lip 022022
 

W Polsce bycie tak zwanym konserwatystą, ma jeden tylko cel. Służy zasłanianiu lenistwa bądź też braku pomysłu na życie. Konserwatyzm zaś jest łatwy nie tylko do naśladowania, ale także do wskazania. Wystarczy założyć muszkę i garnitur. No i potem opowiadać te wszystkie dyrdymały, które opowiadają konserwatyści, starannie unikając przy tym zderzenia się z jakąkolwiek formą rzeczywistości. Konserwatyści zwykle są zatrudnieni na etatach, albo – jest to skrajna forma konserwatyzmu – pozostają na utrzymaniu swoich matek. Istnieją konserwatyści, którzy spędzili pół życia na emigracji, nie biorąc udziału w żadnych politycznych akcjach, a potem wrócili do kraju z pieniędzmi i oczekują za to oklasków, a także nieustającej atencji. Są konserwatyści, którzy dorobili się, albowiem zdobyli jakąś szczególną specjalizację, ale nie dało im to satysfakcji. Ta bowiem pochodzić może tylko z jednego źródła, a imię jego – urządzanie życia bliźniemu tak, jak sam bym nie chciał żyć. Konserwatyści są w zasadzie socjalistami, ale tym się od nich różnią, że nie potrafią zdobyć władzy, a co za tym idzie dostępu do państwowych budżetów. Konserwatystom zdaje się, że poprzez uwagę, jaką skupiają na sobie emitując nie konserwatywne wcale, ale kontrowersyjne komunikaty, osiągną sukces polityczny. To jest aberracja, ale wytłumaczyć tego żadnemu konserwatyście nie można, albowiem jego celem jest przemawianie do mniejszych lub większych grup ludzi, połączone z wiarą, że to  właśnie podnosi ich znaczenie. Mimo tak zarysowanych realiów konserwatyści mają sporo zwolenników. Dzieje się tak, albowiem wielu ludzi ma ochotę na nic nie robienie połączone z nadzieją, że ktoś będzie stale zwracał na nich uwagę. Wystarczy, że założą muszkę. Droga konserwatystów prowadzi na manowce, ale ten, kto zaplanował i stworzył taką formację dobrze wiedział, że może ona być języczkiem u wagi w politycznych rozgrywkach. Pycha bowiem połączona z lenistwem jest niczym magnes. Przyciąga wielu, a jakby tego było mało wywołuje też różne złudzenia. Najważniejsze z nich polega na deprecjonowaniu jakiegokolwiek wysiłku, który nie jest firmowany przez konserwatystów i podnoszeniu znaczenia każdej formy lenistwa, o ile ta może być pod konserwatyzm podciągnięta.

Wczoraj w jednym z komentarzy na fejsie, jakiś konserwatysta napisał mi iż karmię się złudzeniem, że moje książki mogą zmienić świat. Ja się tym wcale nie karmię, myślę wyłącznie o sposobach podniesienia sprzedaży poszczególnych tytułów. Człowiekowi temu jednak najwyraźniej przeszkadzało to, że są jakieś książki, których autor nie wpisuje się w konserwatywną poetykę, ale mówi coś, czego żaden konserwatysta z prawdziwego czyli nieprawdziwego zdarzenia, by nie powiedział. Komentarz ten był po prostu próbą zdeprecjonowania mojej pracy i wskazania, że samo tylko gadanie i publiczne występy konserwatystów, takich jak Braun są od niej lepsze. Konserwatyści bowiem naprawdę chcą coś zmienić. Naprawdę – podkreślę – a to znaczy w ich języku, że nie rozpraszają swoich sił na produkcję niepotrzebnych druków, ale wskazują, jak jest i choć sami nie rzucają się do szarży, namawiają innych, by czynili do niej przygotowania. Czy ci inni je czynią? Rzecz jasna nie, bo wiedzą doskonale, że to wszystko tylko taka zabawa, polegająca na tym, by nic nie robić, a jedynie demonstrować postawę, która jest z istoty nie do zweryfikowania. Jakikolwiek bowiem efekt wysiłków może być oceniany, a oceniania konserwatysta nie znosi. Wręcz traktuje je tak, jak diabeł święconą wodę, albowiem oceniając konserwatystę demaskujemy jego nicość. Po prostu. On zaś także próbuje zdemaskować naszą nicość, pisząc, że wszystkie nasze wysiłki, a te zwykle są poważne, są jak paprochy na wietrze. Nie mają żadnego znaczenia. Prowadzą bowiem do jakichś innych niż czysty konserwatyzm i czysta spekulacja intelektualna aktywności, odwracają uwagę ludzi, od spraw, które tu i teraz są naprawdę istotne. Jakie do sprawy? Do niedawna była to ustawa 447, ale się wymydliła. Teraz są to Ukraińcy, którzy przejmą władzę w samorządach. Na pytanie – dlaczego miły konserwatysto sam tej władzy nie przejmiesz, mając tak wspaniałą podkładkę ideologiczną i tyle zapału – konserwatysta nie odpowiada. Patrzy tylko spode łba i po minucie wyciska spomiędzy zębów zdanie – niczego pan nie rozumie. Oczywiście, że niczego, jak ktokolwiek poza konserwatystą mógłby cokolwiek rozumieć? To jest przecież niemożliwe. Ja tylko, piszę coś codziennie, a także wydaję i sprzedaję książki. Czy można sobie wyobrazić coś bardzie trywialnego i bezsensownego? Oczywiście, że nie. Kolejnym fetyszem konserwatysty jest wolność osobista. Czy konserwatyści są rzeczywiście wolni, tak jak to próbują przedstawić? Moim skromnym zdaniem nie. Są uwikłani, nawet jeśli próbują się tłumaczyć i mówić, że nie, nie, nie, wcale nie jesteśmy w nic uwikłani, wcale nie znamy tych osób, których znajomość próbujecie nam przypisać. Konserwatysta, chce przekonać wszystkich, że jest wolny. No, ale on nie robi niczego co rzeczywiście byłoby manifestacją wolności. On zajmuje się bardzo powierzchownym odtwarzaniem komunikatów. I niczym więcej. Każdą zaś aktywność, która jest manifestacją wolności traktuje jak zagrożenie dla swojej postawy i różnych demonstracji, odbywających się z jego udziałem. Wszystko bowiem co ma wartość, odwraca uwagę potencjalnych zainteresowanych od poczynań konserwatysty.

Konserwatysta lubi szydzić z ludzi zajmujących się pracą i twórczością, albowiem jest przekonany, że etat, na którym zatrudniono go po znajomości, to jest właśnie ta wyśniona wolność. Każdy więc, kto robi coś dla siebie, przeżywa swoje życie głęboko, miewa jakieś sukcesy i porażki, jest dla konserwatysty istotą zasługującą na miano frajera – przynajmniej – jeśli nie gorzej.

Czy konserwatysta przejmuje się tym, że emitowane przezeń komunikaty kompromitują się w bardzo krótkim czasie? Oczywiście, że nie, albowiem natychmiast podsuwane są nowe komunikaty, w których obronie musi on stanąć zaczynając swoją kolejną misję od znanych wszystkim słów – bo ty nie rozumiesz…albo – nie o to wcale chodzi, by…I tak w kółko.

Istotnym motywem istnienia, bo nie działania przecież, konserwatysty jest – użyję sformułowania z dziedziny botaniki – przedłużanie kwitnienia. Kiedy już wiadomo, że nic nie kwitnie, w miejsce konserwatysty wstawia się plastikowy kwiatek i od czasu do czasu pryska go wodą w aerozolu, żeby nie było widać zbierającego się kurzu. Kiedy podnosimy taki argument – ale koledzy, kwiatek jest z plastiku przecież? Napotykamy jedynie pełne pogardy spojrzenie. Ja usuwam konserwatystów ze swoich portali i stron, czynię to albowiem dostali oni dziwnego wzmożenia i o ile wcześniej nie mieli przymusu komentowania niczego u mnie, o tyle teraz go mają. To może oznaczać tylko jedno – na zapleczu konserwatywnego warzywniaka, gdzie Korwin z Ratajczakiem sprzedają czereśnie po złotówce za sztukę, wybuchł pożar. Jakoś go trzeba zgasić, ale jak gasić, jak człowiek stoi w garniaku przed mikrofonem i dusi go za ciasno zawiązana muszka? Nie jest to na szczęście nasz problem.

 

Dziś i jutro trwają w grodziskiej Mediatece Targi Książki i Sztuki. Wczoraj nagraliśmy kilka zapowiedzi, ale dźwięk jest słaby, albowiem zapomniałem mikrofonu. Dziś nagramy coś lepszego. Nie jestem w formie, więc proszę wszystkich, którzy uznają, że nie poświęciłem im należytej uwagi o wybaczenie. Oto nasze wczorajsze nagrania.

https://www.youtube.com/shorts/CPYtMHmUYO0

lip 012022
 

Kiedyś jeden z moich kolegów opowiadał mi, z jakim przejęciem czytał komentarze, które pod moimi i innymi tekstami wpisywał pewien erudyta. Czytał to i czytał, aż wreszcie ów erudyta zaczął poruszać tematy, które zahaczały bezpośrednio o kompetencje tego kolegi. No i tu okazało się, że erudycja jest jedynie pewnym, niezbędnym do funkcjonowania w sieci, zestawem pozorów. Kolega ów już nigdy później nie zatrzymał się na komentarzu tego erudyty i tak pozostało do dziś.

Z samego rana uderzył mnie prosto w nos komunikat wyprodukowany przez posła Brauna, który stwierdził, że w nadchodzące wybory samorządowe wygra w niektórych gminach partia ukraińska. Jak to świadczy o Braunie? Jak najgorzej, albowiem nie rozumie on zupełnie gdzie się znajduje i jakim krajem jest Polska. Jego projekcje służą tylko i wyłącznie kokietowaniu osób słabszych od niego i nie radzących sobie zupełnie z zestawami przypadkowo przezeń łączonych informacji, które następnie układają się w jakiś tam komunikat. Niestety nie mogę napisać nic bliższego o tych gminach gdzie ma zwyciężyć partia ukraińska, albowiem poseł Braun nie zdradził, póki co, które to są gminy. Gdybym miał traktować serio jego wypowiedź obstawiałbym powiaty Zielonogórski i Koszaliński. No, ale to są sprawy tak egzotyczne, że nie rozumie ich nawet Janusz Korwin Mikke, a co dopiero Braun i ja jestem święcie przekonany, że myśląc o partii ukraińskiej zwyciężającej w wyborach samorządowych obsadzają ją oni w realiach województwa Podkarpackiego i Lubelskiego. Nie rozumiejąc w ogóle skąd się wziął Związek Ukraińców Podlasia, tradycyjnie głosujący na SLD czy inne jakieś postępowe partie.

Załóżmy jednak, że Braun miał na myśli coś innego – samoorganizację przybyłych do Polski Ukraińców, którzy zechcą przejąć władzę w niektórych powiatach. Czy poseł Braun był kiedyś w jakimś powiecie? Czy rozumie co to jest samorząd w Polsce i skąd się bierze? Czy wie, jak przebiegają wybory w gminach? Rzecz jasna nie.

Chcę podkreślić, że ta i inne wypowiedzi Brauna mają na celu markowanie zaznajomienia się z realiami, choć właśnie emitując takie komunikaty, poseł Braun pokazuje, że jest od realiów oddalony o lata świetlne. Tworzy jednak pewną wizję, która uwodzi mieszkańców osiedli na Gocławiu, wysiadujących na ławce w upalne wieczory i zastanawiających się co to też będzie w tej Polsce, jak w powiecie włodawskim przejmą władzę Ukraińcy. Nazwanie tego aberracją to jest komplement.

W tym roku mija okrągła, 145 rocznica objawień w Gietrzwałdzie, które posłużyły swego czasu posłowi Braunowi do skonstruowania komunikatu, jakże uwodzicielskiego i eleganckiego, na temat bezpośredniej interwencji Matki Bożej w plany mocarstw. Poseł Braun napisał nawet na ten temat niewielką książeczkę, która była dostępna także w naszym sklepie. Wielu ludzi uwierzyło, że stanie się ona podstawą filmu dokumentalnego, który – z istoty niejako – narzuci nową konwencję opowiadania o historii. Tak się nie stało. Dlaczego? Dokładnie nie wiem, albowiem nie siedzę w głowie posła Brauna. Wiem natomiast, jakie trudności wyłaniają się kiedy próbujemy z niepotwierdzonych informacji sklecić przekonującą narrację. Są to trudności straszliwe, których człowiek, nawet bardzo zdolny, w pojedynkę raczej nie pokona. Natychmiast bowiem pojawi się pokusa, by imać się uproszczeń lub znanych konwencji. Te zaś zrobią z tematu sieczkę, co w wykonaniu posła Brauna oglądaliśmy wielokrotnie. Pokazanie w filmie interwencji Matki Bożej w politykę to wyzwanie bardzo duże. Pokusa zaś, by nakręcić film dla najmniej wymagającego targetu, który domaga się komunikatów wyrazistych i emitowanych wprost, jest jeszcze większa. I poseł Braun nigdy w sobie tej pokusy nie zwalczył. I pewnie nigdy nie zwalczy. Popularność bowiem – co było do okazania przedwczoraj – jest najciężej uzależniającym narkotykiem. Możemy więc spokojnie uznać, że temat przerósł nie tylko reżysera, ale wszystkich, którzy mu wierzyli i wierzyli, że Matka Boża naprawdę interweniowała w Gietrzwałdzie. Jak to świadczy o tych ludziach? Jak najgorzej. Oni jednak są przekonani, że jest dokładnie odwrotnie, albowiem próbowali, no ale z jakichś przyczyn się nie udało.

Przed nimi jednak nowe wyzwania, o wiele łatwiejsze w realizacji, na przykład gawędy o wyborach samorządowych, które wygrywają Ukraińcy. Aż się chce zapytać – a dlaczego skoro poseł Braun tak głęboko wierzy w siłę organizacji ukraińskich, sam wraz z innymi członkami Konfederacji nie weźmie z nich przykładu i nie zawalczy o władzę w niektórych gminach? Czyżby nie był aż tak dobrze zorganizowany? Ma przecież taką gawędę jak trzeba, o mało nie nakręcił filmu o objawieniu w Gietrzwałdzie, popiera go mnóstwo ludzi, a Korwina jeszcze więcej. Dlaczego więc, nie sięgnąć po władzę w jakimś powiecie? Otóż nie można tego zrobić z tego samego powodu, dla którego niemożliwe jest nakręcenie filmu o Gietrzwałdzie – za dużo roboty, za dużo myślenia, za dużo ryzyka, za dużo osób, które musiałbym wziąć w tym udział i partycypować w zyskach. Co innego sejm i wskazywanie wroga w Ukraińcach. W sejmie można ni cholery nie robić. Na 11 posłów Konfederacja dostała ponoć jakieś grube miliony złotych. Praca łatwa, nie kurzy się, można gadać do ściany i nikt człowieka nie będzie peszył. No i można wskazywać bezpiecznie na aktualne zagrożenia, które wiążą się z napływem ludności uciekającej przed wojną. To nic nie kosztuje. Ja jednak ponowiłbym pytanie – skoro poseł Braun aż tak bardzo troszczy się o sytuację w gminach, dlaczego jego partia o te gminy nie zawalczy? Nie ma lokalnych liderów? Oczywiście, że ma. To są wszystko, rzecz jasna, szyderstwa, albowiem nie można innymi kategoriami opisywać działalności posła Brauna, który stał się karykaturą samego siebie.

Tylko filmu o Gietrzwałdzie szkoda. No, ale widocznie nie był on Matce Najświętszej do niczego potrzebny. Tak to sobie tłumaczę. Posłużył jedynie do rozgrzania atmosfery wokół kilku panów, którym zamarzyła się najpierw władza w kluczowych ośrodkach miejskich, a następnie kariera poselska. Teraz pora na kolejny etap czyli na utrzymanie się w sejmowych stołkach. Na jakich paradygmatach będą to próbowali osiągnąć konfederaci, widać już dzisiaj. A skoro widać, nie można inaczej nazwać ich działalności, jak tylko używając wyrazu deprawacja.

 

cze 302022
 

Zapomniałem dodać wczoraj, że na imprezie w Torzymiu, gdzie spotkali się ludzie naprawdę wolni, czyli tacy, którzy gotowi są kupować czereśnie na sztuki i płacić za nie po złotówce, był także Wojciech Cejrowski. Jak na prawego katolika, który zawsze chodzi z różańcem, to jest jednak coś niezwykłego – pojawić się na imprezie szurów wierzących w UFO. Jakby tego było mało, zjawił się tam także Witold Gadowski, który dla wielu jest ultima instancia, jeśli chodzi o politykę i różne poboczne, ale istotne kwestie. Obaj panowie zrobili sobie zdjęcie z Iwanem Komarenko, który też się tam zjawił, by śpiewać i opowiadać różne rzewne historie z czasów kiedy mieszkał w Rosji.

Jak już to zostało ponad wszelką wątpliwość ustalone, żadne demaskacje nie wpływają na ocenę postaw takich bohaterów. Mogą oni robić wszystko, co chcą, a publiczność im to wybaczy. Mają bowiem coś absolutnie koniecznego, by przetrwać – gwarancje. Wszyscy ci ludzie wywodzą się z kręgów bliskich władzy, a w najgorszym wypadku bliskich mediom. I każdy wierzący im gamoń, przeczuwa, że kto, jak kto, ale taki Cejrowski będzie pływał niczym zepchnięty z pokładu kontener po oceanie. Będzie też można bezpiecznie się na niego powoływać. To samo z Gadowskim i Sumlińskim. Wszyscy oni zapewniają czytelnikom i widzom konsumpcję tych samych emocji, które są zrozumiałe i akceptowalne. Ilość bredni, które ludzie ci wyprodukują i wyemitują nie będzie miała żadnego znaczenia. Bo w końcu pokazywano ich w telewizji, która dla wielu ciągle jest instancją ostateczną. Przekaz wymienionych panów utrwala się jeszcze z jednego powodu, mają oni dziwną moc nadawania znaczenia i podkreślania wagi oraz doniosłości chamstwa i nienawiści. W sytuacji wojennej, Cejrowski z Gadowskim zajmują się wyłącznie wskazywaniem ile zła wyrządzili Polakom Ukraińcy i na nic przypominanie im o miłości bliźniego i ewangelicznej dobroci. W końcu nie po to człowiek się popisuje różańcem nawiniętym na pięść, żeby zawracać sobie dupę jakąś tam ewangeliczną dobrocią. Ten numer zresztą przećwiczył już wcześniej poseł Braun, któremu wszystko uchodzi na sucho. Dzieje się tak, albowiem wszyscy ci panowie orientują swój przekaz na tchórzostwo i nienawiść, którą każdy nieudacznik nosi głęboko w sercu. Jest jednak jeszcze coś, co ułatwia im przeżycie. I nie chodzi mi bynajmniej o to, że Gadowski ma przymus naśladowania bohaterów kina noir.

W Polszcze naszej mamy głęboką bardzo tradycję trywializowania narracji. W zasadzie żadna niestrywializowana gawęda się nie liczy. Każda historia musi zostać utytłana w ogranych schematach, unieważniona przez nie, żeby zacząć normalnie funkcjonować. To się zaczyna już w podręcznikach szkolnych, które mają za zadanie zapoznać dzieci z historią i literaturą. Ich funkcja zaś, ukryta rzecz jasna, polega na tym, by pozbawić młodych ludzi frajdy płynącej z obcowania ze słowem i treścią. Kolejnym etapem są wycieczki szkolne i w ogóle turystyka. Jeśli kogoś interesuje coś poza leżeniem na plaży bądź samotnym spacerem po górach, ten skazany jest na obłąkane narracje przewodników grup turystycznych, którzy starają się zainteresować zwiedzających jakimiś historiami. Wszystkie one są tak autentyczne i tak podane jak wiara katolicka Cejrowskiego. Nie lepiej jest na studiach humanistycznych, gdzie idiotyzmy mają status dogmatów i nie dyskutuje się z nimi oficjalnie. No może gdzieś w kuluarach, półgębkiem. Potem to wszystko przenosi się do rodzin, w których całkowicie oczadziali rodzice próbują opowiadać dzieciom coś ciekawego, żeby odciągnąć te dzieci od pokus i zła. To się prawie nigdy nie udaje. Nie można bowiem wzbudzić niczyjej ciekawości, poprzez trywialne narracje.

Każdy intuicyjnie wyczuwa, że coś z tym przekazem jest nie tak i tu dochodzimy do sedna. Żeby nadać mu trochę szwungu i temperatury trzeba go zaprawić polityką. Najlepiej polityką opartą o resentyment. Wtedy dopiero młodym i starym odkrywcom otwierają się oczy – aha, mówią, to dlatego tyle czasu musieliśmy słuchać tego ściemniania, albowiem nie chcieliście nam powiedzieć, że za wszystkim stoją Żydzi (Ukraińcy, reptilianie, PiS, rezerwa federalna – niepotrzebne skreślić). I zwróćcie uwagę, że innej pointy w takiej sytuacji być nie może. Trywialna narracja bowiem wyklucza wszystkie opcje, które nie odnoszą się do osobistych emocji albo najgrubiej krojonych schematów propagandy. A przekaz, o którym piszę, kierowany jest wyłącznie do emocji osobistych. Żeby tam trafił, wprost do serca jakiegoś biedaka, nie rozumiejącego absolutnie niczego, nośnik, czyli w tym wypadku każdy z naszych bohaterów, musi być osobistością niezwykłą i przez swoją niezwykłość wiarygodną. I w ten właśnie sposób narracja pozbawiona jest elementów atrakcyjnych, a ubrany w nie zostaje facet, który ma kłamać na czyjeś polecenie. Nigdy nie zapomnę, jak Cejrowski opowiadał, że pisze swoje książki po hiszpańsku, a potem tłumaczy je na polski. Tak jest mu po prostu wygodniej, albowiem mieszka w Ameryce Południowej i posługuje się na co dzień miejscowym narzeczem. Wielu ludzi mu wierzy, dokładnie tak samo, jak wielu ludzi wierzy Neli, małej podróżniczce, która opowiada ciągle te same historie o zwierzętach z egzotycznych krajów. Nigdy nie zapomnę, jak w wydrukowanej fontem 16 książce Cejrowskiego przeczytałem, że pisał on ja trzy lata. Ludzie w to wierzą całym sercem, podobnie jak wierzą, że Gadowski jeździ na Bliski Wschód i tam naraża swoje życie, żebym im, małym zahukanym nienawistnikom przekazać kawałek prawdy o świecie.

Jak wiecie bardzo lubię używać słowa „tradycja”, często go nadużywam nawet, dobrze jednak jest przyjrzeć się skąd bierze się tradycja takich gawęd. To jest dość łatwe do odkrycia. Jak pamiętamy komuna, także ta, w latach pięćdziesiątych, zamykając przed ludźmi możliwość podróżowania, jednocześnie wypuszczała na rynek różne ciekawe pisma, przybliżające każdemu wiedzę o świecie. Był, zdaje się, taki tygodnik „Dookoła świata”. Potem zmieniło się to w programy telewizyjne, różne „Kluby sześciu kontynentów” aż w końcu wyewoluowało w Halika. Potem był już tylko zjazd w dół, aż do tego, co mamy dzisiaj, czyli Cejrowskiego opowiadającego o hodowli świnek morskich i Gadowskiego udającego, ze schodzi na dno piekła, żeby pokazać nam jak tam jest.

Ponieważ jednak nie ma już policji politycznej, twardej cenzury, jest internet i wokół rozkwitają przeróżne konkurencyjne narracje, które nie mają jednak aż takich forów, jak omawiane, albowiem wyrastają z innego niż nawieziony czerwoną zarazą grunt, coś się w postrzeganiu tych gawęd zmienia. To znaczy nie da się utrzymać za ich pomocą dużej popularności, nawet jeśli Cejrowski wskaże, że rząd, chce doprowadzić do upadku Polski wiążąc ją sojuszem z USA. Trzeba coś zmienić. I tu na scenę wchodzą Reptilianie, oni także wyrastają z pewnej tradycji. Z tradycji, której polityczne konteksty rozpoznajemy słabiej, ale coś tam przeczuwamy, z tradycji, którą w PRL kultywował Arnold Mostowicz, autor książki „My z kosmosu”. Ciekawe co będzie jeśli okaże się, że i to nie zadziała? Głębiej jest już tylko twarda pornografia, a za nią ucieczka, gdzieś, gdzie nie sięgają macki opresyjnego, nienawidzącego prawdziwej wolności, polskiego rządu.

cze 292022
 

Chyba nigdy nie umieściłem w żadnym tekście aż tak trywialnego tytułu. No, ale inny nie pasuje, więc musi być ten. Sieć obiegają ostatnio zdjęcia polityków PO, którzy już rozpoczęli kampanię wyborczą i jeżdżą po miastach i miasteczkach agitując, by ludzie na nich głosowali. Wygląda to żałośnie, ale oni nie mogą przestać. Tusk musi iść w zaparte i opowiadać, że nigdy nie popierał Putina i Angeli, musi wmawiać młodym, że to on chciał przekopu Mierzei Wiślanej, że to za jego sprawą kraj się zmieniał. Musi, albowiem walczy o życie. Ono zaś splecione zostało nierozerwalnym węzłem z polityką Niemiec, które mają dziś ważniejsze sprawy na głowie niż jakiś tam Donald i jego pomagierzy. Trwa szczyt NATO i raczej jasne jest, że sojusz zmieni swoją politykę wobec Rosji, a co za tym idzie także wobec Niemiec. My w Polsce, znamy Niemców tylko z jednej strony, to znaczy postrzegamy ich tak, jak oni chcą być widziani. I ta ich postawa wielu ludziom imponuje. Trzeba jednak zobaczyć jak nowy kanclerz nadskakuje Bidenowi, żeby zrozumieć, że Niemcy wobec silniejszych partnerów zachowują się gorzej niż Tusk wobec swoich wyborców. To zaś oznacza, że są zdolni do najgorszych upokorzeń byle tylko uzyskać to, co ich interesuje. Bez cienia żalu też porzucą swoich sojuszników w Polsce i zaczną współpracować z kimś innym, kto według nich będzie reprezentował taką wizję naszego kraju, która da się zaakceptować. Tylko czy my będziemy mogli się z tym pogodzić? Wydaje się, że za dwa dni, kiedy szczyt się skończy, będą to problemy nieskończenie mało istotne. Granica sojuszu z Rosją wydłuży się bowiem bardzo, a to oznacza, że doktryna wojenna Rosji będzie musiała ulec zmianie, a jeśli nie, to kraj się po prostu rozpadnie. Czy coś z tego rozumieją politycy tacy jak Tusk czy Schetyna? Przypuszczam, że nie, albowiem ich misja została zaplanowana inaczej i inne rzeczy wdrukowano im do głowy. Najważniejszą zaś i najbardziej zgubną dla nich kwestią była chwilowa popularność, którą osiągnęli.

Co robią ludzie, którzy tracą popularność? Rozpaczliwie szukają treści i wątków, które mogłyby im tę popularność podnieść. Szukają także potwierdzenia, że ona wzrasta. To złudzenie osiągnąć najłatwiej, wystarczy wydać pieniądze na sfałszowane sondaże i można już się cieszyć, aż do ostatecznej klęski. Trochę inaczej jest z komunikatami. Te bowiem muszą mieć odpowiednią konsystencję, ładunek i ciężar. I nie ma doprawdy zbyt wielu obszarów, na których polityk mógłby poprawić sobie wyniki i zdobyć większą popularność. Jest ich zaledwie kilka. PO zaś wybrała jeden tylko, bo wszystkie inne są dla nich pułapkami. Chodzi oczywiście o wskazywanie, jakim złem jest Kaczyński i przypisywanie sobie zasług PiS. To jest jedyna droga dla polityków Koalicji Obywatelskiej, PO, czy jak oni się tam teraz nazywają. Jedyna, albowiem wszystko inne ich demaskuje. Jeśli ktoś ma misję polegającą na degradacji kraju, osłabieniu go i podporządkowaniu lokalnemu mocarstwu, musi te intencje ukrywać. Kiedy wygrywa i zdobywa popularność wszystko jest w porządku. Kiedy zostaje zdemaskowany i zaczyna tracić poparcie, zamienia się w złodzieja. I to dzieje się na naszych oczach.

W gorszej sytuacji niż Tusk są tylko jawnie popierające Moskwę szury, ale w ich przypadku sprawy są po prostu oczywiste. Na nic innego nie mogą liczyć, jeśli ich patron zostanie zdemaskowany, pozostaje im tylko integracja wokół idei i treści najbardziej wyrazistych. Lista tych znaczeń jest bardzo krótka: covid, leczenie raka, kosmici i zbrodnia wołyńska. Tyle. Nic więcej się na niej nie zmieści, albowiem wtedy komunikacja z ewentualnym elektoratem zostanie zaburzona.

Dla wielu osób pewnie nie było to wielkie zdziwienie, ale ja jednak, mimo wszystko uniosłem brwi. Oto okazało się, że na zjeździe ludzi prawdziwie wolnych w Torzymiu niedaleko Słubic, gdzie zebrali się wszyscy ci, którzy wcześniej jeździli do Wylatowa plus Edyta Górniak, pojawił się Wojciech Sumliński. Wiem, że nie doczekam się przeprosin od tych, którzy mnie kiedyś indagowali na okoliczność – a czego pan chce od Sumlińskiego, ale tak naprawdę – chciałbym jednak zwrócić na ten fakt uwagę. Dla wszystkich, którzy nie budują swojego światopoglądu w oparciu o wymienione wyżej kwestie: covid, leczenie raka, kosmici, zbrodnia wołyńska, jasne jest że Sumliński to oszust, jego pojawienie się na zjeździe ludzi prawdziwie wolnych, gdzie ponoć czereśnie były sprzedawane na sztuki, po złotówce za jedną, wskazuje wyraźnie dokąd zmierza narracja „prawdziwej wolności”. Do reglamentacji papieru toaletowego i zastąpienia tego braku gawędą o reptilianach, którzy mieszkają wśród nas. Sumliński nie był jedyną atrakcją tego wydarzenia, albowiem pojawił się tam także Marcin Rola, który, biegając z mikrofonem po estradzie, wyjaśniał zgromadzonym najbardziej złożone zagadnienia z zakresu geopolityki.

Na tych przykładach widzimy, jak szalenie istotną kwestią jest poszerzanie spektrum komunikatów, które posłużyć nam mogą do nawiązania relacji z innymi ludźmi, zainteresowanymi książką, treścią w ogóle, czy też po prostu historią i polityką. Dlatego też między innymi podejmuję ryzyko i wydaję książki tak nieoczywiste jak „Walka urzetu z indygo” i „Ryksa Śląska, cesarzowa Hiszpanii”. Za nic na świecie nie można dopuścić do tego, by w imię złudnej bardzo popularności, znaleźć się w miejscu takim, jak zlot ludzi prawdziwie wolnych czy spotkanie Nitrasa z wyborcami w Łobzie. Bo to są zjawiska tożsame, które wyrastają z jednego pnia. Komunikacja nie może być redukowana, mysi być rozbudowywana, choć wiąże się to z ryzykiem. Politycy, zdrajcy, wariaci, szury i istoty opętane, żyją w przekonaniu, że mogą, samym tylko słowem i czereśnią za złotówkę, zahipnotyzować odbiorcę ich treści. To jest złudzenie, za które przyjdzie im drogo zapłacić. Choć bywa ono przyjemne, szczególnie kiedy pomiędzy występującym na estradzie gwiazdorem, a gapiącymi się na niego z widowni zwolennikami reptilian rodzi się czysta i niezmącona niczym pogarda. No, ale potem jest już gorzej.

Nie ograniczajmy się więc do „wolności prawdziwej”, skupmy się na wolności w ogóle, która pozwala nam dokonywać wyborów w bardzo szerokiej ofercie. Ten model komunikacji nie doprowadzi pewnie nikogo z nas do ław sejmowych, ale też nie o to nam chodzi. Mamy inną misję. Zapraszam wszystkich na Targi Książki i Sztuki do Grodziska Mazowieckiego, które odbędą się w dniach 2-3 lipca 2022, w Mediatece ul. 3 maja 57

cze 282022
 

Miałem dziś pisać o jakichś szaleństwach, ale pomyślałem, że przecież należy przede wszystkim pilnować własnych spraw. Zbliża się pierwsza edycja Targów Książki i  Sztuki w Grodzisku Mazowieckim, a ja zamiast niepokoić się coraz bardziej, jestem z każdym dniem spokojniejszy. Na tyle, że nie poszedłem nawet do radia Bogoria, żeby im udzielić wywiadu. Po co? Zaczął bym mówić o tym całym handlu i to z całą pewnością nie zostałoby uznane za kwestie godne uwagi i rozpropagowania. Lepiej więc napisać kilka słów o wystawcach, którzy tam będą. Ponieważ nasza impreza nastawiona jest na zysk i chcemy przyciągnąć jak najwięcej klientów, postarałem się, żeby oferta była maksymalnie szeroka. Chcę to podkreślić – Targi Książki i Sztuki organizowane są z myślą o zysku. Nie jest to impreza propagująca jakieś idee, ani też nie jest to żaden protest przeciwko komuś czy czemuś. Zgromadziliśmy wydawców i artystów, którzy reprezentują bardzo odmienne profile twórczości i mamy nadzieję, że to zadziała. Zacznę od naszych gości, którzy zgłosili się w ostatniej chwili. Literaturę kobiecą reprezentować będzie wydawnictwo Silver. Właścicielka tej oficyny, pani Iwona Krynicka, zaprosiła na nasze targi aż trzy autorki. Ich nazwiska można znaleźć na stronie https://www.facebook.com/TargiKiS Wydawnictwo Silver promuje swoje produkty hasłem – Literatura piękna dla dojrzałych kobiet.

Swoje powieści wystawi u nas także Anita Krasińska, autorka książki „Nauczycielka z getta”.

Zaprosiłem także wydawnictwo Paśny Buriat z Kielc, które wydało książkę Piotrka Tryjanowskiego „Bocian. Biografia nieautoryzowana”. Ofertę wydawnictwa możecie zobaczyć tutaj https://pasnyburiat.pl/

Przybędzie wydawnictwo Rewasz, w którego ofercie znajdują się przewodniki po krainach odległych i tych całkiem bliskich. Na przykład po Mazowszu Zachodnim. A propos, nie każdy kupił sobie książkę „Drewniane kościoły Mazowsza”, a jest tam opisany drewniany kościółek pod wezwaniem św. Stanisława biskupa i męczennika, a w nim oryginalne XVI wieczne polichromie. Bez wydawnictwa Rewasz nawet byście o tym nie usłyszeli. Boguszyce położone są w diecezji łowieckiej, której granice zaczynają się tuż za Grodziskiem. Należą do niej także Skuły, gdzie znajduje się równie ciekawy drewniany kościół.

Na targi przybędzie także wydawnictwo LTW z Łomianek, które jak wszyscy wiedzą wydaje polską literaturę przedwojenną, ale także ciekawe opracowania współczesne.

Wydawnictwo Klinika Języka, które reprezentuję wystąpi z trzema aż rodzajami oferty. Będziemy mieli nasze książki, wśród nich na pewno będzie ta poświęcona Ryksie Śląskiej, cesarzowej Hiszpanii, albowiem dziś ma przyjechać nakład. Nie wiem czy dojedzie biografia Jana Kapistrana, ale jeśli nie, zabiorę ją na koncert do Ojrzanowa, który odbędzie się w przyszłym tygodniu. Prócz tego będziemy mieli bardzo dużą ofertę książek z wydawnictwa Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, mojego ulubionego wydawnictwa akademickiego, a także sporo tytułów z wydawnictwa Neriton. W ostatniej chwili zupełnie okazało się, że będziemy mieli też ofertę antykwaryczną. Sporo egzemplarzy starych, nie tylko polskich książek.

Z Piaseczna na targi przyjedzie Kamil Staniszek, właściciel wydawnictwa Stanpress, którego ofertę można zobaczyć tutaj http://stanpress.pl/ . Kamil jest także autorem i realizuje się w prozie kryminalnej i fantastycznej. Na pewno będzie miał ze sobą powieści, które wydał w wydawnictwie Vesper.

Ofertę rynkową, z różnych wydawnictw, zaprezentuje nasz kolega Michał Staniaszek, który prowadzi znany wszystkim sklep FOTO MAG.

Artystów reprezentować będą Agnieszka Słodkowska i Tomasz Bereźnicki, o których już pisałem. Tutaj są ich strony http://slodkowska.pl/ https://bereznicki.pl/

Teraz jeszcze słowo o innych atrakcjach, które czekają na odwiedzających nasze targi. Przede wszystkim sala w Mediatece jest klimatyzowana, a ma być ponoć w ten weekend nieludzki upał – ponad 35 stopni. Po drugiej stronie ulicy jest park, w którym znajduje się niedawno otwarta tężnia. Prócz tego za Mediateką, jakieś 300 metrów, znajduje się kompleks stawów, zwany stawami Goliana, jest tam czynna fontanna i można się ochłodzić mocząc nogi w czystej bardzo wodzie. W stawach pływają wielkie, kolorowe ryby. Wieczorem, w sobotę i w niedzielę, w parku odbywać się będą koncerty. W samym budynku Mediateki znajduje się, czynna od 12.00 restauracja PARK, a kilkadziesiąt metrów dalej, w stronę dworca, jest inna, pięknie położona w parku, restauracja PIKNIK. Nad stawami Goliana zaś jest jeszcze jeden lokal o nazwie UMAMI.

Za Mediateką jest parking, nie jest zbyt duży, ale są też parkingi pod dworcem, a także pod Centrum Kultury, to jest kawałek od Mediateki, ale nie za duży. Po Grodzisku zaś bardzo przyjemnie się spaceruje. Parking jest też przed sądem i komendą policji, dwa kroki od Mediateki. Sąd nie pracuje w sobotę, więc na pewno będzie tam miejsce. Policja oczywiście pracuje, więc lepiej nie blokować im parkingu. UWAGA! Ulica Kilińskiego jest w remoncie.

Jeśli ktoś chce przyjechać do Grodziska pociągiem, musi udać się na jeden z dworców: Warszawa Wschodnia, Warszawa Stadion, Warszawa Powiśle, Warszawa Śródmieście, Warszawa Ochota, Warszawa Zachodnia, Warszawa Włochy. Tam wsiąść w pociąg Kolei Mazowieckich, kupiwszy uprzednio bilet w kasie, najlepiej powrotny. Wsiadamy do pociągów oznaczonych następującymi napisami: SKIERNIEWICE, ŻYRARDÓW, GRODZISK MAZOWIECKI. I w żadne inne.

Dodam jeszcze tylko, że Mediateka jest monitorowana, kamery są wszędzie, a na miejscu będzie z nami cały czas menedżer odpowiedzialny za organizację eventów i ochrona. Zapraszam wszystkich, którzy chcą trochę odpocząć i kupić książki oraz obrazy.

cze 272022
 

Oto nagranie mojego wykładu z Wrocławia, sprzed kilku tygodni. https://www.youtube.com/watch?v=Qrr2Pa1z_Uo&t=3296s

 

Przypominam też, że w ten weekend odbywają się w grodziskiej Mediatece Targi Książki i Sztuki. Podobno w Warszawie ma być 35 stopni w cieniu, a my będziemy siedzieć w klimatyzowanym pomieszczeniu, obok lokalu gdzie podają świetne napoje i jeszcze lepsze jedzenie. W parku, pięć kroków od Mediateki, jest drugi taki lokal, a do tego są drzewa, leżaki i ławki. Dwadzieścia kroków za Mediateką są Stawy Goliana, gdzie cały czynna jest fontanna, są drewniane pomosty, na których można usiąść i zanurzyć nogi w wodzie. Żeby dojechać pociągiem do Grodziska, trzeba wsiąść do pociągu Kolei Mazowieckich na jednym z dworców: Stadion, Powiśle, Śródmieście, Ochota, Warszawa Zachodnia (i wschodnia też). Do Grodziska dowiozą wszystkich pociągi jadące także do Skierniewic i Żyrardowa. Wysiadamy na dworcu w Grodzisku, wychodzimy przed budynek i kierujemy się w lewo, idąc tak, jak prowadzi główna droga. Za zakrętem przy bardzo charakterystycznej willi w typie włoskim, widać już będzie Mediatekę. Zapraszam.

https://www.facebook.com/TargiKiS

cze 272022
 

Sebastian, o którym tu wczoraj wspominałem, wywiózł z Ukrainy prawie czterdzieści osób. Wszystkie one miały jakieś życzenia i chciały uciec jak najdalej od wojny. Ponieważ jednak informacje rozchodzą się powoli, a nawyki i przyzwyczajenia są trudne do zmiany, ludzie ci uciekali tam, gdzie wydawało im się, że będzie najbezpieczniej. Jak łatwo możemy się domyślić najbezpieczniejszym miejscem według Ukraińców, a przede wszystkim Ukrainek mieszkających na wschodzie tego kraju, jest Europa. I nie ma doprawdy znaczenia, o którą część Europy chodzi, najważniejsze jest, by nie był to żaden kraj, będący dawniej w strefie wpływów Rosji lub ZSRR. Czyli, mimo potężnych zmian, które już zaszły w świadomości ludzi, Polska w żaden sposób nie spełnia tych standardów. Być może, kiedy nastanie pokój i będzie można wymieniać informacje w nieco spokojniejszym tonie, obraz naszego kraju trochę się zmieni. On się już zmienia, ale Europa i jej standardy przeważają. I mowy nie ma, żeby wytłumaczyć jakiejś istocie, która przeżyła ostrzał rakietowy, że jej wymarzone miejsce do życia, do którego chce dotrzeć zawracając głowę takiemu Sebastianowi, leży w strefie, która dziś jest jak najbardziej podległa Moskwie. To są rzeczy niemożliwe do przekazania, ale bardzo łatwo, choć nie we wszystkich przypadkach weryfikuje je praktyka.

Pewna pani, która przeżyła rzeczy naprawdę straszne, chciała się koniecznie dostać do Barcelony, albowiem wydawało jej się, że to jest miejsce, w którym na pewno nie będzie wojny i ona będzie mogła tam spokojnie żyć. Kiedy ją tam zawieziono, została zakwaterowana w jakiejś budzie pełnej emigrantów z Maroka, którzy od razu próbowali ją zgwałcić. Nikt bowiem w Hiszpanii nie przejmuje się migrantami tak, jak my w Polsce, a przede wszystkim nikt ich tam nie odróżnia, nie ma podziału na dobrych migrantów uciekających przed wojną i złych, którzy zostali odstawieni na granicę przez ruskich tajniaków poprzebieranych w stroje organizacji humanitarnych. Wszyscy ludzie, którzy w Hiszpanii szukają azylu, a nie mają tam żadnych znajomych ładowani są do ośrodków dla uchodźców. Tam zaś rządzą młodzi marokańscy mężczyźni, którzy próbują urządzić sobie życie skłaniając przybywające ze wschodu Europy kobiety do czynów nierządnych, które wynagradzane są pieniędzmi spływającymi do kieszenie tychże właśnie młodzieńców.

Niektórym dziewczętom z Ukrainy, Europa kojarzy się z niewielkimi, zasobnymi krajami, gdzie z całą pewnością nie ma żadnych Marokańczyków z nożami. Po prostu nie może ich tam być. Takim krajem jest, na przykład, Luksemburg, dokąd wybrały się dwie artystki z Ukrainy, które uciekły przed wojną. Dotarły niestety tylko do Karlsruhe, w którym to mieście obrabowano je ze wszystkiego. I tak cała wyprawa skończyła się telefonem do Sebastiana wykonanym z posterunku policji w tym mieście, z prośbą, żeby coś załatwił. To znaczy, by obydwie artystki przewiózł z powrotem do Polski. Przekonanie bowiem uciekinierów, że tu właśnie jest teraz Europa, a nie gdzieś hen daleko, odbywa się wyłącznie w wymiarze indywidualnym, a nie zbiorowym. W tym drugim bowiem wszystko wygląda nadal tak samo. Z Ukrainy do Polski ciągną cały czas mniejsze lub większe grupy uchodźców, a w drugą stronę przedsiębiorczy mieszkańcy Ukrainy wiozą na lawetach samochody z Niemiec, tak jakby nie było wojny i tych setek biedaków pozbawionych domów, którzy chcą realizować swoje absurdalne marzenia o Europie. Okoliczności te irytują bardzo ludzi, którzy przewożą uchodźców z głębi kraju, na przykład Sebastiana, no, ale taki jest ten świat. Nie zmienimy go. Możemy tylko przypomnieć te setki Polaków w starych swetrach, które załadowanymi jak hinduski autobus maluchami ciągnęły w latach osiemdziesiątych do Berlina by tam sprzedać jakieś niepotrzebne nikomu śmieci, albo papierosy.

Uważam, że choć ci, którzy angażują się w akcję ratowania ludzi z wojny mają prawo do swoich, często kategorycznych ocen, my – stojący z boku – powinniśmy się od nich raczej powstrzymywać. To bowiem tam, w obszarze ocen, kiedy weryfikowane są postawy poszczególnych osób, często przypadkowych, raczej na pewno wystraszonych i raczej nie mających większego pojęcia o polityce i świecie jako takim, dokonuje się najwięcej manipulacji. Rzekłbym nawet, że manipulowanie opiniami odbywa się jak w starych dobrych czasach szkoły stalinowskiej, kiedy to podręczniki do historii pisała polskim dzieciom Helena Michnik. Oto wczoraj odbył się okupiony krwią szturm migrantów z Afryki, na granice hiszpańskiej enklawy leżącej na południowym brzegu Morza Śródziemnego. Podobno pięćdziesiąt osób nie żyje. Polski internet zaś obiega fotografia dziecięcej nóżki z odmrożonymi paluszkami, która ma należeć do marokańskiej dziewczynki koczującej w lesie na Białorusi, bez możliwości wjazdu do Polski. Z faktu, że jest lipiec, mamy trzydziestostopniowe upały, kolporterzy tego zdjęcia nie robią sobie nic, albowiem propaganda nie polega na tym, by kolportować informacje wiarygodne. Propaganda to kolportaż informacji całkowicie nieprawdopodobnych i jawnie spreparowanych, które rozpowszechnia się z dużą pewnością siebie, po to, by wybadać kto jest gotów w nie uwierzyć. Bo zawsze ktoś taki jest. Można to nazwać praktycznymi badaniami poziomu fanatyzmu w wyselekcjonowanych grupach. Chodzi o to, by sprawdzić, jak dalece niechętni weryfikowaniu informacji są ludzie. I wiemy, z własnego doświadczenia, że wielu z nas jest bardzo temu niechętna. Wierzy zaś w to, co ukrywa głęboko w sercu, a co wcale nie jest piękne i godne naśladowania. Odkrycie tych złogów złej woli jest właśnie celem propagandy. Jest nim także uwolnienie wielu serc, od konieczności wyciągania ręki ku bliźniemu. Lub takie przekręcenie intencji, by ręka ta wyciągana była selektywnie. Przecież dobrze wiemy, że Janina Ochojska, która jest jednym z głównych narzędzi kremlowskiej propagandy w Polsce nie zająknie się nawet na temat wypadków na granicy hiszpańskich enklaw w Maroku. Nikt też nie będzie jej w tej sprawie indagował. Propaganda bowiem obecna zmierza wprost w kierunku usankcjonowania podwójnych standardów. A stanie się tak i zostanie to oficjalnie potwierdzone, kiedy niemieccy policjanci zaczną pałować migrantów w Berlinie i wsadzać ich do klatek. W Polsce zaś Ochojska będzie próbowała nas wzruszyć jakimś innym zdjęciem, tym razem wyobrażającym dziecko po słonecznym udarze, tyle, że fotografia kolportowana będzie w styczniu. I znajdzie się wielu, którzy będą tę brednie wykorzystywać. Czy można w ogóle polemizować z propagandą opisaną tak, jak uczyniłem do powyżej? Wyłącznie w ten sposób, jak zrobiła to hiszpańska Guardia Civil, wszystko inne zostanie potraktowane jako słabość, przyznanie racji lub wręcz podniesienie rąk i kapitulacja. Nie istnieje żadna możliwość komunikowania się z propagandystami. Ich celem bowiem nie jest dialog, ale dewastacja wszystkiego. Na dziś to tyle.

cze 262022
 

Od wielu tygodni trwały przygotowania do przewiezienia mamy naszej Władzi i jej siostry Ani z okupowanego Bierdiańska do Polski. Wczoraj operacja ta zakończyła się sukcesem i wszystkie trzy są już razem i mieszkają sobie, tymczasowo, w domu naszych sąsiadów. Może jednak zacznę od początku. Nie wiedzieliśmy jak przeprowadzić taką akcję, a ja nie mam przecież żadnych w tym zakresie możliwości. Mama Władysławy jednak musiała wyjechać, albowiem ostatnie tygodnie spędzała w szpitalach, w masce tlenowej i była coraz słabsza. W Bierdiańsku ona, jej młodsza córka Ania i tata, mieszkali na jakiejś mikroskopijnej powierzchni, gdzie latem upały były takie, że włączenie kuchenki gazowej nie wchodziło w grę, bo w domu robiło się piekło.

Nikt nie wie dokładnie co dolega mamie, ale będziemy tę sprawę badać. W każdym razie ewakuacja była koniecznością. Okazało się, że są organizacje, które potrafią wywieźć ludzi chorych i dzieci z terenów zajętych przez wojska rosyjskie. Nie pytajcie mnie jak to robią, bo nikt tego nie wie. Nikt też nie zdradzi ile to kosztuje.

Zanim w ogóle wszystko się zaczęło porozumiałem się z moim kolegą Kubą, który mieszka w górach i jest jedynym człowiekiem spośród moich znajomych, którego mogłem podejrzewać, że wie kto mógłby przewieźć chorą kobietę i małe dziecko z ogarniętego wojną kraju do Polski. Na początek rozmawialiśmy o tym, żeby odebrać obydwie panie ze Lwowa. One zaś musiałby się tam dostać transportem publicznym. Nie wiedzieliśmy dokładnie w jakim stanie jest mama Władzi i jak mała Ania zniesie podróż z Berdiańska do Zaporoża. Tam bowiem kończył się pierwszy etap podróży i tam byli życzliwi ludzie, którzy mogli je przetrzymać przez kilka dni, a potem wyprawić dalej.

Kuba powiedział, że jedynym człowiekiem, który może dokonać takiej sztuki jest Sebastian. A ponieważ Kuba lubi żartować, to zamiast Sebastian, mówi Sabastian, jak dzieci na podwórku. No i pewnego dnia zadzwonił, akurat Władzia sprzątała biuro, a ja coś tam pisałem na górze, i powiedział tak – Sabastian, uważasz, Sabastian pojedzie do tego Zaporoża.

– Jak to? – zapytałem

– Normalnie. Sabastian pojedzie tam dla sławy.

O Sebastianie tylko słyszałem i wiedziałem tyle, że wywozi ludzi z terenów okupowanych, ale wiedziałem, że jeździ tylko do Lwowa. No, ale okazało się, że nasza historia wzruszyła go bardzo i postanowił zaangażować się nieco głębiej, żeby nam pomóc. Powiem Wam, że nie jest łatwo zorganizować wyprawę do Zaporoża z terenów Polski, nawet z terenów przygranicznych. I człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego jaka to jest skala trudności. Sebastian, który wozi na Ukrainę paczki i sprzęt dla cywilów i żołnierzy, a stamtąd przywozi żywych, przerażonych ludzi, opowiadał mi o tym przez telefon, albowiem w końcu się poznaliśmy i zaczęliśmy gadać. Żeby wyruszyć w tak daleką podróż trzeba mieć przepustkę, którą uzyskuje się we Lwowie. Nie pytajcie mnie jak się ją uzyskuje, bo ja też nie pytałem o to Sebastiana. Trzeba mieć ze sobą paliwo na podróż powrotną, albowiem nie ma nigdzie stacji benzynowych. Auto jest załadowane sprzętem potrzebnym w strefie przyfrontowej, to znaczy głównie rzeczami chroniącymi ciało i jakimiś gadżetami wytwarzającymi lub gromadzącymi energię. Jedzie dwóch ludzi, którzy zabierają ze sobą przewodnika, a także jakieś gifty bądź dolary dla żołnierzy, którzy stoją na posterunkach i czasem okazują się być nieco zdeprawowani. Nasz przewodnik miał być z Białej Cerkwi, tak więc cała operacja przebiegać miała etapami – z domu Sebastiana do Białej Cerkwi, stamtąd do Lwowa, a potem dalej na wschód do Zaporoża, a następnie z powrotem. Tak się umówiliśmy i czekaliśmy na sygnał, kiedy mama i Ania wyruszą z Bierdiańska z wolontariuszami, którzy przewieźć je mieli na drugą stronę frontu. Tydzień przed rozpoczęciem operacji, kiedy samochód był już gotowy do drogi i czekaliśmy tylko na sygnał, że mama i Ania wyruszyły, zaszły nieprzewidziane zmiany. Zabraliśmy Władysławę na koncert chopinowski do Łazienek, a kiedy wracaliśmy zadzwoniła mama. Wiecie jakie są mamy, chciałby pomóc wszystkim dookoła i wszystkich uratować. Okazało się, że jest jeszcze jakaś ciocia, która chętnie by się zabrała z nimi, ale nie wie czy Sebastian się zgodzi. Ciocia jest serdeczną przyjaciółką mamy i chce jechać tylko do Lwowa, gdzie ma rodzinę. Wtedy jeszcze nie znałem tych wszystkich szczegółów, które opisałem wyżej i jak gdyby nigdy nic zadzwoniłem do Sebastiana. On zaś zafrasował się, niczym złota rybka w bajce Puszkina, która musi spełnić kolejne życzenie rybaka przysłanego na brzeg morza, przez nie rozumiejącą realiów i złożoności sytuacji żonę.

– Musimy przepakować cały samochód – powiedział – no i pojechać dwoma autami.

– Dlaczego? – zapytałem

– Bo posterunki nie przepuszczą pięcioosobowego auta z sześcioma osobami w środku, a będę jechał ja, mój zmiennik Marek i jeszcze przewodnik. Do tego mama i Ania.

Jasne. Któż mógłby się domyślić, że sytuacja będzie tak skomplikowana. Opowiedziałem o tym Władysławie, która, choć ma dopiero 21 lat wykazuje się w pewnych sytuacjach nadzwyczajną wręcz stanowczością. Władzia zadzwoniła do mamy i po długich bardzo rozmowach przekonała ją, że ciocia nie powinna jednak jechać z nimi. Nie miało to sensu, albowiem ciocia, po pierwsze – nie chciała jechać do Polski, po drugie – jest całkiem zdrowa i po wydostaniu się z Berdiańska mogła pojechać do Lwowa transportem publicznym. Jest on co prawda straszny, ale nie odbiega wiele od zapamiętanego przez nas transportu publicznego z czasów PRL. Ciocia więc na pewno dałaby radę. Nie wnikałem w szczegóły tych negocjacji, ale Władysława pojawiła się u nas pewnego dnia wielce wzburzona i rzekła – Tjotia nie jedzie.

Okazało się, że ciocia, która najpierw chciała jechać do Lwowa, zmieniła zdanie i wybrała kierunek kijowski, potem zaś wyznała, że chce do Belgii.

– Po co – zapytałem Władzię – unosząc brew

– Żeby poznać tam jakiegoś mężczyznę – odrzekła Władzia nie uciekając bynajmniej od sarkazmu.

– Jasne – pomyślałem – Belgia to kraj pełen sympatycznych, usposobionych romantycznie mężczyzn. Taki na przykład Marc Dutroux, sławny belgijski romantyk z dawnych czasów, albo ten drugi, co go czasem w telewizji pokazują, ten ze szczeliną w zębach, jakże mu tam? O! Już wiem – Guy Verhofstadt! Sami romantycy w tej Belgii.

Tak więc po zapoznaniu się z życiowymi planami cioci, Władysława postanowiła, samodzielnie zupełnie, skierować jej uwagę i emocje w innym kierunku niż Sebastian i jego zmiennik Marek, który połowę drogi miał prowadzić auto załadowane ciężkim sprzętem. Gdyby do tego doszła jeszcze ciocia wszystko mogłoby się zakończyć nie jednym, ale całą serią dramatów.

Zadzwoniłem do Sebastiana

– Ciocia nie jedzie – powiedziałem

– Tu super, ale i tak musimy zmienić auto

– ???????

Okazało się, że jakiś dobry człowiek zgodził się przekazać swój prywatny samochód na tę wyprawę. Trzeba było coś tam załatwić z papierami, żeby samochód mógł wjechać na Ukrainę. Było to duże auto i zmieściłyby się tam trzy ciocie.

Złapałem telefon i zadzwoniłem do Władysławy, żeby poinformować ją, iż ciocia może jednak jechać. Usłyszałem głos zimny i stanowczy – Tjotja nie jedzie.  I na tym stanęło.

Dzień wyjazdu mamy i Ani z Berdiańska zbiegł się, a raczej miał się zbiec z konferencją w Wąsowie. Przez cały piątek i sobotę czekałem na telefon od Władysławy. Na mój telefon czekał z kolei Sebastian, który chciał wyruszyć jak najszybciej. Okazało się jednak, że w Berdiańsku wprowadzono w weekend stan wyjątkowy i wszystkie wyjazdy z miasta przestały być aktualne do nie wiadomo kiedy. Sebastian bez wyraźnego sygnału z tamtej strony nie mógł wyruszyć. W niedzielę więc odwołaliśmy wyjazd. To znaczy musieliśmy przełożyć go na termin po Bożym Ciele, albowiem w długi weekend Sebastian jest zatrudniony przy obsłudze ruchu turystycznego w swoim miasteczku.

W poniedziałek jednak okazało się, że stan wyjątkowy odwołano i operacja się rozpoczęła. Niestety my nie mogliśmy już nic zrobić. Trzeba było czekać cały tydzień, żeby wyruszyć. No i czekaliśmy. W tym czasie mama i Ania bezpiecznie, choć pod bardzo długiej jeździe, dotarły do Zaporoża. Mama niestety bardzo słabo chodzi i wejście na piąte piętro, gdzie miały zamieszkać, zajmuje jej prawie godzinę. To zresztą przestało mieć wkrótce znaczenie, albowiem okazało się, że musi znów położyć się do szpitala. Spędziła cały ten tydzień oczekiwania na wyjazd leżąc w zaporoskim szpitalu w masce tlenowej.

I tak nadszedł weekend, sobota 18 czerwca. Zadzwonił telefon, okazało się, że to Kuba. Bez dłuższych wstępów poinformował mnie, że nasz nowy, przekazany przez życzliwego człowieka samochód, właśnie się zepsuł. Wyjazd zaś nie może odbyć się w następnym tygodniu, albowiem Sebastian ma jakieś obowiązki i trzeba przesunąć początek operacji na 27 czerwca. Pomyślałem o cioci. Potem zaś, doprawdy niewiele godzin po tym telefonie, gorączka skoczyła mi do 40 stopni, migdały powiększyły się tak, że o przełknięciu czegokolwiek nie mogło być mowy. Cały czas bowiem myślałem jeszcze o tym, że mamy przecież targi w dniach 2-3 lipca, a potem – 7 lipca koncert w Ojrzanowie. No, a zaczęły się wakacje i trzeba by też może chwilę odpocząć. No więc Opatrzność zdecydowała za mnie i na tydzień wycofać się musiałem w zacisze gabinetu, gdzie stoi specjalne szpitalne łóżko, na którym wcześniej spała moja teściowa. Na szczęście jest już lepiej.

Nie pamiętam którego dnia zadzwonił Sebastian.

– Do Zaporoża pojedzie Kasia – powiedział

– Kto?

– Kasia, ona jest lekarzem, pracuje w jednym z warszawskich szpitali i jeździ na Ukrainę z pomocą humanitarną. Ma chłopaka na froncie, w Donbasie. Aha i Kazimierz jeszcze pojedzie.

– Kim jest Kazimierz?

– Kolegą Kasi.

– Okay, kiedy wyruszą?

– We wtorek w nocy, a w niedzielę muszą być już w Warszawie.

Nie uwierzyłem. Okazało się jednak, że to prawda. Wyruszyli we wtorek w nocy z małej miejscowości przy słowackiej granicy. Pojechali hen, za Zaporoże, na ten front, gdzie zostawili żołnierzom różne rzeczy.

– Popatrz Sebastian – powiedziałem – jak to się dziwnie plecie. Zebraliśmy się we trzech, z Kubą, żeby zaplanować tę ewakuację, trzech dorosłych, żeby nie powiedzieć starych facetów. Potem zaś wysłaliśmy na front babę, żeby przywiozła stamtąd małe dziecko i chorą kobietę.

– Bywa – powiedział.

W piątek o ósmej rano Kasia i Kazimierz załadowali mamę i Anię do samochodu. Mama została zaopatrzona w szpitalu w dwa pojemniki z tlenem, takie wielkie inhalatory. Wczoraj o 17.20 byli na sąsiedniej ulicy, pod domem, w którym mieszka teraz Władzia.

Władysława ugotowała wielki garnek zupy, żeby wszyscy mogli posilić się po tak straszliwie długiej drodze. Okazało się bowiem, że przejechali w sumie 1400 km, bez zatrzymywania się na dłużej. Tylko zmieniając się za kierownicą. Ja zaś przygotowałem jakieś pakiety prezentowe z naszymi książkami. I kiedy je wręczyłem Kasi i jej towarzyszowi, okazało się kim on jest naprawdę. Otóż proszę Państwa w podróż, której celem było dowiezienie pomocy humanitarnej na front, a także odebranie stamtąd małej Ani i jej chorej mamy wybrał się profesor ekonomii z warszawskiej SGH. Wymieniliśmy się telefonami rzecz jasna, z myślą o jakiejś przyszłorocznej konferencji i ewentualnym wykładzie.

Kiedy się już pożegnaliśmy ze wszystkimi, a Kasia i Kazimierz pojechali w dalszą drogę, kiedy zostawiliśmy wszystkie trzy panie, żeby mogły się wreszcie nagadać i pobyć ze sobą razem, zadzwoniłem do Kuby.

– Popatrz Kuba – powiedziałem – profesor ekonomii siada za kółko i bez jednego słowa jedzie 1400 km w jedną stronę, żeby wyciągać z jakiejś dziury matkę z dzieckiem. Wyobrażasz sobie w takiej sytuacji profesora archeologii, albo jakiegoś humanistycznego kierunku?

– Profesorska powaga by mu na to nie pozwoliła – rzekł Kuba

– Musiałby zabrać ze sobą z pięciu asystentów – dodałem – jednego do parzenia kawy, drugiego do herbaty, trzeciego do sypania cukru i mieszania, czwartego od papierosów i piątego do sprzątania po tych czterech.

Wręcz nie wypadało się z tym nie zgodzić.

 

Przypominam, że można się jeszcze zapisać na koncert Władysławy Rakowskiej i Eugenii Sawczenko, który odbędzie się w pałacu w Ojrzanowie, 7 lipca, w czwartek, o godzinie 18.00. 20 lipca zaś – w środę – odbędzie się podobny koncert w Krakowie, w Dworku Białoprądnickim. Tam też jeszcze są miejsca. Nie mamy jednak konferansjera na tę imprezę. Ktoś może zna jakiegoś wolontariusza, który czuje się na tyle profesjonalistą, żeby wykonać to zadanie? Będę wdzięczny za informację. Od razu mówię, że nie zapłacę ani złotówki, albowiem organizujemy koncerty charytatywne, żeby pomóc konkretnym osobom. Poza tym jeśli profesor ekonomii może zaangażować się w takie przedsięwzięcie, trudno bym nie oczekiwał drobnych poświęceń od konferansjerów. Jeśli nikt się nie zgłosi, jakoś sobie poradzimy.

 

cze 252022
 

Wszyscy wiedzą, jak głęboko jestem przekonany o tym, iż historia, nie tylko najnowsza, składa się z serii przekłamanych, nie nadających się do zaakceptowania narracji. Wokół tych narracji powstają piętrowe struktury hierarchiczne, których celem jest wyłącznie ich pielęgnowanie. Wobec powyższego faktu pozostaje nam wiele do zrobienia, albowiem dla człowieka myślącego większość obecnych w przestrzeni dyskursu publicznego gawęd po prostu nie spełnia standardów podstawowych. Musimy więc je poprawiać, tak by były bardziej prawdopodobne i to właśnie daje nam mnóstwo frajdy.

Napisałem kiedyś tekst pod tytułem „Polityka kontroli dworów, polityka kontroli portów”. Na naszych oczach właściwie odsłaniają się konsekwencje prowadzenia tych dwóch rodzajów polityki, a chcę podkreślić też w tym miejscu, że inne rodzaje działalności politycznej nie istnieją. Tak się może zdawać prezydentowi Wałęsie, ale wszyscy wiemy co to oznacza.

Rosjanie, w swoim dziecięcym bardzo zgłupieniu prowadzili konsekwentnie, przez całe lata politykę kontroli dworów. Zapominając z czego wywodzi się cała ich tradycja polityczna. Mnie to przyznam dziwi, albowiem wiele się tu nasłuchaliśmy o klasie dyplomatów rosyjskich i warunkach jakie trzeba spełnić, żeby takim dyplomatą zostać. Widzimy, jak to jest dęte i jak bardzo przypomina aspiracyjną, a całkowicie nieskuteczną politykę Francuzów w XVIII wieku. Ta, jak pamiętamy zakończyła się rewolucją. I dziś będzie tak samo, my zaś musimy jedynie pilnować, żeby nikt nie wpadł na pomysł, udzielenia kredytu dzieciom tej rewolucji. No, ale to będzie przyszłość.

Nie wiem jak można nie rozumieć, że kariera Moskwy zaczęła się od zajęcia Narwy i złożenia Zachodowi oferty handlowej. To zajęcie Narwy, od czego zaczęły się wszystkie kłopoty Europy Środkowej, połączone z handlem prowadzonym przez Morze Białe i obecnością Anglików w Moskwie, sprawiło, że państwo to przetrwało, mimo polskiej interwencji.

Narwa, z czasem straciła na znaczeniu, albowiem powstał Petersburg i miasto to jest właśnie kluczem do Rosji. Ono bowiem uosabia ofertę, jaką Rosja ma dla zachodu, a bez zachodu i relacji handlowych z leżącymi tam krajami, Rosja nie istnieje. Gdyby w XVI wieku Moskwa nie zdobyła Narwy, nie przetrwałaby jako samodzielny byt.

Tymczasem dziś politycy rosyjscy wymyślili, że zamiast kontroli portów, będą kontrolować polityków zachodu tworzących nietrwałe struktury parlamentarne. To właśnie nazywam kontrolą dworów, bo prawdziwych dworów, takich, jak w XVIII wieku już nie ma. Tak więc wydawano masę pieniędzy na tych różnych Timmermansów, Stolców, Makrele, Macronów i całą, otaczającą ich czeredę, a wszystko po to, by wśród moskiewskich kacyków, kupujących sobie złote kible utrzymać wizję przemożnego wpływu, jaki dwór Putina ma kraje zachodu. Złudzenia jak wiemy kosztują najdrożej. I to właśnie demaskuje się przed naszymi oczami. Ja się cieszę, że oni nie rozumieją pewnego prostego przełożenia, które tu zaraz opiszę. I cieszę się, że torów polityki nie można tak po prostu przestawić, jak tych prawdziwych, żelaznych – ruchem zwrotnicy. Za dużo ogłupiałych i napełnionych pychą istot, zgromadzonych w jednym miejscu uniemożliwia to całkowicie.

Jeśli bowiem dawniej były tylko porty morskie, to dziś mamy jeszcze porty lotnicze, naftoporty, gazoporty i terminale kolejowe. I naprawdę jest gdzie rozwijać politykę i jest czego pilnować. Jest także wokół czego rozwinąć polityczno patriotyczną gawędę i wychować grono fachowców, którzy będą naprawdę zbudowani i przejęci swoją misją.

Przypomnę jeszcze raz powieść „Komodor” z cyklu hornblowerowskiego. Jeden brytyjski liniowiec z kilkoma małymi jednostkami zablokował cały ruch francuskich okrętów na Bałtyku i uniemożliwił zdobycie Rygi, a tym samym położył kampanię moskiewską przedsięwziętą przez Napoleona. Dowódcą tej eskadry, był wzorowo opisany przez autora, młody, aspirujący Anglik bez żadnych osobistych koneksji, co podkreślane było w każdym tomie cyklu. Dzięki przyrodzonym zaletom i dyscyplinie, człowiek ten osiągnął sukces i odblokował najważniejszy w owym czasie dla polityki brytyjskiej na Bałtyku port. I tu dochodzimy do rozumienia słowa oferta, które ma wiele bardzo warstw i znaczeń, a w naszym dzisiejszym felietonie łączy się nieodmiennie ze słowem port. Miejsce to – port – to konglomerat kapitału i władzy, gdzie państwo, które go kontroluje składa różne oferty innym organizacjom i generuje zyski. I nie ma znaczenia czy jest to air port, port morski, rzeczny, terminal kolejowy czy port gazowy. Port to port. Jego działanie i tajemnice są przeważnie obce, wręcz wrogie ludziom, którzy są przywiązani do takich gadżetów jak polityka personalna i osobista kontrola pionów urzędniczych. Port wymaga bowiem szczególnych kompetencji i wielu bardzo specjalizacji. I nawet jeśli zostanie opanowany przez dwie lub trzy sitwy, rozwój technologii spowoduje, że w porcie wielu młodych, dobrze zapowiadających się ludzi dostanie swoją szansę. O czym mowy nie ma w żadnej dworskie strukturze, gdzie selekcja jest ścisła. Do dworskiej dyplomacji zaś dopuszczani się wyłącznie najgodniejsi, co w praktyce oznacza istot najbardziej zdegenerowane, bezwolne, uległe i poddające się naciskom, gotowe służyć każdemu, w imię zachowania status quo organizacji, która ich wysunęła. Dlatego polityka prowadzona w portach jest stokroć ważniejsza od polityki dworskiej.

Policzcie teraz jakie mamy dziś w Polsce rodzaje portów. I zastanówcie się jakie to będzie miało przełożenie na praktykę polityczną i na moc naszego państwa. Ja wiem, że żadnych politykierów nie przekonam, ale to tylko dlatego, że oni są po prostu opłaconymi agentami. I nie rozumieją niczego poza wdrukowanymi im w głowy dawno temu matrycami. Wobec istnienia terminali, gazoportów, naftoportów, wielkich stacji przeładunkowych i okoliczności najważniejsze – Centralnego Portu Komunikacyjnego, wszystko inne to mierzwa. I każdy kto podnosi jakieś argumenty przeciwko tej inwestycji powinien się zastanowić, albowiem po jej wybudowaniu nic już nie będzie takie samo. Stąd tak straszliwe wycie, kiedy zaczyna się o tym mówić i tak straszliwe brednie, które emitowane są w celu zdyskredytowania tej inwestycji. Każdy zbudowany celowo w środkowo wschodniej Europie port zmienia całkowicie i trwale sytuację na tym obszarze na korzyść tego, kto ten port kontroluje. Im więcej portów pod kontrolą, tym większą wagę i znaczenie ma organizacja, która je kontroluje i kraj, którego obszarze te porty leżą. Tym lepsza też jest oferta dla zdyscyplinowanych, młodych i ambitnych mieszkańców tego kraju. Dobrze jest o tym pamiętać. Rosjanie nie pamiętają. Myślą, że ich władza wzięła się misternej polityki, choć prowadzą politykę absurdalną, myślą, że porozumienie z ludźmi, którzy raz dali się przekupić, utrwali ich wpływy. To nieprawda. Źródło władzy i potęgi Moskwy to porty nad Bałtykiem. Bez nich Moskwa znika, w ciągu dwóch sezonów.

cze 242022
 

Tytuł jest oczywiście prowokacją, albowiem żadna trzytomowa powieść historyczna nie może odnieść sukcesu na polskim rynku, nawet jeśli będzie powieścią Cherezińskiej. Jej autor musiałbym bowiem spełnić taką ilość warunków i zapłacić tak wiele towarzyskich i środowiskowych haraczy, że nie opłacałoby my się siadać do pisania. Można jednak pomarzyć i postawić kilka czysto teoretycznych kwestii, które wyjaśniłby jak taką powieść napisać. Ponieważ byłem chory i nie mogłem się właściwie ruszać, zamiast myśleć o tym, co będzie jak umrę, myślałem jakie warunki powinna spełniać dobra, nowoczesna narracja, która spodoba się czytelnikom sama przez się, a nie dlatego, że jakiś, pardon, niedomył, napisał o niej parę słów.

Zacznijmy od kwestii najważniejszej. Musi w takiej powieści znajdować się problem kluczowy, wokół którego rozgrywają się wszystkie wydarzenia. Ten problem nie może być ani wulgarny, ani trywialny, co bardzo utrudnia jego zarysowanie. Problemy wulgarne i trywialne są obecne wszędzie, w każdej książce, a cała para sprzedażowa i promocyjne idzie w to, by nadać im pozory głębi. Tę zaś gwarantuje nieodmiennie, od czasów Zygmunta Freuda psychologia. Do niej zaraz wrócimy, ale najpierw problem. Każdy choć raz oglądał rekonstrukcje bitew, które pokazywane są na YT, te masy źle zaprojektowanych piechurów i konnych, którzy odrąbują sobie głowy i kończyny. No więc ja najbardziej lubię bitwy z udziałem hoplitów i Persów. Widzę tam bowiem nie walczące fantomy, ale coś innego zgoła. Oto hoplici stanowią szarą, stalową masę, a Persowie wyglądają jak gigantyczne stado papug. Każdy z nich ma na sobie kolorowy kaftan i spodnie, a do tego gustowną, frygijską czapkę. Widzimy więc wyraźnie, że jest to konfrontacja przemysłu tekstylnego, który zamierza ekspandować na rynki zamorskie, gdzie nie jest dopuszczany i przemysłu ciężkiego, który usiłuje bronić swoich praw i tradycji. Czy to znaczy, że w Grecji nie było produkcji tekstyliów? Oczywiście, że była, ale nie na taką skalę i nie w takiej mnogości form. Tradycja bowiem miejscowa wykluczała pewne zachowania i pewne stroje. Podbój, czyli narzucenie obcemu narodowi swojej woli, nieodmiennie wiąże się ze strojem. Zwróćmy teraz uwagę, że rynek tekstyliów zawsze jest ekspansywny i wiążę się z wojną o wiele bardziej niż produkcja stali, która wydaje się być częścią wojny. Co takiego ogranicza producentów stali i broni w epoce, o której piszę, a także w innych epokach? Można to nazwać tajemnicą państwową. Grecy nie eksportują broni, bo tym samym ukręciliby powróz na własną szyję. Eksportują ludzi z bronią, którzy znają know how i strzegą go jak źrenicy oka. Persowie muszą eksportować tekstylia, żeby utrzymać swoją pozycję, eksportują też pewnie inne rzeczy, ale ich tak wyraźnie nie widać. Poza tym w naszej powieści nie może być zbyt wiele wątków, bo czytelnik się pogubi. I teraz problem – skoro producenci tekstyliów ekspandują i zagarniają inne rynki, co musi się stać, żeby sytuacja się odwróciła? Odpowiedź – Aleksandra Wielkiego popierali Żydzi – uważam za wielce niezadowalającą. Jest to jeden z problemów trywialnych i wulgarnych. Nasz musi być opisany inaczej – co musiało się stać, że potęga producentów tekstyliów, została złamana? Jaki czynnik zdecydował o tym, że Grecy, podporządkowani macedońskiemu królowi, przestali chronić swoje tajemnice produkcyjne i ryzykując wiele wyruszyli na wschód? Gdzie znalazła się w tym czasie państwowa, czy też może lepiej – plemienna tajemnica Hellenów – skoro nie było jej już w stali?

Problem już mamy, co dalej? Należy jakoś ustawić narrację i zastanowić się co zrobić z bohaterami. I tu dochodzimy do psychologii. Jak wiadomo każdy, kto chce uwiarygodnić się jako autor umieszcza w swoich książkach nieprzytomne całkiem i dziwaczne uzasadnienia dla relacji pomiędzy postaciami. Obszar który wybrałem do prezentacji jest już pod tym względem bardzo wyeksploatowany i w zasadzie wszystkie współczesne i dawniejsze patologie zostały przezeń przefiltrowane. Czy to sprawiło, że czegoś istotnego się dowiedzieliśmy, albo nasze emocje zostały w jakiś sposób dostymulowane? Oczywiście, że nie. Po przeczytaniu wszystkich lektur na temat króla Filipa, Aleksandra i Olimpias, jesteśmy już wyłącznie znudzeni deprawacją, która jest w życiu tych osób obecna. Rozumiemy jednak, że wielka polityka nie powstaje w wyniku słabości i dysfunkcji, ale w wyniku siły i działań celowych, a także właściwej osłony tajemnic państwowych. Fakt czy dany król był biseksualny, a także czy miał jakieś niezdrowe relacje z matką nie ma tu żadnego znaczenia. No, ale dla pisarzy imających się takich tematów, przede wszystkim to ma znaczenie, albowiem wierzą oni, że tylko opisy dysfunkcji mogą kogokolwiek zaciekawić. A być może nawet nie to, być może opisuje się dysfunkcje po to, by nikt nawet nie przypuścił do siebie myśli, że można inaczej. Od razu powstaje bowiem grono naśladowców, którzy chcą jeszcze ciekawie opisywać różne fanaberie, a także znawstwo, określające, który opis jest najlepszy. Prowadzi to do zamulenia rynku i niewiary w to, że można inaczej. Potem zaś wprost do negacji każdej próby stworzenia innego niż zasugerowany wyżej opisu.

Najważniejszy postulat jest więc taki – należy usunąć z powieści psychologię, jest ona bowiem jednym fałszem i w przyrodzie nie występuje w zasadzie wcale.

Co z narracją? Powinna mieć charakter epizodyczny. Im więcej epizodów tym lepiej. Te zaś powinny charakteryzować się dużym nasyceniem szczegółami. Tak, jak ilustracje Pawła Zycha. Dopiero te epizody powinny tworzyć fabułę. Tak rozumiem sztukę pisania. Przykro mi jeśli kogoś zawiodłem. Nie wiem czy kiedykolwiek zrealizuję jakiś projekt w myśl wyżej opisanych zasad, ale miejmy nadzieję, że tak. Ilość bowiem tępej gadaniny, przystrojonej w okładki ze zdjęciami ze Stocka jest już na rynku tak wielka, że za chwilę osiągnie masę krytyczną. Choć mogę się mylić. Zobaczymy co będzie na naszych targach, które odbędą się w grodziskiej Mediatece w dniach 2-3 lipca. Ofertę będziemy mieli bardzo szeroką, od romansów i powieści psychologicznych, poprzez horror i sensację, po książki historyczne i polityczne. Mam nadzieję, że uda mi się też skonstruować ofertę antykwaryczną. Na razie jednak muszę odpocząć. Nie czuję się jeszcze za dobrze.

cze 192022
 

Tak, to jest, że kiedy człowiek załatwia pięć spraw na raz i wszystkimi się jednakowo denerwuje, to dostaje anginy. Bardzo mi przykro, ale kolejny tekst napiszę dopiero jak z tego wyjdę. Nie chorowałem z pięć lat. Przypominam, że promocja trwa tylko do jutra.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/edward-woynillowicz-wspomnienia-1847-1928-czesc-pierwsza/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/relacja-o-panstwie-polonia-i-prowincjach-polaczonych-z-ta-korona-john-peyton-jr/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wielki-zywoplot-indyjski/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/katastrofa-kaliska-1914/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/zydowscy-fechmistrze/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/propozycja-poskromienia-hiszpanii-tlumaczenie-gabriel-maciejewski-jr/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/proces-eligiusza-niewiadomskiego/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/swiety-ludwik-jacques-le-goff/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sledztwo-w-sprawie-sw-andrzeja-boboli/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/czerwiec-polski/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/z-kronik-klasztoru-i-kosciola-o-o-bernardynow-w-zaslawiu/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sanctum-regnum/

cze 182022
 

Każdy ruch heretycki wychodzi z prostego założenia – cały świat jest własnością herezjarchów i tylko wskutek bolesnych zbiegów okoliczności nie mogą się oni podzielić nim ze swoimi podwładnymi. Żeby posiąść wszystko naprawdę potrzeba więc wytężonej pracy, no i poświęceń, a także wiary. W kogo lub w co? W strukturę, ideę albo metodę. Z całą pewnością nie w Boga Żywego.

Kiedy katolicki misjonarz wyruszał do dalekich krain miał przy sobie biblię zawierającą konkretną ofertę i stawał sam wobec wyzwań, które na pewno go przerastały. Jego misja w wielu przypadkach kończyła się okropną śmiercią. Herezjarchowie nigdzie nie wyruszają. Oni usiłują kolportować doktrynę siedząc w skórzanych fotelach, a także zmieniając za pomocą swoich podwładnych to, co można zmienić – na miękko – niczego nie ryzykując. Działają skrycie i podstępnie, choć często okazuje się, że sami są częścią planu, którego nie potrafili zrozumieć. Nie można zlikwidować herezji, tak jak dzicy likwidowali – z przekonaniem o słuszności – wpływy Kościoła, poprzez jedno czy dwa widowiskowe zabójstwa. Herezja rozwija się, a my się jej przyglądamy z zaciekawieniem. Kiedy jest już silna i zajmuje połowę naszego życia, łapiemy się za głowę, bo nie możemy wiele zrobić i spostrzegamy, że sami mówimy językiem herezji, kiedy zaś próbujemy powiedzieć coś innego, co wydaje nam się sensowne i słuszne ludzie wokół patrzą na nas, jak na szaleńców. Likwidacja herezji jest niemożliwa. Dowodów na to jest aż nadto, jedyny sposób to indywidualne, ryzykowne misje. Nic innego nie pomaga, ani stos, ani krucjaty, albowiem herezja tworzy wewnętrznie spójny świat kłamstw, a do tego bywa narzędziem ekonomicznym. Ja zaś twierdzę, że jest to jej główna funkcja, prócz oczywiście funkcji politycznej. Powszechnie jednak uważa się, że herezja może być alternatywną drogą do zbawienia, albo pogłębiać naszą wiedzę w zakresach dla życia najistotniejszych.

Wczoraj na twitterze, ktoś zacytował fragment książki Łukasza Dryblaka z krakowskiego oddziału IPN, dotyczący geopolityki. Otóż geopolityka według Dryblaka zastąpiła w Rosji doktrynę komunistyczną. Jeśli, za Konecznym, uznamy socjalizm i komunizm za herezję, jasne się stanie czym w takim ujęciu jest geopolityka. I teraz stańcie na jakimś forum i powiedzcie głośno, że metodyka dyskusji jaką przyjęto w Polsce w ostatnich dziesięciu latach to ruska herezja narzucana nam przez różnych farbowanych guru. Ktoś Wam uwierzy? Oczywiście, że nie, albowiem odbieracie ludziom najcudowniejszą rzecz jaką otrzymali od kiedy w ogóle zaczęli świadomie myśleć – możliwość obstawiania opcji w polityce. A jakby tego było mało, chcecie im jeszcze odebrać możliwość integrowania się wokół ludzi, którzy z ramienia sił obcych tę geopolitykę tu implementują. To tak, jakbyście chcieli odebrać narkomanowi działkę, w trosce o jego zdrowie. Takie rzeczy nie mogą się udać. I nic doprawdy nie jest w stanie tego odwrócić, nie pomogą żadne demaskacje.

Pan Bartosiak dalej pieprzy o armii nowego wzoru, choć wczoraj ogłoszono, że jakiś przedstawiciel MON Izraela powiedział iż ta armia nowego wzoru jest za dobra dla Polaków i może za 30 lat do niej dorosną. Całe szczęście nie będę tego oglądał, albowiem nie pochodzę z długowiecznej rodziny. W zajmującym się geopolityką piśmie Do rzeczy zaś, prof. Chodakiewicz ogłosił iż polityka Budapesztu jest robiona głową, a polityka Warszawy sercem, co może – uwaga – ściągnąć na nas rosyjską ekspedycję karną. Przyznam, że mnie zatkało. Jeśli amerykański profesor wobec wypadków na Ukrainie pisze, że Polsce grozi rosyjska ekspedycja karna, to ja – odrzucając narzędzia i metodologię geopolityczną – mogę go nazwać tylko herezjarchą. To zaś znaczy – jawnym kłamcą.

Teraz proszę zwrócić uwagę na następującą kwestię, którą poruszyliśmy już na konferencji w Wąsowie. Mamy oto dziesiątki autorów pracujących w IPN, którzy na podstawie dokumentów i relacji, w trudzie i z wielkim zaangażowaniem budują całą strukturę, będąc w miarę uczciwie oddanym obrazem najnowszej historii. Nikt tego nie czyta i nikt się ich pracą nie interesuje. Pan Dryblak napisał coś fantastycznie oczywistego, co mnie aż zmroziło. Niestety, mimo iż jego publikacje promuje prof. Nowak, nie ma mowy, by stał się on partnerem w dyskusji toczonej przez publicystów. Dlaczego? Albowiem publicyści to agentura ruskiej herezji zwanej geopolityką, która święci triumfy w Polsce nie niepokojona przez nikogo. Świat uczciwych badań i pracy, a także uczciwej popularyzacji (jakoś mi to przeszło przez klawiaturę) jest przez to całkowicie zmarginalizowany i w zasadzie nie ma znaczenia. Karmi się tylko i wyłącznie pasją młodych badaczy, którzy następnie tracą zapał i wpadają w rutynę. Geopolityka zaś ma się dobrze, nie potrzebuje państwowych budżetów, choć oczywiście z nich korzysta. Gwiazdy geopolityki nie ponoszą nakładów na swoją działalność, bo albo są zatrudnione gdzieś w świecie, albo ogłaszają zbiórki na swoją działalność, której efektem jest wielkie nic. Tłumaczone potem na różne sposoby – chciał dobrze, ale mu nie wyszło, stworzył nową koncepcję, trochę się pomylił, dobrze gada, dać mu wódki, itp., itd…I to jest nie do zwalczenia. Przede wszystkim dlatego, że geopolityka udziela prostych odpowiedzi, redukuje problemy do kilku składowych, tak samo jak czynił to komunizm. Potem można je już tylko przekładać z miejsca na miejsce i popadając w widowiskowe zamyślenia zastanawiać się czy z Niemcami czy z Rosją? Choć gołym okiem widać dziś, że z GB i USA, bo ich interesy w regionie są żywotne, a żaden z ich wcześniejszych partnerów nie spełnia pokładanych w nim nadziei. To nie ma dla geopolityki znaczenia, albowiem jest to herezja, a ta musi kłamać i upraszczać.

Przejdźmy teraz do metodologii, ale rozumianej swoiście. Oto dostałem taki link do tekstu na portalu Onet, który to tekst jest zamieszczony był pierwotnie na rosyjskim portalu Meduza https://wiadomosci.onet.pl/swiat/zatanczmy-walca-wielkiej-wojny-opowiadamy-historie-metodologow/1pyywmc

Materiał jest długi i słabo przetłumaczony, a to znaczy, że nie ma w nim wyraźnych akcentów, a jest typowy dla rosyjskich autorów przewlekły bełkot. Skracając rzecz całą można powiedzieć, że rosyjska nauka w schyłkowym okresie komunizmu, próbowała znaleźć dla siebie jakieś usprawiedliwienie. Świat realny bowiem, świat sukcesów technologicznych zapadał się pod ziemię bo badacze nie nadążali z kradzieżą patentów w Ameryce i Europie. Należało więc wymyślić coś, co przedłuży agonię systemu. I wymyślono herezję metodologii. Czyli takie szamaństwo, które pozwoliło kadrze naukowej kluczowych ośrodków przetrwać w swoim świecie, całkowicie oderwanym od realiów, ale mającym spójny charakter i dającym satysfakcjonujące odpowiedzi na różne pytania. No i – co najważniejsze – produktywnym, choć produkty tej herezji to zwykle niezobowiązujące słowa bez znaczenia zapisane na białych kartkach. Byłbym zapomniał – herezja metodologów miała charakter mistyczny, albowiem uczestnicy szkoleń organizowanych przez guru wpadali w trans i dostawali różnych amoków, a następnie dewastowali swoje i bliskich życie prywatne.

Istotną zmianą w życiu metodologów, którzy działali po śmierci guru, było ich zetknięcie ze światem rosyjskiego biznesu i polityki. Postsowiecki biznes, który w dawnych czasach kradł technologię, potrzebował nowych inspiracji, które zasłoniłyby jego nędzę. I metodologowie ich dostarczali. To samo było z polityką, a autor tekstu twierdzi, że metodologia, rozumiana opacznie przez ludzi Putina doprowadziła do wybuchu obecnej wojny. Gdyby tylko ktoś podjął trud właściwego zrozumienia procesu myślowego i założeń jakie przedstawił guru, wszystko mogłoby wyglądać inaczej.

Nie mogłoby, dla wszystkich jest to jasne, albowiem kłamstwo nie może wyprodukować niczego prawdziwego. Prędzej czy później potknie się o własne nogi, zostanie zdemaskowane i unieważnione. I to właśnie dzieje się na naszych oczach. Nie martwcie się jednak, ktoś na pewno ocali ulubioną herezję oświeconych Rosjan czyli wiarę w metodę i ulubioną herezję przenikliwych Polaków czyli geopolitykę. Wyrastają one z tego samego pnia, którego od dawnych bardzo czasów nikt nie potrafi powalić.

Autorki i autorzy na Targach Książki i Sztuki w Grodzisku Mazowieckim

 Możliwość komentowania Autorki i autorzy na Targach Książki i Sztuki w Grodzisku Mazowieckim została wyłączona
cze 172022
 

Na nadchodzących targach obecni będą przede wszystkim autorzy z naszego kręgu. Nie tylko pisarze, ale także malarze i graficy. Przede wszystkim swoje obrazy wystawią Agnieszka Słodkowska i Tomek Bereznicki. Hubert Czajkowski i Tomek będą także prezentować swoje komiksy. Będę oczywiście ja, Gabriel Maciejewski, z większością tytułów, które napisałem. No i z kilkoma nowościami prosto z drukarni, a także wieloma nowościami z rynku. Będzie całe wydawnictwo Rewasz, ze swoją ofertą przewodników, ale nie wiem czy zabiorą ze sobą jakiegoś autora. Zjawią się przedstawiciele wydawnictwa LTW z Łomianek, ze swoją bardzo szeroką ofertą. Wśród autorów będzie także Kamil Staniszek z Piaseczna, autor książek i redaktor naczelny dwutygodnika „Kurier Południowy”. Pojawi się także wydawnictwo Paśny Buriat z Kielc, które wydało książkę prof. Piotra Tryjanowskiego „Bocian. Biografia nieautoryzowana”. Na targach zjawi się także wydawnictwo Silver, oraz trzy piszące tam autorki: Agnieszka Dydycz, Edyta Kochlewska i Liliana Fabisińska.

Wszystkich wystawców uprzejmie proszę o zabranie ze sobą przedłużaczy do gniazdek.

cze 172022
 

Coraz bardziej jestem zadowolony z nadchodzących targów, albowiem na stronie wydarzenia zaczęły się pojawiać komentarze. Odnoszą się one nieprzychylnie do moich opinii i ocen, a wygłaszają je osoby, które były czynne na rynku księgarskim. Zarzucają mi przy tym – uwaga – niepełną znajomość rynku księgarskiego. A także sugerują, że połączenie książki ze sztuką to nawiązanie do komuny, kiedy to handel książką podlegał pod zarząd Ministerstwa Kultury i Sztuki. To jest doprawdy coś niesamowitego. Jak widzimy każda opinia różniąca się od opinii środowisk, które uważają się za alfę i omegę rynku, pochodząca spoza horyzontu, który środowiska te same sobie zakreśliły, jest kuriozalna. To dobrze rokuje, bo ja już odpowiedziałem na te komentarze i Was także do tego zachęcam. Mam nadzieję, że odpowiedzi te podniosą ciśnienie paru osobom i ruch na targach będzie duży.

Niesamowite jest to, że jacyś ludzie roszczą sobie prawa do ocen tylko z tego powodu, że przez długie dekady, z mianowania oczywiście, pełnili funkcje kierowników księgarń. Niesamowite jest to, że w głowie im się nie może pomieścić fakt, iż ktoś inny, o kim oni nigdy nie słyszeli, organizuje jakąś imprezę, gdzie handluje się książkami. Mogę więc śmiało zaprosić wszystkich na te targi bo widać, że pole do poważnej polemiki jest, będzie więc co uprawiać.

Kiedy na stronie Mediateki pojawiła się reklama targów zaczęli zgłaszać się wystawcy. Nie chciałem, żeby ktokolwiek poza wskazanymi przeze mnie wystawcami brał udział w tych targach, albowiem obawiałem się, że zbyt duża ilość stanowisk nie wpłynie dobrze na odbiór obrazów, a jestem przekonany, że to obrazy Agnieszki i Tomka, będą najważniejszym ich elementem. Nie chciałem też nikogo na te targi namawiać, albowiem doświadczenie jakie wynieśliśmy z Piotrkiem Szeligowskim z imprezy bytomskiej wskazuje, że kiedy się kogoś namawia, uzyskuje się efekt odwrotny od zamierzonego, a do tego jeszcze można stracić szacunek. Odzwoniłem jednak do dwóch pań, które zgłosiły się do Mediateki. Postawiłem naprawdę łagodne warunki, ale okazało się, że są one zaporowe. Dowiedziałem się jednak, że w Warszawie i okolicach organizuje się niezwykle dużo imprez księgarskich, o których wydawcy tacy jak ja nie mają pojęcia. Imprezy te są darmowe, a organizują je gminy. Do tych właśnie eventów próbowano porównać nasze targi. Tłumaczyłem, że impreza jest komercyjna, ja wynająłem salę w Mediatece i nie ma mowy o tym, by zrobić z tego jakiś piknik dla ziewających dzieci oraz znudzonych emerytek. Chyba nikt w ogóle nie zrozumiał o czym mówię. Liczę jednak na to, że ilość szpiegów z różnych krain, nie tylko z Krainy Deszczowców, będzie na naszych targach duża. Przypominam też od razu, że impreza będzie filmowana, na następnie umieścimy w sieci reportaż. Będą też wywiady z wystawcami i uczestnikami.

Z rozmów i wymiany maili z osobami, które chciałby wziąć udział w naszych targach za darmo, a także z tych komentarzy, które widoczne są pod tekstem na stronie wydarzenia jasno wynika, że jesteśmy dla tych ludzi absolutnym kuriozum. Oni nie rozumieją nawet, że można emitować takie komunikaty, a o tym, żeby się z nami porozumieć nie może być nawet mowy.

Powtarzam więc jeszcze raz – nigdy nikogo nie zachęcałem do czytania swoich książek, przeciwnie zawsze wszystkich zniechęcałem i tak samo czynię teraz. Nie zapraszam nikogo z zewnątrz na te targi, albowiem nie ma to żadnego sensu. Wydawcy bowiem oczekują, że ktoś ich zaprosi na dotowaną imprezę i oni tam sprzedadzą dwie, trzy książki. No i rozdadzą parę ulotek, a potem będą mogli wystąpić o kolejną dotację dla swojego wydawnictwa. Jeśli ktoś z taką myślą przychodzi na nasze targi ten się pomylił, trafił pod zły adres i rozmawia z niewłaściwym człowiekiem, czyli ze mną. Nie ma przymusu, ani tym bardziej obowiązku, żeby w tych targach uczestniczyć. Są one imprezą komercyjną, obliczoną na przyciągnięcie dużych ilości czytelników i wygenerowanie dużego zysku. Jak ktoś chce prezentować swoje romanse, albo inne jakieś przygody i kokietować tym staruszki, niech się zapisze na imprezę organizowaną w Izabelinie pod koniec czerwca. Tam będzie właściwa atmosfera, która ukoi jego duszę i zapewni mu spokój. U nas będzie na odwrót. Przewiduję dużą dynamikę i sporo polemik.

Przypominam też, że prócz książek i obrazów będą na targach jeszcze komiksy. Hubert zaś i Tomek na pewno wrysują trochę autografów. Od razu jednak ostrzegam, żeby z tym nie szaleć. Wrysowanie autografu zajmuje czas i jest męczące. Koledzy nie mogą więc wrysowywać tych autografów bez przerwy.

Ja zaś zrobię coś, czego nie robiłem dotychczas ze względu na niewielką powierzchnię na jakiej wystawiałem się na targach pod Zamkiem i na Stadionie Narodowym. Ściągnę z rynku bardzo dużo tytułów, których istnienia nawet nie podejrzewaliście. Jak wiecie, a może nie, prócz idei zawartej w tytule targów – książka i sztuka – mam zamiar jeszcze prezentować autorów akademickich. To znaczy tych wszystkich ludzi, którzy wydają swoje książki w wydawnictwach uniwersyteckich, ale nie ma ich na rynku, bo ten zajęty jest przez dwa, trzy nazwiska opatrzone tytułem prof., albo oddany w pacht oszustom w typie Twardocha, Mroza i Żulczyka. U nas takich kuriozów nie będzie, albowiem rynek książki jest niezwykle głęboki. Chcemy więc, by na naszej imprezie prezentowane były te książki i te nazwiska, których nie ma gdzie indziej. Nie powiem skąd dokładnie sprowadzę ofertę na targi, ale wielu czytelników na pewno się tego domyśli. W każdym razie wybór będzie duży i na stoisku będą nie tylko moje książki.

Przypominam też, że w dniu 7 lipca, o godzinie 18.00, w pałacu, w Ojrzanowie, odbędzie się godzinny koncert Władysławy Rakowskiej, śpiewaczki z Ukrainy, która wydostała się z terenów okupowanych. Solistce akompaniować będzie pianistka Eugenia Sawczenko. Wstęp na koncert jest bezpłatny, ale będziemy prowadzili tam zbiórkę pieniędzy dla  obydwu artystek. Będzie tam też można kupić moje książki, jeśli ktoś nie zdąży tego zrobić na targach. Postaram się, by na targach były dwa nowe tytuły – biografia Jana Kapistrana oraz książka o Ryksie Śląskiej, cesarzowej Hiszpanii, córce Władysława Wygnańca. A tutaj macie link do strony wydarzenia.

https://www.facebook.com/TargiKiS

cze 162022
 

Jeszcze raz przypomnę co mnie w mojej pracy i relacjach zawodowych z ludźmi irytuje najbardziej. Otóż taka oto sytuacja – panie, a po co to wydawać na te okładki i papier? Można to zrobić taniej. Można kupić zdjęcie z agencji i dać na broszurową oprawę, a ludzie i tak kupią.

Byli tacy co mnie namawiali na wydanie Żywotów Świętych w miękkiej oprawie na podłym papierze. Komentowałem to nie raz, bo zapadł mi ten fakt w pamięć, jest bowiem dość demaskatorski.

Z wielkim żalem, po pandemii i kilku słabszych latach musiałem zacząć wydawać książki w miękkich oprawach, ale wtedy wymyśliłem nowy rodzaj produktu, czyli lekką beletrystykę. Mamy na razie dwa tytuły, ale będzie tego więcej. Okładki są miękkie, ale za to bardzo ładne i wyróżniają się bardzo na tle ogólnego badziewia.

No, ale do rzeczy. Kiedy rozmawiałem z Piotrkiem Tryjanowskim w Wąsowie w głowie mej zaświeciła taka oto myśl, wszelkie fascynacje, nawet te najgłębsze i pozornie nie związane z odczuwaniem piękna, biorą się z zachwytu nad urodą rzeczy. Tak jest zawsze. Nawet jeśli ktoś fascynuje się matematyką i rozwiązuje dziennie 100 całek, myśli przede wszystkim o ich elegancji. Wiem to na pewno, bo rozmawiałem z ludźmi, którzy tak robią. Nawet jeśli ktoś się fascynuje larwami chrząszczy wygrzebywanymi z przegniłych pni, myśli przede wszystkim o ich pięknie. To także wiem na pewno, bo znam ludzi, którzy takie ekstrawaganckie dyscypliny uprawiają. A co dopiero mówić o tych, którzy fascynują się ptakami, szczególnie ptakami drapieżnymi. Każdy, kto zajmuje się ptakami drapieżnymi potwierdzi, że oddziałuje nań przede wszystkim piękno tych stworzeń. Większa część ludzi rozpoczęła swoją przygodę z drapieżnikami i ptakami w ogóle od tego, że ktoś pokazał im wydaną w PRL serię znaczków z sokołami. Było to chyba pięć znaczków, gdzie wyobrażono sokoła wędrownego, kobuza, pustułkę, drzemlika i kobczyka. Mogę się mylić co do drzemlika, być może była to pustułeczka. No, ale wiadomo o co chodzi. Każdy kto raz zobaczył te znaczki, przynajmniej przez jakiś czas rozglądał się po niebie szukając na nim tych gatunków, a jeśli nie, na pewno ukłuła go w serce, choć przez moment, dziwna jakaś tęsknota. I tak jest ze wszystkim, nawet jeśli pamięć o tej pierwszej chwili zachwytu mija i zaciera się później, od niej wszystko się zaczyna. I nie ma – powtarzam – znaczenia, czy chodzi o wielkie maszyny, brzydkie robaki, czy malarstwo niderlandzkie.

Jeśli więc ktoś mi próbuje tłumaczyć, że powinienem dążyć do dziadostwa z całym impetem, albowiem wtedy uda mi się naciąć kilku klientów na 20 zyli i moje – jakże nędzne – koszty zwrócą się szybko, niech się może zastanowi nad sobą. I nad tym czy powinien wydawać książki. Jeśli twierdzi, że powinien, pozostawiam go samemu sobie, razem z jego planami.

Przed nami, coraz bliżej już, pierwsza edycja Targów Książki i Sztuki w Grodzisku Mazowieckim. Zorganizowana właśnie po to, by oderwać się od badziewia, oszustwa i kantów, które zdominowały rynek książki, strojąc się w różne pozorne walory. Sprawa jest bowiem bardzo prosta – jeśli ktoś inwestuje w rzeczy ładne, cieszące oko, trudno się psujące i pozostające przez lata całe niezmiennie takie same, ten na pewno nie kłamie. To jest, mam nadzieję, dla każdego jasne. Jeśli ktoś ima się chwytów mających zasugerować tak zwane inne walory, o których tu już wiele razy mówiliśmy, czyli pokazanie jakiejś ukrytej prawdy, wydrukowanej na papierze toaletowym, albo zasugerowanie, że źle poskładana okładka, skrywająca treści napisane bez wiary i zapału, z myślą o szybkiej sprzedaży jedynie, uwiedzie czytelnika, ten kłamie na pewno i ma złe zamiary. Poza tym ktoś taki kreuje oszustów. Oni się z kolei multiplikują i tworzą grupę, która stale towarzyszy takiemu wydawcy, z wiarą, że razem łatwiej przyjdzie im oszukać publiczność. Jeśli sama obecność nie wystarcza, imają się oni prowokacji, te zaś prowadzą do nieuniknionych kontrowersji, które powodują, że czytelnicy się od tego zestawu odsuwają. Im mniej czytelników z kolei, tym więcej pomysłów na przyciągnięcie nowych. Jakich pomysłów? No takich: tańszy papier, gorsze okładki, więcej prowokacji, więcej demaskacji, więcej emocji, więcej żywych ludzi, gotowych łgać w żywe oczy, dla osiągnięcia bardzo problematycznego i krótkotrwale działającego celu.

Mówię to wprost – usuwamy takie zjawiska z naszych targów. Nie chcemy ich i nie będą one tam obecne. Z takich samych powodów, wzbogacamy naszą imprezę o elementy na innych targach książki niedostępne – malarstwo i grafikę. To z kolei powoduje, że targi te nie będą nigdy imprezą masową, albowiem masowość grozi zniszczeniem obrazów i grafik. Nie przewiduję więc, by kiedykolwiek było tam więcej niż kilkunastu wystawców. Oczywiście zaproszonych i wskazanych przeze mnie.

Teraz ważna konstatacja. Jaka jest różnica pomiędzy zachwytem, a fałszem? Moim zdaniem prosta – tego pierwszego nie można zdefiniować, albowiem jest zjawiskiem zbyt intymnym. Zamienia się go więc, żeby nawiązać kontakt z innymi ludźmi i znaleźć jakąś płaszczyznę porozumienia, na inne jakości, wymierne bądź nie. Na pewno bardziej racjonalne, zrozumiałe i łatwiej dające się definiować. To nie znaczy, że zachwytu nie ma. On jest, ale nie sposób go wyrazić. Fałsz za to sam się definiuje, a mało tego można nawet wynająć ludzi, którzy za pieniądze będą go definiować z takim przekonaniem, że wszyscy się zdziwimy. Przykłady można mnożyć. Tyle, że konsekwencją wiary w fałszywe jakości jest zjazd po równi pochyłej. Co mam nadzieję każdy rozumie. Podam przykład. Był taki autor – Krzysztof Karoń, którym ekscytowały się masy. Napisał jedną książkę i wielu ludzi mi ją proponowało, jako przykład sukcesu i głębi. Odpowiadałem zawsze niezmiennie – poczekajcie, aż Karoń napisze drugą książkę. Minęły lata, żadnej drugiej książki nie ma. Ta pierwsza odniosła oczywiście sprzedażowy sukces, ale zapytajcie Karonia co dziś robi i czy jest zadowolony z tego sukcesu. A także ile realnie na tym przekręcie zyskał. No i co planuje? Odpowiedzi jednak zachowajcie dla siebie, bo ja nie jestem ich wcale ciekawy.

O ile zachwyt jest zjawiskiem intymnym, silnie zindywidualizowanym i w zasadzie nie przekazywalnym, albowiem każda próba przekazu natychmiast go trywializuje, o tyle fałszom towarzyszą różne widowiskowe siostrzyce. Najważniejszą z nich jest troska. Troska o jakość oczywiście, o prawdę, o Polskę, o właściwy odbiór treści, o edukację patriotyczną młodzieży i inne brednie, które służą temu, by oszukiwać duże grupy ludzi i na tych oszustwach zarabiać. Można śmiało rzec, że jeśli widzimy zatroskanego jakiegoś osobnika, który waży w swym umyśle sprawy poważne i kluczowe dla całej społeczności, a do tego opowiada o tym głosem pełnym namaszczenia i powagi, to mamy naprzeciwko bardzo sprytnego kanciarza. I tylko czekać musimy momentu, kiedy wyciągnie on z kieszeni trzy karty i zaproponuje nam niezobowiązującą partyjkę.

Żeby zrozumieć o kogo chodzi, musicie co jakiś czas zrobić przegląd okładek poczytnych tygodników. Tam zjawisko to widoczne jest najwyraźniej.

Odsuwamy się od tego. Będziemy się zajmować wyłącznie prezentowaniem przedmiotów wysokiej jakości, które budzą zachwyt, w najgorszym razie żywe zainteresowanie. Dyskusji na ich temat nie przewiduję, albowiem ta zubaża relacje pomiędzy odbiorcą, a przedmiotem. Te zaś są zwykle żywe, co było do okazania, mam nadzieję.

https://www.facebook.com/TargiKiS

cze 152022
 

Państwo poważne to takie, które uwłaszcza swoich urzędników na państwowym i prywatnym mieniu, ale nie ogłasza tego w dekretach, a jedynie udziela indywidualnych, dyskretnych pozwoleń. Istnieje kilka rodzajów uwłaszczeń i teraz omówię je pokrótce. Pierwszy rodzaj to oczywiście uwłaszczenie na mieniu cudzym. Państwo umacnia się w pierwszym etapie swojej drogi ku potędze rabując te grupy, które z istoty są państwu wrogie, czyli ograniczają jego wpływy lokalne. Państwo poważne nie zawsze jest państwem silnym, a państwo silne nie zawsze jest poważne. Rosja XIX wieku była państwem silnym, ale trudno wskazać kogokolwiek, kto traktował by ją poważnie. Anglia była państwem może nie tyle słabym, co mocno ograniczonym w działaniu poza morzami, ale zawsze była państwem poważnym.

Ewolucję państwa prowadzącą od domeny rodzinnej ku imperium najłatwiej prześledzić na przykładzie Anglii właśnie. Odbywała się ona w kilku etapach. Pierwszy, najwcześniejszy, którego efektem była integracja ziem po obu stronach kanału, to eksterminacja starej, saksońskiej elity po roku 1066. Nowe elity angielskie, składające się właściwie z samych Normanów i Francuzów z Akwitanii, mówiących językami południa, były dominującym czynnikiem w podboju Palestyny. Stosując głębokie uogólnienia można powiedzieć, że ten etap ewolucji państwa zakończył się źle, albowiem od wielkich sukcesów i wielkich podbojów Anglia zredukowana została – w wyniku wojny stuletniej – do niewielkiego obszaru na wyspie. I wtedy państwo powtórzyło raz jeszcze ten sam manewr, który wykonał po roku 1066 Wilhelm Bastard – znalazło sobie wroga. Był nim Kościół i stara arystokracja. Jak w średniowieczu, w XVI wieku dynastia walijska, okradła jednych, zdewastowała cały system, po to, by kupić rzecz dla państwa najważniejszą – bezwzględną lojalność nowo awansowanych  poddanych. Tę zaś kupuje się zawsze w taki sam sposób – pozwalając na grabież, ale bez oficjalnych dekretów. Wtedy bowiem każdy złodziej uważa, że jest równy królowi. Oczywiście posunięcia te są zawsze maskowane doktryną, o czym już wielokrotnie pisałem i powtarzać tego nie ma sensu. Należy sobie zadać pytanie, czy dziś nie stoimy czasem przed nową odsłoną polityki uwłaszczeniowej państwa znanego jako Wielka Brytania? Ja tego nie wiem, ale jeśli miałby ono uwłaszczać swoich pachołków na mieniu rosyjskim, jestem za.

O wiele bliższym nam, można by rzec siostrzanym systemem tworzenia się państwa poważnego, są Prusy. Ja wiem, że nikt tych podobieństw polsko-pruskich nie chce traktować serio, ale nie można uciekać od oczywistości. Polityka ostatnich Jagiellonów była kierowana z dworów rodziny Hohenzollern. W zasadzie wpływ Prus na politykę Polski i udział mieszkańców Prus w tej polityce, był do końca istnienia Rzeczpospolitej przemożny. Prusy jednak w pewnym momencie, widząc, że Polska staje się próżnią polityczną postanowiły uwłaszczyć się na jej mieniu. Ponieważ nie mogły połknąć całej Polski wysunęły plan podzielenia się nią z sąsiadami. Jak wiemy, najtrudniej było przekupić Austrię, która dostała od razu najlepsze kawałki Polski, żeby siedzieć cicho i nie rezonować. No, ale to dygresja. Interesuje nas teraz systematyka dzielonego na nowo mienia, którą łatwiej opisać na przykładzie Prus niż Anglii. Prusy najpierw zajęły Śląsk, Fryderyk nie mógł uwłaszczyć swoich urzędników na mieniu miejscowej szlachty i mieszczan, albowiem to oni właśnie zaprosili go do swojego kraju. Jego ludzie wymyślili jednak coś innego – modernizację Śląska to znaczy zmianę organizacji przemysłu i wydobycia, o czym wiele było napisane w 30 numerze SN. Taki manewr, jeśli połączyć go z rozwojem technologicznym otwiera niesamowite wręcz możliwości tworzenia nowych lojalnych wobec państwa struktur. One się wręcz same multiplikują, albowiem każdy urzędnik wie dobrze, że jego funkcja może być dziedziczna o ile oczywiście będzie się zachowywał w sposób odpowiedni. Sposoby zachowań nigdy i nigdzie nie były skodyfikowane, ale każdy je rozumiał. Prusy, a potem cesarstwo zatrzymały się jednak w swoim przepoczwarzaniu się w imperium, albowiem dom panujący nie mógł odrzucić lojalności starej szlachty. I nie chodziło bynajmniej o szlachtę śląską, gdzie poważną pozycję miał właściwie tylko książę von Pless, ale o szlachtę pomorską, która po prostu przejęła władzę w kraju i narzuciła mu kierunek rozwoju. Ten kierunek doprowadził do zguby cesarstwo, albowiem zostało ono wypchnięte na morza i tam spotkało się, ze starą, opartą o wielkie rabunki i wymuszenia, lojalnością Brytyjczyków. Jeśli będziemy dalej opisywać historię Niemiec w tych kategoriach, przyjdzie nam przyznać, że atak na wschód, który prowadził Hitler był nauką wyciągniętą z niepowodzeń polityki cesarskiej i jego własnej, czyli polityki antybrytyjskiej. No, ale na wschodzie Niemcy spotkali się z sowietami, czyli tym co pozostało z obłąkanej polityki carów wobec własnych elit. Jak budowali lojalność wobec monarchii Romanowowie? Nie budowali jej. Oni wydali nieoficjalne pozwolenie na kradzież wszystkiego. Sami brali co popadnie i komu popadnie, a potem domagali się za to lojalności. Taki stan nie mógł się utrzymać i się nie utrzymał. Jeśli gdzieś nie ma lojalności wewnętrznej, powstają organizacje, które pod jej pozorem, uprawiają lojalność wobec kogoś innego. I tak było w komunizmie. Gdyby było inaczej wybuchłaby wojna gdzieś około roku 1960. Przyznać trzeba, że Amerykanie mieli najłatwiejszą sytuację jeśli chodzi o tworzenie państwa. Musieli tylko pozamykać Indian w rezerwatach i podzielić ich ziemię. Potem zaś zrobić to, co zrobili Prusacy na Śląsku – uruchomić nowoczesne technologie na niespotykaną skalę i to załatwiało i załatwia nadal kwestie lojalności wobec państwa. Czy na długo? Tego nie wiem, ale mam nadzieję, że ktoś tam, w tym Waszyngtonie rozumie, że programy socjalne to nie jest do końca to, czym powinno zajmować się państwo.

Zanim przejdę do podsumowania zastanówmy się jak jest w Polsce? Polska to kraj, w którym od czasów późnego PRL, bo wcześniej to było niemożliwe, urzędnicy uwłaszczają się na mieniu państwowym, jak w Prusach. Nie są jednak lojalni wobec państwa, albowiem państwo to jest zbyt słabe, by wywrzeć na nich jakikolwiek wpływ. Budują oni więc różne fikcyjne układy, podporządkowując się świadomie lub nie innym niż państwo organizacjom. Wołają przy tym głośno, że państwo jest niepotrzebne, choć sprzedają siebie i swoje rodziny przedstawicielom innych państw.

Czy Niemcy prowadzą dziś wobec Polski taką samą politykę, jak wobec śląskich elit przed rozpoczęciem wojen śląskich? Myślę, że tak, tylko że nasze elity, po ewentualnym upadku Polski, nie dostaną żadnej szansy. Zostaną tak samo ograbione jak wszyscy. Czy PiS jako partia szykująca się do utrzymania władzy ma jakiś pomysł na to, by wzmocnić lojalność obywateli uwłaszczając ich w sposób niejawny na mieniu państwowym? Mam nadzieję, że ma, ale taki sposób – jeśli oczywiście nie połączymy się z Ukrainą – jest tylko jeden – bardzo dynamiczny rozwój technologii energetycznych i infrastruktury, a co za tym idzie wszystkiego innego – od lokalnych uczelni, które będą kształcić specjalistów w rzadkich dziedzinach, do lokalnej turystyki. Niemcy zrobią wszystko, by do tego nie dopuścić, ale konstatacja ta prowadzi nas do wniosku następującego – nie ma lojalności bez wizji rozwoju. Jeśli zaś PE chce ograniczyć technologię za pomocą bredni o czystym powietrzu, to znaczy, że Niemcy nie rozumieją nic ze swojej tradycji i swojej historii. Mogą jednak być groźni. My jednak, o czym tu już pisałem wielokrotnie, możemy przejąć ich doktrynę i wykorzystać ją do budowy czegoś naprawdę dobrego. Doktryna ta polegała zawsze na nadaniu obszarom zacofanym nowej dynamiki. I nawet jeśli komuś wydaje się, że nowe elity urzędnicze, uwłaszczone na mieniu państwowym to jest zły pomysł, niech pomyśli o tym, komu służą obecne elity, na przykład w Gdańsku i na czym są one uwłaszczone.

cze 142022
 

Właśnie doszła do mnie faktura za konferencję w Wąsowie. Kosztowała nas ona, razem z honorariami dla wykładowców, 20398 zł. Na imprezę przybyło 55 osób, każdy więc łatwo sobie policzy ile realnie powinno wynosić wpisowe na tę konferencję. Od razu powiem, że w przyszłym roku będę musiał podnieść wysokość tego wpisowego dość drastycznie czyli do takiej właśnie wysokości, jak to wychodzi z wyliczeń.

Nie chciałem robić dużej podwyżki w tym roku, z oczywistych względów. Nie każdego stać na takie poświęcenie. Inflacja skoczyła nagle w związku z wojną, wszyscy byliśmy trochę zdezorientowani. Nie zamierzam podnosić wysokości honorariów dla wykładowców, i tak są one bowiem wysokie. Uważam jednak, że jeśli ktoś ma coś ciekawego do powiedzenia, należy to odpowiednio wynagrodzić. Jeśli chodzi o wpłaty na konferencję w Uniejowie, wszystko zostaje po staremu – 270 zł za osobę. Jeśli do połowy sierpnia nie zbierzemy odpowiedniej kwoty, poproszę wszystkich uczestników o wyrównanie różnicy. Tak, jak mówiłem wcześniej, nie myślę o żadnych zyskach, ale o tym, by zwrócił się koszt imprezy i honoraria wykładowców. Żeby pokryć deficyt, jaki mamy po Wąsowie zorganizowałem dużą promocję, która trwać będzie jedynie tydzień czyli do przyszłego poniedziałku. Oto lista tytułów o obniżonej cenie.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/edward-woynillowicz-wspomnienia-1847-1928-czesc-pierwsza/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/relacja-o-panstwie-polonia-i-prowincjach-polaczonych-z-ta-korona-john-peyton-jr/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wielki-zywoplot-indyjski/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/katastrofa-kaliska-1914/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/zydowscy-fechmistrze/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/propozycja-poskromienia-hiszpanii-tlumaczenie-gabriel-maciejewski-jr/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/proces-eligiusza-niewiadomskiego/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/swiety-ludwik-jacques-le-goff/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sledztwo-w-sprawie-sw-andrzeja-boboli/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/czerwiec-polski/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/z-kronik-klasztoru-i-kosciola-o-o-bernardynow-w-zaslawiu/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sanctum-regnum/

Teraz przejdźmy do Targów Książki i Sztuki, które odbędą się w Grodzisku Mazowieckim, w Mediatece, w dniach 2-3 lipca bieżącego roku. Wśród wystawców będzie między innymi wydawnictwo Rewasz z Piastowa, które wielu z Państwa zna i którego książki ceni. Panowie z Rewasza zaprezentują wszystkie swoje tytuły, w tym te najnowsze. Zamówili aż trzy stoły, a więc będzie co oglądać i w czym wybierać. Przewodniki, które wydają są książkami na niezwykle wysokim poziomie, tak merytorycznym, jak i edytorskim. Różnią się znacznie od przereklamowanych przewodników zachodnich, a wiele z nich dotyczy krain i miejsc, których próżno by szukać w ofercie innych wydawców. Z powodzeniem, od lat sprzedajemy ich książki. Teraz można będzie je kupić bez mojego pośrednictwa i poznać niektórych ich autorów.

Przypominam – Grodzisk Mazowiecki, Mediateka 2-3 lipca

cze 142022
 

Wszyscy, którzy byli na konferencji w Wąsowie i wysłuchali wykładu Maćka Frycza nie mogą już, mam nadzieję, spokojnie patrzeć na internetowych demaskatorów, którzy mówią jak jest. Nie mają oni bowiem pojęcia ani jak jest, ani jak było, a tym mniej wiedzą jak będzie. Internet pełen jest tego płazu, który przybierając – jak kameleon – różne kolory i kształty usiłuje wywołać zainteresowanie. Czym? Sobą wyłącznie i niczym więcej. Okazało się, że wizyty u Moniki Jaruzelskiej nie podnoszą klinalności na dłużej niż tydzień, trzeba więc imać się innych środków i metod. Taki Cejrowski na przykład nagrywa pogadanki o tym, że Putin ograł wszystkich. W tak poważnej sytuacji, jaką mamy, człowiek mieszkający na stałe w USA, próbuje zdobyć jakąś nędzną popularność, ekscytując się tym, że zbrodniarz wojenny jeszcze żyje i stawia warunki, a do tego zmusza polityków uzależnionych odeń krajów do jakiegoś kontredansu. I czyni to Cejrowski, który w maju, dla podkreślenia swojej głębokiej pobożności maryjnej, owija się cały różańcami i tak chodzi po świecie.

Otoka Frąckiewicz zaczął opowiadać o historii handlu, a ponieważ się na tym nie zna wziął sobie do pomocy jakiegoś eksperta, którego eksperckość polega na odmienianiu przez wszystkie możliwe formy gramatyczne nazwiska Adam Smith. Ludzie to kupują, a ja się zastanawiam dlaczego. Myślę, że powód jest jeden. Popyt na pewność siebie nie maleje w trudnych czasach, a im kto ma mniej tego towaru tym bardziej rozpaczliwie szuka go u innych. Najlepiej, żeby był to ktoś, kto już wcześniej był rozpoznawalny i dawał gwarancję jakiegoś emocjonalnego i intelektualnego bezpieczeństwa oraz przynależności do zwartej grupy. Skoro mamy tak określone realia, zastanówmy się czy takie grupy – a one z pewnością istnieją – są wobec siebie lojalne? Oczywiście, że nie. One się kształtują wokół postawy jakiegoś lidera, który rozpaczliwie szuka interesujących tematów, podkradając je zwykle nam. Potem okazuje się, że zszedł z kursu, bo publiczność jednak nie tego oczekuje i on znów musi zacząć o Żydach, o tym, że nas oszukają, że zginiemy, a Putin jest katechonem, co chce ocalić świat przed złem. I nikt z tych biedaków rozpaczliwie rozglądających się za jakąś ideą – deską ratunku, która ocali jego oczadziały mózg, nie rozumie, że to przed nim samym Pan Bóg postawił wyzwanie i to on ma zrobić coś i powiedzieć coś, co będzie na tyle poważne, by zainspirować i uspokoić innych. I żaden Cejrowski, Michalkiewicz czy Otoka Frąckiewicz go w tym nie wyręczy. Takie konstatacje jednak nie pojawiają się w żadnej chyba głowie. Mamy bowiem w Polszcze naszej do czynienia z bardzo daleko posuniętą deprawacją rodzaju męskiego, który tkwi w niezrozumiałym stuporze i uprawia jakieś nędzne kokieterie, które mają usprawiedliwić jego istnienie. Potem zaś domaga się za te swoje przysiady jakichś awansów i atencji. Przyznam, że nie mogę na to patrzeć, bo chce mi się rzygać. Szczególnie, jak powiadam, po wysłuchaniu wykładu Macieja Frycza w Wąsowie.

Wczoraj była rocznica urodzin, czy też śmierci, nie jest to bynajmniej istotne, wielkiego Polaka, który wynalazł kamizelkę kuloodporną i fotografię barwną. Przez sieć i media przeleciał news o tej rocznicy, podany w konsystencji następującej – i ty Polaku możesz coś wynaleźć, albowiem nie wypadłeś sroce spod ogona. Zadałem proste pytanie – ile kamizelek kuloodpornych produkuje się w Polsce? Ile na tym zarabiamy? Kto był największym potentatem w produkcji komponentów do wykonywania barwnej fotografii? Pozostało ono bez odpowiedzi.

W weekend odbył się po raz kolejny zlot nielotów zatytułowany Polska Wielki Projekt, na którym, niepotrzebną całkiem nagrodą, wyróżniono prof. Legutko. Wydawał się on być szczerze z tego tytułu zadowolony. Jakby tego było mało w telewizji puścili film o Wildsteinie i jego przygodach oraz intelektualnych dylematach i wyborach. Wszystko po to, by szary, zwykły Polak, który nie rozumie niczego, nie wie co powiedzieć i nie dokonuje żadnych wyborów, miał się z kim utożsamić. A także by miał kogo naśladować i może nawet wielbić. Wszystkie wymienione postawy proponowane są, niczym jedzenie w przyzakładowej stołówce, na tych samych talerzach z napisem GS (gminna spółdzielnia, dla tych co nie rozumieją skrótów). Chodzi mianowicie o wskazanie (napis na talerzu), kto jest prawdziwym patriotą i reprezentuje tę właściwą postawę, która pozwoli Polakom bezpiecznie przejść przez polityczne i historyczne burze, o ile ją oczywiście przyjmą jak swoją. Jeśli do tej nędzy dołączymy jeszcze tak zwaną edukację patriotyczną, mamy kompletny zestaw, który wszystkich nas razem i każdego z osobna doprowadzi do kolejnej katastrofy. Kroczyć tam zaś będziemy w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.

Pora na pointę. Wśród wszystkich straszliwych demaskacji, będących demaskacjami z prawdziwego zdarzenia, a nie odkryciami Cejrowskiego czy Otoki Frąckiewicza, którymi poczęstował nas Maciej Frycz, wyróżniłbym jedną. Nie słyszeliście o tym na pewno, bo na wykładzie tego nie było. Padło jednak nazwisko generała Stanisława Piękosia. To ten oficer, który w porozumieniu z generałem Sierowem, doprowadził do aresztowania szesnastu działaczy podziemia niepodległościowego po wojnie, w tym Okulickiego i Pużaka. Otóż są tacy, którzy twierdzą, że generał Stanisław Piękoś był przyrodnim bratem wodza naczelnego marszałka Śmigłego Rydza. Pisze tak Wilczur Garztecki w swoim paszkwilu na Armię Krajową. Można mu oczywiście nie wierzyć, ale jak tu nie wierzyć człowiekowi, którzy stworzył Klub Krzywego Koła, gdzie spotykali się najwybitniejsi intelektualiści powojennej Warszawy? Ludzie prawie tak samo genialni i przenikliwi, jak wszyscy wymienieni w tym tekście z nazwisk.

Wyobraźcie sobie teraz biedne, zmasakrowane ciało Janka Bytnara i uświadomcie sobie, że cała komunistyczna struktura w Polsce współpracowała z Abwehrą albo Gestapo. Propaganda zaś komunistyczna cały czas oskarżała o tę współpracę AK. Wśród największych patriotów zaś, powiązanych rodzinnie z figurami nie byle jakimi, bo w końcu Rydz to kreacja samego Piłsudskiego znajdowali się ludzie tacy jak Piękoś. A jak już sobie to uświadomicie, to włączcie sobie serial Wojenne dziewczyny, albo pooglądajcie demaskatorów na YT. Ach! Byłbym zapomniał – Media Narodowe zaprosiły do audycji Iwana Komarenko, żeby opowiedział, jak fantastyczną jakością jest rosyjski patriotyzm. Olszański zaś powiedział, że będzie bronił PRL, jak własnej dupy. Na koniec pomyślcie o tym, jak niesamowitym pomysłem, którego autorami są nieznani mi z nazwiska agenci komunistycznych służb, było powołanie do życia Zjednoczonych Przedsiębiorstw Rozrywkowych.

cze 132022
 

Mimo kilku zgrzytów konferencja w Wąsowie była fantastyczna. Chyba najlepsza z dotychczasowych. Przede wszystkim mieliśmy znakomitą pogodę, dookoła rozciągał się wielki park, gdzie można było spacerować, a do tego było bardzo smaczne jedzenie. Tyle o okolicznościach zewnętrznych, pora na te, które zależały od nas. Jeszcze raz przekonałem się, że kreowanie wykładowców wśród naszej grupy to dobra i właściwa droga. Maciej Frycz, Hubert Czajkowski, Paweł Zych i Rafał Czerniak wykonali fantastyczną robotę. Najwyższy poziom profesjonalizmu. Piotr Tryjanowski, który tym razem reprezentował środowiska akademickie, jak zwykle nie zawiódł. Opowiadał świetnie o bardzo frapujących sprawach. Część tego wszystkiego będzie oczywiście w wywiadach, które publikować będziemy na kanale Michała i na stronie www.prawygornyrog.pl Miałem wrażenie, że wszyscy są zadowoleni, nawet jeśli ktoś miał jakieś zastrzeżenia nie zgłaszał ich. Ja na pewno byłem i jestem nadal zadowolony, bo przekonałem się, że można utrzymać naprawdę wysoki poziom dyskusji, która w dodatku toczy się na tematy nie eksploatowane przez tak zwany meinstream. I to jest w tym najważniejsze. Nie było na naszej konferencji żadnych popłuczyn, popeliny i gutaperki.

Za trzy miesiące mamy kolejną konferencję na zamku w Uniejowie. To jest środek Polski i każdy ma do Uniejowa tak samo daleko. Jeśli chodzi o wykładowców, zastosujemy ten sam manewr, który przeprowadziliśmy w Wąsowie. To znaczy wystąpi nasz kolega bloger Łukasz Wysoczański, podpisujący się nickiem deszcznocity, który opowie o swoich zmaganiach z cukrzycą. Zmaganiach skutecznych dodam od razu, a tłem do tego wystąpienia, będzie książka o cukrzycy, którą wydamy w lipcu, albo w sierpniu. Na pewno wystąpi Maciej Frycz, który w swoim wykładzie, inaugurującym konferencję w Wąsowie, wywrócił do góry nogami wszystko co wiedzieliśmy o okupacji niemieckiej w Polsce. Maciej opowie tym razem o majorze Zbigniewie Sujkowskim i jego pracy konspiracyjnej oraz pracy nad książką „Bitwa o Warszawę 1944”. Tomek Schubert czyli Greenwatcher obiecał mi, że przypłynie do  Uniejowa łodzią. Wyruszy z Międzychodu i z nurtem Warty dotrze pod zamkowe mury. Opowie nam Tomek o złożach rudy darniowej i ich wykorzystaniu. Wystąpię oczywiście ja, albowiem musimy trochę oszczędzać, a środowisko akademickie reprezentował będzie prof. Grzegorz Kucharczyk. Mamy jeszcze jeden wakat, a ja się trochę zagapiłem i jeden z istotnych wykładowców nie ma już terminu. Na pewno jednak kogoś znajdziemy na jego miejsce.

Myślę, że tyle lukru i miodu wystarczy. Pora na łyżkę dziegciu. Konferencja w Wąsowie, choć znakomita, była deficytowa. To znaczy straciłem na niej sporo pieniędzy. Ponieważ jednak od dobrych rzeczy człowiek łatwo się uzależnia nie mam zamiaru rezygnować z organizowania konferencji. Nie mam też zamiaru nikogo kokietować, ani nakłaniać do tego, by raczył na nie przyjeżdżać. Towar, który oferujemy jest najwyższej klasy. Zaangażowanie wykładowców i publiczności nie występuje w przyrodzie na podobnych imprezach nigdzie, co potwierdza się po każdej w zasadzie konferencji. Uważam więc, że należy te imprezy organizować koniecznie. Rozumiem, że kogoś może drażnić moja natarczywość w przypominaniu o terminie imprezy i konieczności wpłacania wpisowego. No, ale to ja biorę na siebie wszelkie ryzyko. To ja mogę stracić pieniądze w kwocie o kilkadziesiąt razy wyższej niż wynosi wpisowe. I ja się na to godzę, albowiem jest to dla mnie przygoda, ale także zysk. W tej edycji zysku nie było, przeciwnie, zanotowaliśmy poważną stratę. Nie zniechęca mnie to, ale w związku z tym muszę wprowadzić nieco inne zasady rekrutacji na następną konferencję. Przypomnę, że odbędzie się ona 17 września w Uniejowie, na zamku biskupów kujawskich. W pobliżu znajduje się sanktuarium Faustyny Kowalskiej, w Świnicach Warckich. Tak więc na skompletowanie listy mamy tylko dwa i pół miesiąca. To jest bardzo mało. Przypominam jednak, że pomiędzy pierwszą konferencją w Tłokini pod Kaliszem, a kolejną na zamku w Baranowie Sandomierskim było tylko trzy miesiące różnicy. I jakoś się udało.

Rozumiem, że ktoś może wpłacać wpisowe tuż przed imprezą, bo obawia się, że coś mu wypadnie i nie będzie mógł przyjechać. Proponuję w takim razie, byśmy zaczęli od skompletowania listy chętnych. Jeśli ktoś chce, może oczywiście wpłacić wpisowe od razu. Jeśli nie może tego zrobić, niech zgłosi chęć uczestnictwa pisząc na adres [email protected]. Niech to jednak zrobi jak najszybciej. Żeby, z punktu widzenia zysku, konferencja miała sens, musi się na nią zapisać przynajmniej sto osób. Tak, jak to było poprzednimi razami. Teraz przyjechało tylko pięćdziesięciu pięciu uczestników. Rozumiem, że wiele się zmieniło od czasu wybuchu wojny i nie mam zamiaru nikogo namawiać na udział w konferencji. Są jednak ludzie całkowicie przekonani, co do mojej postawy i do nich kieruję ten apel. Jeśli ktoś nie może teraz wpłacić wpisowego, niech zadeklaruje udział. W sierpniu zobaczymy ilu nas jest i zdecydujemy, czy zebrana kwota pokryje koszt konferencji, czy nie. Koszt konferencji, to sala, poczęstunek, honoraria i noclegi wykładowców. Na razie nie myślę o swoim zysku, po tak głębokim deficycie, jak ten, który zanotowaliśmy w Wąsowie. Postarajmy się niczego nie stracić. Jeśli – powtarzam – okaże się, że wpłaty nie pokrywają kosztów, zaproponuję Państwu dopłatę, w takiej wysokości, by te koszta zostały pokryte. Jeśli się Państwo nie zgodzicie, po prostu odwołamy konferencję, a ja stracę zaliczkę. Pieniądze zaś zostaną Państwu odesłane. Piszę o tym, bo chcę podkreślić, że to na mnie spoczywa ryzyko. Z niejakim trudem więc przychodzi mi wysłuchiwanie uwag o różnych drobnych niedogodnościach, które zawsze się mogą zdarzyć podczas takiej imprezy. Mam nadzieję, że ta formuła każdego zadowoli. Jeśli nie, niech nikt nie zgłasza uwag, a po prostu milczy i nie zapisuje się na konferencję. Tak będzie najlepiej.

Jak Państwo wiecie przedsiębiorstwo nasze działa z myślą o zysku. Teraz jednak odnotowaliśmy stratę, którą trzeba wyrównać, albowiem przed nami sporo wyzwań, o których będę pisał w kolejnych dniach. Postanowiłem więc – dla wyrównania strat – zrobić trwającą przez tydzień – poważną promocję na niektóre tytuły. Powtarzam – trwa ona przez tydzień. A oto książki o obniżonych cenach.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/edward-woynillowicz-wspomnienia-1847-1928-czesc-pierwsza/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/relacja-o-panstwie-polonia-i-prowincjach-polaczonych-z-ta-korona-john-peyton-jr/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wielki-zywoplot-indyjski/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/katastrofa-kaliska-1914/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/zydowscy-fechmistrze/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/propozycja-poskromienia-hiszpanii-tlumaczenie-gabriel-maciejewski-jr/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/proces-eligiusza-niewiadomskiego/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/swiety-ludwik-jacques-le-goff/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sledztwo-w-sprawie-sw-andrzeja-boboli/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/czerwiec-polski/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/z-kronik-klasztoru-i-kosciola-o-o-bernardynow-w-zaslawiu/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sanctum-regnum/

cze 102022
 

Nie bardzo rozumiałem i nadal nie bardzo rozumiem dyskusję toczącą się wokół liberalizmu oraz interwencji państwa w różne obszary życia. Szczerze mówiąc nie miałem nigdy ani czasu, ani ochoty, żeby się w takie kwestie zagłębiać. No, ale spróbujmy. Rzut oka w niedaleką przeszłość, kiedy istniały monarchie i kilka opartych na tajnej władzy republik, uważanych nie wiadomo dlaczego, za systemy o niebo sprawiedliwsze od monarchii – jesteśmy przed rokiem 1914. Czym jest państwo? W zasadzie własnością rodziny panującej, albo gangu pozorującego władzę ludu, a w rzeczywistości przejmującego władzę przez kooptację. Czym jest lud? Kartą przetargową w wojnie. Czym są fabrykanci, przedsiębiorcy, intelektualiści, ludzie wolnych zawodów i inne podobne indywidua? Grupą, którą uważa, że to ona powinna sprawować władzę. I to się udaje, pod warunkiem, że władza ta nie zamienia się w oligarchię jawną. Może być maskowana albo przez republikę albo przez monarchię. Innego wyjścia nie ma. Dlaczego tak jest, o to na razie mniejsza, chodzi o stwierdzenie faktu – ludzie domagający się władzy stają się łupem i pretekstem dla innych ludzi, którzy odbierają im nie tylko podstawy życia, ale także samo życie. Rok bowiem 1914 i lata późniejsze to czas likwidacji monarchii, głównie monarchii niemieckich, ale także monarchii rosyjskiej. Czym w tamtych czasach był liberalizm? Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale pułapką, nasmarowaną gliceryną, dla lepszego poślizgu, po której narody ześlizgiwały się w otchłań rewolucji. Wmówiono bowiem ludziom bardzo skutecznie, że państwo jest organizacją, nie tyle niepotrzebną, co najbardziej opresyjną. A do tego jeszcze wmówiono im, że inne poza państwem organizacje w zasadzie nie istnieją. Liberalizm to złudzenie, bajka o żelaznym wilku, w której państwo jest wilkiem, a banki czerwonym kapturkiem. Pogląd ten szerzył się w czasach kiedy państwo znane jako USA przechodzi pod kontrolę prywatnej instytucji znanej jako FED. Czy liberalizm może istnieć bez komunizmu, który miał być najdoskonalszą formą demokracji? Jak mówię nigdy za bardzo mnie to nie ciekawiło, ale sądzę, że nie może. Istnienie liberalizmu to kolejny, po rewolucji, etap niszczenia państw narodowych. Ciekawe, że one się jednak utrzymały, mimo dwóch wojen i rewolucji w Rosji. Ciekawe też, że to na państwa narodowe zrzucono odpowiedzialność za te wojny, po ostatniej zaś przypisano zwycięstwo organizacji, która była zaprzeczeniem idei państwa narodowego, czyli ZSRR, a następnie – w zachodniej Europie – zaczęto montować wspólnotę państw, która rzekomo miała zapobiec ponownemu wybuchowi wojny na kontynencie, czyli UE.

Dziś mamy nową wojnę, UE jest w nią zaangażowana po stronie Rosji, udając, że wspomaga Ukrainę. Nacjonalizm rosyjski, który ani na chwilę nie przestał nim być, chowając się tylko za parawanem komunizmu, korzysta z idei ponadnarodowych i wskazuje, że w blokach na przedmieściach ukraińskich miast mieszkają faszyści. Dewastujący zaś wszystko, co ma choć pozory ładu w ramach wspólnoty narodowej liberałowie, otwarcie kolaborują z Moskwą. Pomagają im komuniści, zieloni i inne jakieś swołocze. Państwa narodowe zaś, lub to, co z nich pozostało, szukają jakiejś tradycji, na której mogłyby oprzeć istnienie wspólnoty. Przede wszystkim zaś szukają jakiegoś wyjścia z pułapki, w którą zapędzono je jeszcze w czasach przedrewolucyjnych. To zaś znaczy, że szukają uzasadnienia dla siebie tu i teraz, korzystając z komunikacji z wyborcami. Ci zaś są spadkiem, nie po jakiejś tam mitycznej demokracji, ale po wielkim szwindlu rewolucji i dwóch wojen, a także próbach narzucenia światu nowych zasad, które znów kończą się wojną w Europie. Czy rozumieją oni tę komunikację? Jeśli państwo, pragnące ocalić siebie i naród, który będzie uzasadniał istnienie aparatu, prowadzi politykę, postrzeganą jako osobiście korzystna dla każdego, wtedy tak. No, ale w takim momencie budzą się liberałowie i mówią, że 500+ to marnowanie publicznych pieniędzy. Bardzo przepraszam, ale skoro publicznych, to idących na publiczne cele. Jeśli liberałowie chcą decydować o publicznych pieniądzach niech wygrają wybory i mówią, co z tymi pieniędzmi zrobić. Na czym polega fascynacja liberalizmem? Na zawężeniu spektrum politycznego i na doktrynerstwie. To znaczy chodzi o to, by nie widzieć innych, poza państwem, organizacji zagrażających wolności, a także by oddawać cześć pewnym pismom, gdzie wyłożone są zasady, które nigdy nie znalazły potwierdzenia w praktyce.

Czym jest państwo narodowe w epoce, w której nie ma królestw prowadzących istotną politykę? Jest próbą powrotu do czasów kiedy takie królestwa istniały, bez zrozumienia jak ważne było ich istnienie. Polska jest modelowym przykładem takiego państwa. Jej doktryna, która tworzy się na naszych oczach odwołuje się do tradycji chrześcijańskiej, ta zaś natychmiast jest atakowana. Zarówno przez lewicę, jak i przez ortodoksję, wskazującą co jest jedynym możliwym rodzajem wolności i jednym możliwym rodzajem kultu. Tymczasem państwo narodowe nie może słuchać takich głosów, albowiem przyjęcie jednej lub drugiej wersji oznacza jego koniec, a to znaczy koniec narodu. Zwróćmy teraz uwagę, że każda z wymienionych wyżej opcji, odwołuje się do wyższego niż państwo porządku. No to pytamy – skoro tak, to co macie w ofercie? Na pierwszym miejscu jest zawsze likwidacja państwa lub znaczne jego osłabienie, a także likwidacja innych organizacji stojących pomiędzy deklarującymi pragnienie prawdziwej wolności lub po prostu dostępu do prawdy, a absolutem. Ja się zastanawiam, jak w chwili zniszczenia państwa wyglądałaby, w wykonaniu jednych i drugich, reglamentacja dostępu do prawdy i absolutu. Bo, że jakaś by była to pewne. Inaczej przecież nie utrzymaliby władzy. Czy bardzo by przypominała reglamentację papieru toaletowego za komuny, czy też nie?

Kłopot polega na tym, że państwo, takie jak Polska tworzy swoją doktrynę doraźnie. Ktoś powie, że Ukraina także tworzy ją doraźnie. No, ale Ukraina, bez względu na to, jak wyglądać będzie przyszłość, tworzy fakty dokonane, których – po jej zwycięstwie – nikt podważał nie będzie. Bo zginie po prostu. Polska tworzy fakty dokonane, które – po pierwsze – natychmiast są dyskutowane i kontestowane, po drugie – ich wymowa jest manipulowana. Dzieje się tak, albowiem żyjemy w demokracji, a to akurat w chwili kiedy odradza się państwo narodowe, w ramach dawnego królestwa Piastów, na co nieśmiało pragnę zwrócić uwagę, oznacza nadanie kłamstwom takiego samego statusu jaki ma prawda. Skracając, Polska powraca w koleiny, które dobrze znamy z wcześniejszych odsłon dziejowych, a jednocześnie zmuszona jest posługiwać się liberalnymi i demokratycznymi uzasadnieniami dla swoich poczynań, a także tworzyć swoją polityczną tradycję w oparciu o socjalizm, który był jednym z narzędzi dewastacji starego porządku. Teoria rozjeżdża się z praktyką jednym słowem, a broni użyć nie można. Kłamstwo szuka tysiącznych uzasadnień dla swojej obecności w przestrzeni publicznej, a wzmacniane jest występami rzekomych szaleńców i rzekomych myślicieli, zatroskanych losem ludzi, którzy swoje prezentacje na pewno z kimś konsultują. Ich zadaniem jest demontaż państwa pod różnymi pretekstami, z których najważniejszym jest wyższy porządek, jaki reprezentują. I nie ma doprawdy znaczenia, czy jest to dobro ludu, czy jest to kontakt z absolutem, czy może globalna gospodarka liberalna. Likwidacja państwa, w kształcie, jaki zaproponował nam PiS oznacza niewolnictwo. Nikt już bowiem, po tej likwidacji, nie będzie pozwalał nam na jakieś swobodne wybory i głosowania. Powstanie nowa ideologia terroru, która odwróci, jak komunizm, wszystko na nice, a my będziemy się musieli do tej połatanej podszewki modlić. Tak, jak to jest w Rosji od czasów rewolucji. Czy dołożą do tego konserwę tyrolską i słoik korniszonów pozostaje kwestią wiary i osobistego stosunku do absolutu.

cze 092022
 

…przekonuje mnie, że jedną drogą dla niezależnego wydawcy jest organizowanie własnych imprez połączonych z dystrybucją. W dodatku muszą być to imprezy o niejednolitej formule. Zaczniemy do targów w Grodzisku Mazowieckim, w dniach 2-3 lipca. Potem koncert Władysławy w Ojrzanowie, gdzie byliśmy wczoraj razem z panem stroicielem fortepianów, który oglądał instrument i sprawdzał, czy w ogóle można go nastroić. Okazało się, że można. Następny będzie koncert w Dworku Białoprądnickim, pod Krakowem – 20 lipca. Na obydwie imprezy można się jeszcze zapisywać. Dalej nie będę niczego planował, bo nie wiem, jak rozwinie się sytuacja. Nie ma – niestety, a może na szczęście – powrotu do dawnych formuł. Jak oglądam swoje ostatnie nagrania z targów pod zamkiem królewskim, mam ochotę je powyrzucać. Tłum, maski, brak zainteresowania publiczności, która w nieodpowiednim czasie – zwykle jest zimno – tłoczy się w dusznym pomieszczeniu. Nie ma gdzie zjeść i nie ma czego zjeść. Wystawcy są tłem dla znanych z mediów propagandystów i płacą za to ciężkie pieniądze. Ludzie zaś przychodzą i tak dla swoich ulubionych autorów. Jeśli więc można zorganizować imprezę w stosownej porze – lato, wczesna jesień – zapewnić dodatkowe atrakcje – malarstwo, koncert – a do tego zaproponować lekki poczęstunek, to po jaką cholerę płacić 4 tysiące złotych za dwumetrowe stoisko?

Dostałem zaproszenie na Targi Wydawców Katolickich. Odbywają się we wrześniu. Nie pojadę tam. Po jaką cholerę? Żeby oglądać Terlikowskiego, który się będzie lansował za moje pieniądze? Wczoraj napisał w Onecie, że największym zagrożeniem dla Kościoła jest ideologia biskupa Jędraszewskiego. A wcześniej, razem z Pospieszalskim pojawili się na okładce „Do rzeczy” w zbrojach. Zdaje się mieli być obaj rycerzami walczącymi o prawdę i inne wartości. To jest już od dawna nie do wytrzymania. Po co to pokazywać, po co popierać i dlaczego nie można dać ludziom jakiejś alternatywy? Nie można, albowiem kraj nasz – o czym było wczoraj, przy okazji tekstu o książkach – nie prowadzi samodzielnej polityki na rynku treści. Są na nim wyłącznie agenci wrogich Polsce organizacji poprzebierani w różne kostiumy, którzy udają postacie z filmów i gier, co ma sugerować iż ich intencje są szczere, uczciwe, a najważniejsze – że są zrozumiałe. Choć przecież wszyscy widzimy, że nie są. Są zakłamane, podstępne i podłe i nikt nie potrafi ich zrozumieć. Każdy zaś z czynnych na rynku treści propagandystów domaga się by dawać mu pieniądze, albowiem chce coś zrobić dla Polski. To jest numer, tylekroć wyśmiewany, na który nabierają się ciągle nowi ludzie. I fenomenu tego nie sposób zrozumieć. Na targach, w tym także Targach Wydawców Katolickich, wręczane są różne nagrody dla najwybitniejszych w danym roku autorów i wydawców. Nagrody te, o czym już nie raz wspominałem, są jak pocałunek śmierci. Ich laureaci nie kontynuują żadnej kariery, niczego im nie przybywa, są skazani na niebyt, a twórczość jest ostatnią rzeczą o jakiej mogą myśleć. Nikt jakoś nie zastanawia się po co w takim razie wręcza się te nagrody i komu są one potrzebne? Na targach towarem nie są książki. Jest nim powierzchnia wystawiennicza, sprzedawana grupo powyżej swojej realnej wartości. Wystawcy zaś są tymi frajerami, którzy za to płacą, z tym że – koniecznie trzeba dodać – płacą tylko niektórzy wystawcy, bo wśród wystawców też jest jakaś hierarchia. Są fajni i fajniejsi. Pewnie jest jeszcze gorzej niż to opisuję, ale nie mam zamiaru się tym przejmować, ani prowadzić żadnych śledztw, bo czas wziąć sprawy w swoje ręce. Targi nie oferują wystawcy nic, czytelnika bowiem ściąga on na imprezę sam, poprzez swoją stronę i media społecznościowe. O żadnej promocji targów w mieście nie ma mowy, o żadnych wywiadach z pisarzami i wydawcami także nie, a jeśli już to w ustalonej, całkiem fałszywej konwencji, która pozwala się wyjęzyczyć wyłącznie autorom certyfikowanym czyli funkcjonariuszom propagandy.

Targi Książki Historycznej, do niedawna uchodzące za najlepszą imprezę targową w kraju, znacznie lepszą niż targi na stadionie, które ostatnio powróciły do Pałacu Kultury, stały się tłem dla występów wszystkich możliwych szurów. Ilość „niezależnych” telewizji, które domagają się wywiadów niebawem będzie większa niż ilość wystawców. Wystawcy płacący grube tysiące za małe stoisko są tłem dla występów wszystkich świrów jakich nosi święta ziemia. Człowiek siedzi na tym stoisku, czeka na tego biednego klienta i obserwuje defilady wariatów i prowokatorów przewalających się z jednego końca hali w drugi. O tym by spokojnie z kimś porozmawiać nie może być nawet mowy.

Czy organizatorów to jakoś szczególnie obchodzi? Mam wrażenie, że nie, albowiem część świrów to ich koledzy, a inna część, o ile nie niszczy sprzętów, jest traktowana jako darmowa promocja wydarzenia. To jest trochę za dużo jak na mnie i mam nadzieję innych wystawców. Ja nie będę nikomu niczego proponował, a swoje imprezy będę organizował dla siebie i zaprzyjaźnionego środowiska. Jeśli ktoś zaakceptuje moje warunki będzie się mógł przyłączyć. To co oferuję, to kameralny charakter wydarzenia, spokój, możliwość odpoczynku, dyskusji, wyjścia na spacer, bo w Grodzisku obok Mediateki jest park, w nim odbywają się różne imprezy. Na miejscu można też coś zjeść i wypić spokojnie kawę. Do tego włączamy do naszych formuł coś, co w ekonomii nosi nazwę wartości dodanej, czyli malarstwo, albo muzykę. Nie byle jakie malarstwo i nie byle jaką muzykę. Wszyscy wiedzą o co chodzi, ale jeszcze raz powtórzę – pejzaż i opera. O grafice opowiem w jednym z kolejnych promocyjnych tekstów. Musimy zejść z drogi eskalacyjnej, to nie sprzyja sprzedaży i nie sprzyja promocji. Tak się może wydawać durniom, ale na końcu tego szlaku jest tylko kompromitacja. Eskalacja niczego nie sprzedaje, jeśli ktoś tego nie rozumie wyłożę rzecz w formule eskalacyjnej właśnie – nie można dwa razy z sukcesem pokazać tej samej dupy. Bo się już opatrzyła. Musi być coś innego, a to coś innego musi być jeszcze gorsze niż poprzedni „sukces” i tak aż do ostatecznej klęski. Dlaczego tak wielu ludzi boi się odwrotu z tej drogi? Albowiem są przekonani, że zmniejszenie temperatury emocji wokół ich produktów zmniejszy sprzedaż. No więc, ja sądzę, że nie zmniejszy, a może zwiększyć, ale należy to sprawdzić w praktyce. Wczoraj zadzwonił Michał i zagadaliśmy się na temat wzbogacenia imprez o walory muzyczne. Od dawna zastanawiałem się jakich muzyków w to włączyć, ale nic mi nie pasowało. No, ale pojawiła się Władysława i już wszystko wiemy. Powiedziałem do Michała tak – tylko opera granda. – Dlaczego – zapytał? Bo przy tym będziemy się mogli ładnie i godnie zestarzeć.

 

Targi Książki i Sztuki w Mediatece w Grodzisku Mazowieckim – 2-3 lipca 2022

Koncert Władysławy Rakowskiej i Eugenii Sawczenko w pałacu w Ojrzanowie – 7 lipca, 18.00

Koncert Władysławy Rakowskiej i Eugenii Sawczenko w Dworku Białoprądnickim w Krakowie – 20 lipca o 18.00

Konferencja w Wąsowie 11.06.2022. Kolejność wykładów

 Możliwość komentowania Konferencja w Wąsowie 11.06.2022. Kolejność wykładów została wyłączona
cze 082022
 

 

Zaczynamy o 9.00

Maciej Frycz – „Akcja pod Arsenałem czy Wielka ucieczka?” Oblicza okupacji na podstawie losów braci Walterów i oficera kontrwywiadu AK

 

Hubert Czajkowski – Od Żółtego Brzdąca do Stefana Wielkiego – Siła obrazu w kulturze masowej. Proces powstawania komiksu o Stefanie Batorym.

 

Piotr Tryjanowski – Sokolnictwo – polityka i łowy

 

Lunch

 

Paweł Zych – „Dobre czasy, czyli jak zarobić w średniowieczu” – książka o

średniowiecznej ekonomii dla dzieci i nie tylko

 

Rafał Czerniak – Św. Ludwik – krucjaty i imperia

 

Gabriel Maciejewski – Ludowa i Europejska – dwie wizje wojny Rzeczpospolitej z Bohdanem Chmielnickim