nich nie wyciągnie z okoliczności, które go otaczają wniosku takiego, jak ten mój. Sprzedawcami księży są też dziennikarze mediów katolickich, a także nierzadko sami księża, którzy proponują swoje usługi różnym siłom wygłaszając jakieś kwestie przed kamerą. Nie zamierzam tu załamywać rąk, wieszczyć końca Kościoła i martwić się o to, co się stanie z nami. Chcę opisać ten dziwny stan, w jakim się znaleźliśmy w miarę precyzyjnie, tak by opis pokrywał się z faktami. Księża są na sprzedaż. To jest założenie podstawowe. Media i oświeceni biskupi spędzają ich na plac, gdzie odbywa się handel i wykrzykując różne hasła domagają się, od kapłanów odzewu. Ten musi mieć odpowiednią moc i natężenie, a także przenosić treści, które pozwolą księdzu na znalezienie się w grupie tych, którzy nie zostaną sprzedani i przeznaczeni na medialną rozwałkę. Do emitowania właściwych komunikatów zachęcają księży biskupi, tacy jak biskup Ryś, który – co było do okazania wczoraj – kazał się nazywać ziomkiem od słowa. Nie wiadomo co w takim wypadku powiedzieć. Jak ocenić zagranie tak prymitywne? Może opowiem taką historię. Jedna z moich kuzynek jest zakonnicą, jest starsza ode mnie i uczy religii małe dzieci, w niewielkim miasteczku. Dawno, dawno temu, kiedy ja byłem zbuntowaną młodzieżą, a ona była zwykłą, pochodzącą ze wsi zakonnicą, podróżującą po świecie, rozmawialiśmy o różnych sprawach. Między innymi o tym, jak powinno się formułować komunikaty płynące z ust osób duchownych lub prowadzących życie konsekrowane do młodzieży. Rozmawialiśmy o tym w latach osiemdziesiątych, ale ja tę rozmowę dokładnie pamiętam. Zgodziliśmy się, że najgorsze co może zrobić ksiądz, albo zakonnica, to zniżać się do poziomu młodych ludzi. To nie jest jakiś szczególnie głęboki wniosek, ale ja miałem wtedy ze trzynaście lat i wydawał mi się on niezwykle odkrywczy. Minęło prawie pół wieku i mamy występy biskupa Rysia, który zachowuje się tak, jakby się objadł blekotu. W niezgodzie z zasadami, które rozumieją i czytają wszyscy. Moim zdaniem jest to efektem jakiegoś przymusu. Biskup Ryś i inni biskupi, być może także papież są w sytuacji przymusowej, z której nie widzą wyjścia. Dlatego zachowują się w taki sposób, który wywołuje u myślącej części wiernych jakaś niewesołą refleksję, a u myślącej młodzieży wywołuje przemożne pragnienie ucieczki z Kościoła. To jest element tresury stanu kapłańskiego. Biskup Ryś podsuwa marchewkę, która jest z plastiku niestety, ale tego jeszcze nikt nie wie i każe mówić do siebie – hej ziom. Terlikowski zaś wywija drucianą nahajką i szykuje się, wraz z Hołownią, do naprawdę poważnych czystek w Kościele i objęcia tam, w czyimś imieniu, rzeczywistej władzy. Jest mi trudno, jako człowiekowi ułomnemu duchowo, kłótliwemu, konfliktowemu i wielokrotnie gubiącemu właściwą drogę pisać takie słowa, ale z drugiej strony myślę, że nikt inny ich nie napisze. Na fejsie znów włączyły mi się religijne pogadanki. Jakaś młoda pani opowiada o tym, że serce człowieka może się stopić w zetknięciu z cierpieniem innych, dlatego ważnym doświadczeniem jest wolontariat. Zapewne. Mnie już wiele lat temu, pewna koleżanka tłumaczyła jak pięknym doświadczeniem jest wolontariat i pomoc osobom niepełnosprawnym i głęboko upośledzonym. I ja sobie tę rozmowę zapamiętałem tak samo, jak tę wcześniejszą, z moją kuzynką zakonnicą. Spotkałem bowiem tę koleżankę dużo później, kiedy była już żoną i matką. Powiedziała mi, że nie ma zamiaru rodzić więcej niż jednego dziecka, bo ten porób i wszystko z nim związane jest tak okropne, że brak słów. Tego, które urodziła nie karmiła piersią, albowiem wywoływało to u niej obrzydzenie. Można by tu jeszcze dorzucić kilka historii o ludziach, którzy współczują psom ze schronisk i traktują bliźnich gorzej niż pracownicy schroniska te psy. No, ale dajmy już spokój. Konkluzja tego wywodu jest taka, że właściwą drogę trudno jest rozpoznać. Naprawdę trudno jest rozpoznać, a nie na niby, jak to się wydaje osobom wygłaszającym te pełne współczucia pogadanki. Pułapki bowiem są wszędzie, w ich rozpoznaniu nie pomaga już nawet przypowieść o uchu igielnym i wielbłądzie. Ilość bodźców i komunikatów, jakie kieruje ku nam świat zwiększyła się bowiem o jakieś pięć tysięcy procent w porównaniu z czasami opisywanymi w Ewangeliach. Trudno jest także znaleźć przewodnika, który wskaże drogę właściwą, przyczyna zaś tego stanu jest taka, jak wskazałem w tytule – wszyscy przewodnicy stali się towarem. Ich myśli zaś i postawy są kształtowane przez popyt i podaż, te zaś z kolei kreują media we współpracy z niektórymi hierarchami. Dla pogubionego człowieka nie ma w tym miejsca. No chyba, że jakaś konkurencyjna organizacja poda mu rękę i doceni jego postawę. To się często zdarza. Tym częściej i głośniej słuchać komunikat, że księża są zajęci, zapracowani i jest ich za mało. Jakoś tych protestantów zawsze jest tylu ilu trzeba. Myślę, że księży nie jest za mało, ale gospodarują oni swoim czasem w sposób, który zniechęca do Kościoła ludzi młodych. Przykładem na to jest właśnie biskup Ryś. Kogo dziś stać, na stracenie tylu cennych minut, by przemawiać do gromadki znudzonej młodzieży?

Tytułem podsumowania powtórzę to, o czym wspomniałem wczoraj – nie chodzi o to, by rozmieniać się na drobne i poświęcać swój czas każdej pogubionej owcy z osobna. Chodzi o metodę. Tak którą stosuje biskup Ryś jest zła i prowadzi do katastrofy. Przypomnijcie sobie tych niemieckich wytwórców zabawek z Turyngii, który toczyli obręcz, nie kojarzącą się nikomu z niczym, a kiedy pokroili ją na kawałki okazywało się, że zamieniła się ona w dwadzieścia miniaturowych lwów.

Gdzieś na drodze pomiędzy tą obręczą, a lwami znajdują się pycha i lenistwo. Czyli pani „Moje serce stopi się w zetknięciu z cierpieniem” i pan „Nie mam czasu, muszę sprawdzać zeszyty od religii IV b”. Wytoczenie obręczy zajmowało tym ludziom naprawdę niewiele czasu.

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 172021
 

Dalej choruję, niestety. To chyba wariant delta jednak. Całe szczęście ogłosili, że niebawem będzie nowa szczepionka, która wykosi wszystkie mutacje wirusa. Wiadomość ta jednak nie ukazała się na hot spocie, ale gdzieś poniżej, w okolicach komunikatów o ciążach piosenkarek. Może więc nie należy się do niej za bardzo przywiązywać? Sam nie wiem.

Jakiś czas temu dostałem list od asystenta dyrektora TVP Kultura, Mateusza Matyszkowicza, w którym zawarta była prośba o dwa egzemplarze recenzenckie książki o Stanisławie Poniatowskim. To jest doprawdy niezwykłe, kiedy państwowa instytucja, która ma wspierać kulturę i wskazywać na wartościowe w niej zjawiska, prosi o darmowe egzemplarze małego wydawcę, nie pobierającego żadnych dotacji od państwa. Niby co miałbym zyskać na wysłaniu im tych egzemplarzy? Sławę? Pieniądze? Prestiż? Odpisałem dziś, że nie wysyłamy egzemplarzy recenzenckich, albowiem recenzje nie mają wpływu na sprzedaż. To jest prawda, a fakt ów powiązany jest ściśle z dotowaniem wydawnictw. Nie widzę więc żadnego powodu, by komukolwiek dawać coś za darmo, szczególnie zaś dyrektorowi TVP Kultura prowadzącemu program Chuligan literacki. Poza tym, jasne jest, że jako wydawca, którego nie ma w żadnym rozdzielniku i kluczu, narażony jestem na recenzje nieprzychylne. A te choć, nie będą miały wpływu na sprzedaż, sprawią mi przykrość. Czego, na przykład, nigdy nie doświadczy Cherezińska. Ona bowiem jest tą osobą, która została wytypowana do rozmiękczania tematów historycznych i ma wszelkie możliwe certyfikaty gwarantujące jej bezpieczeństwo i spokój.

Jeśli więc ktoś chce ode mnie jakąś książkę i ma zamiar ją recenzować, musi za to zapłacić. TVP Kultura ma pieniądze, zatrudnione tam osoby zarabiają dobrze, więc nic się nie stanie, jak wydadzą parę złotych na tego Poniatowskiego. Jeśli im oczywiście zależy, bo jeśli nie, to przymusu przecież nie ma.

Tyle o skuteczności. Teraz o tym drugim. Nie wiem, jak to się dzieje, ale kiedy włączam emitowane na fejsie filmy, wyświetlają mi się od jakiegoś czasu pogadanki na tematy religijne. A to siostra Michaela Pawlik, a to ksiądz Mieczysław Piotrowski, a to wreszcie ten profesor, który coś tam opowiadał o współżyciu i zrobiła się z tego afera nakręcona przez feministki. Zacząłem słuchać tych wystąpień, a nigdy wcześniej tego nie czyniłem, i trochę się zdziwiłem. Oto ksiądz Piotrowski powiedział, że Pan Jezus ukazując się Rozalii Celakównie, wskazał iż największym grzechem, jaki popełnia człowiek, gorszym niż morderstwo, nawet niewinnego dziecka w łonie matki, jest nieczystość. Ja rozumiem, że to jest pojęcie bardzo szerokie, rozumiem też, że wystąpienie księdza, a także wspomnianego wyżej profesora, który opowiada wyłącznie o takich sprawach, mają aspekt wychowawczy. Mam też jednak świadomość, że jeśli chodzi o tę całą nieczystość, spora część wspólnoty katolickiej niestety upadła bardzo nisko, zanim zdążyła wstąpić w związek małżeński. Ta część będzie duża, także wtedy, kiedy odejmiemy od niej małżeństwa żyjące bez sakramentu i tak zwane wolne związki. Zastanawiam się więc, niech mi obecni tu kapłani wybaczą, jaki jest sens emitowania tych pogadanek akurat na fejsie, pomiędzy półpornograficznymi filmami, walką ruskich piechurów z niemieckimi czołgami, Chińczykami co zabijają potwory i kosmitami atakującymi ziemię? Nie kwestionuję ich wychowawczej roli, bo to nie jest moja sprawa. Mogę co najwyżej stwierdzić, że wobec tak twardego stanowiska, łatwość z jaką uzyskuje się rozgrzeszenie z postępki gorsze niż zabicie nienarodzonego dziecka w łonie matki, nieco dziwi.

No, ale zakładam też, że mogę czegoś nie rozumieć, albowiem wielu rzeczy po prostu nie pojmuję. Nie działają na mnie też opisywane tu wystąpienia, ani ich klimat, ani ich treść, ani wsakzywane tam przykłady Bożej interwencji, nie robią na mnie wrażenia. Przepraszam jeśli kogoś uraziłem. Przypominają mi one bowiem literaturę protestancką, dawno, dawno temu wysyłaną w grubych pakietach, bardzo pogubionej młodzieży. Nie pisałbym o tym, bo i po co, ale umieszczenie tych wystąpień w takim środowisku jak fejsbuk, otwiera, jak mniemam, drogę do dyskusji i krytyki. Zmniejsza też dramatycznie skuteczność tych wystąpień. Choć zapewne ludziom, którzy zdecydowali o ich emisji wydaje się, że jest odwrotnie, albowiem mają wrażenie, że oto owce weszły między wilki. To nieprawda. Taka sama, jak to, że Terlikowski jest prześladowanym chrześcijaninem.

Wyłączam z tego siostrę Michaelę Pawlik, bo ona mówi akurat ciekawie, przekonująco i opiera się na własnych, bardzo ciężkich, ale niezwykle przy tym inspirujących doświadczeniach. To akurat do mnie przemawia. Nie będę pisał i tłumaczył duchownym, co mają robić, bo oni to wiedzą lepiej ode mnie. Ktoś jednak zwrócił tu wczoraj uwagę na to w jaki sposób rozmiękczany jest Kościół. To są sprawy poważne, a ich mechanika zasługuje na poważny opis. Ja go tu nie przedstawię, bo nie mam kompetencji. Chcę zwrócić uwagę tylko na pewne aspekty. Wychowawcy, szczególnie wychowawcy młodzieży, wpadają w pewną prostą pułapkę. Zaczynają wierzyć w swój charyzmat. To jest ciężki błąd i łatwizna. Wynika ona zaś z tego, że młodzież potrafi bardzo wiarygodnie udawać, że słucha i że jej na czymś zależy. A także wynika ten fakt z przekonania, że temat i sposób jego poruszania, czyli demonstrowane głosem i gestem przejęcie, podnosi znaczenie przemawiającego. Moim zdaniem nie podnosi, a znacznie obniża. Jeśli cały w zasadzie przekaz jaki emituje Kościół w sieci dotyczy młodzieży i zachowania przez nią czystości przed ślubem, co ważniejsze jest nawet niż kwestie aborcyjne, to jest to moim zdaniem wyraz ograniczenia wpływów Kościoła, a nie ich poszerzenia. Może się mylę, ale tak właśnie myślę. Jeśli dodatkowo emisja tych komunikatów sprzęgnięta jest z jakąś niewyszukaną rozrywką, czysto mechanicznie w dodatku, to trzeba się zastanowić, czy nie jest to działanie celowe, podkreślające walor tej niewyszukanej rozrywki. Moim zdaniem tak właśnie jest, a im głębszym głosem przemawia wspomniany wyżej profesor, domagając się, by młodzi mężczyźni nie oglądali się za dziewczynami na ulicy, tym ów efekt się powiększa.

Do tego dochodzi coraz głębsze przekonanie wielu ludzi, że żaden duchowny, nie posiada innych kompetencji niż te dotyczące życia w czystości i grzechów nieczystości. Tylko o tym bowiem ciągle słyszymy. Może jestem po prostu stary i coraz mniej rozumiem, ale będę wdzięczny jeśli ktoś mi to wytłumaczy. A także rozważy, jaki sens wobec nachalnej i coraz mniej skutecznej, coraz bardziej wulgarnej przy tym, obecnej wszędzie pornografii, nużącej i zniechęcającej, mają wykłady, podkreślające jej znaczenie w rozwoju duchowym człowieka? Znaczenie rozumiane negatywnie, ale jednak znaczenie.

Czy ja chcę powiedzieć, że nie ma w ogóle osób żyjących w czystości? Oczywiście, że są. Ja mam jednak z niektórymi z nich bardzo marne doświadczenia, a także wiem, jak zwodnicza i uwodzicielska potrafi być ich postawa. Oto jakiś czas temu kolega Valser, który myśli poważnie o podejmowanych przez siebie inicjatywach, zaprotegował nam swojego znajomego, który był przykładem pobożnego i chrześcijańskiego życia. Miał ów człowiek, wspomóc nas w projektowaniu logo, na którąś edycję targów bytomskich. Zagłębiony był on w treści religijne i studiował jakieś poważne bardzo rzeczy. Takie, do których my, ciężcy grzesznicy, nie moglibyśmy się nawet zbliżyć. Valser był bardzo do niego przekonany, a uskrzydlała go wiara. Ja byłem trochę mniej przekonany, ale nic nie mówiłem, albowiem wiem, że przekonać może jedynie przykładem, nigdy słowem. O mało nie doszło do katastrofy i pamiętam jak dziś, że siedzieliśmy z Valserem w lokalu, tu w Grodzisku, usiłując wymyślić to logo. Z opresji wybawił nas Tomek Bereźnicki, który zbiór luźnych sugestii, będących owocem naszych przemyśleń, zamienił w piękny bardzo obrazek. Nie wiem, jak tam było z Tomkiem i jego czystością przedmałżeńską i nie będę tego dociekał, potrafił on jednak zrozumieć o co chodzi i nadać właściwy kształt myślom. Czego w żaden sposób nie mógł uczynić ów wspomniany wcześniej pan. Mimo tego iż żył przykładnie, studiował pisma ojców Kościoła i wiedział o sprawach, które nam się nie śniły nawet. Ktoś powie, że niepotrzebnie mieszam te rzeczy. Otóż potrzebnie, bo należy się zastanowić – tak sądzę – jaką treścią wypełni się życie ludzkie, kiedy sprawy płci zejdą na plan nieco dalszy. I co w tej kwestii ma dziś do powiedzenia Kościół. Mam wrażenie, być może mylne, że nic.

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 162021
 

Wszyscy dobrze wiemy, co to znaczy, kiedy jakaś organizacja zapowiada potrzebę zmian na świecie w celu uszczęśliwienia ludzkości. Jeśli ktoś nie pamięta, przypominam. Oznacza to masowe mordy, budowę obozów koncentracyjnych, cywilizacyjną zapaść, brak papieru toaletowego i pracę ponad siły bez wynagrodzenia.

Oto właśnie, całkiem niedawno zakończyła się impreza o nazwie Igrzyska wolności, gdzie różni mędrcy zastanawiali się, jak tu jeszcze bardziej uszczęśliwić ludzkość. Ponieważ tak zwani nasi, czyli wszyscy zdeklarowani i bojowi miłośnicy wolności, zajęci byli zwalczaniem ministra zdrowia i jego pupila covida, nikt o tym nie wspomniał. Ja też bym nie wspomniał, gdybym wczoraj nie dostał kilku linków, które – sami popatrzcie – robią wielkie wrażenie.

Oto link reklamujący samo wydarzenie.

https://igrzyskawolnosci.pl/

Proszę zwrócić uwagę na to ilu słuchaczy zgromadziły te igrzyska. Nawet jeśli byłoby ich tylko połowę, należałoby włączyć wszystkie alarmowe dzwonki i zawołać, jak niegdyś Kwaśniewski – wszystkie ręce na pokład. Nic takiego nie nastąpiło, albowiem prawica, zajęta była polemikami z ministrem, a także nagrywaniem konferencji prasowych adresowanych do nikogo i popisywaniem się umiejętnością procedowania nic nie znaczących postanowień, na jakichś wewnątrzorganizacyjnych zebraniach. A tam było prawie tyle osób co w czasie pielgrzymek papieskich. I co? Nikt nie zaczął się zastanawiać, jak tu zorganizować podobną imprezę, ale z odwróconym wektorem? A to przecież nie są pierwsze, ani nie ostatnie Igrzyska wolności.

Teraz link do strony prezentującej główną gwiazdę tegorocznej edycji

https://www.weforum.org/people/yuval-noah-harari

Jak widzimy, pan ten zajmuje się odgrzewaniem kotletów. Tak to trzeba nazwać, ale młodzież zgromadzona wokół tych całych igrzysk tego nie wie, albowiem nie pamięta takich nazwisk jak Alvin Toffler. Można wymieniać także inne, ale ja pamiętam akurat to. Zajmuje się nasz bohater udowadnianiem, że wszyscy jesteśmy zwierzętami, a w historii nie ma sprawiedliwości. Najlepiej więc będzie – do tego prowadzi jego rozumowanie – by każdy pogodził się ze swoim losem i nie podskakiwał. A jaki to będzie los? To już się ustali w trakcie obrad na kolejnych, niejawnych panelach, w czasie następnych igrzysk wolności. Widzimy, że to jest nędza, w dodatku powtarzalna, ale mająca wielkie wsparcie. Stoi za tym gównem Soros, ale także wielkie uniwersytety, a pan Harari, odwiedza w różnych porach takich polityków jak Macron i Makrela. To oczywiście nie musi być prawda, ale nie ma to znaczenia, bo chodzi wszak o to, by zrobić wrażenie na młodzieży.

Pan Harari, a za nim wszyscy inni uczestnicy tej hucpy, czyli Kwaśniewski, Trzaskowski, Gretkowska i Hołownia, domagają się zmiany paradygmatu w myśleniu o historii. To jest interesujące, a ja postaram się teraz wyłożyć na czym polega mechanizm tej pułapki. Ponieważ, wobec gwałtownego rozwoju technologii, a także ujawnienia się w związku z jej rozprzestrzenieniem, wielu indywidualnych, a wcześniej nie bardzo widocznych talentów, ludzie z organizacji, które finansują Igrzyska Wolności, zaczęli tracić wpływy w wielu obszarach. Nie mówię, że akurat w Polsce, bo tu ich pozycja, o czym za chwilę opowiem, wydaje się niezagrożona. No, ale powszechny dostęp do informacji, łatwość pozyskiwania nowych technologii i wrodzone – a tam wrodzone, dane od Boga talenty – niwelują sztuczne, plemienne i organizacyjne podziały, które firmują autorytety z Igrzysk Wolności. Ich pozycja słabnie, a uwaga nowych pokoleń skierowana jest w jakieś inne miejsca. Należy ją więc skoncentrować, na problemach, które lansuje pan Harari. To bowiem, w dłuższej perspektywie doprowadzi do degradacji tych pokoleń i całkowitego ich uzależnienia od takich cwaniaków, jak ci, co płacą panu Harari. Z faktu, że w tym przedsięwzięciu biorą udział, na naszym gruncie, alkoholik, nimfomanka i przygłup, płyną bardzo jasne wnioski. Niestety nie ma komu przypominać, że to są właśnie tacy ludzie, a przez to, że oni tacy są, cała impreza traci na znaczeniu i staje się lokalnym występem objazdowego cyrku, gdzie faceci przebrani za małpy tłumaczą dzieciom iż nie mają one duszy.

Czy ja lekceważę tę imprezę i stojące za nią organizacje? Oczywiście, że nie. Ja traktuję to bardzo serio, ale sam nic nie mogę zrobić. Mogę się tylko pośmiać, co też czynię. Mając pod nosem taki wykwit, wszystkie siły prawicy, powinny walić w to jak w bęben. Niestety one są zajęte wołaniem – keczup, keczup i udawaniem, że mają władzę, od której coś zależy. Grzegorz Braun zaś odbiera telefony w sposób tak profesjonalny i tak dojrzale przemawia do słuchawki, że co niektóre jego wielbicielki pewnie mdleją za każdym razem, jak puszczają sobie to nagranie. Janek Pospieszalski zawoła za chwilę – Hej kto Polak na bagnety. Terlikowski zaś rozpoczął właśnie swoją krucjatę przeciwko pedofilii w Kościele, co czyni – jak mniemam – za pieniądze tych samych organizacji, które będą udowadniać iśmy są zwierzęta i nie mamy co liczyć na sprawiedliwość, szczególnie historyczną. Patrząc na to wszystko zrobiłem wczoraj rzecz, której nie czyniłem do wielu, wielu lat. Włączyłem sobie pogadankę Witolda Gadowskiego. To niezwykłe, jak bardzo może być naiwny człowiek lansujący się na starego wyjadacza, takiego w dodatku, co to był w samym piekle i wykłócał się z diabłem o swoją duszę. Powiedział mianowicie pan Witold, że w Polsce jest mnóstwo organizacji wolnościowych, tworzonych oddolnie, które mają ogromny potencjał, niestety są one podzielone, każda ma swojego lidera, a do tego jeszcze jest masa liderów-indywidualistów, którzy na własną rękę domagają się wolności. I jakby to wszystko tak skupić w jednym ręku, nadać temu pęd i siłę, to by dopiero była w Polszcze wolność, że hej. Nie wiem doprawdy co powiedzieć, bo wielu ludzi patrzy w tego Witolda jak w obrazek i uważa, że emituje ona same ważne i poważne komunikaty. Może więc rzeknę tak – organizacje oddolne propagujące wolność, ekonomiczną, duchową i intelektualną, tworzone są z inspiracji tych samych istot, które filmują igrzyska wolności. One są tanie w utrzymaniu albo wręcz darmowe. Wystarczy wmówić jednemu czy drugiemu durniowi, że jest liderem i że przez działania oddolne trafi do wielkiej polityki. Jeśli on się połapie, że coś jest nie tak, dokłada mu się drugiego lidera, który robi frondę i mamy już dwie organizacje wolnościowe w Pcimiu. Jeśli zaś próbują się one ze sobą porozumieć, na rynku staje trzeci lider-indywidualista, który ma program tak radykalny, że tamtych dwóch wyrywa on po prostu z butów. To jest mechanizm ćwiczony w Polsce od czasów Pomarańczowej alternatywy. Nie wiem więc czy Witold Gadowski demonstruje naiwność czy przeskalowane cwaniactwo, wypowiadając takie kwestie. Celem wszystkich organizacji wolnościowych w Polsce, a także wolnościowców-indywidualistów, jest demonstrowanie, że potrafią oni rozprawiać poważnie na poważne tematy. No i mają wpojoną tę wizję polityki, która każe im cytować ustawy i polemizować z władzą na ich temat. Tamci nie cytują ustaw, mówią, że wszyscy jesteśmy zwierzętami, a sprawiedliwości nie ma. W dodatku na ich działalność przeznaczane są prawdziwe pieniądze, a wolnościowcy odliczają groszaki, żeby im starczyło na bilet z Pcimia do Krakowa, bo muszą jechać busikiem.

Na koniec słów kilka o zmianie paradygmatu. Założyłem wczoraj konto na patronite, nie czuję się dobrze i zajęło mi to masę czasu, teraz czekam na akceptację. Ma być za trzy dni, ale zobaczymy, czy w ogóle będzie. Obejrzałem ten portal i nieco się zdziwiłem. Wszyscy, wliczając w to Orłosia i Jaruzelską, poszukują sponsorów. To jest niezwykłe. Na co im są ci sponsorzy? Żeby mogli nagrywać swoje pogadanki. To jest główny produkt wspierany przez patronite. Czy ten produkt zmienia jakiś paradygmat? Nie. On służy temu jedynie, by definiować przegranych. To jest ulubiony produkt całej prawicy, która uważa, że wystarczy wygłosić z odpowiednią intonacją jakieś kwestie i już – sprawa jest załatwiona. Wszak niczego więcej widz nie oczekuje. Dziś nie, ale nie wiadomo co będzie jutro. Bo jeśli program igrzysk wolności zostanie zrealizowany, to wszyscy staniemy się zwierzętami. I na co komu te pogadanki? Jeśli zaś zwycięży Pan Bóg w Trójcy jedyny, który ześle tu swoje zastępy i pogromi zło, wrócimy znów do studiowania starych, dobrych książek. I pogadanki także nie będą potrzebne.

Trochę żartuję, a trochę nie. Sam nie rozpocznę zbiórki na pogadanki, ale na zmianę jednego, małego paradygmatu. Żeby pokazać, jak to się robi. Nawet jeśli nikogo to nie obejdzie, bo wszyscy będą akurat oglądać nagranie, gdzie liderzy prawicy jadąc rowerami obok kolumny lewicowych czołgów, atakować je będą pompkami i zachęcać jeden drugiego do energiczniejszych działań okrzykami – aleś mu dopieprzył! No, no, teraz do dopiero najadł się wstydu! I podobnymi.

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 152021
 

Zacznę od tego, że się na dobre rozchorowałem i straciłem głos. Nie odbieram więc telefonów, o czym uprzedzam.

Nie mogę przestać jednak myśleć o tym, co zostało tu opisane wczoraj, czyli o projekcie multimedialnym służącym edukacji patriotycznej młodzieży. Nie ma chyba na to lepszego określenia niż potwarz i upokorzenie. Ludzie dysponujący budżetami, upierający się przy tym, że mają jakieś pojęcie o rynku gier i produktów elektronicznych wypuszczają, nie na rynek nawet, ale do szkół i placówek kulturalnych, produkt, który nie jest ani filmem ani grą. Nie jest grą, albowiem z tego co mogliśmy zobaczyć, nie można tam niczego wygrać. Można tylko przegrać, albowiem główni bohaterowie, kiedy już zdobędą wszystkie sprawności, po prostu giną. Gdzie więc jest tu jakaś frajda z wygrywania? Jest to wyłącznie deprawowanie dzieci, w dodatku w bardzo podstępny sposób, połączony z wpędzaniem w poczucie winy. Każdy kto miał dysfunkcyjnych rodziców wie o co chodzi i jak działa taki mechanizm.

Napiszę teraz kilka słów o postaci, która została w tym głupim filmiku zilustrowana jako pierwsza czyli do Bogusława Szul-Skjöldkrona. Nikt, póki co, nie wyjaśnił skąd się wzięło jego szwedzkie nazwisko. Nikt też nie wyjaśnił, jak to było, że młody bardzo człowiek zebrał kolekcję 25 tysięcy owadów. Ja, w szkole średniej miałem zebrać ledwie 30 okazów jako pracę końcową z przedmiotu ochrona lasu. To jest poważne wyzwanie, nie da się tak po prostu znaleźć w bezpośrednim otoczeniu 30 gatunków owadów, które nie są pospolitymi muchami. A gdzie mówić o 25 tysiącach? Jeśli więc ta kolekcja istniała, musiała być jakimś poważnym projektem, zleconym przez placówkę naukową. Bogusław Szul zaś mógł być jednym jej twórców. Taki zbiór musi być odpowiednio przechowywany, musi być konserwowany, posiada sporą dokumentację. I co? Szul to wszystko trzymał w domu? Nikogo ten wątek nie zainteresował. Nikogo też nie zainteresował wątek piosenek pisanych przez Szula, które – o czym łatwo się przekonać – mają raczej charakter minireportaży niż utworów do śpiewania. Opisują jakieś zdarzenia, które są pointowane i komentowane. Dla twórców jednak aplikacji, której bohaterem jest Szul, najważniejsze jest, by pokazać, że zabili go bolszewicy, jak szedł po lesie w brytyjskim mundurze. To jest coś niesamowitego – wysłali szpiega w brytyjskim mundurze, by przedarł się przez linię czerwonych! To znaczy, że ktoś miał pewność iż nic złego mu się w tym mundurze stać nie może, prawda? Jakże mogłoby być inaczej? Jeśli więc słyszymy, że Szul został schwytany i przekonał bolszewików, że szpieguje dla nich w oddziałach brytyjskich, musimy dojść do wniosku, że ktoś z nas robi idiotów. Może konkretniej – IPN robi z nas idiotów. Doradzam ludziom, którzy w to wierzą, ponowną lekturę Józefa Mackiewicza, a szczególnie opisy traktowania jeńców podejrzanych o szpiegostwo, którzy dostali się do bolszewickiej niewoli. Szul musiał być jakoś kryty inaczej by się stamtąd nie wydostał.

Teraz krótka dygresja. Pobieżny nawet przegląd produkcji filmowych o niezwykłych ucieczkach z gułagu, czy też niewoli, pozwala nam dojść do wniosków jednoznacznych. Pamiętamy historię ucieczki grupy Polaków do Indii, która została opisana, a następnie zdemaskowano autora, jako złodzieja, który podkradł tę historię swojemu koledze. Ten kolega przez całe życie bał się pisnąć słowo, że to on był bohaterem tej ucieczki, albowiem nie był pewien, czy nie porwą go z powrotem do ZSRR. Niemcy w 2001 wyprodukowali film zatytułowany Jeniec. Tak daleko, jak nogi poniosą. Całkowicie wyssaną z palca brednię o tym, że z niemiecki jeniec ucieka w gułagu, który mieści się na najdalszym krańcu Azji. Dzięki pomocy Czukczów, psów, wilków, poszukiwaczy złota, polskich żydów i kogo tam jeszcze, udaje mu się mylić pogonie i dostaje się wreszcie do Iranu, gdzie biorą go za sowieckiego szpiega. Na szczęście w sąsiedniej Turcji, w ambasadzie pracuje jego wujek, który go rozpoznaje i wszystko kończy się dobrze. Ten film jest oczywiście demaskatorski. Demaskuje podwójną strukturę władzy w tak zwanych państwach demokratycznych, a także sposoby legendowania agentów, których ZSRR instalował na terenie Europy. Demaskuje też świecką martyrologię, która od bardzo dawna już jest elementem pop kultury i produktem sprzedawanym w coraz to ciekawszych opakowaniach.

W co opakowują martyrologię ludzie z IPN dobrze było widać wczoraj – w grafikę z lat dziewięćdziesiątych, z czasów kiedy na rynek wchodziła gra Age of Empires. Czyni z niej w dodatku produkt niedostosowany do rynku, albowiem – o czym wspomniałem na początku – nie zamierza go w ogóle na rynku umieszczać. Produkt ten jest bowiem niekonkurencyjny i niezrozumiały dla użytkowników produktów rynkowych. Co oni niby mieliby z tym zrobić? Bez przerwy przegrywać?

Czy IPN, nie mógłby wyprodukować gry, która konkurowałaby na rynku z takimi projektami jak Assasin’s Creed? Oczywiście, że jest to możliwe, ale wtedy trzeba by było podjąć wyzwanie i ryzyko prawdziwe. To znaczy nadepnąć na docisk wielkim koncernom. Nie można też mieć cienia wątpliwości, że produkt taki jak Assasin’s Creed to polityka. Ma on za zadanie utrzymać i wzmocnić obowiązującą wersję wydarzeń, ta zaś jest dla Polski i Polaków wyjątkowo niekorzystna. Z tego też właśnie powodu, tak zwana edukacja, popularyzacja i wizualizacja polskiej historii będzie mieć zawsze charakter objazdowego kina puszczanego w zapadłych górskich wioskach albo w obozach resocjalizacji dla pogubionej młodzieży. Niestety z miejsc tych nie można uciec, choć nie są ani za bardzo oddalone od cywilizacji, ani szczególnie dobrze pilnowane. Nie można z nich uciec, ale zawsze się z nich wyrasta, jak z ciasnego ubranka. Kiedy jednak już to nastąpi nikt nawet nie pomyśli o tym, by choć jednym słowem, czy życzliwą myślą wspomnieć czasy kiedy kazano mu oglądać patriotyczne produkcje puszczane przez objazdowe kino z napisem IPN na budzie samochodu. Zorientuje się bowiem, że całe to kino nie służy widzom, ale operatorom. Ci zaś mają jakichś dziwnych wujków w Ankarze, czy gdzieś i w żaden sposób nie można im ufać.

Prawdziwy produkt edukacyjny, czy to na rynku książki czy to na rynku multimediów musiał by mieć charakter bardzo demaskatorski i pokazać taką sytuację, w której Polacy i Polska odnoszą zwycięstwo i ono jest w dodatku niekwestionowane. Inną, poza zwycięstwem opcją, jest aranżacja tak uwodzicielska, tajemnicza i zagadkowa, że wszyscy użytkownicy programu czy aplikacji nie mogą się od niej oderwać. Reszta to śmieci i przekręty. Czy na coś takiego nas stać? Moim zdaniem tak. No, ale kto miałby w tej sprawie podjąć decyzje? Nawet jeśli dyrektor IPN by ją podjął, z miejsca poszłyby donosy we wszystkie możliwe miejsca, oskarżające go o wszelkie możliwe zbrodnie, ze zdradą stanu na czele. Wszyscy bowiem ludzie, zajmujący się edukacją historyczną, rozumieją doskonale, że ważne jest tylko to, kto będzie kierowcą budy, w której mieści się objazdowe kino. I nic więcej.

Nie można więc spokojnie słuchać bredni o tym, że badania wykazały iż rynek multimediów jest głębszy niż rynek książki. Liczby zaś nie kłamią i w związku z tym, IPN ma obowiązek produkować aplikacje i programy atrakcyjne dla młodzieży. IPN tylko udaje, że to czyni. Jeśli zaś idzie o liczby, to one kłamią przede wszystkim. Sukces na rynku książek, multimediów, na rynkach artystycznych, zależy przede wszystkim o wiary, intuicji, talentu i determinacji autora, autorów, i decydentów, którzy biorą na siebie odpowiedzialność za dystrybucję, nie zaś od liczb, które są pretekstem do wydawania wielkich pieniędzy na coś, czego nie można sprzedać.

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 142021
 

Dziś dopiero dowiedziałem się, że nie żyje jeden z moich najwierniejszych i najstarszych czytelników, Pan Stanisław Koziński. Zmarł 20 maja tego roku z powodu powikłań pozawałowych oraz dlatego, że nie przyjęto go w porę na koronografię. Nie było miejsca.

Pan Stanisław przychodził na targi. Gadaliśmy bardzo długo. Był człowiekiem, którego można by nazwać okazem zdrowia, przyjeżdżał do Polski raz na jakiś czas, albowiem pracował w Kazachstanie. Kupował mnóstwo książek i rozdawał je tamtejszym Polakom. Był zawsze wesoły, żartował, przyjeżdżał na konferencje. Parę lat temu wrócił na stałe do kraju. Miał ponad siedemdziesiąt lat, a potrafił natchnąć optymizmem i wiarą w przyszłość każdego. Mimo ogromnego doświadczenia życiowego, wiedzy fachowej i inteligencji zawsze pozwalał mi się wygadać i uważanie słuchał. Był bardzo przejęty tym co piszemy na blogach i treścią książek. Liczyłem na to, że spotkamy się w Kazimierzu, albo na targach pod Zamkiem Królewskim w listopadzie.

Świeć Panie nad Jego duszą

wrz. 142021
 

W zasadzie tekst ten powinien nazywać się Bohaterowie naszych czasów II, bo chyba już taki tytuł kiedyś dałem. No, ale niech zostanie to co widać. Na różnych kanałach telewizyjnych reklamują teraz film pod tytułem Najmro, kocha, kradnie, szanuje. Jest to podana w sosie romantycznym historia wyszkolonego agenta, który pełnił jakieś misje, ale się urwał ze sznurka i zaczął kraść. Nazywał się Zdzisław Najmrodzki i już tu kiedyś o nim pisaliśmy. Przyznam, że wszystkiego mogłem się spodziewać, ale nie tego, że o Najmrodzkim powstanie film. A do tego jeszcze, że scenariusz do niego napisze Łukasz M. Maciejewski. No, ale mniejsza o scenarzystę. Mamy instytucje kultury, które wykładają ciężkie pieniądze na produkcje, których celem jest degradacja widza, bo inaczej tego nazwać nie można. Owa degradacja nosi nazwę rozrywki. Już lepiej gdyby PISF dofinansował jakieś produkcje o potworach, niż tego Najmrodzkiego, ale tego nikomu wytłumaczyć się nie da. Dlaczego? Otóż dlatego, że Najmrodzki to produkt rodzimy, który dodaje kolorytu okolicznościom w jakich przyszło nam żyć. I to usprawiedliwia jego istnienie w kulturze masowej. Faktem, że film o nim to jedna kpina z widza, nikt się nie przejmie, albowiem każdy wie, że widz kinowy w Polsce to młodociana ludożerka, która uwielbia takie klimaty.

Można rzec, że ja akurat nie powinienem się takimi kwestiami ekscytować, albowiem takich filmów powstaje masa. To prawda, ale większość z nich to fikcje, w stylu Patryka Vegi. Ten zaś oparty jest na życiorysie prawdziwym. Wypada więc się zastanowić, czy nie jesteśmy czasem w przeddzień ogłoszenia jakiejś kolejnej legendy miejskiej, która – tak, jak w przypadku Bagsika i Gąsiorowskiego – wykreuje nam nowego bohatera, całkiem w dodatku „autentycznego”. Nikt nie wie bowiem, na razie przynajmniej, co takiego jeszcze kryje w sobie życiorys Najmrodzkiego. Na razie mamy jakąś rzewną historię o romantycznym złodzieju, który ucieka z więzień, albowiem lubi się zabawić w towarzystwie pięknych kobiet. Jest co prawda przestępcą, ale jeśli idzie o uczucia, stałość w miłości, to jego drugie imię i nazwisko. Tak to chyba tam wygląda, choć przyznam, że nie chce mi sprawdzać.

Istotne jest to, że taki format bohatera: niegrzecznego, ale szlachetnego, tworzony jest z premedytacją i celowo kolportowany. Można się tym oczywiście nie przejmować, ale tylko do momentu, kiedy człowiek nie zorientuje się, że sposób ten, wzbogacony lub zubożony o jakieś elementy, dominuje w całym rozrywkowo edukacyjnym przekazie. To zaś pozwala nam zadać pytanie kluczowe, czy państwowe pieniądze mogą być wydawane na mieszaninę rozrywki i edukacji? A także inne – czy taka mieszanina jest komuś w ogóle potrzeba i do kogoś trafia? Twórcy zapewne myślą, że tak, ale pewność tę daje im jedynie wysokość własnych wynagrodzeń, a nie respons z rynku. Ten bowiem nikogo nie interesuje. Porzućmy teraz Najmrodzkiego i przejdźmy do spraw poważniejszych, ale tylko z pozoru. Jak wiemy jeden obraz wart jest tysiąca słów. I proszę bardzo oto obraz ilustrujący powstanie Biura Nowych Technologii w IPN i zainicjowanie projektu multimedialnego Bohaterowie niepodległej. Czy ten projekt i jego wymowa różnią się czymś istotnym od filmu ukazującego burzliwe dzieje Zdzisława Najmrodzkiego? Moim zdaniem ani na jotę. A jakby tego było mało przygody Najmrodzkiego i towarzyszące im emocje przenoszone są do rzeczywistości. Widzimy do dokładnie w obrazie mówiącym więcej niż tysiąc słów, na tym pierwszym zdjęciu. Ilustracja ta daje nam też wyjaśnienie, dlaczego dyrektor Szarek nie chciał kandydować na drugą kadencję w IPN. Zrozumiał, tak sądzę, że nadchodzą czasy, których on zrozumieć nie potrafi. To tylko z pozoru skomplikowane. No, a teraz macie już ten link

https://ipn.gov.pl/pl/aktualnosci/150068,Powolanie-Biura-Nowych-Technologii-oraz-premiera-projektu-multimedialnego-Bohate.html?fbclid=IwAR39FEhKdOefVBPcKNdROcI7MFHPFrtum_EGpNK8AF1VGPJ5zK_0gfQGthY

Poniżej mamy pierwszy odcinek cyklu multimedialnego opowiadającego o bohaterach, którzy mają być wzorem dla młodzieży współczesnej. Ta zaś została w zalinkowanym tekście nazwana pokoleniem, którego nie dotyczą kwestie lustracyjne, a w dodatku takim, które czeka na skuteczny przekaz edukacyjny.

Powiem krótko: to się nie mieści w pale. Po raz kolejny oglądamy to samo, tylko, że zrobione po jeszcze większej taniości, a całą rzecz firmuje pani dyrektor, która wcześniej grała chyba w Słonecznym patrolu, albo występowała w programie Wyspa miłości. Wszystko zaś po to, by trafić z przekazem podprogowym wprost w męskie emocje, dorastających, przyszłych bohaterów. Nie wiem kto wymyśla te sztuki, ale powinien przestać. Pierwszym multimedialnym bohaterem naszych czasów jest, według IPN, Bogusław Szul-Skjöldkrona, którego sylwetka przedstawiona jest w sposób tak infantylny, że bardziej już nie można. Polska instytucja państwowa nie może bowiem konkurować w przekazie z wielkimi firmami produkującymi gry na zagraniczne rynki, albowiem zawsze w tej konkurencji przegra. Czyniąc to, jej zarząd daje, poza wszystkim, wyraźny sygnał, że nie wie czym jest twórczość, ani technologia i nie rozumie wyzwań, jakie stoją przed takimi instytucjami, a jedyne co może czynić to bardzo nieudolnie naśladować mega-produkcje. No i zadawać szyku na konferencjach prasowych. To jednak za mało, by uzyskać pożądany efekt. No, ale czy ten efekt jest rzeczywiście pożądany? Czy on jest tylko deklarowany? To jest kwestia do rozstrzygnięcia w czasie kadencji obecnego prezesa. Okaże się za cztery lata. Jeśli zaś idzie o bohatera pierwszej animacji, za Chiny ludowe nie możemy się dowiedzieć skąd się wzięło jego szwedzkie nazwisko. Ono zaś, jak mniemam, zdeterminowało jego karierę. Możemy za to dowiedzieć się z filmu, choć nie wprost, że został on na północy, w okolicach Murmańska, zwerbowany przez brytyjski wywiad, odznaczony jakimś brytyjskim medalem, a następnie wysłany z misją na tereny opanowane przez bolszewików. Mówi się o tym mimochodem, albowiem dla młodzieży jest to sprawa nieistotna. Ważne, że bohater był wytrzymały, szybko biegał, zbierał sprawności i nie bał się ryzyka. Oczywiście w pewnej chwili nadszedł kres jego życia, ale co się chłopina nalatał, to jego. No i zostawił fantastyczny zbiór piosenek legionowych, których uczył swoich żołnierzy. Mam w związku z tym jedno, podchwytliwe pytanie – czy IPN wyda ten zbiór ze stosownym komentarzem? Czy wojsko polskie zakupi nakład tego śpiewnika i czy pamięć o Bogusławie Szulu będzie żyła, w sercach współczesnych żołnierzy, którzy przecież muszą coś śpiewać po ćwiczeniach, bo w wojsku zawsze się śpiewało? Przypuszczam, że nic takiego nie nastąpi. To bowiem nikomu nie kojarzy się z sukcesem, wyklucza też obecność w projekcie istot, tak inspirujących wizualnie, jak ta pani na zdjęciu. Oglądalność zaś krótkich, imitujących gry, filmików będzie – idę o zakład – bardzo słaba. Zastanawiam się też kto będzie dla młodzieży ciekawszym wzorem do naśladowania: sfinansowany przez PISF Najmrodzki czy sfinansowany przez IPN Bogusław Szul-Skjöldkrona? A Wy jak myślicie?

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 132021
 

Nawet jak człowiek jest bardzo pijany i zamienił się w bredzącego od sensu wujcia wariatuńcia, nie przestaje myśleć o polityce. I taki oto wymyśliłem schemat przedwczoraj na weselu: ludzie zaczynają interesować się polityką i politykami wyłącznie poprzez ekstrema. Niestety jest to pułapka, albowiem większość postaw ekstremalnych jest sfingowana. I służy temu właśnie, by zogniskować emocje tych osób, którym właśnie coś tam zaczęło w głowie świtać i chcieliby pogłębić swoje zainteresowanie polityką. Nikt sobie jednak tym nie zawraca głowy, albowiem postawy ekstremalne są tak interesujące i dynamiczne, że ich sympatykom wydaje się iż podążając za prezentującymi je osobami, osiągną sukces. Jest to nieprawda, albowiem politycy ekstremalni są całkowicie statyczni. Droga, którą podążają jest złudzeniem. Skoro bowiem znajdują się w ekstremum, nie mogą się nigdzie dalej udać. Mogą jedynie zawrócić lub zrezygnować z udziału w życiu politycznym. Mogą też, jak pan Mikke, dokonywać przez całe życie serii demonstracji, lub stwarzać wokół siebie atmosferę zagrożenia, dającą ich sympatykom poczucie wybraństwa. To jest kłamstwo, z którego bardzo trudno się otrząsnąć. Politykom ekstremalnym bowiem nic nie zagraża i zagrozić nie może z istoty. Są bowiem najważniejszym elementem sceny medialnej, gdzie poważni ludzie ustawiają i przestawiają jakieś kukiełki.

Tak, jak to już kiedyś pisałem, najbardziej zagrożeni i najbardziej opłacali w sensie inwestycji wyborcy w przyszłość, są politycy umiarkowani. Oni mają dokąd iść, w wymiarze realnym, nie skupiają się na deklaracjach i swoim, coraz bardziej dziwacznym wizerunku. Przed politykami umiarkowanymi jest jakaś droga i widać, że oni mogą się zmieniać. Mogą dość też do jakiegoś ekstremum, ale nie jest to wcale przymus. Politycy umiarkowani, jeśli są konsekwentni i pracowici, osiągają dużo, niestety skupia się na nich także oko Saurona i wielu z nich ginie, albowiem są zbyt skuteczni. Jeśli ujmiemy rzecz w takich kategoriach, okaże się, że Smoleńsk był akcją, która zlikwidowała wielu bardzo dobrze rokujących, umiarkowanych polityków. Przy życiu, w pierwszym i dalszych szeregach, pozostali zaś ekstremiści, którzy nie nadają się do tego, by w nich inwestować.

Politycy umiarkowani mają ten problem, że nie mogą – poprzez komunikaty, postawę i kreację – zrobić zbyt dobrego wrażenia na wyborcach. Nie mają w sobie mechanizmu, który by im pozwolił, na kreowanie postaw i poglądów ekstremalnych, mogących przyciągnąć uwagę publiczności. Ta zaś, wychowana na mediach, komediach, serialach, królowych życia i Elżbiecie Jaworowicz, domaga się, by polityk ją zabawiał jakimiś ciekawymi wicami. To są niby oczywistości, ale dobrze je od czasu do czasu powtórzyć, żeby nie wpaść w jakąś pułapkę i nie dokonywać głupich wyborów. Czy to oznacza, że należy pokładać nadzieję we wszystkich umiarkowanych politykach? Oczywiście, że nie. To by było za łatwe. Wszystkich bowiem dotyczy selekcja wstępna i, o czym dobrze wiemy, w polskiej polityce nie ma żadnych przypadków. Jeśli ktoś już się tam znalazł musiał wykazać się kilkoma istotnym cechami. Przede wszystkim konformizmem, który najbardziej odstręcza ludzi od polityki. Musimy jednak, powtórzę, być świadomi, że nonkonformizm jest cechą najłatwiejszą do zagrania, nawet przez bardzo słabych i źle przygotowanych aktorów. Wystarczy kilka deklaracji powtórzonych z odpowiednią intonacją. Polityk umiarkowany, powodowany dyscypliną, czy też wewnętrznymi ograniczeniami, nie może składać żadnych nonkonformistycznych deklaracji, ale może się nad takowymi i wynikającymi z nich postawami zastanawiać. Co z tego wyniknie okaże się później. Postawa umiarkowana rokuje, albowiem polityka nie jest statyczna, jest to coś niesłychanie dynamicznego, a jedynymi stałymi elementami życia politycznego są ekstremiści. Są jak pułapka na owady zrobiona z kawałka prześcieradła, nasączonego sokiem malinowym i podświetlonego lampą. Ten prosty mechanizm jest widoczny, czytelny i niesłychanie przy tym skuteczny. Jeszcze nie spotkałem nikogo, zaczynającego interesować się polityką, komu dałoby się wytłumaczyć, że postawy ekstremalne, które odkrywa są ciągle tym samym żartem, odgrzewanym na nowo, przez na nowo wystylizowanych aktorów.

Pozostaje jeszcze pytanie – czy sami aktorzy rozumieją, że ta droga donikąd ich nie zaprowadzi, że mogą z niej jedynie zawrócić lub zniknąć całkowicie, jeśli okaże się, że nie spełnili oczekiwań, albo zechcą zrobić coś naprawdę autentycznego, co sami wymyślą? Nie sądzę. Pokusa bowiem zaistnienia w świecie polityki jest zbyt wielka, a obietnice jakie się im składa zbyt poważne, na pierwszy rzut oka, by się nad tym zastanawiać. Całkowicie przy tych wyborach znika świadomość sprawy najważniejszej: stałość w polityce nie istnieje. Jeśli ktoś zaś zamierza, jak to mówią – startować do polityki – dobrze, by zrobił do z ziemi, a nie ze stratosfery. Za tą ostatnią bowiem zaczyna się kosmos, nie ma tam tlenu i panuje stan nieważkości. Nie ma też stamtąd powrotu. Jeśli zaś ktoś oderwał się od ziemi, to nawet gdy go spróbują ściągnąć z 300 metrów, naogląda się jeszcze pięknych widoków i poczyni spostrzeżenia, które – przy kolejnej politycznej zmianie – pozwolą mu na uniknięcie błędów i naiwności z jakimi wyrwał się do tej polityki pierwszy raz.

Ekstremista zaś jest jak hologram wyświetlany na chmurze. Błyszczy się, jest wysoko, ale w rzeczywistości nie istnieje. Tyle tylko, że zajmuje bardzo dużo przestrzeni widokowej, całkowicie odwracając uwagę od polityków umiarkowanych. Tych zaś zaczynamy wspominać i zaczynamy ich żałować dopiero wtedy kiedy znikną. Tak więc na dziś mam taki oto apel – przestańmy się ekscytować ekstremami, przestańmy się zastanawiać nad pedofilią w Kościele i kryzysem w rolnictwie, albowiem te obszary mają wyznaczonych rozgrywających, którzy – co oczywiste – nie mówią własnym tekstem. Pomyślmy o tych politykach, których na razie nie widać, a którzy bardzo chcieliby w polityce zostać i jakoś się zapisać w naszej pamięci.

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 


https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/


https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/


https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

 

wrz. 122021
 

Bruk może nie pamięta naczelnika Kościuszki, ale na pewno jest bardzo stary i całe szczęście nie zalany asfaltem. Jeśli ktoś myśli, że prócz skacowanych weselników na tym rynku nie ma nikogo o tak wczesnej porze w dzień święty, ten myli się srodze. Miejscowa żulia już zjeżdża się rowerami i zajmuje swoje stałe miejsca. Życie zaczyna się tu bardzo wcześnie.

Poszedłem do kościoła, który jest właściwie obok rynku. Piękne nabożeństwo, ale organista fatalny. Na rynku lekka mgiełka i ten lśniący w słońcu, jak wypolerowany, bruk. Piękna pogoda. Mgła powstaje dlatego, że niedaleko jest Wisła, a miasteczko położone jest w dolinie. Kiedy jedzie się tam od strony Życzyna, czego nigdy wcześniej nie próbowałem, droga opada w dół, tak stromo, że mamy wrażenie, jakbyśmy byli w górach, a nie na mazowieckiej równinie.

Piękne miejsce, choć zapuszczone. Dowiedziałem się dziś z rana co jest najbardziej pociągającego w byciu autorem. Otóż chodzi o to, że jak człowiek ma przymus pisania, a zalał się poprzedniego wieczora, ciąży mu łeb i ma całkiem zdarte gardło, a nie ma przy tym żadnego pomysłu na tekst, zawsze może napisać impresję,

Wrześniowy upał, mgła ciągnąca od Wisły, pustka – no prawie – na rynku. Miejsce gdzie 10 października, dawno, dawno temu skończyła się Polska.

wrz. 112021
 

Jadę dziś na wesele, więc raczej nie będę komentował, a tekst, który Wam zostawiam będzie miał charakter ciekawostkowy. No, ale jakieś wnioski też z niego wypłyną.

Pochowano oto Jeana Paula Belmondo, trumna owinięta była we flagę republiki, a niosło ją dziesięciu gwardzistów. Wszyscy zgromadzeni wokół płakali i bili brawo, a wojskowa orkiestra grała kawałek znany widzom z filmu Zawodowiec. Za trumną szedł prezydent z małżonką. I popatrzcie teraz, chowają takiego faceta, który przez dekady całe kojarzył się wszystkim, na całym świecie z Francją, podczas gdy jej prezydenci byli dla tegoż świata ledwie rozpoznawalni. Za trumną zaś idzie ktoś taki jak Macron i cały czas się uśmiecha. Nie chcę używać wyrazów, żeby nie obrażać niczyich uczuć, ale sami rozumiecie, że jest to pewien dysonans. Wśród żałobników nie dostrzegłem Delona. Pewnie nie przyszedł, żeby nie oglądać własnego pogrzebu, bo jak umrze, jeśli tylko sytuacja na to pozwoli, będzie miał taką samą pompę. Może tylko prezydent będzie jakiś lepszy.

Dostałem wczoraj taki oto link https://www.facebook.com/BCUWr/posts/4740878829269028

W bibliotece uniwersytetu Wrocławskiego znaleziono szyfrowany, grecki manuskrypt, zawierający jakieś chemiczne receptury. Władze uczelni ogłosiły natychmiast konkurs na rozszyfrowanie tego manuskryptu, a także puściły w obieg informację, że może to jest – w tym miejscu należy mrugnąć okiem – tajna receptura na bimber. Nie wiadomo co powiedzieć proszę Państwa, szczególnie jeśli ktoś ma, tak jak ja, w pamięci telefoniczny kontakt z szefową i pracownikami wydawnictwa tego uniwersytetu. Zgłosiłem się do nich bo chciałem kupić prawa do pewnej książki. Okazało się, że kierowniczką wydawnictwa jest jakaś pani z Ukrainy, która ledwie rozumie o co mi chodzi. Pomysł zaś, by wydawać komercyjnie jakieś treści produkowane przez uczelnię, i jeszcze za to płacić, nie mógł się jej po prostu pomieścić w głowie. No, a pomysł, że zaszyfrowana receptura w języku greckim dotyczy bimbru, pewnie by ją ucieszył, choć nie wiadomo, czy nadal jest tym dyrektorem.

Myślę, że wokół takiego dokumentu można by nakręcić kilka niezłych koniunktur i zrobić z tego przygodę co się zowie. Rozumiemy bowiem wszyscy, że ogłoszenie konkursu na rozszyfrowanie tego tekstu, to pomysł głupi i beznadziejny. Należałoby raczej zgromadzić zespół ekspertów, który by się tym zajął i relacjonować w mediach jego prace. No, ale do tego potrzeba pewnej determinacji. A o jakiej można mówić determinacji, jak szef wydawnictwa uniwersyteckiego nie rozumie nie tylko po polsku, ale jeszcze nie przyjmuje do wiadomości, że uczelnia może emitować jakieś treści, nie dotyczące bimbrownictwa, a interesujące szeroką publiczność.

Zgodnie z tym co napisałem w tytule, musi być dysonans. I proszę, oto jest. Mamy bowiem inny link z podobną informacją, choć nieco innego kalibru.

https://kopalniawiedzy.pl/manuskrypt-Bristol-Merlin-krol-Artur-rycerze-Okraglego-Stolu-cykl-arturianski,34198

Jak myślicie, czy ktoś będzie się zastanawiał, czy w tym tekście jest coś tak niesłychanie zabawnego, jak receptura na domową produkcję alkoholu? Zapewne nie, a ilość zaangażowanych w promocję treści z tego kawałka pergaminu ludzi, może wprawić w zdumienie. U nas nic takiego nie nastąpi, albowiem, nie ma na to budżetu. Wszyscy zaś znawcy i badacze prędzej uwierzą w kosmicznego potwora spaghetti niż w to, że ktokolwiek może z zaciekawieniem czytać jakieś teksty nie opowiadające o przygodach Huzarów i wiejskich dziewcząt w tajnej bimbrowni.

Puszczali wczoraj w internecie jakieś kawałki z protestu głodowego przed sejmem. Nie wiadomo co rzec, widząc te oszalałe dzieci, które – gdyby rzecz miała miejsce na Białorusi – zostałby zmiecione z tej ulicy razem z niedopałkami papierosów marki Biełomorskije. I nikt by nawet nie pisnął. U nas, dzieci owe, w tym dziewczynki, które chcą bardzo, by uważano je za chłopców stoją i płaczą, bo policja je legitymuje. Jakaś pani mówi wprost do kamery OKO Press, że to jest normalnie skandal, bo kogoś tam wylegitymowali, jakąś pannę, a ona tu przyszłą tylko zobaczyć się ze znajomymi. Proszę Państwa, wszyscy dobrze wiedzą o co chodzi i udawanie głupiego jest w obecnej sytuacji wyjściem najgorszym, a posługiwanie się nieletnimi dla ugrania czegoś w tej grze ulicznej to zwykłe i bardzo pospolite świństwo.

Wczoraj był dziesiąty września, kolejna miesięcznica. Ja nie chadzam na żadne miesięcznice i nie uczestniczę w żadnych publicznych celebrach, to jednak co pokazywano wczoraj w nagraniach OKO Press zostanie mam nadzieję właściwie zrozumiane przez wszystkich. Są bowiem granice skurwienia, to jest chciałem rzec, dysonansu. Ludzie określający się jako lotna brygada opozycji, zbudowali pomnik smoleński z kartonów, coś na nim powypisywali i próbowali składać wieńce pod tym i pod prawdziwym pomnikiem. I jeszcze im się wydawało, że to jest zabawne. Otóż nie jest. Tak się bowiem składa, że okolice 10 dnia każdego miesiąca, będą teraz momentem bardzo smutnym. Będą politycznym memento i jak ktoś tego nie rozumie, ten nie zasługuje na nic, nawet na splunięcie za sobą. Pomijam już Smoleńsk, ale mamy 11 września, który będzie teraz także symbolem przywrócenia rządów Talibanu. Nie ważne kto za tym stoi, ważne jaką to ma wymowę dla nas. Rozumiem, że dla zwariowanych studentek udających chłopaków, takie rzeczy nie mają znaczenia, bo one wszystkie chcą być w telewizji i manifestować swoją wrażliwość wobec funkcjonariuszy, którzy mogą je co najwyżej wylegitymować. Nie widziałem w tym głodowym proteście żadnego z tych byków, którzy stali wczoraj na jakimś podwyższeniu i wrzeszczeli – Balbina pokaż raport! Nie sądzę też, by protest ten miał rzeczywiście charakter głodowy. Skąd się wzięli ci ludzie i kim są? Skoro filmuje ich OKO Press i nazywają się lotną brygadą opozycji, zapewne przybyli gdzieś z okolic mgławicy o nazwie Bronisław Komorowski. Tak sądzę, a w związku w tym przypuszczeniem, myślę też, że tylko ktoś naprawdę głupi może ich słuchać i traktować serio. Nie potrafię także zrozumieć matek z dziećmi, które chodzą pod ten sejm, żeby popatrzeć jak to młodzież protestuje przeciwko faszystowskiemu rządowi. To jest coś niesłychanie przykrego oglądać te występy ze świadomością, że w roku 1944, o tej porze trwało powstanie, ludzie ginęli w niewyobrażalnych okolicznościach, bez nadziei na jakąkolwiek pomoc. Wiadomo, że nie ma szans na to, byśmy doczekali się jakiejś refleksji ze strony istot, którym się zdaje, że wizyta na dołku to prawie to samo, co zejście do piwnicy w budynku Gestapo. Możemy jednak, widząc ich, oglądając całe to nędzne i gówniane przedstawienie, wyrazić swoją, jednoznaczną opinię. Myślę, że nawet musimy to zrobić, albowiem obłęd, którym karmi swoich widzów OKO Press i gazownia rozlewa się coraz szerzej. Oto wczoraj na stronie gazowni napisano, że rodzice w Grodzisku Mazowieckim protestują, albowiem władze szkoły nr 6 nie potrafią rozwiązać problemów ich dzieci. Grodzisk jest już dużym miastem, znacznie większym niż wszystkie miasta dookoła i znacznie zasobniejszym. Przyjechało tu mnóstwo ludzi z jeszcze większych miast, w przekonaniu, że osiedlą się na wsi. To jest obłąkanie, albowiem powiat liczy już ponad 100 tysięcy mieszkańców, a jest chyba najmniejszy w województwie. Każdy kawałek gruntu jest dziś zabudowywany tymi charakterystycznymi, szeregowymi slumsami, sprzedawanymi za niebotyczne jakieś sumy. Tym przyjezdnym wydaje się, że szkoły, do których kierują swoje dzieci to placówki mające przymus spełniać ich zachcianki. Dzieci w szóstce jest dużo, w związku z tym dyrekcja zaproponowała dwie opcje – albo trzecia zmiana, albo nauka w dużej sali przy kościele św. Anny. To jest naprawdę duża sala i wszystkim byłoby wygodniej. No, a najważniejsze, że dzieci nie musiałby wracać ze szkoły po nocy. Gdzie tam, duża grupa rodziców się nie zgodziła i poleciała na skargę do gazowni, że szkoła nie umożliwia nauki dzieciom, a za to chce je indoktrynować po katolicku. No i gazownia zajęła się sprawą,a rodzice oburzeni jak nie wiem co napisali list do kuratora. Jedna matka zaś powiedziała, że będzie pisać skargi wszędzie, nawet do wszystkich świętych. I to jest naprawdę niezłe, a mogłoby być nawet pointą tego tekstu, ale jest lepsza. W innej szkole, w naszym mieście, zorganizowano zebranie rodziców. Przy szkole nie ma parkingu, ale można zaparkować gdzieś w bocznych uliczkach. Po zebraniu rodzice napisali do dyrekcji skargę, że policja wypisała im mandaty, a oni przecież byli na zebraniu. Nie napisali jednak, że swoimi samochodami pozastawiali wyjazdy z posesji mieszkańców, których domy stoją obok szkoły. Aż się chce zawołać – Balbina pokaż raport! A tu macie link do tekstu, w którym gazownia broni grodziskich dzieci przez katolicką indoktrynacją, wzywając na pomoc wszystkich świętych.

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,27555306,grodzisk-mazowiecki-szkola-zorganizowala-czesc-zajec-przy-plebanii.html

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 102021
 

Nie będzie to tekst o pośle Mikke, jak się może pewnie komuś już zaczęło wydawać. Zaczniemy od pewnego fenomenu, który tu omawiałem czasem, ale bardzo rzadko. Oto Igor Janke były właściciel platformy salon24, cudownego narzędzia wpływu, którym można było swego czasu kształtować opinię publiczną, ogłosił, że zamierza tworzyć podcast. Nie chcę się wypowiadać na temat salonu24, bo zaraz zlecą się jakieś śmieci, żeby publicznie kłamać mówiąc, że ktoś mnie z tego salonu wyrzucił. Chodzi o to, że mając w ręku takie narzędzie Igor Janke, pozbył się go, najpierw niszcząc je dokładnie i metodycznie. Potem wdał się w jakieś afery, z których musiał tłumaczyć się publicznie, a teraz ogłosił, że powraca do dziennikarstwa. Będzie to polegało na tym, że za pieniądze zebrane z patronite, przez dwie godziny będzie robił to co potrafi najlepiej – pieprzył bez sensu na tematy, o których nie ma najmniejszego pojęcia. Dołączy do tego oczywiście jakieś ukryte dziś intencje, którym już na samym początku zaczął przeczyć. Posłuchajcie zresztą sami. Podcast nazywa się Układ otwarty, a tytuł ten został wymyślony z przekonaniem, że jest niezwykle interesujący, uwodzicielski i zagadkowy.

https://www.salon24.pl/newsroom/1164259,igor-janke-wraca-do-dziennikarstwa-jego-podcast-uklad-otwarty-bedzie-hitem

W salonie już napisali, że jego podcast będzie hitem. Nie wiem doprawdy co powiedzieć. Człowiek, który miał do dyspozycji nowoczesną maszynę, obsługiwaną za darmo zupełnie, przez dobrych autorów, zamienił ją na furmankę, którą prowadzi zawodowy wozak. Wartością dodaną jest w tym układzie profesjonalizm wozaka. On i konia zaprzęgnie i wiśta wio zawoła, i batem strzeli. To się Igorowi Janke bardzo podoba, albowiem świadczy o wysokich standardach i kwalifikacjach. A jest jeszcze szansa, że uda się wziąć udział w jakimś wyścigu furmanek.

No, ale miało być o realizmie. Proszę bardzo, oto zaczyna Igor Janke swoją nową przygodę od słów:

Żyjemy w trudnym czasie. Podziały rosną, polaryzacja ciągle postępuje. Im bardziej nasila się walka między dwoma obozami, tym mniej jest przestrzeni do rzetelnego opisywania rzeczywistości. Chcę wyjść poza naszą plemienną wojnę. W tym programie nie będę o nic walczył, do niczego przekonywał, a jedynie próbował zrozumieć, co się dzieje.

Co to, przepraszam bardzo, jest? Co znaczy zdanie: podziały rosną, polaryzacja postępuje? Brakuje tylko dopisku: krzywa bandytyzmu zbiega w dół, ewentualnie krzywa bandytyzmu pnie się w górę. Powyższe świadczy o tym, że Igor Janke nie ma pojęcia gdzie żyje. Intencje zaś twórcy podcastu demaskuje inne zdanie, a raczej jego część – będę próbował zrozumieć co się dzieje. To jest zdanie wewnętrznie sprzeczne, opisujące stan, który zaistnieć nie może. Na koniec, w zalinkowanym nagraniu, dodaje Igor Janke, że nie będzie w tym podcaście żadnych ukrytych treści biznesowych, marketingowych, ani politycznych. Jeśli coś takiego mówi Igor Janke, możemy mieć 100 procent pewności, że będą tam wyłącznie treści marketingowe, zarówno biznesowe, jak i polityczne. Ze wskazaniem na tę ostatnią opcję, albowiem wnosić należy, że Igor Janke szykuje się już do objęcia jakichś funkcji w nowym politycznym układzie, który nastąpi po kolejnych wyborach. Na szczęście on nic nie rozumie, więc nie ma sensu przejmować się deklaracjami, które składa i komunikatami, które emituje.

Zaczął pan Igor swój podcast z przytupem, od spraw niezwykle ważnych, to znaczy od pedofilii w Kościele i od piłki nożnej w Polsce. Oczywiście nie wysłuchałem tego do końca, bo jest ów program tak atrakcyjny jak mój duży palec u nogi. Przecież nikt nie będzie przez dwie godziny słuchał Terlikowskiego i Rosiaka, którzy są obecni wszędzie, na wszystkich, tak zwanych poważnych, platformach. Po co pokazywać ich jeszcze raz? No jak to po co? Bo muszą być wyścigi furmanek. Ludzie nie mający nic interesującego do powiedzenia, zanurzeni w banale po czubek głowy, nudni i przewidujący, mają robić program, którego najatrakcyjniejszym elementem jest czołówka. Czekam aż do programu zostanie zaproszony Warzecha i zacznie opowiadać o boeingach.

To co opisałem wyżej nosi nazwę realizmu medialnego. Tak się ludziom mediów jawi rzeczywistość. Ona jest kształtowana przez jakieś budżety, które powiększane są o zbiórki na patronite i emitowana z nadzieją, że jakaś gromadka pogubionych ludzi będzie tego słuchać. No, a jak nie będzie tym gorzej dla nich. Ogłosi się, że jest oglądalność i słuchalność, tak jak dawnymi laty robiło się w salonie24 klikalność różnym politycznym gwiazdom – z zaplecza.

Porzućmy teraz te przykre okoliczności i przejdźmy do opisów prawdziwie realistycznych. Oto na YT umieszcza swoje nagrania młoda Rosjanka imieniem Awelina. Ja tego czasem słucham, choć niewiele rozumiem. Awelina jeździ po południowej Polsce i opowiada swoim rodakom, jak cudownie się żyje w naszym kraju. To jest coś niezwykłego. Gdybym miał dwugodzinny podcast, studio i budżet, zaprosiłbym do programu przede wszystkim Awelinę. Dlatego, że ona daje nam pojęcie, jak realnie wygląda nasz kraj. To znaczy, że jest cudowny. My sami tego nie widzimy, albowiem większość z nas okadzana jest realizmem medialnym, a la Igor Janke, czyli skondensowanymi bredniami.

Awelina nie opowiada o tym, że podziały rosną, że coś się tam polaryzuje, ale w nieustającym zachwycie objeżdża jakieś zadupia i opowiada, jak cudownie się tam żyje. I nie ma w tym grama fałszu. Awelina nie mówi o prześladowaniach LGBT, jakich dopuszcza się faszystowski rząd, ani nie chrzani o tym, że PiS próbuje zniszczyć wolne media. Ona uważa, że w Polsce jest po prostu fantastycznie. Ostatnio nagrała podcast pod tytułem Bajkowe miasto w Polsce. – Co to za bajkowe miasto – myślę sobie – pewnie Kazimierz Dolny, albo może jakieś miasteczko dolnośląskie. A gdzie tam, bajkowe miasto w Polsce, według młodej Rosjanki, to Rybnik. Mieszkańcy Rybnika pewnie by się nieźle zdziwili, gdyby tego posłuchali. Uważam jednak, że powinni posłuchać, w ramach terapii. Każdy, w ramach terapii i odtrutki na medialne brednie powinien posłuchać kilku odcinków nagranych przez Awelinę. Nie chodzi mi teraz o banalne potwierdzenie prawdy zwartej w słowach – cudze chwalicie, swego nie znacie, ale o coś znacznie, znacznie poważniejszego. O to, że wielu z nas nie zasłużyło, żeby żyć teraz w Polsce. Oczywiście wiem, że można być niezadowolonym, co się się tam nie układa. Posłuchajcie jednak tego co i w jaki sposób mówi Awelina. Ona nie jest ani biedna, ani nie przyjechała gdzieś z głębokiego interioru. To jest normalna dziewczyna, z jakiegoś dużego miasta w Rosji, która mówi do nas – żyjecie w fantastycznych okolicznościach, nie zmarnujcie tego. Na to wychodzi Igor Janke i mówi – podziały rosną, polaryzacja postępuje…Tylko ja, Rosiak, Terlikowski i Warzecha możemy temu zaradzić. Musicie się zdecydować – rzetelny opis rzeczywistości, czy polityczne kłamstwa. Odin, dwa, tri, czetyrie….

To jest po prostu przykre. I znacznie gorsze niż występy Kaszpirowskiego, bo tamten przynajmniej umiał zrobić dwadzieścia pompek. Tutaj mamy zgraję starzejących się facetów, którzy bardzo nieudolnie, szukają dla siebie jakiegoś atrakcyjnego tła.

Teraz przechodzimy do pointy, która będzie miała charakter artystyczno-literacki. Oto dowiedziałem się wczoraj, że Ignacy Jan Paderewski skomponował w swoim życiu jedną operę. Nosi ona tytuł Manru, a libretto powstało na podstawie powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego pod tytułem Chata za wsią. Jak wiecie ja się trzymam zawsze w bezpiecznej odległości od zjawisk opisywanych takimi wyrażeniami jak: Chata za wsią, Nasz szkapa, Jaś nie doczekał, W piwnicznej izbie. To są tytuły podcastów, prawie tak samo szkodliwych jak podcast zatytułowany Układ otwarty. Wydaje się Wam, że ich treść jest już nieważna i dawno zdezaktualizowana? Aha, przypomnijcie sobie treść powieści Chata za wsią. To jest nowoczesna powieść o problemach współczesnego świata, o nietolerancji, wykluczeniu i presji jaką otoczenia wywiera na innych, lepszych i wrażliwszych ludzi. Oto Cygan żeni się z chłopką i chce ustabilizować swoje życie. No, ale ojciec tej chłopki podjudza wieś i palą temu Cyganowi chałupę. Wsparcie Cyganowi i jego chłopskiej żonie Mortunie (skąd on te imiona brał?) pomaga tylko jedna osoba. Uwaga! Jest to francuska kochanka miejscowego dziedzica. Niestety pani owa umiera szybko i prześladowania powracają. Po wielu perypetiach Cygan się w końcu wiesza z rozpaczy, ale zostaje po nim dziecko imieniem Marysia. Tą Marysią, której matka też umarła, bo nie wytrzymała prześladowań, opiekuje się upośledzony Janek i uboga znachorka Sołoducha. Jej mąż – niewidomy starzec imieniem Rataj – pomaga dziewczynie w nędznym gospodarstwie po rodzicach. No, ale przychodzi w końcu świt i nadzieja wraca. Zagrodowy szlachcic Tomko Choiński chce się ożenić z Marysią i obronić ją przed nienawiścią wsi. To się, przepraszam, nie mieści w pale. Powieść Kraszewskiego, czego łatwo się domyślić, została okrzyknięta szczytem realizmu. Czego my tam nie mamy: Cygan, nieszczęśliwa miłość, ojciec nienawistnik, nie rozumiejący spraw serca, aha, była jeszcze Cyganka Aza, kochanka dziedzica, do tego cały zestaw kalek i niedorobieńców, którzy okazują się być jedynymi sprawiedliwymi w tej odseparowanej od świata Sodomie. Na koniec przybywa wybawca, który nie jest co prawda rycerzem, ale jednak kimś „w podobie”. To, jak widzimy jest identyczny format, jak te stosowane w propagandzie dzisiaj. Nic się nie zmieniło poza statystami. Dziś zamiast Cygana mamy Murzyna, a zamiast miłości pomiędzy dziewczyną i chłopakiem, mamy związki jednopłciowe. Reszta, czyli cały mechanizm, została bez zmian – nienawiść, żądza zemsty, współczucie, itp., itd…a wszystko to jest nazwane realizmem. Podziały zaś, stale rosną, a polaryzacja postępuje. Całe szczęście upośledzony Terlikowski zabierze się za zwalczanie pedofilii w Kościele, a niedowidzący starzec Rosiak pomoże stworzyć wolne media…Szeptuch mamy cały zestaw, a wszystkie one mają mężów z różnymi kwalifikacjami. Kłopot tylko z tą szlachtą zagrodową, nie ma kogo wytypować do odegrania tej roli. No, ale jak wesprzecie na patronite projekt Igora Janke, to on z pewnością temu jakoś zaradzi.

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 092021
 

Uważam, że jeśli ktokolwiek na tej planecie ma wyobraźnię, to właśnie oni. No i może jeszcze jakieś ludy Azji Środkowej. Reszta pozbawiona jest wyobraźni całkowicie. Świadczy o tym fakt, że co druga wypowiedź polskiego posła, związana z kryzysem na białoruskiej granicy, dotyczy obrony demokracji lub zachowania jej standardów. Trudno o większy przykład zidiocenia. Wysłuchałem dwa dni temu wywiadu, jakiego Rachoniowi udzielił były szef wywiadu i kontrwywiadu wojskowego, generał Kowalski. Pan ten zachowywał niezwykłą, jak na znane nam standardy wśród polskich oficerów, dyskrecję. Był wręcz wycofany i niezwykle skromny, mówił cicho i w taki sposób, żeby każdy, nawet najbardziej ograniczony widz, dokładnie go zrozumiał. To było niezwykłe w mojej ocenie. Generał zwrócił uwagę na jedną istotną rzecz, o której niby wiemy, ale jakoś specjalnie się nią nie przejmujemy. A to z tego względu, że wierzymy w demokrację i jej cudowne właściwości, które same przez się obronią nas przed złem. Otóż w Rosji, a zapewne także na Białej Rusi wszystkie strategiczne piony zachowują ciągłość, albowiem władza się nie zmienia. To znaczy, że nie ma możliwości, by człowiek, który zdobył cenne doświadczenia na odcinku afgańskim został wywalony z pracy, bo wybory parlamentarne wygrała konkurencja. Nie ma mowy, żeby na jego miejsce weszła jakaś Jachira czy inna idiotka z aspiracjami, których okiem sokolim nie zmierzysz. To zaś oznacza, że racja stanu i doktryna państwa są całkowicie bezpieczne. A także odporne na wahania międzynarodowych koniunktur. Nie można zmienić władzy w Rosji, bez uporczywego demontażu struktur tajnych, a to trzeba by robić wiele lat, z udziałem broni palnej i siecznej, bez nadziei na jakikolwiek sukces. Oczywiście, można by spróbować starych metod czyli wywołania kryzysu gospodarczego. No, ale dobrze wiemy, że w obecnych okolicznościach nie jest to możliwe. Kryzysy gospodarcze bowiem są tak naprawdę kryzysami politycznymi, a póki co nie widać żadnej organizacji na tym świecie, która mogłaby domagać się, by rynek rosyjski i rosyjska polityka zostały zdewastowane w imię jakichś celów. Przeciwnie, wszyscy chcą coś Rosjanom sprzedawać.

Co to oznacza dla nas? Nie mam pojęcia jak te sprawy wyglądają od strony, którą widzi generał Kowalski i jego byli oraz obecni podwładni. Potrafię sobie jednak wyobrazić sytuację następującą. Oto trwający kryzys migracyjny i manewry Zapad, które odbywają się tuż przy granicy, powodują, że część migrantów i część wojska z tamtej strony znajduje się po naszej stronie. Nikt nie strzela, albowiem wszyscy chcą polubownie rozwiązać kryzys. No, ale tamci nie chcą wyjść, zwlekają i zasłaniają się migrantami, których gdzieś trzeba przewieźć. Matki z dziećmi, które nagle się tam znalazły, płaczą, mężczyźni rwą włosy z głowy i robi się niezły chaos. Pojawiają się organizacje międzynarodowe niosące pomoc, a naciski tychże powodują, że rząd polski zmuszony jest do udzielenia azylu migrantom. Zaczyna się kryzys wewnętrzny, a tamci stoją w trzech powiatach, są grzeczni, ale mają karabiny i ani myślą wychodzić, albowiem uważają, że muszą zagwarantować bezpieczeństwo migrantom, dopóki te międzynarodowe organizacje ich nie przejmą. Po cichu dowożą każdej nocy po kilka ciężarówek nowych nieszczęśników. Kryzys w kraju się pogłębia, a niemieckie dotacje powodują, że wzrasta poparcie dla Tuska i jego kolegów. Po kilku tygodniach kryzys zostaje pozornie zażegnany, ale wojsko stoi nadal. Nasi nie mogą strzelać, albowiem najważniejsze jest by zachować pokój na świecie, a także pomóc ludności dotkniętej wojną. Czy w tych powiatach, gdzie stoją dwie białoruskie dywizje jest jakaś wojna? No skąd, tam panuje wzorowy porządek, w przeciwieństwie do tych powiatów, gdzie są tylko polscy terytorialsi, którzy całkiem stracili głowę, po tym, jak w kryzys w kraju odnowił się wszedł w fazę chroniczną i rozpisano nowe wybory. W wyniku tak zwanych nacisków międzynarodowych Polska godzi się zaakceptować stan faktyczny, albowiem brak akceptacji tego stanu oznacza wojnę NATO-Rosja, której nikt nie chce. A cóż to jest dwa czy trzy powiaty gdzieś na Podlasiu? Kogo to obchodzi, przecież trzeba ratować migrantów. Po dwóch miesiącach, gdzieś w okolicach Bożego Narodzenia, uwaga Polaków odciągnięta zostaje od wschodniej granicy, albowiem w ośrodku dla migrantów w Dębaku pod Warszawą prawicowi ekstremiści dokonali ohydnej zbrodni zabijając matkę z dwojgiem małych dzieci. Takiego bestialstwa jeszcze nie było, piszą gazety na Zachodzie. Bardzo dobrze, że Rosjanie zajęli te powiaty przygraniczne. Po roku, kiedy wszystko się uspokoiło, a ludność zajętych powiatów nieco ochłonęła, zaczęłyby się wywózki. Mieszkańcy Hajnówki i okolic, szczególnie ci, którzy najbardziej protestowali przeciwko pisowskiemu reżimowi zostaliby wywiezieni gdzieś pod granicę z Kazachstanem, a do ich domów, a także do wszystkich domów, zajętych powiatach wprowadziliby się przywiezieni gdzieś z azjatyckiego interioru Rosjanie. Nowa granica przebiegałaby całkiem blisko Warszawy, Dęblina, Mińska Mazowieckiego. Po czterech latach, w wyniku nacisków i incydentów granicznych, których dopuszczaliby się Rosjanie i Białorusini, z udziałem nowej fali migrantów, na nowe już granice Polski, zaakceptowane przez posłuszny Niemcom rząd i społeczność międzynarodową, prawica znów wygrałaby wybory. To tylko nasiliłoby falę migracji, a wobec jawnego zagrożenia – wygrana skrajnej prawicy w Polsce – Rosjanie rozpoczęliby nowe manewry na terenie przygranicznych powiatów. No i ustawiliby systemy obrony przeciwlotniczej pod Siemiatyczami. Są to bowiem ludzie posiadający wyobraźnię. Myślę też, że to co tu opisałem to jedynie niewielka część ich rozległych i skomplikowanych planów wobec nas, których jądrem jest doktryna państwa wykluczająca całkowicie jakiekolwiek ustępstwa dotyczące polityki międzynarodowej. Szczególnie na granicy zachodniej.

I teraz najważniejsze. Czy obecny kryzys dotyczy sytuacji w terenie? Nie, on dotyczy sytuacji w sejmie, gdzie zasiada gromada wariatek, które znalazły się tam nie wiadomo jak. Ktoś je wpisał na listy, ktoś te listy zatwierdził i one wygrały wybory w swoich okręgach. Są tam także idiotki płci męskiej, a piszę to, żeby mnie nikt nie posądził o seksizm. I wcale się nie pomyliłem używając formy żeńskiej, albowiem zachowujący się w znany nam sposób posłowie lewicy i KO, to właśnie idiotki, nie idioci bynajmniej, bo nazwanie ich w ten sposób byłoby jakąś nobilitacją.

Na koniec chciałbym rzec słowo o Konfederacji, mam bowiem wrażenie, że partia ta najwięcej ugra na obecnym kryzysie. Jej niekwestionowanym liderem zaś zostanie Artur Dziambor, czego się, przyznam nie spodziewałem. I nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego Grzegorz Braun dał się przesunąć na powoli już dezaktualizowany odcinek histerii covidowej, gdzie chyba pozostanie aż do następnych wyborów.

wrz. 082021
 

Zacznę od wielkiego sukcesu Polski na zagranicznych rynkach. Oto niebawem, w Japonii rozpocznie się sprzedaż komiksu na podstawie utworu zatytułowanego Wiedźmin. Firma, która sprzedaje ten produkt ogłosiła zbiórkę, chyba wczoraj, i już ma półtora miliona złotych. Jeśli to nie jest wskazówka jak powinno się inwestować w kulturę, nie wiem co innego może przekonać ministra Glińskiego do zaprzestania wywalania pieniędzy w błoto, czyli na dofinansowania coraz bardziej idiotycznych filmów. Ja nie lubię Wiedźmina, o czym już wielokrotnie pisałem, ale z faktami się nie dyskutuje. Oto link do zbiórki i projektu https://www.kickstarter.com/projects/witcherronin/the-witcher-ronin-a-hard-copy-collectors-edition-manga?&utm_source=newsletter_pl&utm_medium=email&utm_campaign=ronin

Jest on jak widzimy bardzo słaby, zarówno w warstwie graficznej, jak i narracyjnej. Kurczaki atakujące Wiedźmina- ronina wyglądają żenująco, a tajemnicza kobieta w śniegu, to daleka kuzynka Dużej Mimbli z Muminków. No, ale chyba wszyscy macherzy od dystrybucji są przekonani, że taki produkt może się sprzedać i może wywołać jakiś szum wśród konsumentów komiksów w Japonii. Zobaczymy. Od tego wstępu, gładko przechodzę do konserwatyzmu. Wiedźmin był bowiem i jest nadal produktem, który inspiruje młodzież męską opowiadającą się za wartościami konserwatywnymi. Wszyscy wiemy co to znaczy w praktyce. Tak zwane wartości konserwatywne, to suma deficytów wyniesionych z rodziny, gdzie matka była postacią dominującą, a ojciec był całkiem wycofany lub wręcz nieobecny. W dorosłym życiu zaś konserwatyzm polega na tym, by odzyskać w relacji z płcią przeciwną pozycję, której nigdy nie miał ten ojciec. Co z tego wychodzi wszyscy mniej więcej wiemy – suma kompromatów, służąca lewicy do tego, by oskarżać konserwatystów o hipokryzję. Konserwatyzm tak rozumiany i stosowany w praktyce, zawsze kończy się klęską. Czy te bezsporne fakty dają komuś do myślenia i jakieś siły próbują zmienić intelektualny look formacji konserwatywnych w Polsce? Oczywiście, że nie. Polityka w tym zakresie jest zupełnie inna. Jeśli ktoś przyłapie na czymś młodego konserwatystę, na przykład, na pisaniu listów do seksworkerek, to znaczy, że należy uznać to za atak na najświętsze wartości, a w środowisko wysuwa na front jeszcze więcej facetów w kraciastych garniakach i muszkach. Oni zaś zapewniają wszystkich o autentyczności swoich przekonań, wiary i czego tam jeszcze. I tak do następnego razu. Obiecuję, że ostatni już raz wracam do poruszonej tu sprawy konserwatywnego autora z salonu24, ale wiąże się ona ściśle z tym, co będzie dalej. Jestem całkowicie przekonany, że to co miało być kompromitacją, podniesie towarzyskie notowania tego pana na nieznane, nawet jemu samemu, wyżyny. Jestem też przekonany, że – jeśli już nie jest zwerbowany do jakiejś struktury – niebawem zostanie mu złożona jakaś propozycja. Gdzie bowiem szukać chętnych do tak niewdzięcznej roboty, jak nie w szeregach młodych, zdolnych konserwatystów, którzy mają pióro ostre jak szpada?

Chciałbym na tym przykładzie i na przykładzie słabego bardzo produktu, jakim jest japońska wersja Wiedźmina, wskazać, że pomiędzy deklaracjami do tyczącymi emocji i związanych z nimi wartości, a tak zwaną rzeczywistością zieje przepaść. Jest ona stale pogłębiana, a zasypanie jej nie jest możliwe. Przepaść ta znajduje się bowiem w duszy. Wszyscy o tym niby wiemy, ale za każdym razem kiedy ona się ujawnia, udajemy zaskoczenie. Za każdym razem też udajemy, że wierzymy w różne deklaracje składane przez osoby za kogoś przebrane – na przykład za konserwatystów, albo muzyków – a dotyczące chęci natychmiastowego zasypania tej przepaści, bądź też jej nieistnienia. Dobra, przechodzę od tej filozofii do konkretów. Mamy chyba ciągle jeszcze ten festiwal w Opolu, gdzie śpiewa się jeszcze raz te same piosenki, które już znamy i mowy nie ma, by zaśpiewać inne, bo publiczność mogłaby nie zrozumieć o co chodzi. Ilość tych piosenek jest ograniczona. Nie tylko na festiwalu, ale także w radio, chodzi bowiem o to, by ciągle zarabiali ci sami wykonawcy. Fakt ten, podobnie jak deficyty konserwatystów, ukrywa się za nostalgią i emocjami. I teraz patrzcie, mając świadomość tych wszystkich, jakże oczywistych zależności, badacze kultury średniowiecznej i jej popularyzatorzy każą nam wierzyć, że pieśni trubadurów były wyrazem gorących uczuć do wybranej damy. Opiszmy rzecz w kategoriach liczbowych. Tych pieśni zostało bardzo dużo. Nie wiemy, czy czasem część z nich nie została spreparowana na użytek czasów późniejszych, żeby coś tam udowodnić w jakichś akademickich sporach. Po samym tylko Vidalu pozostało z pięćdziesiąt utworów. A ile ich zaginęło?! Ilu było trubadurów na samym Południu, ilu w Italii, w Niemczech, a także na Śląsku i Morawach!? Bardzo wielu. Pieśni, które się zachowały, przeznaczone były do kolportażu. Nie mogło być inaczej, bo nie zostałyby zapisane po prostu. Policzcie teraz ile piosenek puszcza bez przerwy Polskie Radio, ile ich zostało zaprezentowanych w Opolu i zastanówcie się, w jaki sposób Vidal organizował kolportaż swoich utworów na najważniejszych dworach Europy, wliczając w to dwór papieski? Pomyślcie o ich wykonaniu, które nie mogło być przecież byle jakie, ale wymagało zespołu profesjonalnych muzyków, którzy aranżowali jakieś przedstawienie z muzyką i tekstem. Ile czasu trzeba by odśpiewać pięćdziesiąt, wcale przecież nie krótkich utworów. Oczywiście, one wszystkie powstawały w czasie, nie rozprowadzano ich w pakietach, ale pojedynczo. Napisanie ich jednak także zajmowało czas. Potrzebne były przybory do pisania, inkaust, pióra i cała kancelaria. Naprawdę wierzycie w to, że służyły one temu, by zdobywać serca dam? Chybaście poszaleli. Kiedy więc ktoś pisze, że ten czy inny trubadur wzdychał do Indii de Tolosa, powinien się chyba trochę nad sobą zastanowić. I przemyśleć, czy zamiast słowa „wzdychać” nie powinien czasem użyć zwrotu „smalić cholewki”. Byłoby to jeszcze bliższe konserwatywnym wartościom.

Gorsi o znawców poezji trubadurów są tylko poszukiwacze Świętego Graala, którzy nie są w stanie pogodzić się z tym, co niesie treść utworów, gdzie opisany został zamek Graala, król Rybak i inne ciekawe postaci, żywiące wyobraźnię konserwatywnych mężczyzn z deficytami. Przepaść cały czas się pogłębia, a oni poprawiają muszki i ocierają pot z czoła. Odnalezienie Graala bowiem uczyni z każdego z nich prawdziwego Galahada, nawet jeśli ktoś im tam wyciągnie jakieś listy do seksworkerek. Z faktu, że Parsifal miał mauretańskiego brata, a jego rodzony ojciec służył na dworze kalifa w Bagdadzie nie wyciągną ci ludzie żadnego wniosku, albowiem wierzą w to, że europejscy rycerze wyruszali na wschód po przygodę. Tak samo, jak trubadurzy, którzy pisali na drogim pergaminie swoje utwory, po to, by zainteresować sobą żonę hrabiego posiadającego w swoich dobrach dwie stocznie, mennicę i kawał pola zasianego dziwnymi, żółtymi kwiatkami, które odziani w szaty koloru indygo ludzie obrabiali cztery razy do roku.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

I jeszcze promocja

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/emmanuel-malynski-nowa-polska-reforma-agrarna-przeciwko-wlasnosci-prywatnej/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/proces-eligiusza-niewiadomskiego/

wrz. 072021
 

Najpierw nawiążę do wczorajszego tekstu. Wyobraźcie sobie, że ktoś wręcza wam w prezencie gablotę z przepięknym okazem egzotycznego motyla. Jest to coś naprawdę wyjątkowego i niezwykłego. Kładziecie to na stole, albo wieszacie na ścianie i podziwiacie. I wtedy przychodzi wasz kopnięty w łepetynę kuzyn i mówi: – wiesz, coś jest z tym motylem, nie tak. Zdejmuje gablotę, wysuwa szybkę, a potem odrywa po kolei wszystkie skrzydła. Później idzie po nożyczki i plik starych gazet. Tymi nożyczkami wycina coś na kształt skrzydeł z tego papieru. Jedno z Gazety Wyborczej, drugie z okładki starego numeru miesięcznika Wiedza i życie, pozostałe dwa z magazynu Mówią wieki. Za chwilę wraca z akwarelkami i maluje ten papier w jakieś wzorki, a potem suszy skrzydła z gazet suszarką do włosów i przykleja do korpusu motyla. Na koniec kruszy prawdziwe skrzyła na proszek i posypuje nim swoje dzieło, żeby się bardziej błyszczało. – Teraz jest dobrze – mówi na koniec cały w uśmiechach.

Na takiej zasadzie tworzone są opisy przeszłości w książkach współczesnych popularyzatorów. Z tym że oni stawiają jeszcze na gablocie swoją pieczątkę i domagają się wyłączności, chcą by ktoś potwierdził im jeszcze, że to ich dzieło to prawdziwy motyl. Poczułem się wczoraj tak właśnie, jak ktoś komu wariat zdewastował kosztowny prezent. Nie wiem właściwie co powiedzieć. Może więc opowiem jakąś taką luźną historię.

Zmarł wczoraj Jean Paul Belmondo, aktor, którego bardzo lubiłem i zawsze się uśmiechałem, kiedy pojawiał się na ekranie. A jak zdarzyło mi się kiedyś, w bardzo młodym wieku, obejrzeć film pod tytułem Człowiek z Rio, uznałem, że historia ta jest po prostu prześwietna. Pomyślałem też, że nie może być nic wspanialszego niż wymyślanie takich właśnie historii. I uznałem, że to właśnie będzie moim przeznaczeniem. Oczywiście wiem, że Człowiek z Rio to słaba i wtórna komedia, ale co mnie to niby może dziś obchodzić? W kinie od tamtych czasów zmieniło się wszystko. Dawne kino trzymało się na aktorach, a nie na efektach specjalnych. A Jean Paul Belmondo był aktorem prawdziwym, to znaczy takim, który prócz wyglądu miał też warsztat i pokończył jakieś szkoły. No, a poza tym był to człowiek zabawny. Lubiłem też inny film z jego udziałem, który nazywał się Małpa w zimie. Dziś uznany by został za niemożliwą do oglądania ramotę, przez większość czasu bowiem pokazują tam starego Jeana Gabin i młodego Belmondo. A każdy przecież wie co to były za gęby. Jean Paul Belmondo nie żyje i dawno umarło już kino, które reprezentował i firmował swoją twarzą i nazwiskiem. Nikt też nie zamierza go wskrzeszać albowiem nowe czasy wymagają nowych ludzi, nowych wizji i nowych bardzo dynamicznych propozycji, które aktorzy, reżyserzy i artyści w ogóle powinni przedstawiać publiczności. Czy tak czynią? Jeśli tak, to na pewno nie we Francji. Belmondo to był aktor tak zwanej Nowej fali. Dziś o żadnej fali, ani nowej ani starej nie może być nawet mowy. Do oglądania zaś podsuwa się nam wyłącznie artystyczne preparaty tworzone na zasadzie skojarzeń, bynajmniej nie luźnych, ale bardzo nachalnych i oczywistych. Przykładem takich działań jest trwający właśnie festiwal w Opolu, który TVP stręczy nam jako wielki sukces. On jest wielki dlatego, że Kurskiemu udało się przekupić większość związanych z opozycją artystów pamiętających PRL. A oni zgodzili się wystąpić w tych fantastycznych skeczach, którymi przerywane były występy naśladowców dawno zmarłych lub ledwie się już poruszających wykonawców. Wyobraźcie sobie teraz, że we Francji, jakiś aktor wpada na pomysł, by za pomocą chirurgii plastycznej upodobnić swoją twarz do oblicza Jeana Paula Belmondo. Czy to jest do pojęcia? No nie, a tak właśnie Kurski rozumie festiwale piosenki. Okay, ja wiem, że on chce zintegrować i przyciągnąć do telewizora jak największą ilość osób, a czyni to za pomocą nostalgii. No, ale patrząc na tą widownię człowiek nie mógł się nie zorientować, że tych widzów jest jakoś mało. Nie wiem też czy organizatorzy tego festiwalu rozumieli na czym polegał fenomen Ewy Demarczyk czy Marka Grechuty, żeby wymienić dwa najbardziej rozpoznawalne nazwiska z przeszłości. Otóż władza ludowa, a konkretniej jej przedstawiciele z ministerstwa kultury czy innej jakiejś instytucji, która się takimi sprawami zajmowała, doszli do wniosku, że wykonawcy ci, choć ich aranżacje bardzo się różnią od tego co lansowane jest na odcinku młodzieżowym, będą istotną częścią machiny propagandowej państwa. Ta zaś służyła do tego by stymulować nastroje i gdy trzeba wyciszać je i uspokajać. Dziś Kurski uważa, że w integrowaniu Polaków pomoże mu Karolak. No i Maryla rzecz jasna, albowiem bez Maryli nie może się obejść żadna masowa impreza. I popatrzcie jakie to szczęście, że Kozidrakowa się napiła i ruszyła w miasto, bo jeszcze i ją by na tę scenę w Opolu wyciągnęli.

Festiwal w Opolu pokazał, że tak naprawdę, jeśli chodzi o tak zwaną popularną kulturę, nie mamy w rękach nic. Poza tym, co zostało stworzone w PRL, z oczywistą bardzo intencją. To są rzecz jasna piękne piosenki i one wywołują wzruszenie, ale to nie jest nic ekscytującego w takim wymiarze, w jakim ekscytujące były piosenki Grechuty, kiedy zaczynał karierę. To są skrzydła motyla wycięte z gazety i pomalowane akwarelką. Nikt nie uwierzy w ich autentyczność. Ktoś może odpowiedzieć mi teraz tak, jak grający prokuratora Grabowski, młodemu śledczemu w filmie o Mazurkiewiczu, seryjnym mordercy z Krakowa, kiedy ten powiedział, że chce zdobyć zaufanie przestępcy – a na ch…j wam jego zaufanie? No więc – a na ch…j wam ta cała autentyczność? – mówi nam prezes Kurski. My zaś nie potrafimy w żaden sposób wyjaśnić mu, że jednak jest to potrzebne. Tak, jak ja nie potrafię wyjaśnić nikomu, że imię India musi mieć jednak ścisły związek z Indiami.

Wśród reakcji na festiwal opolski są i takie całkiem nawet zabawne. Oto Maciej Orłoś napisał na fejsie pełen oburzenia list, w którym wyraził swoją dezaprobatę dla tych wykonawców, którzy dali się Kurskiemu przekupić. Nie wiem, jak można być tak naiwnym. No, ale jak widać można. Gwiazdy estrady mają bowiem to do siebie, że cykl ich życia, bez wspomagania ze strony władzy, kończy się niesłychanie szybko. Czerwone olbrzymy zamieniają się w białe karły w tempie ekspresowym, na końcu zaś zostaje z nich czarna dziura. I przed tym właśnie chroni tych ludzi prezes Kurski, przed przeistoczeniem się w czarną dziurę. Ktoś powie, że dla wielu już za późno. To się jeszcze okaże.

Czy to oznacza, że nie ma już żadnych nowych gwiazd, żadnych ukazujących się na niebie wśród eksplozji i błysków supernowych? Oczywiście, że są. Nie tylko w muzyce i nie tylko na estradzie, ale także w branży tak dyskretnej jak blogosfera i dziennikarstwo śledcze. Oto wspominałem tu parę miesięcy temu o gwiazdach odrodzonego salonu24, który wreszcie uwolnił się od balastu, jakim byli dla niego blogerzy i wypłynął na szerokie wody profesjonalnego dziennikarstwa. Jednym z nabytków w nowej załodze wahadłowca zmierzającego ku nieznanym horyzontom, był niejaki Marcin Dobski. Dziennikarz śledczy, którego rozpoznawaliśmy po tym, że na swoim profilu w salonie24 umieścił wizerunek ręki w kształcie bębna rewolweru, do którego druga ręka ładuje kule. Tak się reklamują prawdziwie dynamiczni autorzy. Od wczoraj pan Dobski jest bohaterem niezwykłej i romantycznej bardzo historii. Ja, przyznam, nie miałem świadomości, że takie rzeczy odbywają się na tym świecie, ale człowiek uczy się przez całe życie. Oto na twitterze, czynne są profile tak zwanych seksworkerek, dawniej określanych swojskim wyrazem ku…a, co nie ma nic wspólnego ani z zakrętem, ani tym bardziej z Indiami. Nikt nie wie, jakie zadania pełnią te istoty, ale należy przypuszczać, że jednym z nich jest demaskowanie deficytów osób takich jak supernowa polskiego dziennikarstwa i blogosfery Marcin Dobski. Wskazuje na to choćby fakt, że są one już bohaterkami książek i mniejszych jakichś utworów publicystycznych, którymi twitter żyje. Chodzi mi o to, że wokół ich zajęcia toczy się jakaś aktywność i ludzie z ekscytacją wymieniają uwagi na temat ich życia. Nie wiem, który już raz od czasów tak zwanego odzyskania wolności powtarzamy tę figurę w publicystyce, ale myślę, że chyba dwunasty, albo może nawet sto dwunasty. Nikomu prawidłowość ta nie przeszkadza sugerować, że jest to coś wielce oryginalnego i odkrywczego. No i można się też widowiskowo oburzać czytając, co też seksworkerki piszą na swoich profilach. No, ale dziś mamy tam jednak wartość dodaną. Oto gwiazda salonu24, złożyła jednej z seksworkerek poważną ofertę, a ta zamiast ją przyjąć albo odrzucić upubliczniła wszystko. Śmiechom i zabawom nie było końca. Ja Wam to też tu zalinkuję, może wywoła to jakąś żywszą reakcję niż wczorajszy tekst. Uprzedzam jednak, że nie da się już tego odzobaczyć i proszę kobiety oraz duchownych, a także co wrażliwszych mężczyzn, by w to nie klikali.

https://www.wykop.pl/wpis/60248587/marcin-dobski-dziennikarz-z-konserwatywnych-mediow/

Twitter oczywiście już to usunął. Ktoś tu ostatnio pisał, że czuje niesmak, bo zacytowałem prywatną opinię jednego z dawno już nieczynnych terapeutów opiekujących się na odwyku Jerzym Pilchem. Proponuję, by wszyscy, którzy czują jakiś niesmak w związku z treściami umieszczanymi na SN, przenieśli się na salon24, gdzie mamy do czynienia z prawdziwą eksplozją talentów. Naprawdę, nie ma powodu, by się dręczyć czytając publikowane tu treści. I analogicznie – jeśli ktoś uważa, że salon24 to miejsce, gdzie ktoś za pomocą papier mache i farb plakatówek próbuje zrobić ze swojej twarzy oblicze Jeana Paula Belmondo, a także chce, prezentując ciekawe i niekonwencjonalne żarty, naśladować jego wdzięk i bezpretensjonalność, może się przenieść tu do nas. Zapraszam. Wszyscy muszą jednak pamiętać o tym, by przestrzegać pewnych reguł. Nie trzeba być od razu szalenie oryginalnym na tej scenie, ale lepiej nikogo nie naśladować.

Na koniec jak zwykle reklama książek

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/emmanuel-malynski-nowa-polska-reforma-agrarna-przeciwko-wlasnosci-prywatnej/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/proces-eligiusza-niewiadomskiego/

 

wrz. 062021
 

Jak dowiódł dzisiejszy tekst, gotowi jesteśmy zaakceptować to, że oszukuje się nas na pewnych stałych zasadach. Do tego jesteśmy przyzwyczajeni i o tym możemy rozmawiać, rozkładając bezradnie ręce. Kiedy się jednak dowiadujemy, że ktoś robi nas systemowo w trąbę, według reguł dotychczas nie rozpoznawalnych, nie wiemy jak się do tego odnieść i po prostu milczymy. Stąd popularność narracji covidowych i opowieści o upadku gospodarki w Polsce. Można się tym bezpiecznie oburzać i mówić o depopulacji.

Rozmawiałem przed chwilą z Juliuszem, który szuka wykonawcy dla swojego serwetnika w kształcie żaglówki. Niestety nie można takowego znaleźć, albowiem wszyscy są obłożeni robotą i najbliższe terminy realizacji wypadają w lutym. To zaś oznacza, że realnie pewnie w maju. Dowiedziałem się też, że drewniana kulka, o średnicy 10 cm, kosztuje w hurcie 30 zł. Ja zaś sprzedaję książki w twardych, lakierowanych oprawach za 40 zł. I jeszcze muszę wysłuchiwać, że u mnie jest drogo. Kulka jest fajniejsza od książki, bo można się nią pobawić z kotem, a książką nie bardzo. Poza tym treści zawarte w moich książkach nie wywołują ani jednoznacznego oburzenia, ani też euforii, jak to było na przykład z powieścią Czterej pancerni i pies Janusza Przymanowskiego. Powodują jednak pewien dyskomfort i wywołują dziwne reakcje. Głównie takie, że ten czy inny komentujący usiłuje mi wytłumaczyć co i jak mam pisać, żeby było dobrze. Ja dobrze wiem, co mam pisać i nie potrafię tego zmienić, a jeść muszę, tak jak wszyscy. Poza tym niektóre tytuły leżą u mnie już długo i przed kolejnym rokiem dobrze by było się ich pozbyć. Chcąc nie chcąc muszę organizować promocję. Niech się na mnie nie obrażają pośrednicy, szczególnie ci zalegający w zapłatą, ale nie powieszę się po to, by ułatwić im handel na allegro. Przeciwnie, prędzej sam się tam zainstaluję i zacznę sprzedawać niektóre swoje tytuły na aukcjach. Taki los mi przypadł w udziale i tak, jak wszyscy chciałbym przeżyć. W branży drewnianych kulek wszystko hula, podobnie jak w bimbrownictwie, czego też się dowiedziałem niedawno, albowiem jeden kolega produkuje coś, co się nazywa kolumny rektyfikacyjne. To są domowe destylatornie. Za jedną bierze 2 kawałki. Jak zrobi trzy dziennie to ma niezłą dniówkę i nie musi się martwić czy zrobić promocję czy nie. U mnie jest inaczej. Stąd właśnie ta obniżka, która potrwa do końca września.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/emmanuel-malynski-nowa-polska-reforma-agrarna-przeciwko-wlasnosci-prywatnej/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/proces-eligiusza-niewiadomskiego/

wrz. 062021
 

Wszyscy pamiętamy Jana Amora Tarnowskiego, jednego z opisanych w III tomie Baśni polskich, wielbiciela humanizmu i jego ojca, o takim samym nazwisku i imionach, o którym piszą, że odebrał w Krakowie staranne, humanistyczne wykształcenie. Nie wiem jak Wy, ale ja, kiedy słyszę słowo staranne czuję się jeszcze gorzej niż kiedy słyszę słowo rzetelnie. Ci bowiem, którzy używają tego ostatniego, na pewno nie mają zamiaru płacić za pracę, określaną wspomnianym wyrazem, a ci starannie wykształceni z całą pewnością mają jakieś podejrzane zamiary. Kiedy próbujemy się dowiedzieć dlaczego przed nazwiskiem niektórych Tarnowskich znalazło się takie dziwne imię otrzymujemy odpowiedź taką mniej więcej – albowiem Tarnowscy w XV i XVI wieku byli propagatorami humanizmu w Polsce. Wytrych ten obowiązuje i ma zastosowanie, nie można też z nim jakoś specjalnie polemizować, bo niby jak? W końcu humanizm zawitał w granice naszego kraju, zmienił tu wszystko na lepsze, a ci, którzy czuli się reprezentantami nowych prądów w kulturze poprzybierali sobie dziwne przydomki nawiązujące do antyku. Ten bowiem, jak poucza nas podręcznik otwierał przed człowiekiem wykształconym nowe możliwości i przestrzenie, jeśli się go oczywiście w odpowiedni sposób zinterpretowało. A humaniści tak właśnie czynili. Czy ten mechanizm działa zawsze? Oczywiście, że nie. On działa tylko wtedy kiedy interpretatorom jest wygodnie. Nie przypuszczam bowiem, by istniały jakieś pisemne ślady szczerego zainteresowania Tarnowskich kulturą antyku. Było to raczej zainteresowanie powierzchowne, które kazało rodzinie, z jakichś przyczyn politycznych lub ekonomicznych opowiedzieć się po stronie „nowego” przeciwko „staremu”. I nie ma doprawdy znaczenia, co będziemy rozumieli przez te określenia.

Czy można odnaleźć inne przykłady imion, które mogą wskazywać na to, że w rodzinach, organizacjach i grupach nieformalnych kultywuje się jakąś tradycję, starszą i głębszą niż powierzchownie rozumiana wiara w Trójcę Przenajświętszą? Czy są gdzieś jakieś przykłady imion nawiązujące do kultur i czasów mniej oczywistych niż grecki i rzymski antyk? Oczywiście, proszę bardzo, pierwszy z brzegu przykład. Oto w powieści Waltera Scotta Ivanhoe, do której tu czasem wracamy, występuje giermek o imieniu Wamba. To nie jest z całą pewnością przypadkowe imię. Bo trudno posądzać Scotta, wybitnego w swoich czasach specjalistę od średniowiecznej kultury, by nie wiedział skąd się ono wzięło. My wiemy skąd, to jest imię wizygockiego króla Wamby, stare germańskie imię, być może znane jeszcze w XII i XIII wieku w Anglii, co autor taki jak Scott z pewnością potwierdził w jakichś źródłach. Pamiętamy też, jak smutny los spotkał króla Wambę, bo wspominam o tym i w pierwszym i w drugim tomie Kredytu i wojny. W środowiskach romantycznych pisarzy i poetów, nie tylko w Anglii, ale także w Niemczech historia ta na pewno była znana i interpretowana.

Skoro już jesteśmy w tych okolicach – królestwo Wizygotów, Septymania, zwana później Oksytanią i Langwedocją, popatrzmy czy czasem nie występują tam inne dziwne imiona, które mogłyby wskazywać na to, że ich posiadacze – jak w przypadku Jana Amora Tarnowskiego – odnoszą się do jakiejś starej i głębokiej tradycji. – Ale tak nie można – zawoła ktoś – przecież jedno nie ma związku z drugim! A właściwie dlaczego nie ma? Nadawanie imienia to poważna sprawa, każe imię coś znaczy i dobrze jest zorientować się skąd ono pochodzi i z jaką intencją było nadane dziecku. Na przykład w Katalonii, w hrabstwie Barcelony, a także w Prowansji, prawie wszyscy władcy nosili imiona Rajmund Berengar. Nie sposób ich przez to odróżnić. Myślę, że było to celowe, miało podkreślać prawa do dziedziczenia hrabstwa, które – wobec bardzo dynamicznej sytuacji na Południu – były bez przerwy podważane. Podobnie było w Tuluzie, czterech hrabiów w interesującym nas okresie nosi imię Rajmund. Nie to jest jednak najciekawsze. Oto przed nami wicehrabia Beziers i Carcassone, z rodu Trencavel, które to nazwisko pochodzi ponoć od zbitki słów trenca avelana – dziadek do orzechów. Od razu widzimy o jakie orzechy chodzi – o leszczynowe. Nie każdy jednak widzi jak się nazywał protoplasta tego rodu żyjący na przełomie VIII i IX wieku. Otóż miał on na imię Aton. Potem w rodzie Trecavel było jeszcze kilku Atonów. Widzimy, że jest to krystaliczny przykład szurii, takich rzeczy przecież nie ma, bo ich być nie może. Nie zdarzają się. Można łatwo sprawdzić, że takich imion było na Południu więcej, albowiem było to popularne imię oznaczające może nie dziadka do orzechów, ale coś równie banalnego. Nie możemy? Nie da się? Nie ma takich imion? Jaka szkoda. No, ale przecież wyraz Aton może znaczyć wszystko. Bez jaj…od kiedy wiadomo o tym całym Atonie? Może ktoś to sprawdzić? Co innego przecież tradycja antyku greckiego, żywa i ciągle przywoływana, a co innego ten cały Aton. I co to niby miałby oznaczać? Że na jakimś zadupiu żywa była tradycja sięgająca Amenhotepa IV? Nie dajmy się zwariować. Oczywiście, nie dajmy, co do zadupia bym jednak polemizował. Myślę, że wybrzeże Zatoki Lwiej nie było nim wcale, ale przypominało w XI, XII i XIII wieku wschodnie wybrzeże USA w czasie burzliwego rozwoju przemysłu, w XIX stuleciu. A skąd wziął się Aton? Pojęcia nie mam. Nikt też nie próbuje tego w żaden sposób wyjaśnić, bo należałoby zacząć od udowodnienia, że Aton Trencavel nie miał nic wspólnego z Atonem – bogiem tarczy słonecznej. Nawet jeśli to jest najprawdziwsza prawda – że nie miał – badania nad tym fenomenem trzeba by zacząć od wyjaśnienia tej dziwnej zbieżności, albowiem ludzie są przyzwyczajeni do łatwych skojarzeń i popadają w szurię z niesamowitą łatwością. Wobec takiej przeszkody wyłaniającej się już na samym początku, nikt z badaczy nie zaprząta sobie głowy tą kwestią, albowiem taki jest wygodniej i bezpieczniej. Nie zwracajmy na Atona uwagi, to sobie pójdzie. Potem zaś trzeba by było wymyślić jakiegoś dziadka do orzechów, który by tego Atona rozgryzł i zastąpił czymś, w powszechnym rozumieniu, podobnym do interpretacji starannego, humanistycznego wykształcenia. Słowem – wymyślił jakiś interpretacyjny wytrych. Nie byłoby to łatwe i wszyscy o tym wiedzą. Dlatego też każdy z autorów, piszących o sprawach oksytańskich podkreśla zawsze, że ci katarzy to zostali zniszczeni przez Kościół, a wzięli się wprost z bałkańskich sekt manichejskich, a jeśli nie, to byli produktem reformy gregoriańskiej i należałoby ich uznać za pierwszych chrześcijan, celowo usuniętych, aby Kościół Powszechny mógł robić te swoje przekręty i molestować małe dzieci całymi tysiącami.

No, ale na takie dictum mamy dobrą odpowiedź. Ona także jest widoczna, ale wszyscy ją omijają ze względu na kryzys interpretacyjny jaki wywołałoby jej wskazanie. Córka Rajmunda V, hrabiego Tuluzy miała na imię India – India de Tolosa. Jej mężem był syn Esklarmondy de Foix, katarskiej świętej. Nie wiemy kim była jej matka, ale dziecko urodziło się gdzieś w tym samym czasie kiedy Rajmund miał być ożeniony z Ryksą Śląską. No, ale jak w ogóle o tym mówić, kiedy polska nauka, nie zajmuje się takimi postaciami jak córka Władysława Wygnańca, cesarzowa Hiszpanii, hrabina Prowansji i Tuluzy. Po co to komu? Tylko jakieś kłopoty z tego będą, nazwą człowieka szurem, a jego promotor stanie wobec wyzwań, którym w żaden sposób nie będzie potrafił sprostać. Nie wymienia się Ryksy nawet w książce o wybitnych kobietach z rodu Piastów, czy to nie jest zaskakujące?

Piszą, że India była dzieckiem nieślubnym, a to na pewno nie jest prawda, albowiem nie wydano by jej wtedy za kawalera z rodziny de Foix. Południe zawierało poważne mariaże polityczne, żeby wzmocnić swoją pozycję wobec agresywnych sąsiadów.

Z interpretacją imienia India nie ma żadnych problemów, nie można znaleźć na nią żadnego dziadka do orzechów, szczególnie jeśli przywołamy rodzinę Al Majmuni, braci Mojżesza i Dawida, regularnie wysyłających statki do Indii. Przywozili stamtąd indygo i klejnoty, ale w pewnym momencie coś się załamało i flota Dawida została zatopiona przez nieznanych sprawców. On sam zaś zginął. Ciekawe dlaczego? Kupcie książkę i przeczytajcie. Nie mogę Wam przecież opowiedzieć wszystkiego.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

wrz. 052021
 

O teorii systemów- światów już tutaj dyskutowaliśmy i wiadomo dobrze kto ją wymyślił i w jakim celu. Stało się to po to, żeby można było wskazywać kto jest szurem, a kto nie. Teoria systemów-światów to nic innego, jak uwikłanie uwagi i potencjału całych grup w jałowe i pozbawione kontekstów rozważania, oparte na kilku ciągle przywoływanych źródłach. Na podstawie tej teorii, powstają różne szalone hipotezy, ale nie można w żaden sposób wyjaśnić takich choćby kwestii, jak ta poruszona w jednym z pierwszych rozdziałów drugiego tomu Kredytu i wojny – dlaczego biskup krakowski za Bolesława Krzywoustego miał na imię Maur? I dlaczego tenże Bolesław opisywany jest przez polskich badaczy, jako patriota, w stylu Gomułki, który zrezygnował z mianowania duchownych obcego pochodzenia na stolice biskupie? Tymczasem w Poznaniu biskupem był Francuz, a w Krakowie Maur. Po co to wymyślać takie historie, które są nie do utrzymania? Nie wiem. Nie wiem także do czego teoria systemów światów, może służyć dziś, kiedy można sobie na allergo kupić książkę pod tytułem Listy żydowskich kupców w średniowieczu i tam przeczytać o faktorach z Egiptu urzędujących na Jawie.

Wyspa ta została w pewnym momencie podbita kulturowo, przez Indie. Stało się to za sprawą kolonizacji kupieckiej, a rzecz miała miejsce we wczesnym średniowieczu. Ponieważ mało wiem i mało rozumiem z historii Indii będę się posługiwał ogólnikami. Zacznę od tego, że tanie jak barszcz książki o historii Indii, nie interesujące absolutnie nikogo są do kupienia na allegro po cztery złote. Ilość inspiracji, jakie pobudzają ludzki umysł, już po otwarciu takiej książki na dowolnej stronie, jest porażająca. Ja otworzyłem swoją na początku rozdziału dotyczącego reformy hinduizmu i przeczytałem tam sformułowanie, które posłużyło mi za tytuł – systemy popularnej etyki. Oto, w opozycji do buddyzmu, hinduizm, w oparciu o tron i władzę dynastii Guptów, zredagował treść świętych i starych ksiąg i wypełnił je treścią strawną dla tak zwanego prostego człowieka. To oznacza jedno – wszyscy w Indiach VIII i IX wieku potrafili czytać. Księgi te były następnie kolportowane, a także składowane w wielkich świątyniach, a losy ich bohaterów były treścią rozmów i modlitw. Do hinduskiego panteonu wciągnięto także Buddę i zrobiono z niego, o ile dobrze zrozumiałem, jedno z wcieleń Kriszny. Był to początek końca buddyzmu w Indiach, buddyzmu, który z przyczyn nie do końca dla nas zrozumiałych przeszkadzał władzy rodzimej i był traktowany jako ideologiczna dywersja. Nie można było z nim walczyć tak po prostu, a więc za pomocą tego, co dziś nazywa się soft power, wypchnięto go poza granice subkontynentu. Co się za tym wszystkim kryje jeszcze, nie mamy pojęcia, a wobec ubóstwa źródeł i niedostępności opracowań poza najbardziej podstawowymi, pewnie nigdy się nie dowiemy. I teraz wróćmy do teorii systemów światów. Arabowie podbijają północne rejony Indii, czyli dzisiejszego Pakistanu, w na początku VIII wieku. Zajmują także Pięciorzecze, czyli Pendżab. Ten podbój jest dobrze zorganizowany, a świadczy o tym fakt, że po wymordowaniu męskiej populacji głównych miast Muhammad ibn Kasim, dowódca wyprawy, każe wytyczyć w tych miastach nowe działki pod arabskie osadnictwo. Niestety z powodu dywersji na tyłach, czyli zmiany rządów w stolicy kalifatu, został on odwołany z Pendżabu i zamordowany. Czy Indie jakoś się przejmują tym najazdem? W mądrych książkach piszą, że wcale. Indie, przeżyły dwieście lat w pokoju, a sławny arabski najazd, o którym mówią kroniki Bliskiego Wschodu i Persji obszedł je mało. Dopiero kolejne najazdy muzułmańskie, w X wieku, nieco otrzeźwiły Hindusów, ale też nie za bardzo. W popularnej, starej i pewnie zdezaktualizowanej książce pod tytułem „Dzieje Indii” przeczytać możemy, że kraj przeżył 500 lat bez głębokich niepokojów. To jest duża rzecz, nawet jeśli tych lat byłoby 300, a brak niepokojów oznaczałby lekkie niepokoje na granicach północnych. Przez te setki lat Indie zajmowały się rozwojem kultury. Niestety jest ona dla nas rozpoznawalna tylko poprzez teksty poetyckie i owe systemy popularnej etyki, czyli zmienione w epoce Guptów Bhagawadghitę i Mahabharatę. Przez 500 lat względnego pokoju, który panował na prawie całym obszarze subkontynentu Indie żyły, rozwijały się, produkowały mnóstwo niezwykłych przedmiotów, które następnie, zostały zrabowane przez muzułmanów i wywiezione na zachód. Ostateczny triumf Arabów w północnych Indiach datowany jest na początek XIII wieku, kiedy to powstaje sułtanat Delhi. Trudno przypuścić, by w czasie tego podboju zamarł handel. Przeciwnie, myślę, że świetnie się rozwijał, zarówno na zasadach wojennych – transport łupów do miast Bliskiego Wschodu, jak i na zasadach pokojowych – wybrańcy handlowali na warunkach preferencyjnych. Wobec ogromu tego co można było z Indii wywieźć po 500 latach pokoju, oczywistym wydaje się, że dochodziło do poważnych konfliktów wewnętrznych wśród grup owym wywozem zainteresowanych. Handel indygo, nie zamarł chyba nigdy, nawet w czasach największej zawieruchy, a prócz tego przecież handlowano złotem, wyrobami jubilerskimi i wyrobami hutniczymi. Dzisiaj wielu ludzi uśmiecha się z politowaniem, oglądając puszczane na fejsie filmy, gdzie widać kilku Hindusów, jak w godzinę wykonują nową chłodnicę do autobusu, który wozi ludzi gdzieś po pustkowiach stanu Kerala. Czynią to z wprawą, entuzjazmem i wielką fachowością. No i my, Europejczycy uważamy, że to jest archaiczne. Wyobraźmy więc sobie teraz, że w X wieku, w Indiach w każdej, najmniejszej nawet dziurze istnieje kilka takich warsztatów, które nie muszą borykać się z żadnym, znanym Europejczykom problemem. Nie ma kłopotu z transportem drewna opałowego do palenisk i hut, wokół jest bowiem pełno złóż węgla, nie ma problemów z ogrzewaniem w czasie zimy, bo nie ma zimy, nie ma kłopotów z magazynowaniem towarów, albowiem wszystko jest od razu odbierane przez pośredników. Nie potrafimy sobie tego wyobrazić, albowiem nasza wizja historii, wbita nam do głowy w czasie nauki w szkole i czytania pism popularyzatorskich wyklucza takie wizje. Wyklucza też porównania. Z łatwością akceptujemy informację, że Arabowie podbili Indie, kraj stojący tak wysoko w zaawansowaniu technologicznym wobec Europy, jak dziś Japonia wobec Bangladeszu. Nie zadajemy sobie jednak trudu by zastanowić się jaka była skala importu technologii z Indii, przez świat arabski do Europy. Przyjmujemy, że takowego nie było wcale, a wszystkie osiągnięcia Europy w zakresie technologii budowlanych, to dziedzictwo antyku. Bo świat europejski istniał sam dla siebie i przez się, a Azja była oddzielona górami. To są głupstwa, albowiem musielibyśmy uwierzyć, że wszyscy architekci i majstrowie czynni w średniowieczu czytali Witruwiusza, a przecież wiemy, że była to epoka analfabetów. Nie potrafimy też zrozumieć, jak to się stało, że Arabowie, którzy tak łatwo podbili północne Indie, nie poradzili sobie z Europą. A po co mieli sobie radzić? Po co mieli tracić ludzi, wysadzać desanty, zdobywać porty, które posiadały stare, jeszcze rzymskie umocnienia i maszerować na północ, do brzegów lodowatych mórz? Oni stamtąd mogli kupować co najwyżej niewolników, a czynili to przez zainstalowanych na miejscu pośredników. Myślę, że możemy spokojnie nakreślić taką oto wizję – ochrzczenie północnej Europy było koniecznością także z tego powodu, że kultura i cywilizacja, a to znaczy wpływy finansowe świata arabskiego, przenikały daleko na północ, bardzo daleko na północ. Wyrażały się one w intensywnym pozyskiwaniu niewolników, którzy byli napędem cywilizacji muzułmańskiej. Tak więc ochrzczenie Polski i Węgier byłoby początkiem powolnego procesu wypychania arabskiego pieniądza i arabskiej władzy, stanowiącej niejako drugą rzeczywistość wobec tej lokalnej, plemiennej i słabej bardzo jeszcze, chrześcijańskiej, ku południowi. Proces ten zwieńczyły krucjaty i zdobycie Jerozolimy. Ponieważ jednak władza muzułmańska nie posługiwała się w północnej Europie mieczem, a podstępem, bardzo trwałym i trudnym do zwalczenia, trzeba było zastosować coś, jakąś popularną etykę, która podniesie znaczenie każdego mieszkańca chrześcijańskiego uniwersum i będzie dla niego drogowskazem w codziennym życiu. Taką soft power, zastępującą w wyobraźni ludzi nie dający się zrozumieć, brutalny i bezwzględny świat łowców niewolników i pośredników w tym handlu.

Ponieważ Kościół miał takie narzędzie, zostało ono zastosowane, ale kolportaż treści, które się nań składały, był utrudniony albowiem nie było szkół i nie było możliwości kolportowania wizerunków. Ta pojawiła się dopiero w chwili kiedy powstawać zaczęły dekoracje rzeźbiarskie portali wielkich kościołów.

Teraz wypada się zastanowić jakimi systemami popularnej etyki posługujemy się dzisiaj i czemu one służą? Zapewne wypchnięciu poza sferę zainteresowań jakiegoś wcześniejszego systemu. Do systemu popularnej etyki aspirują wszystkie programy publicystyczne i paradokumentalne, których bohaterami są policjanci. Aspiruje do niego także program Elżbiety Jaworowicz. Trochę wyżej znajdują się pogadanki Adama Szustaka, filmy Patryka Vegi i cała działalność Szymona Hołowni, która ma nam zastąpić starą, dobrą moralność opartą na przykładzie płynącym z żywotów świętych. Nimi się już nikt nie przejmuje, albowiem byłaby to – nawet według wielu księży – zwykła szuria. Na koniec przypomnę, że mamy w magazynie książkę, która – gdyby nie była solidnie udokumentowana – uznana zostałaby przez rodzimych naszych mędrców i zawiadowców nowych systemów popularnej etyki – za przykład anachronicznego obłąkania w rozumieniu przeszłości. A do tego za ciskanie nieuzasadnionych oskarżeń na wielką i ważną dla całej ludzkości cywilizację. Nosi ona tytuł Wielki żywopłot indyjski. I opowiada o tym, jak można ukryć instalację polityczną służącą zniewoleniu i wcale nie starą, w sposób tak przemyślny, że nie odnajdzie jej nikt. No chyba, że ma do tego całkowite przekonania i wielką pasję, dla której gotów jest poświęcić życie.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wielki-zywoplot-indyjski/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/