sty 292023
 

Wszyscy znają historię Jakuba i Ezawa, a jak nie znają to ją przypomnę. Oto Ezaw starszy i zaradniejszy życiowo syn Izaaka, sprzedaje pierworództwo młodszemu braku Jakubowi. Cena nie jest wygórowana – miska soczewicy. Ezawowi pierworództwo nie kojarzy się z niczym szczególnym, a miska soczewicy to jest jednak konkret. Tak to tłumaczą mędrcy, ale ja sądzę, że w historii tej jest drugie dno. Nie ważne teraz jakie. Ezaw jest człowiekiem od czarnej roboty, a Jakub to subtelny myśliciel, który potrafi zastawić pułapkę. Dodałbym od siebie, że Ezaw, choć tego nie wie, myśli emocjami, uważa jednak, że ma rozum. Tymczasem rozumu używa wyłącznie Jakub i on na tym wychodzi najlepiej. Kiedy pierwszy raz przeczytałem tę historię, zrobiło mi się żal Ezawa, ale uczucie to, młodzieńcze bardzo, także jest pułapką. W sprawach poważnych bowiem nikt nie lituje się nad nikim, każdy bowiem odpowiada za siebie i swoje decyzje. Jeśli popełnia głupstwa, to znaczy, że nie rozumie okoliczności, albo żyje w dezinformacji.

Nie wiem czy pamiętacie jeszcze Jerzego Gorzelika, o którym wszyscy Ślązacy pochodzący z Radzynia Podlaskiego, Łukowa i Włodawy, mówili – Jorg Gorzelik. Otóż ten Jorg dostał silne niemieckie wspomaganie, albowiem zdawało się jego partonom i jemu samemu, że poprzez resentyment i antagonizmy, poprzez podkreślenie wyższości cywilizacyjnej Ślązaków, szczególnie tych spod Włodawy, nad Polakami, uda się coś na Śląsku ugrać. Nie udało się. Mniejszość niemiecka w Opolu i tak zwany naród śląski, to jest dziś margines statystycznego błędu. Niemcy postanowili więc zmienić metodę i zamiast na antagonizmy etniczne i ekonomiczne, a także kulturowe, postawili na antagonizmy branżowe. Ja nie znam dokładnie metodyki z jaką preparuje się takie rozłamy, ale widzimy wyraźnie jej efekty. Jeśli pani sędzia, osoba w wieku emerytalnym, która niejedno przeżyła i z niejednego pieca jadła chleb, mówi publicznie, że sędziowie są nadzwyczajną kastą, solą tej ziemi, to rozumiemy, że ktoś ten mechanizm musi oliwić. Ktoś tę panią wprowadził w ciemną dolinę nicości i ona tam teraz tkwi, emitują takie kompromitujące komunikaty. Pytanie istotne brzmi na co opiewają udzielone jej gwarancje? Ja sobie bowiem łatwo potrafię wyobrazić sytuację, w której ludzie przygrywający wybory, wskutek emitowania takich właśnie treści oraz treści do nich zbliżonych, urządzają jawny bunt przeciwko oczywistościom wynikającym z głosowania. Czyli blokują procedurę wyborczą pod rozmaitymi pretekstami, które wymyśla Nitras. Doprowadzają oczywiście do destabilizacji w całym kraju i nawet jeśli uda się ich powstrzymać, mają duży zapas zwolenników oszalałych od emocji, które wywołano w nich celowo za pomocą różnych preparatów publicystycznych. Tych zwolenników trzeba potem będzie tylko „dowieźć” do kolejnych wyborów.

Sędziowie to nie jest jedyna grupa „wybrańców”, są inne. My jednak przyzwyczailiśmy się myśleć o nich w kategoriach całkiem nie przystających do realiów. I taką grupą są leśnicy. Oni mówią mało, albowiem chcą utrzymać swoją pozycję, a nawet nieco podnieść swój społeczny status. Leśnicy mają bardzo duży kredyt zaufania społecznego, który stale poddawany jest różnym ciśnieniom. Ilość fejków produkowanych w sieci, a wymierzonych w administrację lasów jest porażająca. Wnosić stąd możemy, że las jest istotny dla wrogów kraju, także z innych powodów niż nam się zdaje i niż przeciętny zjadacz chleba potrafi sobie wyobrazić. Jestem przekonany, że leśnicy są poddawani jakimś wewnętrznym ciśnieniom, to znaczy, że branża jest spenetrowana. Przekonałem się o tym słysząc krążącą po lasach pogłoskę, że brat Obajtka ma być wicedyrektorem generalnym LP. Idiotyzm tego pomysłu bije po oczach, ale to nikomu nie przeszkadza w dalszym jego kolportowaniu. Las jak pamiętamy jest to zbiorowisko roślinne o budowie warstwowej. To samo jest z jego administracją – jest to zbiorowisko ludzkie o budowie warstwowej. Awans zaś zawsze osiąga się poprzez deklaracje polityczne i lojalność. Nikt się, przynajmniej w mojej obecności, nie zastanawiał dlaczego tak jest? Leśnicy poprzestają na prostym stwierdzeniu faktu i nie idą dalej. To wywołuje w nich frustracje, albowiem ci co siedzą w terenie są najniższym piętrem i docierają do nich wyłącznie informacje spreparowane. Takie jak ta o bracie Objatka. Poza tym są to ludzie zajęci, nie mają na nic czasu, więc ich polityczne emocje, które – jak u wielu grup zawodowych – stanowią obszar ekscytacji rozrywkowych, puszczają mimo uszu. Jak Ezaw brzęczenie Jakuba na temat pierworództwa i miski soczewicy.

Jak powiedziałem, leśnicy mają bardzo duży kredyt zaufania społecznego. Obawiam się, że jest on mocno zawyżony i połowa papierów dłużnych, które społeczeństwo trzyma w rękach jest już przedawniona. To się okaże wkrótce. Przed nami kolejny etap rozgrywki o polskie lasy. One mają wartość nie do przecenienia, a być może – być może, podkreślam, bo nie wiem tego na pewno – ktoś w lasach preparuje pogłoskę o tym, że leśnicy mogą zostać urzędnikami unijnymi. To jest taka miska soczewicy, że mało kto z ludzi źle poinformowanych, systemowo oszukiwanych, zarobionych po kokardę i mający setkę osobistych problemów na głowie, oprze się pokusie. Oczywiście, widzimy leśników protestujących przeciwko ingerencjom unijnym i zmianom traktatów. Nie mamy jednak pojęcia jak się rozkładają przewagi. I kto chce a kto nie chce kompetencji dzielonych. Ci bowiem, co ich pragną, są nauczeni milczeć. Przez swoje milczenie czują się wybrani, i są wręcz pewni sukcesu. W końcu miska soczewicy to nie byle co, konkret jak się patrzy. Być może w grę wchodzą jeszcze inne miski. Tę pewność daje im wtajemniczenie. W co? W plany rzecz jasna. Te dotyczące ich samych, a także ich przeciwników. Brat Obajtka ma być przecież wicedyrektorem. Niedoczekanie…Nie można do tego dopuścić. Wtajemniczenie jest najważniejsze, szczególnie dla ludzi małomównych z zasady.

Lasy to 1/3 powierzchni kraju i dzielnie kompetencji do zarządzania tym obszarem z kimkolwiek, to po prostu utrata kontroli nad terytorium. Nie ma czegoś takiego jak podwójna lojalność. – Nie będziesz dwóm panom służył – jak oznajmia Pismo, Zajadłość z jaką ludzie emitujący szeptaną propagandę wśród leśników, podkręcając drugą ręką potencjometr ekologicznych fejków w nich wymierzonych w nich, mówi nam, że to sprawa kluczowa. Pytanie kolejne – ilu z nich uważa, że największym wrogiem LP jest państwo polskie i forma zarządzania jaką znamy dziś czyli spółki skarbu państwa? Myślę, że spora grupa. Co leży na drugiej szali? Na pewno coś więcej niż tylko bujda o awansie na Niemca czyli unijnego urzędnika. Nie wiem co, ale mam wrażenie, że coś jeszcze głupszego.

Przejdźmy teraz do istotnej, a nie branżowej definicji lasu. Po to, by jasno zobaczyć, że wojnę prowadzi się poprzez metodę, tę zaś należy wypracować. Nie otrzymuje się jej od nikogo w prezencie, jak myślą niektórzy leśnicy. Ta istotna definicja brzmi: las to zbiorowisko roślinne o budowie warstwowej, które zawsze było częścią latyfundium. Podział, rabunkowa eksploatacja lasu, zmiana właściciela, zawsze – podkreślam – wiązała się z degradacją, bądź likwidacją latyfundysty. To nie było proste i należało wymyślić wiele bardzo ideologicznych, prawnych i kulturowych kruczków, by całkowicie zdegradować lub wymordować latyfundystów. Na ich miejscu znalazła się państwowa administracja. Las zaś stał się częścią wielkiego latyfundium państwowego. I teraz ważna rzecz – niemożliwe jest oderwanie lasu od latyfundium, niemożliwa jest prywatyzacja lasów, albowiem ona oznacza po prostu ich zagładę. Las – sam w sobie – generuje wyłącznie koszta. Zyski płynące z jego uprawy przychodzą późno, koszt zaś pielęgnacji jest wielki, podobnie jak ryzyko. Jestem przekonany, że wszystkie rzekomo ochronne koncepcje, z jakimi występują dziś ekologowie, zostały pomyślane, jak metoda dewastacji lasu oraz pretekst do jego wycinki na masową skalę. Przekonują mnie o tym głosy oszustów, którzy wołają, że leśnicy za dużo wycinają i chcą doprowadzić las do zagłady. Jakiekolwiek tłumaczenie na nic się nie zda. Wszelkie próby popularyzacji nauki o lasach, oswojenia ludzi z pracą i misją leśnika są skazane na klęskę, tak jak na klęskę skazani byli przeciwnicy reformy rolnej przed wojną i po wojnie. Widok bowiem posiadacza wywołuje jedynie wściekłość i żadne tłumaczenia, że ma on obowiązki i ponosi koszta oraz ryzyko, nie skutkują, albowiem bezrolny w kufajce domaga się natarczywie uwagi, a sam reformator uważa, że we współpracy z nim przy ograbianiu posiadacza, podniesie swój status. Większą nienawiścią niż posiadacze majątków nieruchomych obciążeni byli tylko ich administratorzy – karbowi i ekonomowie. Jest cała, bogata literatura na ten temat, której prawdziwości nikt nie kwestionuje. Przeciwnie dopisuje się nowe rozdziały tej rzewnej i całkowicie zidiociałej historii.

Powtórzmy więc raz jeszcze – las nie istnieje poza latyfundium. Las poza latyfundium jest przedmiotem rabunku. Wycina się go i natychmiast sprzedaje, albowiem po to został od latyfundium oddzielony. I nie ma innej możliwości, nie można sobie wyobrazić innego rozwoju wypadków. Być może przed wycięciem, trzeba będzie, w czasach dzisiejszych, last nieco zdewastować, czyli – jak mówią oszuści od ekologii – przywrócić jego naturalny stan. To nie zmienia faktu, że chodzi o rabunek. Co z ziemią po lesie? This is a question! Będzie to ziemia pozostająca w zakresie kompetencji dzielonych. Nikt do końca nie wie, co to znaczy.

Na koniec konstatacja, a raczej dwie. Jeśli las nie będzie w Polsce funkcjonował w ramach państwowego latyfundium, zostanie zniszczony. Nie ma innego rozwiązania tej sytuacji. Jeśli lasy nie będą należały do państwa polskiego, będą należały do jakiegoś innego państwa, które przyłączy je do swojego latyfundium. Sytuacja pośrednia, może istnieć dekadę najdłużej, a może nawet nie tyle.

Wszyscy, a najdokładniej leśnicy, wiedzą z czym się kojarzy niemiecka gospodarka w polskich lasach. Nikomu nie trzeba o tym przypominać. Na jakiej podstawie niektórzy sądzą, że teraz może być inaczej? No na takiej, że dostali miskę soczewicy i zostali wtajemniczeni w najtajniejsze plany. No i nie mogą dopuścić do tego, żeby brat Obajtka został wicedyrektorem w LP.

sty 282023
 

Dziś robimy sobie przerwę od filozofów. Sam muszę odsapnąć krzynkę. Proponuję więc teks napisany ręką prof. Piotra Tyryjanowskiego, który właśnie wrócił z Sudanu.

Pomysł na naukową przygodę czasami zaczyna się zupełnie przypadkowo, a bywa, że nawet trywialnie. Jesienią ubiegłego roku otrzymaliśmy zapytanie pytanie o to, czy nie mamy sposobów na to jak rozpoznać ptaki i nietoperze w zabytkowych budynkach, a być może nawet pomysł na to jak je stamtąd, skutecznie i bezpiecznie oraz zgodnie z regułami sztuki przyrodniczej, wyprowadzić. W zasadzie moglibyśmy wzruszyć ramionami, bo praktycznie nie ma tygodnia, by ktoś z kolegów w pracy nie był pytany o ptaki czy nietoperze w miastach i problemy naszej z nimi koegzystencji. Czasami, zwłaszcza w okresie remontów budynków i zmiany elewacji, telefony wręcz się urywają. Tym razem sprawa nie była aż tak trywialna, bo zabytkowe budynki znajdowały się w pustynnych warunkach dalekiego Sudanu, a same badania to część wieloletniego projektu prowadzonego przez Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej Uniwersytetu Warszawskiego, obecnie zarządzanego przez prof. Artura Obłuskiego. W głowie przewijały mi się sceny ze starożytnej Nubii, coś tam pamiętałem z dawnych lektur, gdzieś przeczytałem tekst o Matce Boskiej Pustynnej, a ponadto w Sudanie nigdy nie byłem. Brzmiało jak plan. Pomyślałem, że sam nie dam rady i zadzwoniłem do kolegi prof. Andrzeja Węgla, co to na nietoperzach zna się wyśmienicie, a i po świecie lubi się powłóczyć. Przedyskutowaliśmy zarys problemu i zaczęliśmy dopytywać o szczegóły. Te spływały powolutku, po paru miesiącach mieliśmy sami z detalami dowiedzieć się, dlaczego. Po prostu w Sudanie jest tak słaby Internet, że wysyłanie zdjęć, mapek, schematów, to droga przez mękę. W zasadzie lepiej poczekać na powrót do Polski i wtedy uzupełniać dokumentację.

Wreszcie otrzymujemy co trzeba, przynajmniej tak to wygląda w teorii, bo w praktyce jest to kilka niewyraźnych zdjęć i dość powierzchowne opisy. Widać, że stworzenia na obrazkach to nietoperze, tajemnicze, kolory dalekie od znanej czerni, raczej szarość z brązowymi dodatkami, jakieś dziwne krabowe kształty. To przedstawiciele rodzaju Taphozous, o wdzięcznej polskiej nazwie grobownik. Z historii badań w Sudanie też wynikało, że mogą tam być całkiem ciekawe ptaki (to dla mnie szalenie istotne!), więc do ekspedycji nas nie trzeba było długo namawiać, a jak się w pamięci miało W pustyni i w puszczy Sienkiewicza, to cały problem polegał na znalezieniu środków i zgraniu terminów. W pewnym wieku człowiek sobie uświadamia, że w całej ekologii, ba w życiu, to czas jest jedynym zasobem nieodnawialnym. I nawet z dużą dawką determinacji, znajomości, chęci i kasy, czasami trudno zgrać terminy.

Z niemałymi przygodami, związanymi z oczekiwaniem na wizy, pozwolenia na prowadzenie badań, jak i problemy komunikacyjne, wreszcie dotarliśmy na miejsce. Nie po raz pierwszy okazało się, że najdroższe do podróżowania są najbiedniejsze kraje. Korupcja, brak infrastruktury, problemy logistyczne i administracyjne. W przypadku Sudanu dodatkowo tlący się konflikt religijny, ubiegłoroczny zamach stanu i wciągnięcie na amerykańską listę krajów terrorystycznych. Trochę za dużo jak na jeden pakiet przygód. Ale powiedziało się A, to trzeba działać dalej. Nawet syf ma swój urok, zwłaszcza jeśli droga prowadzi przez pustynię. Nie wiem, może to jakiś mój atawizm, ale lubię te pofałdowane, otwarte krajobrazy. O tym zresztą jeszcze napiszę dalej, bo pustynia wciąga, bardziej niż bagna. I nie straszne nawet mijane, bardzo rzadko, na odcinku 300 km, może było ich pięć, wioski. Wioski to zbyt duże słowo, to po prostu dziwne budy z dykty, papieru i folii, obok stacji benzynowej, pojawiającej się nagle gdzieś w środku niczego. Przy tutejszym kunszcie architektoniczno-budowlanym, południowoafrykańskie getto w Johanesburgu, czy favele w brazylijskim Rio, to serio dobrze zorganizowane struktury architektoniczne. I wszędzie śmieci, dużo śmieci, cholernie dużo śmieci. I tylko budynki meczetów są nowoczesne i stosunkowo schludne. Wiadomo, Arabia Saudyjska pompuje do Sudanu sporo kasy. W bazę i nadbudowę, albo może odwrotnie. Nie narzekam, obserwuję, odnotowuje w głowie, zapisuję.

Można napisać, że jechaliśmy, w sumie, z prostym zadaniem – wsparciem przyrodniczym okiem międzynarodowej ekspedycji, złożonej głownie z archeologów, ale także konserwatorów zabytków, architektów i konstruktorów budynków. Prawdziwie interdyscyplinarna ekipa, gdzie każdy pomimo bycia specjalistą, jest częścią większego zespołu, gdzie przeplatają się i uzupełniają się różne wizje. Na dodatek bardzo zróżnicowanej płciowo, wiekowo, kulturowo, narodowo. Całkiem, całkiem odlotowo.

Na miejscu zaskoczyło nas kilka rzeczy: bieda (Sudan to jedno z najbiedniejszych państw świata), inflacja wynosząca ponad 300% w skali roku, co oznacza, że po zakup obiadu dla trzech osób w podrzędnym barze idzie się z grubą na 7 cm zbitką banknotów, a np. po betoniarkę – serio koledzy jechali – z całym plecakiem kasy, plastik na pustyni, stosunkowo wąski Nil – bo jednak po lekcjach geografii spodziewaliśmy się olbrzymiej rzeki, oraz … ciekawa, acz nie bajecznie kolorowa przyroda, którą znaliśmy dobrze z wcześniejszych wypraw w tropiki. Jednak, to od razu sobie ustaliliśmy, nie przyjechaliśmy powiększać liczby obserwowanych w życiu gatunków, ale po to by rozwiązać konkretny problem. Oczywiście, jesteśmy realistami i dobrze wiemy, że nawarstwionych przyrodniczo problemów nie rozwiązuje się w dwa tygodnie, tym niemniej obejrzenie spraw na miejscu nie tylko rozświetliło nam parę zagadnień, ale skłoniło do dalszych poszukiwań. Polscy archeolodzy kopią tam 60 lat z górą, więc trzeba sobie założyć spokojną perspektywę czasową, może nie na dekady, ale powiedzmy na miesiące. Tak na marginesie, to co tam wykopano i opisano jest doprawdy fascynujące. Obiekt to dawna stolica, Stara Dongola, kiedyś siedziba arcybiskupa (po katedrze został jeno kamień na kamieniu, nawet malowidła wyblakły, a czego nie zniszczyła przyroda, głownie piasek pustyni, to zniszczył islam, czy może szerzej przemiany religijne), zarządzającego wielką metropolią 1000 km wzdłuż Nilu. I tak od V do XIV wieku, a później zaczęło się sypać.

Chociaż nawet ruiny, i to całkiem niedawno ponownie wystawione na widok ludzkich oczu, odsłonięte z warstw piasku dają sporo do myślenia. O tym jak działa przyroda, jak wygląda przemijanie i co zostanie kiedyś po nas wykopane. Tego ostatniego bardzo się boje, bo w Sudanie po raz kolejny przekonuje się, że pewnie nie będą to zabytki, kości, szkielety, ale po prostu tony plastiku, znaku rozpoznawczego naszych czasów. Z drugiej strony, są miejsca, gdzie plastiku mniej, bo nie ma gdzie się zatrzymać, a wiatr stare worki, siatki czy kawałki sznurków, po prostu przesuwa dalej. Na takich czystych, wysmaganych i wysprzątanych przestrzeniach jest pięknie. Barwy niepowtarzalne, ciepłe, choć stwarzające wrażenie jednolitości. Widać niska, ba praktycznie zerową produktywność ekosystemu pustyni. Może kiedy pada deszcz jest lepiej, ale nawet tam pojawiają się drobne ślady życia. Chyba, jednak nie po to wpatrujemy się w piach i słońce. Kiedyś znalazłem ciekawy cytat, autorem jest Julius Angerhausen, bardzo mnie przekonał: Kto idzie na pustynię, ten nie szuka tam chleba, lecz niesie w sobie głód za czymś większym. Ojcowie pustyni wiedzieli co robili, ślady ich podejścia do życia eremickiego odnaleziono zresztą także w Nubii. Lubię takie mieszanie idei, rozumiem i dostrzegam, że pustynia to mieszanka skrajnych emocji. Słońca, radości, syntezy witaminy D i dobrze działających stawów, z pustkowiem – zostajesz sam na sam pośrodku niczego.

Koniec tej taniej filozofii, czas na przyrodę. Najbardziej spektakularne okazały się nietoperze. Przy pomocy nagrań ultrasonograficznych, specjalnych odłowów, identyfikacji martwych osobników oraz wykonanych fotografii zidentyfikowaliśmy przynajmniej pięć gatunków. Jak na warunki pustynne to całkiem sporo. Zidentyfikowaliśmy grobownika gołobrzuchego i grobownika sawannowego (jak nazwa wskazuje często spotykanych w grobowcach), typowe gatunki obszarów pustynnych brodawkonosa małego i grzebieńca palmowego oraz jeszcze nieoznaczonego przedstawiciela rodziny molosowanych. Naprawdę robią wrażenie, zwłaszcza ich liczące nawet kilkaset osobników kolonie grobowników założone, nomen omen, w grobowcach. Dla archeologów to utrapienie i problem utrudniający oddanie obiektów dla zwiedzania. Ich guano naprawdę strasznie śmierdzi i odstrasza wielu miłośników zwiedzania starych budowli. Co więcej zanieczyszczają malowidła, a jeszcze…. wplątują się we włosy. I słyszeliśmy te stwierdzenia nie tylko od miejscowych, ale wykształconej inteligencji krajów wszelakich. Tak, ten mit trzyma się naprawdę dzielnie, pomimo dekad porządnej (no właśnie czy rzeczywiście porządnej, skoro az dak dramatycznie nieskutecznej?) chiropterologicznej edukacji.

Fascynujące są także interakcje nietoperzy z budynkami, gdzie pozostawiają ślady moczu i kału, niestety niebezpieczne dla zachowania naściennych staronubijskich malowideł, ale i z innymi organizmami. Tych jest całkiem sporo, oto przykłady: z owadami, przykrymi, powiedzmy wprost upierdliwymi, meszkami, które nietoperze zjadają, z ptakami, głównie wróblami, z którymi albo konkurują, albo przynajmniej często się spotykają, jak i drapieżnikami wyspecjalizowanymi w polowaniu na nietoperze. Szybko wykonane badania diety (na podstawie analizy odchodów; bardzo ciężka i mało przyjemna praca, w pełnym słońcu i masce na twarzy, a zapaszek kału i tak był przenikliwy), lokalnego ssaka drapieżnego – zorilli, wskazuje, że nietoperze i ptaki stanowiły całkiem pokaźną część pokarmu.

To co mnie jeszcze zaskoczyło to dość mało ptaków. Nad samym Nilem, było ich owszem nieco. Na pustyni mniej – za to ciekawe skowronki i lelki, kania egipska, i polująca z kolczastego krzewu dzierzba czarnoczelna, to był najwspanialszy widok. Na liniach energetycznych przesiadywały żołny, a na wiejskich drogach gołębie, z dużym dystansem ucieczki. Oj, ktoś je chyba tutaj ciągle zjada. Spodziewałem się jednak więcej naszych krajowych gatunków, z bocianem białym na czele. No niestety, nie odnotowaliśmy.

Wracamy do domu, czas szybko przeleciał. Wszędzie piasek, w plecaku, walizce, ciuchach, pozostający nawet po drugim praniu, taki rudopomarańczowy, drobniutki. Ponadto spalony nos, bo trudno nazwać to opalenizną, a wszystko przez chwilkę nieuwagi i wydanie kapelusza lokalnemu pomocnikowi. Przygarnął zresztą koszulkę i spodnie, ale mam wrażenie, graniczące z pewnością, że się u niego, rodziny czy znajomych, nie zmarnują. Ekonomika wartości marginalnych. Kapelusz w Sudanie znaczy naprawdę więcej niż w Polsce. W głowie zaś pozostały dwa wyryte obrazy. Zachodu słońca nad Nilem, który biegnie idealnie z południa na północ, więc i zachód się ładnie układa, oraz kamienista pustynia, z ogrzanym powietrzem unoszącym się nad kamieniami. Ten drugi obraz nawet mocniejszy. Bowiem jak mawia arabskie przysłowie w życiu jest jak na pustyni – oazy i miraże. Coś w tym jest. Szkoda, że takich odkryć duchowych nie da się w Sudanie celebrować kieliszkiem wina, czy kufelkiem piwa, wiadomo islam to jogurt i trochę soków, oraz amerykańska globalizacja – pepsi i coca-cola. Pięknie im się imperialistyczni wrogowie (aby na pewno?) władowują w system. Wielkie koncerny to dzisiaj prawdziwe imperia. Staram się unikać tych brązowych cieczy, ale jak zobaczyłem w samolocie butelkę z czerwoną naklejką to uległem. No bo co robić, trzeba jakoś żyć, a cukier i bąbelki pozwalają na chwilkę radości.

Aha, przyznam szczerze, zapytali mnie w domu, jak oceniam wyjazd – powiedziałem, jak jest 6/10, ale chciałbym tam wrócić. Bardzo, pełne 10/10. Kolejne pustynny paradoks.

 

sty 272023
 

Zacznę od samochwałki. Oto napisał do nas wczoraj Gabriel Ronay, autor książki „Anglik tatarskiego chana”, którą wydaliśmy. Wstawię tu ten list, albowiem mam już tyle lat, że chciałbym się czymś pochwalić. Nie sam, i nie przez wymuszenie, ale poprzez innego autora, który docenił zarówno pracę grafika, jak i tłumacza. Oto ten list:

Dear Gabriel Maciejewski,

This is just a brief note to thank you and everyone else at Klinika Jezyka for the fine Polish edition of my book, ‘The Tartar Khan’s Englishman’.
It is a very professional job.
Visually it looks attractive making the handling of the book a pleasure. The format and the presentation of the history sources is
also up to  good academic standards. In all it was a pleasure to handle it.
I might add that, in my view, it is quite superior to the American, Japanese and Hungarian translations  and productions.
I managed to work out the  Polish edition’s blurb – with the help of a little  Old Church Slavonic of my student days  and the solving of the main drift of Polish phonetic.
And I really liked the choice of  the Englishman’s “letter ruse” to commend it to the reader.

Thank you again for the fine Polish edition.

Kind regards,

Gabriel Ronay

List ten szczególnie ucieszył moje dzieci, nie tylko syna, ale także córkę, która zauważa właśnie, że poza jej nastoletnim życiem szkolnym, są jeszcze jakieś inne sprawy i one są nawet atrakcyjne. W dzisiejsze rozważania, chciałbym włączyć także swoją osobę i swoją pracę. Bo właściwie czemu nie. Odwaliłem kawał roboty, a większość jej owoców jest duża i słodka. I nie jest moją winą doprawdy, że ludzie wolą jeść jakieś papierzaki pochłaniane w dodatku paszczą wprost z ziemi.

Wczoraj na twitterze ktoś pochwalił w słowach, które zapamiętałem niedokładnie, niejakiego Rafała Wojasińskiego. Nie miałem pojęcia o istnieniu pana Wojasińskiego, ale ten chwalący użył wobec niego słów mniej więcej takich – jest to artysta osobny, a jego proza jest naprawdę wyjątkowa i taka smaczna. Od razu wpisałem sobie nazwisko pana Wojasińskiego w gugla i to co zobaczyłem nieco mnie zdziwiło. Ów marginesowy artysta, który ima się tematów i metod wzbudzających głębokie emocje wśród czytelników, był aż dwanaście razy nagradzany różnymi nagrodami literackimi. W tym takimi, o których my tutaj nigdy nie słyszeliśmy. Najlepsze jest to, że on napisał tylko dziesięć książek, a nagród dostał dwanaście.

W dodatku jest to autor dramatów, które – aż nie mogłem uwierzyć – były w większości zrealizowane. Co prawda większość w Teatrze Polskiego Radia, nie na scenie, ale jednak. Jak na artystę marginesowego i głębokiego, którego intencję i manierę nie każdy pojmie i nie każdy zaakceptuje, to jest niezły wynik. Od razu obudziło się we mnie uczucie zawiści. Zajrzałem z ciekawości do biogramu Zbigniewa Herberta, który też miał opinię artysty osobnego. I tam doliczyłem się 24 nagród, w tym międzynarodowych. Czyli można rzec, że Wojasiński to takie pół Herberta. Dalej jednak nie rozumiałem dlaczego używa się w określeniu do obydwóch słów lokujących ich na jakimś marginesie, kiedy od razu widać, że na tle masy autorów próbujących jakoś zaistnieć, zarówno Herbert jak i Wojasiński to są jakieś planety krążące w bezpośredniej bliskości słońca. Skąd ta maniera? Zanim zabiorę się za wyjaśnienie opowiem jeszcze anegdotkę. Dawno, dawno temu, kiedy sobie wyobrażałem, że jak będę pisał dużo ciekawych i kontrowersyjnych treści, to ktoś mnie zauważy i może dostanę jakąś nagrodę, poznałem panią Izabelę Falzmann. Pogadałem z nią chwilę i umówiliśmy się tak, że ona porozmawia ze swoim znajomym, Markiem Nowakowskim, czy on by na jednej z moich książek nie napisał jakiejś dwuakapitowej recenzji. Byłem pełen nadziei i wierzyłem, że to się uda. Poprosiłem też inną swoją znajomą, panią Marię, żeby również zarekomendowała mnie Nowakowskiemu, albowiem on tu bywał w Grodzisku na jakichś spotkaniach. Doczekałem się nawet jego pozytywnej opinii wyrażone ustnie, a było to w czasach, kiedy miałem napisane dwie książki. Niestety nie doczekałem się żadnej, nawet jednolinijkowej, pochwały na piśmie. To w ogóle nie wchodziło w grę. Mając w pamięci te doświadczenia i wszystko co od tamtej pory zrobiłem, spoglądałem z życzliwym uśmiechem na listę nagród Wojasińskiego, artysty głębokiego i osobnego przy tym. Była tam oczywiście nagroda im. Marka Nowakowskiego.

No i po tym przeglądaniu, postanowiłem zapoznać się z jego prozą, choć z jednym fragmentem. To nie jest trudne, albowiem książka Złodziej ryb, znajduje się w Polonie, jest zdigitalizowana. Zacząłem czytać. Nie było niespodzianek. Jest to historia ludzi starych, wyrzutków, mieszkających na wsi i zapadających się w siebie. Główny bohater ma na imię Waldek i robi pułapki na szczury. Nie zdziwiłem się, kiedy opisując trzech bohaterów, już na czwartej stronie autor pomylił ich imiona. Uznałem to wręcz za normalne, skoro człowiek dostał tyle nagród i jest artystą z marginesu przy tym, nie może się przejmować takimi głupstwami, jak imiona wymyślonych przez siebie bohaterów. Książeczka jest cienka, a autor od tej czwartej strony zaczyna przyspieszać, żeby dojść do tej pointy przemądrej, którą tam sobie wymyślił wcześniej, i widać przy tym głęboką troskę o to, by nie rozsypała mu się po drodze cała narracja. Niestety nie idzie mu dobrze. Szczur, na którego poluje jest początkowo zupełnie wyjątkowy, wielki jak kot i bardzo złośliwy. Kiedy jednak wpada do klatki okazuje się być mały i wynędzniały. – Czego nie rozumiesz durniu – powie mi zaraz ktoś – metafor i poezji? Czy życia normalnie nie rozumiesz…? Ależ ja doskonale rozumiem życie, potrafię bowiem napisać zdanie – Zdzisław obudził się przed świtem, w ustach poczuł smak goryczy. Ta książka składa się w zasadzie wyłącznie z takich zdań. Na okładce zaś widać kieszeń męskiego płaszcza, a w niej ćwiartkę wódki. I t jest właśnie format, który świadczy o głębi geniuszu. A jak człowiek popatrzy na Wojasińskiego i jego nieoczywistą postawę, lekki uśmiech wrażliwca, który sam nie radzi sobie z życiem, to wszystko od razu zrozumie.

Ja wczoraj zrozumiałem jeszcze jedno. Największym ryzykiem dla autora jest próba nawiązania kontaktu z czytelnikiem. To jest w ogóle szaleństwo. Należy bowiem zajmować się wyłącznie ogrywaniem formatów, a jeśli ktoś próbuje taką postawę wyszydzić, iść w zaparte i bronić swojej osobności jak się da. Nawet metodami administracyjnymi jeśli będzie trzeba.

Taka postawa ma długą tradycję, co zaraz udowodnię. I teraz wszyscy się pewnie zastanawiacie jak ja tego Wojasińskiego powiążę z historią antyczną, o której tu bez przerwy piszę od kilku tygodni. Zrobię to z wdziękiem prestidigitatora. Oto fragment dzieła Diogenesa Laertiosa dotyczący Empedoklesa.

Arystoteles mówił, że Empedokles był obrońcą wolności i że obce mu było pragnienie władzy; podobno odrzucił nawet ofiarowaną mu godność królewską, gdyż wolał się cieszyć skromnym życiem. To samo przekazał Timaios przytaczając zarazem przyczynę dla której Empedokles był przekonań demokratycznych: zaproszony pewnego razu przez któregoś z archontów na przyjęcie, gdy ono przeciągało się, a nie podawano wina, choć inni goście nie protestowali, Empedokles zniecierpliwiony zażądał go. Gospodarz domu oświadczył, że czeka na urzędnika Rady. Gdy ten zaś przyszedł, został przewodniczącym uczty, oczywiście na zarządzenie gospodarza, który dawał do poznania, że zmierza do objęcia samowładztwa; kazał też gościom pić, grożąc, że w przeciwnym wypadku wyleje im wino na głowę. Empedokles nic nie powiedział, ale nazajutrz poszedł do sądu i uzyskał wyrok śmierci dla obu. To jest dla gospodarza i dla jej przewodniczącego. I to był początek jego działalności politycznej.

 

Robi wrażenie, co? Może opiszmy to raz jeszcze ludzkim językiem. Oto Empedokles, któremu proponują godność królewską. Nie wiemy gdzie, ale podejrzewać możemy, ze w mieście Agrygent na Sycylii, gdzie żyje sobie spokojnie prowadząc egzystencję mędrca i szczerego demokraty. I razu pewnego jeden z miejscowych szefów mafii zaprasza go na popijawę. Empedokles idzie tam, ze świadomością, iż czegoś będą od niego chcieli. Prawdopodobnie politycznego poparcia. I tu jest pierwszy kamień milowy – ludzie szykujący przewrót polityczny potrzebują poparcia zdeklarowanego demokraty? Czy oni w ogóle wiedzą, gdzie żyją? Jeśli rzecz ocenimy z naszego punktu widzenia, przyjdzie nam stwierdzić, że nie wiedzieli jednak jaka rzeczywistość ich otacza. Jeśli jednak wczujemy się w ich sytuację i w sytuację Empedoklesa, zrozumiemy więcej. Oni po prostu wiedzieli kim jest Empedokles i próbowali go do siebie przekonać. Wiedzieli, że jest szczerym demokratą, a ci wszyscy, co się tam kręcą po agorze i zasiadają w radzie, są tylko zwykłymi demokratami – nieszczerymi. Okazało się jednak, że to Empedokles złapał ich w pułapkę. Najpierw gwałtownie zażądał wina, a to był dla nich znak, że szykuje się niezła popijawa i w jej trakcie coś zostanie uzgodnione. No i oni zaczęli pić, a także – jak to pijacy – wywnętrzać się po wódce i snuć różne plany. Empedokles zaś tylko słuchał, był bowiem przedstawicielem organizacji, która także szczerze kochała demokrację i musiał jej przedstawicielom składać różne raporty. Następnego dnia zgodnie z zasadami szczerej demokracji poszedł na nich nakapować do sądu. To oczywiście nie był żaden sąd, ale szczerze demokratyczna policja polityczna, która wykonywała doraźne wyroki śmierci na podstawie donosów obywateli szczerze kochających demokrację. I teraz zagadka – ile kamieni milowych, prócz tego jednego, potraficie wskazać w tej historii?

 

Teraz jeszcze jeden fragment dotyczący szczerego umiłowania demokracji przez Empedoklesa:

Empedokles wyposażył wiele niezamożnych obywatelek. Sam nosił purpurowe szaty i złoty pas, jak podaje Favorinus w Pamiętnikach, a także sandały ze spiżu i wieniec delficki i miał długie włosy. Towarzyszył mu zawsze orszak chłopców. Był zawsze i niezmiennie poważny. Takim ukazywał się publicznie i postawa ta uważana była za oznakę jego królewskości. Później jadąc powozem do Messany na jakąś uroczystość wypadł z wozu i złamał sobie biodro: z tego powodu zachorował i umarł, licząc lat siedemdziesiąt siedem. Nagrobek jego jest w Megarze (Sycylijskiej).

Zachowywał się jak król, ale był szczerym demokratą i nosił wieniec delficki, a także pomagał wielu niezamożnym obywatelkom. Ciekawe z jakiego powodu? Może były z nim w ciąży? Może ten orszak chłopców to były wszystko jego dzieci, które wychowywał w duchu szczerej demokracji? Sam nie wiem, takie myśli mi krążą po głowie. Pisano też, że Empedokles sfingował własną śmierć. Zorganizował ucztę na zboczu Etny, a jak się wszyscy popili i zasnęli, to zostawił na brzegu krateru swój spiżowy trzewik i gdzieś zniknął. Potem opowiadano i pisano, że rzucił się do wulkanu, albo, że Bogowie zabrali go na Olimp. Diogenes Laertios pisze, że najpewniej jednak wyjechał na Peloponez. Ja zaś dodałbym od siebie, że jeśli na Peloponez to na pewno do Delf. Nie od biedy bowiem nosił ten wieniec.

We wszystkich tych, sprzecznych z dzisiejszego punktu widzenia opisach, Laertios nie widzi niczego dziwnego. Nie krytykuje i nie wyszydza Empedoklesa, choć inni autorzy sobie na to pozwalają. My zaś widzimy, że pewne sprawy są niezmienne od tysięcy lat. Jak ktoś jest artystą osobnym i głębokim, to po prostu nim jest i szlus. Nic na to poradzić nie możemy. To samo jest z geostrategią, jak ktoś jest geostrategiem to nie ma na niego siły, albowiem wszyscy wokoło będą go uwiarygadniać. Dla dobra pluralizmu i demokracji właśnie, żeby był dwugłos, a nawet trójgłos w przestrzeni publicznej. I tak telewizja Trwam, zaprosiła wczoraj wszystkich widzów na spotkanie ze znanym geostrategiem Leszkiem Sykulskim. Nie wiadomo doprawdy co powiedzieć…Delfickiego wieńca Sykulski z pewnością nie dostanie, ale nie byłbym pewien czy mu nie wręczą ryngrafu z Matką Najświętszą.

Na koniec prośba od mojego kolegi.

Polski Związek Niewidomych Okręg Lubelski Koło w Rykach zwraca się z prośbą o wsparcie finansowe na rzecz Koła.

 

Polski Związek Niewidomych w Rykach zrzesza osoby niepełnosprawne z dysfunkcją narządu wzroku, które z racji swojego inwalidztwa często żyją w izolacji. Organizujemy szkolenia, wycieczki, spotkania, które integrują osoby niewidome i słabowidzące w celu ich społecznej integracji, wyrównywania szans w dostępie do informacji, edukacji, zatrudnienia i szeroko pojętej aktywności społecznej a także w celu ochrony ich praw obywatelskich.

Efektem spotkań są min. oddziaływania psychologiczne, przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu, akceptacja niepełnosprawności, które mają ogromne znaczenie w przypadku osób niewidomych.

Dzięki przyjaznej dłoni ludzi dobrej woli możliwa jest realizacja naszych celów i zamierzeń. W imieniu naszego stowarzyszenia oraz jego członków wyrażamy głęboką wdzięczność za ofiarowaną pomoc i życzliwość.

 

Jeśli nie masz innej możliwości – można nam pomóc w działaniu przeznaczając 1,5 % podatku na PZN w naszym powiecie.

 

Krajowy Rejestr Sądowy – nr KRS: 0000007330

z dopiskiem na cel: Koło w Rykach

 

 

sty 262023
 

Ulubioną zabawą autorów piszących o filozofii i filozofach, a mam na myśli bardziej autorów współczesnych niż tych dawniejszych, jest nagłe przenoszenie ciężaru rozważań i relacji z gruntu logiki na grunt psychologii i osobistych relacji ich bohaterów, całkiem przecież wymyślonych. Tymczasem autorzy dawniejsi, których często ci współcześni opisują brzydkimi słowami, piszą po prostu – było tak i tak, ten i tamten napisał coś tam o jakimś człowieku. Inny mu zaprzeczył. To jest kawał dobrej dziennikarskiej roboty, której dziś w dobie kolportażu zbrodniczej propagandy nikt nie potrafi i nie chce docenić. Notorycznie ponadto pomijane są we współczesnych opracowaniach szczegóły życia filozofów, które nie pasują do formatów wylansowanych przez akademię. Osobną sprawą pozostaje – po co wylansowanych? Wyciąga się z tych życiorysów to, co akurat pasuje i na tej podstawie urabia się pewien wizerunek postaci, a także jej przekonania. Zmieńmy dziś nieco technikę i wzorem niektórych autorów porzućmy filozofowanie, z zajmijmy się przygodami osobistymi jednego z mędrców, konkretnie Pitagorasa. Pobieżna nawet lektura Diogenesa Laertiosa spowoduje, że zaczniemy się zastanawiać kim ten człowiek był naprawdę? A jak do jego życiorysu dołożymy jeszcze przygody jego kolegi Milona, to ujawnią się przed naszymi oczami rzeczy naprawdę dziwne. One zniechęciły do studiów samego Laertiosa, który wymieniając różne aforyzmy i mądrości autorstwa Pitagorasa objaśnia tylko niektóre, te najłatwiejsze. Z tymi bardziej zagadkowymi sobie nie radzi. No bo jeśli Pitagoras mówił, żeby nie sikać twarzą do słońca, to jeszcze jakoś możemy sobie to wyjaśnić poprzez kwestie religijne. No, ale jak mówi, żeby nie sikać i nie defekować na obcięte paznokcie i włosy to robi się dziwnie? W ogóle coś jest na rzeczy z tym sikaniem i tak zwaną potrzebą większą, albowiem Laertios pisze, że nigdy nie widziano Pitagorasa żeby publicznie oddawał mocz czy robił tę drugą czynność. Tak, jak dziś mówimy, że ten czy tamten nigdy nie był widziany po pijanemu. No może raz kiedyś…Ale co to znaczy w przypadku Pitagorasa? Że on co prawda nie sikał, ale reszta normalnie załatwiała się gdzie ją ukazy zastały?

Pitagoras miał jakieś anse do bobu. Mówił, że nie można go jeść, nie można też po nim deptać, a najlepiej w ogóle go nie dotykać. Ponoć dlatego, że przypomina intymne i wstydliwe części męskiego ciała. To ciekawe, bo przyzwyczailiśmy się do myśli, że  w V weku w Grecji wszyscy faceci latali bez gaci i nawiązywali intymne znajomości. Okazuje się, że nie. Taki zwyczaj wprowadzili dopiero Spartanie, startując w olimpiadach całkiem bez niczego. Zagadkowych wypowiedzi Pitagorasa jest sporo i – jak można domniemywać – produkowane były one celowo. Pitagoras bowiem był bardzo dobrze zorganizowanym oszustem. Laertios opisuje, powołując się na innego autora, że kiedyś zrobił sobie ziemiankę i siedział tam bardzo długo, a swojej matce kazał spisywać wszystko co dzieje się na zewnątrz, w tak zwanym świecie. Kiedy wyszedł z tej ziemianki, wynędzniały i poszarzały, poszedł do swoich uczniów opowiadać im, że był w Hadesie i widział tam wyjącą duszę Hezjoda, a także duszę Homera powieszoną na drzewie i oplecioną wężami. Wszyscy mu uwierzyli. W to, że jest kolejnym wcieleniem i pamięta wszystko ze swoich poprzednich żyć wierzono powszechnie. Studia u niego polegały na tym, że przez pięć lat tylko słuchano jego głosu. Nie wiadomo, jak to było zorganizowane, ale jakoś było. Dokładnego opisu nie ma. Zjeżdżali się ludzie z całej Hellady, dziewczyny, faceci, siadali w jakiejś zamkniętej przestrzeni, a zza ścian dobywał się głos Pitagorasa – odin, dwa, tri, czietyrie…odinatcat’, dwienadcat’. Po pięciu latach był egzamin, ale nie wiemy jak wyglądał. Na pewno w czasie odpytywania nie podawano bobu. No i ci co zdali mogli słuchać i oglądać Pitagorasa, który był ponoć podobny do Apolla, a jak obnażył biodro, to wszystko wokół jaśniało.

Pitagoras zajmował się zawodowo wytyczaniem kwadratów w gruncie, rozumiemy, że pod nową zabudowę. Zajmował się też, wraz ze swoimi uczniami, dewastacją miast i pobierał za to pieniądze. W ten sposób zniszczono miasto Sybaris i zalano je nurtem rzeki. Ludzie Pitagorasa byli jednak powszechnie znienawidzeni, ale dokładnie nie wiadomo za co. Podejrzewano ich, że chcą wprowadzić tyranię. Pitagoras miał przyjaciela, a niektórzy twierdzą, że kochanka, imieniem Milon. Pochodził on z Krotonu, czyli tego miasta, które wezwało Pitagorasa na pomoc przeciw Sybarytom, a potem go wygnało lub doprowadziło do śmierci. Wróćmy jednak do Milona, był on najlepszym atletą w całej Helladzie. Sześć razy wygrał olimpiadę, robił takie numery, że obwiązywał sobie liną głowę, a potem napinał żyły tak, że lina pękała. Wszyscy się go bali, co jest raczej zrozumiałe, ale on miał pewne deficyty. Zaniósł kiedyś do Delf własny posąg, co nie spotkało się ponoć z dobrym przyjęciem kapłanów i samej wyroczni.

Nie wiadomo dokładnie jakie były różnice czasowe w dacie śmierci Pitagorasa i Milona. Ten pierwszy dożył ponoć osiemdziesiątki, a niektórzy twierdzą, że dziewięćdziesiątki. Umarł w okolicznościach znamiennych. Oto ludzie z Krotonu lub jak chce Laertios z Akragas na Sycylii, gdzie udał się, by też coś podpalić i zburzyć, mieli go już dosyć. Urządzili następującą zasadzkę – otoczyli dom ze wszystkich stron, zablokowali drzwi i podpalili budynek jednocześnie z każdej strony. Żeby uniemożliwić pitagorejczykom ucieczkę – w środku było 35 osób. Pitagoras jednak uciekł i odbiegł nawet kawałek, ale natrafił na pole bobu. Nie mógł więc przez nie przejść i wyszedł na drogę, jak można domniemywać oświetloną blaskiem pożaru, albo światłem księżyca. Dostrzeżono go i poderżnięto mu gardło. Kto? Za co? Tego nie wiemy i nigdy się nie dowiemy. Możemy jednak wskazać to, na co wskazują autorzy starożytni. Pitagoras był człowiekiem budzącym ogromne emocje. Od młodości ludzie chcieli z nim przebywać i słuchać jak przemawia. No, ale kiedy wybrał sobie uczniów i nie zaczepiał już wszystkich na ulicy, ci odrzuceni znienawidzili go. Tak więc był ciągle narażony na ataki. Potem, kiedy zaczął nauczać ta nienawiść wzrosła. Tak mówią, choć przecież to nie mogła być prawda.

Jego kolega Milon, a w jednej z wersji śmierć Pitagorasa miała nastąpić w jego domu właśnie, umarł także w osobliwy sposób. Szedł sobie lasem i zauważył rozszczepiony pień, w który ktoś powtykał podpórki tak, by pień się nie zacisnął. Milon postanowił rozerwać drzewo, zaparł się rękami o obydwie części pnia, a wtedy podpórki odskoczyły i jego dłonie zostały uwięzione w tej dziwnej pułapce. I nagle, nie wiadomo skąd pojawiły się wilki, które Milona rozszarpały.

Możemy to chyba spokojnie zinterpretować w taki sposób – po śmierci Pitagorasa, w Krotonie czy też w Mataponcie, czy w Akragas, czy gdzie oni tam przebywali, ktoś postanowił uwolnić świat od popleczników Pitagorasa. Znając Milona, jego ścieżki oraz nawyki, których podstawą była bezbrzeżna pycha, zastawiono taką sprytną pułapkę. No bo niby jak pień mógł się sam rozczepić i jeszcze wstawić sobie podpórki w środek? Ktoś to musiał zrobić, ktoś w dodatku dobrze rozeznający się w psychologii i uzależnieniach. Czy rozszarpały go wilki? Może tak, a może nie. Może po prostu duże psy, przez kogoś wyszkolone. Grecy szkolili psy do walki, wszyscy to wiemy. Potem rozpowszechniono plotkę, że Milona rozszarpały wilki. I już inni atleci święcili triumfy na olimpiadach. Pitagorejczycy zaś zostali rozproszeni i przestali czcić swojego mistrza, który nie lubił bobu i nie sikał pod słońce. Może za to sikał pod wiatr? Tego nie wiemy, ale jak widać z tej historii nie jest to wykluczone.

 

Na koniec prośba od mojego kolegi

 

Polski Związek Niewidomych Okręg Lubelski Koło w Rykach zwraca się z prośbą o wsparcie finansowe na rzecz Koła.

 

Polski Związek Niewidomych w Rykach zrzesza osoby niepełnosprawne z dysfunkcją narządu wzroku, które z racji swojego inwalidztwa często żyją w izolacji. Organizujemy szkolenia, wycieczki, spotkania, które integrują osoby niewidome i słabowidzące w celu ich społecznej integracji, wyrównywania szans w dostępie do informacji, edukacji, zatrudnienia i szeroko pojętej aktywności społecznej a także w celu ochrony ich praw obywatelskich.

Efektem spotkań są min. oddziaływania psychologiczne, przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu, akceptacja niepełnosprawności, które mają ogromne znaczenie w przypadku osób niewidomych.

Dzięki przyjaznej dłoni ludzi dobrej woli możliwa jest realizacja naszych celów i zamierzeń. W imieniu naszego stowarzyszenia oraz jego członków wyrażamy głęboką wdzięczność za ofiarowaną pomoc i życzliwość.

 

Jeśli nie masz innej możliwości – można nam pomóc w działaniu przeznaczając 1,5 % podatku na PZN w naszym powiecie.

 

Krajowy Rejestr Sądowy – nr KRS: 0000007330

z dopiskiem na cel: Koło w Rykach

 

 

sty 252023
 

Problem z pisaniem o starożytności polega na tym chyba – oceniam to po dwóch autorach – że chcieliby oni uczestniczyć jeśli nie w opisywanych wydarzeniach, to chociaż w procesie tworzenia narracji dotyczącej najważniejszych postaci i wypadków. Dziwna ta maniera powoduje, że teksty wyglądają tak, jakby były pisane dla dzieci, albo osób niedorozwiniętych. Przeglądałem wspomniany tu II tom Historii starożytnych Greków, napisanej przez Ewę Wipszycką i Benedetto Bravo oraz jeszcze jakichś dwóch autorów i doszedłem do momentu, w którym profesor Bravo pisze o Diogenesie Laertiosie, że był mało inteligentnym kompilatorem. Przestałem czytać, bo niby skąd współczesny człowiek, nawet wybitny specjalista w swojej dziedzinie, może wiedzieć kim był i jakie miał ograniczenia Diogenes Laertios? I po co o tym w ogóle mówić? Jaki jest sens porównywania go do innych autorów? Wydanie Żywotów i poglądów sławnych filozofów, które mam, liczy sobie prawie 700 stron. Wszyscy mniej więcej wiedzą co zawiera. Autor pisząc je poświęcił na to masę czasu i pewnie musiał odbyć jakieś podróże. Po to tylko, żeby jakiś Włoch z prowincji Veneto nazwał go po upływie dwóch tysięcy lat mało inteligentnym kompilatorem?

Drugi tom Historii starożytnych Greków, dotyczący po stokroć opisanej epoki klasyczne,j nie mógł się ukazać przez trzydzieści lat. O czym to świadczy? Boję się nawet pomyśleć, ale sądzę, że o bardzo niesprzyjających okolicznościach w jakich znalazł się uniwersytet i jego pracownicy. Drwię oczywiście. Kiedy się w końcu ukazał, jego nakład liczył tysiąc egzemplarzy i był dotowany przez jakieś instytucje. Podręcznik ten, choć omawia zagadnienia znacznie rozleglejsze niż zawartość dzieła Laertiosa, ma podobną ilość stron, chyba nawet trochę mniejszą. Do tego zawiera bardzo nieprofesjonalne ilustracje. Jak to świadczy o randze autorów i o randze tematu, który jest jednym z najważniejszych na całym tym, naukowym poletku, gdzie rozprawia się o początkach naszej cywilizacji, tradycji i kulturze? Nie będę teraz rozpoczynał dyskusji na temat – po co nam Grecja klasyczna i jej dokonania, ale i na to przyjdzie pora. Na razie chciałbym tylko zwrócić uwagę na manierę w jakiej się tę Grecję opisuje. Pierwszy sposób polega na krytykowaniu źródeł. Nie na krytyce, ale na krytykowaniu. To jest jakieś pomieszanie z poplątaniem. Nie mówię, że ta książka jest zła, mam jednak wrażenie, że jest niedoważona. Mam też wrażenie, że Grecja klasyczna ze względu na wagę tematu, w żaden sposób nie może się zmieścić w formacie podręcznika akademickiego. Być może to było właściwą i główną przyczyną, która spowodowała, że nie mogła się ona ukazać przez tak długi czas.

Drugim autorem, do którego dzieł zajrzałem był Tadeusz Zieliński. To jest rzecz jasna literatura przestarzała, pisana dla ludzi, którzy poprzez zawarte w niej emocje zostali w jakiś sposób uwiedzeni. Można rzec, że właściwie wszyscy autorzy piszący o starożytnych Grekach także zostali uwiedzeni i przez całe życie przeżywają coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego. To znaczy wyobrażają sobie, że żyją w tej Grecji, świeci słońce, oni spacerują w wieńcu na głowie wśród białych, rozgrzanych kamieni, piją wino z krateru i prowadzą filozoficzne dysputy z najmądrzejszymi obywatelami Aten, bo jakże by inaczej, a w oddali, na placu bawią się dziewczęta i efebosy, co wyboru, do koloru…Takie wizje miał każdy chyba, kto poważnie zainteresował się starożytnością. I wielu autorów nie potrafi tego ukryć do dziś, albo mówi, bądź mówiło o tym wprost. Tak było z Tadeuszem Kubiakiem na przykład.

Ja mam to szczęście, że historia starożytna nie interesowała mnie nigdy. Do dnia dzisiejszego właściwie. I kiedy zacząłem czytać te wszystkie przemądre książki włos zjeżył mi się na głowie, albowiem nie zostałem uwiedziony opisaną wyżej wizją. Zobaczyłem tam bowiem coś zgoła innego. Ślady tego czegoś znaleźć można w podręczniku, o którym wspominałem na początku. To tam jest napisane, że służba na okrętach wojennych była doświadczeniem upiornym, a siedzący na najniższym poziomie wioślarze, w zasadzie siedzieli w szambie. Ci z wyższych pięter bowiem załatwiali swoje potrzeby tak, jak siedzieli i tamtym leciało to na głowy. Okręt trójrzędowy nie zatrzymywał się w czasie rejsu, żeby załoga i wioślarze mogli skorzystać z toalety. Kwestie codziennego życia są dość słabo omówione w podręcznikach, ale dobrze, że w ogóle się o nich mówi. Kłopot jednak polega na tym, że w zasadzie nic z wizji którą autorzy tacy jak Zieliński malowali przed naszymi oczami, nie pasuje do zachowanych, jakże licznych, opisów rzeczywistości tamtych czasów. Kłopot z tymi opisami z kolei polega na tym, że dotyczą one spraw od codzienności odległych, ta bowiem znalazła odzwierciedlenie w komediach jedynie. Przez to łatwo można popaść w złudzenie, że cała ta antyczna wzniosłość była rzeczywistością, ludzie zaś tamtych czasów żyli wyłącznie filozofią. Ilość sprzeczności, z którymi autorzy, nawet bardzo dobrze przygotowani, nie potrafią sobie poradzić jest niesamowita. I tak w podręczniku Bravo i Wipszyckiej, Pitagoras potraktowany jest w zasadzie per noga. Był, coś tam gadał, wymyślił to twierdzenie, albo i nie, ale kogo to właściwie obchodzi, przejdźmy do innych kwestii. Zieliński, autor bardzo przestarzały, pisze o Pitagorasie, jakby opowiadał do swoim koledze z podwórka, który zrobił wielką karierę, gdzieś w dalekich krajach. Przedstawia go jako bogatego młodzieńca, który miał jakieś kłopoty z tym całym Polikratesem, no, ale w końcu zostały one rozwiązane. Nie pisze jednak przez kogo. Trochę szkoda. Potem przechodzi do kwestii powiększania kwadratu, co oczywiście nie ma żadnego praktycznego znaczenia, jest czystą teorią. Pitagoras oczywiście był w Egipcie, coś tam studiował, ale do wszystkiego właściwie doszedł sam, rysując na sypkim, morskim kwadraty i ich przekątne. Tam doznał olśnienia i oto mamy twierdzenie Pitagorasa. Potem wszystko się Zielińskiemu sypie, albowiem jego sympatyczny kolega wyrusza do Italii i tam wraz z mieszkańcami miasta Kroton doprowadza do zagłady miasta Sybaris, któremu robi jeszcze koszmarną prasę, kolportowaną w zasadzie do dziś. Wszyscy wiedzą bowiem co znaczy słowo – sybaryta. Miasto Sybaris, które się naraziło oligarchom, zostało nie dość, że zniszczone to jeszcze zalane, specjalnie przekierowanym na nie nurtem pobliskiej rzeki. Ile trudu sobie zadano, by dokonać tej dewastacji! A na jej czele stał nasz dobry znajomy Pitagoras, o którym musimy uczyć się w szkole.

Nie wiemy skąd Zieliński wziął informację, że ojciec Pitagorasa był kupcem, Laertios pisze, że był grawerem, co oczywiście nie wyklucza bycia kupcem. Grawer to ktoś pracujący w metalu, możemy domniemywać iż chodzi o metal szlachetny. I tak pisze nam Laertios, że Pitagoras wykonał samodzielnie trzy srebrne puchary i wraz z nimi pojechał do Egiptu, do tamtejszych kapłanów, żeby z nimi porozmawiać o mierzeniu kwadratów wytyczonych w gruncie. Potem wrócił i odkrył to niby swoje twierdzenie, ale – i to Zieliński podkreśla – zrobił to z czystej miłości do nauki. Badacze dziejów Grecji klasycznej mają fioła na punkcie czystości, ale nigdzie nie piszą ile było publicznych wychodków w Atenach w V wieku. A w takim Fezie, w XII wieku za Almorawidów było ich 42, a każdy z bieżącą wodą. Nie wiem czy jest dziś tyle w Warszawie.

Pitagoras, gdzie się nie pojawił, po jakimś czasie był przepędzany. Towarzyszyli mu uczniowie, którzy w sposób ostateczny rozwiązywali różne sprawy, tak jak to miało miejsce w Sybaris. Potem stawali się uciążliwi. Dlaczego? Tego nikt nie wie i nikt nawet nie próbuje sugerować, albowiem – przyjmijmy takie założenie – gdyby się okazało, że ludzie Pitagorasa to banda bezwzględnych najemników, wychowanych w poczuciu wyższości, która podpisuje bardzo skomplikowane i dające się wielorako interpretować umowy na zarządzanie danym obszarem, połowa misternie budowanych złudzeń na temat klasycznej Grecji runęłaby do morza. Nad ziemię zaś uniosłaby się chmura takiego fetoru, że mogłaby ona zabić nie jedną ale kilka populacji mniejszych poleis, położonych gdzieś na italskim wybrzeżu.

Jeśli kogoś interesują dokonania Pitagorasa i chce poczytać jakieś niestandardowe treści o tych wyczynach, niech zajrzy do tekstu Filipa w nowym numerze kwartalnika Szkoła nawigatorów.

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-nr-34-numer-o-zlocie/

sty 242023
 

W roku 2005, radio BBC wyemitowało 90 minutowe słuchowiska Johna Fletchera zatytułowane The Sicilian Expedition – Ancient Athenian War Drama with Iraq War. Nie jesteśmy sobie tego chyba nawet w stanie wyobrazić. Dziewięćdziesiąt minut gadania w najważniejszej rozgłośni radiowej, albo jednej z najważniejszych w zachodnim świecie, być może z udziałem aktorów i Z podziałem na role, a wszystko po to, by przekonać Amerykanów, że inwazja na Irak jest powtórzeniem ekspedycji ateńskiej przeciwko Syrakuzom. Ciekawe kto wykupił reklamy w czasie trwania tego słuchowiska i o jakiej porze je nadano?

Zajmijmy się najpierw tym, do kogo było ono adresowane. Do ludzi, którzy coś tam wiedzą na temat antyku, ale są to informacje pobieżne i rozproszone. Można od razu – nie czekając do pointy – rzec, że cała współczesna edukacja jest tak urządzona, by ludzie sami z siebie konstruowali płytkie metafory i rozpowszechniali je także sami, uważając, że dokonali jakiegoś ważnego odkrycia. Wszyscy wiemy, że tak jest, albowiem kolportaż taki odbywa się na naszych oczach, a im głupsza publiczność tym bardziej chamskimi metodami się posługuje. Jego immanentną cechą jest blokada polemiki. Bo, albo nośnik to uniemożliwia, albo pretensjonalny charakter, który pobudza aspiracje ciemniaków. I to wystarczy. Dziś, w dobie Internetu wszystko tak działa, przez to właśnie pół twittera zajmuje się losami Marianny Schreiber, a drugie pół Grety Thunberg.

Nie można mieć wątpliwości, że słuchowisko, o którym mówię zostało napisane, zmontowane i wyemitowane na polecenie Moskwy. Kto za nie płacił, to już inna sprawa, bo sposób finansowania prowokacji nie jest z pewnością oczywisty. Podobnie jak ich kolportaż. Ten ostatni jednak potrafimy opisać i wskazać najważniejsze jego mechanizmy, a o pieniądzach wiemy mało, więc niczego dokładnie i z całą pewnością wskazać nie potrafimy.

Można oczywiście wskazać, że prawdziwa historia wyprawy sycylijskiej nie ma nic wspólnego z ekspedycją iracką, ale trzeba by zejść na głębszy poziom analiz i przeczytać choćby jeden tekst dotyczący tego wydarzenia, a następnie wskazać – nie metaforyczną, ale dosłowną – przyczynę katastrofy Ateńczyków. Można by też naszkicować tło tej wyprawy, co nie byłoby trudne, albowiem opis Tukidydesa w Wojnie Peloponeskiej, jest po prostu wstrząsający. Nikt tego jednak nie robi. I ja Wam teraz powiem dlaczego. Takie postępowanie bowiem odbiera frajdę ćwierćinteligentom. I nie mogą się oni podniecać antycznymi metaforami, które w ich głowach ułożyły się przecież same, bez pomocy ruskiej mafii i niemieckich pieniędzy.

Najgorsze jest to, że dziś ćwierćinteligenci przekupieni przez Moskwę zasiadają w ławach PE i Bundestagu. I ostatnio jeden powiedział, że w czasie II wojny światowej Niemcy popełniły błąd atakując ZSRR, a dziś chcą zrobić to samo. I wtedy szły ręka w rękę z banderowcami, i teraz też im to grozi. Są to tak zwane półprawdy, czyli całe kłamstwa. Najważniejsza zaś treść jest skrzętnie ukrywana – USA futrowały sowietów sprzętem i konserwami. Miliardami konserw i dziesiątkami tysięcy ciężarówek. Bez tego Stalin nie ruszyłby się spod Moskwy. I w ogóle by jej nie obronił. Tego jednak wspominać nie wolno, albowiem cała propagandowa konstrukcja, adresowana do stada ogłupiałych, niemieckich deputowanych się zawali. Sytuacja obecna jest taka, że to Niemcy futrują Moskwę przeciwko USA, a zasłaniają ten fakt rzekomą traumą II wojny. I to jest prawda, nie półprawda i nie kłamstwo. Tylko, że oni tego wyznać nie mogą, albowiem – tak sądzę – robią to za darmo. Za jakieś przyszłe obietnice czegoś, o czym do końca nie mają pojęcia. Ciekawe jaką metaforę wymyślą, żeby te swoje zachowania usprawiedliwić i uzasadnić. Bo, że przyjdzie moment kiedy trzeba będzie to zrobić, nie ma chyba wątpliwości.

Przejdźmy teraz do Wyprawy Sycylijskiej, która położyła kres potędze Aten, choć nie złamała jej do końca. Dlaczego nie jest ona podobna do amerykańskich ekspedycji? Otóż dlatego, że była prowokacją i domyśli się tego każdy, kto przeczyta Tukidydesa. Jest najważniejszym rozgrywającym zaś był Alcybiades, uczeń Sokratesa. Człowiek ten, wiedziony rzekomo młodzieńczą fantazją, namówił Ateńczyków do wydania miliardów i zaryzykowania życia dziesiątków tysięcy ludzi, by zdobyć Syrakuzy i całą Sycylię. To dałoby Atenom przewagę nad wszystkimi. Tyle, że inni ludzie tacy, jak Nikias uważali i wyrażali to głośno, że taka operacja nie jest w ogóle możliwa, jej pretekst zaś jest fałszem. Jego mowa jednak nie spotkała się ze zrozumieniem, albowiem Ateńczycy byli uskrzydleni własną potęgą. Prowokacja była przygotowana bardzo starannie, a jej najważniejszym elementem był Alcybiades, który mimo młodego wieku został wybrany na stratega. Kto go wybrał, bo to jest najważniejsze? Nie wiemy. Wiemy za to kto go wskazał – Sokrates. Przebieg wypadków przekonuje nas, że ludzie, którzy prowadzili wojnę przeciwko Atenom mieli nie tylko dokładnie wytyczone cele, ale także znakomite rozeznanie w polityce wewnętrznej Aten, a co za tym idzie opracowaną metodę, która musiała przynieść im sukces. Byli geniuszami, z pewnością, choć nie znamy ich z imienia, albowiem historia zachowała jedynie imiona tych, którzy stali się ofiarami ich polityki.

Od samego początku było jasne, że bez zniszczenia ateńskiej floty nie można nawet marzyć o zwycięstwie. Żeby zniszczyć flotę, samemu jej nie posiadając potrzebne są prowokacje i pułapki. Tych zaś nie można budować bez przekupstwa. Czyj wobec tego budżet stał za prowokacją znaną jako Wyprawa Sycylijska? Tego niestety nie wiemy. Możemy zasugerować, że spartański, ale to jest bardzo mało. Sugestia z kolei, że kartagiński to chyba zbyt wiele.

Skupmy się jednak na Alcybiadesie. Kim on był dokładnie, wskazują nam czasy dużo późniejsze. Oto Fryderyk Nietsche uznał go za jednego z nadludzi. I to – na gruncie filozoficznym – załatwia moim zdaniem sprawę.

No, ale jest jeszcze grunt historyczny i polityczny. Tam nie jest tak łatwo, bo nikt nie wyciąga ostatecznych wniosków, ale moim zdaniem są one proste do przeprowadzenia. Ateny były państwem poważnym. A to znaczy, że procedury działały. Przez demokrację działały wolniej, ale wciąż działały. Kiedy flota i armia operowały już pod Syrakuzami, ktoś się zorientował kim jest Alcybiades i wysłano po niego okręt o jakże wymownej nazwie Salamina. Alcybiades, kiedy posłańcy przybyli do obozu ateńskiego na Sycylii, oczywiście zorientował się o co chodzi. Nie dał jednak po sobie tego poznać i zgodził się pozostawić ekspedycję pod dowództwem Nikiasa, a następnie wyruszyć do Aten, gdzie miał się odbyć jego proces. Nie zgodził się jednak wejść na pokład Salaminy, być może dlatego iż przeczuwał, że w czasie morskiej podróży fala zmyje go z pokładu i nigdzie nie dopłynie. Wsiadł na inny okręt, który płynął za Salaminą. Po drodze oczywiście uciekł i zatrzymał się dopiero w Sparcie, gdzie udzielono mu azylu. Wszyscy o tym wiedzą, ale interpretują historię Alcybiadesa w oderwaniu od wydarzeń politycznych i od osób, które te wydarzenia prowokowały. Alcybiades jest po prostu nieudanym uczniem Sokratesa, który się zdegenerował bo miał podły charakter. Po cóż więc było go wychowywać? I czy Sokrates w czasie procesu wychowawczego nie zorientował się z kim ma do czynienia? A jeśli się zorientował, dlaczego nie przepędził Alcybiadesa i tego drugiego? Takich pytań nikt nie zada, albowiem żyjemy w okolicznościach, w których kult Sokratesa i jego ucznia Platona jest podniesiony do rangi religii państwowej. Choć państwo, które realizuje ich program nie istnieje w realnych granicach, tworzą je jednak ludzie połączeni pewnym rodzajem obłąkania i ślepoty. Niestety oni mają wpływ na media i kształcenie młodzieży, które odbywa się w myśl doktryny sokratejskiej, to znaczy produkuje degeneratów lub głupków, którzy mają wpływ na politykę.

Powróćmy do Alcybiadesa – jeśli ktoś ucieka przed procesem, to znaczy, że jest winny i dziwne jest to, że nikt do opisu tego przypadku nie zastosował logiki, którą z taką lubością stosuje się w rozważaniach o początku wszystkiego.

Podsumujmy teraz całość – bez propagandy i prowokacji nie można wygrać wojny z potężnym przeciwnikiem. Wrogowie Aten chcieli zniszczyć ich flotę i zrobili to. Nie za pomocą kosztownych ekspedycji i wielkich bitew morskich, w których sami traciliby okręty i ludzi, a także złoto. Zrobili do podstępem wychowując zdegenerowanych polityków, podejmujących – dla dobra państwa – fałszywe decyzje. Czy w taką pułapkę dali się wpędzić Amerykanie w roku 2005? Nie. Czy damy się wpędzić w taką pułapkę dzisiaj? Czy pozwolimy Moskwie wygrać wojnę po kosztach, bez wydatków z ich strony? Mam nadzieję, że nie. Zauważmy jednak chociaż, w jaki sposób próbują oni tę pułapkę zastawić, a świadczą o tym ostatnie wypowiedzi Lisa i Sikorskiego, w wymowie dokładnie pokrywające się z tym, co przed Wyprawą Sycylijską mówił Alcybiades na zgromadzeniu ludowym w Atenach. Prowokacja posługuje się łatwymi do przełknięcia i sugestywnymi, ale całkowicie zakłamanymi metaforami. Nie możemy w nie wierzyć. I zawsze musimy na nie uważać. Obroną przed tym są tylko pogłębione studia nad przypadkiem, bez udziału pośredników, których wyprodukował system akademickiej edukacji. Do czego zachęcam.

sty 232023
 

Pod jednym z ostatnich tekstów, ktoś wrzucił link do komedii „Chmury” Arystofanesa. Ja sobie to otworzyłem, bez zamiaru czytania całości. Zacząłem od wstępu i natychmiast go porzuciłem. Potem przeszedłem do tekstu głównego, który jest, z każdego możliwego punktu widzenia, interesujący. Dla mnie był ciekawy, albowiem wiele tam było o wszach i gnidach dręczących jednego z bohaterów. Co od razu przypomniało mi Diogenesa z Synopy, przytomnie wydającego wymuszone na Ateńczykach pieniądze na fryzjerów i golarzy. Wiedział ten chłop co robi. No, ale ważniejszy jest dziś ten wstęp, albowiem zaczyna się on tak:

Czy przyda się mówić prawdę w żartobliwy i dowcipny sposób? Czy wyśmiewając i wyszydzając zdrożności ludzkie, można je z serc ludzi wyplenić?” Takie pytanie zadaje sobie I. van Leeuwen, pierwszorzędny dziś znawca Arystofanesa i wielki jego wielbiciel; rozchodzi się oczywiście o komedię, o jej ostateczne zadania i cele istotne, tj. o jej wychowawcze, życiochronne, kulturalne działanie, którym się zbliża do wielkiej swej siostrzycy tragedii, spełniać mającej, udoskonalenie człowieka na czele ogółu sztuk pięknych.

Nie wiadomo do kogo pochodzi wstęp, ale przyjąć musimy, że od Edmunda Cięglewicza, znanego krakowskiego dziennikarza, którego pamiętamy z wiersza o wyprawie Lucjana Rydla do Myken, napisanego ręką Boya-Żeleńskiego. Ostatnia strofa brzmi tak:

I wraz otrząsłem się z pogańskich baśni, 

Ukląkłem cicho i złożyłem ręce — 

I zaraz w sercu stało mi się jaśniej 

I dziękowałem Najświętszej Panience, 

Za to, że swoich łask mi wciąż użycza

I mnie wysłała tu — nie Cięglewicza

Nie chcę tu szydzić za bardzo z krakowskich znawców spraw antycznych, ale celowo posługuję się wierszem Boya. Kiedy bowiem już mi zapadł w serce i mózg ten całkiem idiotyczny początek wstępu, zajrzałem sobie do wiki, w wersji angielskiej, żeby było jeszcze gorzej i żeby jeszcze bardziej obniżyć rangę tych moich rozważań filozoficznych i wpisałem hasło Arystofanes. Tam znalazłem informacje o innym autorze komedii imieniem Eupolis. Potem kliknąłem okienko translatora i przeczytałem pierwsze zdanie – klasyczna komedia grecka zaczęła rozkwitać na początku Wojny Peloponeskiej – tak to jakoś brzmiało.

I wtedy zadałem sobie pytanie – co to jest klasycyzm? Mając przecież w pamięci wszystkie spory, jakie akademicy wiedli przez stulecia, udając, że traktują poważnie ten problem. Klasycyzm bowiem w wydaniu uniwersyteckim, a mam na myśli uniwersytet nowoczesny, służy do wyłudzania pieniędzy i podnoszenia samooceny ludziom z deficytami, którzy nie rozumieją ani jego funkcji, ani też samego wyrazu funkcja. Chodzi tylko o to, by przybrać jakąś pozę i stanąć na tle postaci, która klasycyzm reprezentuje, a także by jej cień pokrył się – lub choćby tylko dotknął – cienia człowieka inicjującego dyskusję o klasycyzmie. Niby o tym wiemy, ale jednak kiedy spoglądamy uważniej na ten fenomen nie potrafimy ukryć zaskoczenia. Klasyczna komedia zaczyna się wraz z Wojną Peloponeską. Czy to nie jest niezwykłe? A Cięglewicz się zastanawia, podpierając się przy tym zagranicznym autorytetem, czy można mówić prawdę w żartobliwy sposób. Można, tylko po co? Odpowiedź jest bardzo prosta – żeby coś ukryć. Trochę się wstydzę, że sprawy tak proste i oczywiste muszę tu opisywać, ale zaraz przejdziemy do opisów mniej oczywistych. Jeśli komedia rodzi się podczas wojny, to znaczy, że jest elementem walki stronnictw, które w państwie decydują i sposobie prowadzenia wojny. Jeśli prócz Arystofanesa, którego dzieła się zachowały, wymienia się innych komediopisarzy, w tym Eupolisa, który pisał komedie wymierzone w Alcybiadesa, to znaczy, że komedia jest elementem walki politycznej. I niesie ze sobą poważne ryzyko. Taki Eupolis, na przykład, znalazł się wśród członków ekspedycji płynącej pod dowództwem Alcybiadesa na Sycylię. No i Alcybiades kazał go utopić. Taki był los artystów parających się komedią klasyczną, nad której funkcją głowi się Cięglewicz przybierając różne pozy, które uważa za „antyczne”. O czym są Chmury, wszyscy wiedzą, ale jeszcze przypomnę – to jest szyderstwo z Sokratesa. Jest ono tak wielkie, że Platon wcale się z tej komedii nie śmiał, ale uznał, że przyczyniła się ona do skazania i śmierci Sokratesa. Za to Cięglewicz i inni badacze uważają, że te Chmury, to jest kupa śmiechu, a do tego napisana klasycznym stylem – obojętnie co by to nie miało znaczyć.

Przyjrzyjmy się więc temu początkowi epoki klasycznej, z której wyrastają potem wszystkie późniejsze klasycyzmy. Możemy ją chyba wydatować tak, jak datuję się demokrację w Atenach? W każdym razie zróbmy tak, nawet jeśli to nadużycie. Nie będę przecież teraz studiował tekstów wskazujących dokładnie kiedy zaczęła się epoka klasyczna. Posłużę się Tukidydesem. Napisał on w Wojnie Peloponeskiej o upadku Pizystratydów. Czyli synów tyrana, który zaczął rozbudowywać Ateny i przyczynił się do wzmocnienia ich pozycji. Było to tak. Rządy objął najstarszy syn tyrana – Hippias, a jego młodszy brat Hipparch zakochał się w tym czasie w młodzieńcu imieniem Harmonidos. Traf chciał, że ten młodzieniec miał już innego narzeczonego, imieniem Arystogejton. Pana w kwiecie wieku, który nie miał co prawda za dużo wpływów i pieniędzy, ale należał do stronnictwa demokratycznego. Harmonidos powiedział synowi tyrana, że żadnej miłości nie będzie, bo ma chłopaka. No i Hipparch się obraził i zaczął wymyślać różne szykany. To się nie spodobało Arystogejtonowi i zaczął on obmyślać spisek przeciwko Pizystratydom, którego finałem miało być zamordowanie Hippiasa podczas igrzysk panatenajskich. Tukidydes jednym zdaniem wspomina tylko, że za całą sprawą stała Sparta, a te wszystkie uniesienia miłosne były zwyczajowymi numerami, którym mocarstwa posługiwały się, by wywołać przewrót u sąsiada. Spisek obejmował tylko kilka osób i miał wielkie szanse na powodzenie. Hippias, mimo, że otaczał się najemnikami, był raczej otwarty i każdy mógł z nim pogadać. Kiedy Arystogejton i Harmonidos oraz inni spiskowcy uzbrojeni w sztylety, mieli zabrać się za robotę, okazało się, że jeden z wtajemniczonych przyjaźnie rozmawia z tyranem. Obaj główni bohaterowie – Arystogejton i Harmonidos – wpadli w panikę i uciekli. Po drodze spotkali, całkiem nieuzbrojonego brata tyrana czyli Hipparcha. Zabili go więc, z zemsty za te zaloty. Co nie ma uzasadnienia, jeśli wyłączymy z całej sprawy wpływ Sparty. Spisek bowiem się rozsypał i należało go raczej potępić oraz się odeń odciąć.

Potem straż zabiła Harmonidosa, a Arystogejton został zamęczony na przesłuchaniach. Hippias zaś z sympatycznego władcy, dbającego o miasto, stał się wylęknionym tyranem. Ateńczycy zaś uznali, że tyrania jest gorsza od demokracji i zmienili ustrój w kolejnym pokoleniu. W tej historii ważny jest mechanizm jaki wykorzystują wrogowie, żeby oddzielić władcę od ludu. I on jest tu wskazany wyraźnie – chodzi o osobiste animozje i silne emocje. Tak zaczęła się epoka klasyczna w Grecji. Teraz zastanówmy się gdzie możemy o tym poczytać? Bo o presokratykach, Grecji mykeńskiej, o hellenizmie, to w zasadzie wszędzie. Kłopot jest ze syntetyzowanym podręcznikiem do historii Grecji klasycznej. Informacji na ten temat jest dużo, ale są rozproszone.

Przed laty wszyscy zainteresowani historią czekali, aż para sławnych profesorów – Bendetto Bravo i Ewa Wipszycka – napiszą II to swojej monumentalnej Historii starożytnych Greków. Tom I został wydany w latach osiemdziesiątych i obejmuje czas do końca wojen perskich, a tom III został wydany w roku 1992 i obejmuje czasy panowania Aleksandra. I to jest doprawdy niezwykłe, bo ja w pewnym momencie przestałem czekać na tom II, albowiem straciłem zainteresowanie historią w ogóle. Nie mogłem jednak i nadal nie mogę do końca zrozumieć dlaczego ten II tom, dotyczący czasów, które służą permanentnemu lansowi autorytetów, dziennikarzy, pisarzy, oszustów i szpiegów, czasy, o których wszystko ponoć wiadomo, bo tekstów na ich temat jest cała masa, nie mógł ukazać się przez blisko trzy dekady. W końcu się ukazał – w 2009 roku. No, ale spróbujcie go kupić. Te dwa leżą wszędzie i są łatwo dostępne, podobnie jak inne dzieła tych autorów. No, ale tego jednego, dotyczącego Grecji klasycznej wydano tyle co kot napłakał. To trochę dziwne, zważywszy, że ja sam mógłbym sprzedać z tysiąc egzemplarzy. Można oczywiście powiedzieć, że ilość wiedzy na temat epoki klasycznej jest tak ogromna, łatwość jej pozyskania również, że nie ma co szaleć z nakładami. Możliwe, ale w roku 2009 świat tak jeszcze nie wyglądał. Poza tym książka ta, to podręcznik akademicki i przydałaby się studentom, którzy – jak znam życie – walczą teraz przed egzaminem o każdy egzemplarz. Powodów opóźnienia tego wydania może być wiele. Ja jednak chciałbym włączyć ten przypadek do ogólnej, pardon, rozpierduchy, związanej z definicją klasycyzmu, Grecji klasycznej i wszystkiego co się tam wyrabiało. A co z całą pewnością dotyczyło degeneracji władzy w Atenach.

Zanim zdefiniujemy ten cały klasycyzm i jego źródło czyli Ateny V wieku, zwróćmy uwagę na jeszcze jeden tekst, w którym ten wyraz się pojawia. To mnie, jako autora pogrąży ostatecznie, albowiem podając wiążące definicje i aspirując do poważnej dyskusji nie można przywoływać tego tekstu. Ja jednak to zrobię. Chodzi mi o Protokoły mędrców Syjonu. Zaraz na początku znajdujemy tam taki passus:

 

ALKOHOLIZM. KLASYCYZM. PRYWATA Spojrzycie na odurzone wódka zwierzęta, do której, użycia nadmiernego prawo otrzymywane jest razem z wolnością. Czyżbyśmy mieli pozwolić, by i „nasi” doszli do podobnego stanu? Narody gojów odurzone są przez napoje wyskokowe. Młodzież ich zatraciła inteligencje wskutek klasycyzmu i wczesnej rozpusty, do której podjudzana była przez agentów naszych w postaci guwernerów, lokajów, guwernantek w domach zamożnych, kelnerów i kobiet naszych w miejscach rozrywek gojów. Do liczby ostatnich włączam również tak zwane „damy z towarzystwa” które są dobrowolnymi naśladowczyniami tamtych pod względem zbytku i rozpusty.

 

Wszyscy oczywiście wiemy, że te Protokoły to fałszywka, wyprodukowana na zlecenie ochrany, a udowodnił to we wstępie do wydania z roku 1992 profesor Janusz Tazbir. Wstęp ten liczy sobie 157 stron i wszystko tam jest dokładnie wyjaśnione. Ja tego wstępu nie czytałem, podobnie jak całości Protokołów. Zauważyłem jednak ten klasycyzm. Nie wiem czy prof. Janusz Tazbir wyjaśnia dlaczego słowo to użyte zostało w tym kontekście i co ono dokładnie oznaczało dla człowieka, który protokoły stworzył. Myślę, że osoba ta dobrze się orientowała, w komunikacji niejawnej, której istnienia nikt przecież zaprzeczał nie będzie. Tam słowo klasycyzm musi znaczyć dokładnie to, co zostało wskazane w tym akapicie. Jeśli jednak my, chodząc do szkoły i na wyższe uczelnie, nie jesteśmy zaznajamiani z tym znaczeniem, a kładzie się nam do głów inne zupełnie wyjaśnienia terminu, to jak nazwać tę sytuację? Chyba psuciem młodzieży? Tak myślę. Okay, może to jest jakiś błąd tłumaczenia, ale w takim razie poproszę o wyjaśnienie na czym on polega i co miało tam być zamiast klasycyzmu. Sam zaś zaproponuję taką oto definicję – klasycyzm to powierzchowne naśladownictwo bez zrozumienia, dotyczy ono nie tylko klasycznej Grecji, ale wszystkich epok, w których można wskazać czasy najgłębszego upadku i nazwać je „wiekiem złotym”. Całość – co było do okazania – służy deprawacji kolejnych pokoleń.

 

Na koniec prośba od mojego kolegi

 

Polski Związek Niewidomych Okręg Lubelski Koło w Rykach zwraca się z prośbą o wsparcie finansowe na rzecz Koła.

 

Polski Związek Niewidomych w Rykach zrzesza osoby niepełnosprawne z dysfunkcją narządu wzroku, które z racji swojego inwalidztwa często żyją w izolacji. Organizujemy szkolenia, wycieczki, spotkania, które integrują osoby niewidome i słabowidzące w celu ich społecznej integracji, wyrównywania szans w dostępie do informacji, edukacji, zatrudnienia i szeroko pojętej aktywności społecznej a także w celu ochrony ich praw obywatelskich.

Efektem spotkań są min. oddziaływania psychologiczne, przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu, akceptacja niepełnosprawności, które mają ogromne znaczenie w przypadku osób niewidomych.

Dzięki przyjaznej dłoni ludzi dobrej woli możliwa jest realizacja naszych celów i zamierzeń. W imieniu naszego stowarzyszenia oraz jego członków wyrażamy głęboką wdzięczność za ofiarowaną pomoc i życzliwość.

 

Jeśli nie masz innej możliwości – można nam pomóc w działaniu przeznaczając 1,5 % podatku na PZN w naszym powiecie.

 

Krajowy Rejestr Sądowy – nr KRS: 0000007330

z dopiskiem na cel: Koło w Rykach

sty 222023
 

Wielu z nas pamięta książkę Edmunda Niziurskiego pod tytułem Sposób na Alcybiadesa. Ja ją pamiętam średnio, więc jeśli coś pokręcę to mnie poprawcie. Chodzi o to, że w szkole funkcjonuje metodologiczne podziemie, które – negując dokonania państwowych metodyków nauczania – kreuje całkiem inną, bardziej zindywidualizowaną formułę nauczania. Nie ma zasad ogólnych, są tylko szczegółowe. Te zaś nie przypisane są poszczególnym dziedzinom wiedzy, ale indywidualnościom prowadzących. I to jest zasadne, ale od twórców tego systemu wymagało, o czym musimy pamiętać, bardzo gruntownych studiów, które zapewne nie odbywały się w jednym cyklu kształcenia młodzieży – a klas było wtedy jedenaście – tylko tworzyły pewną tradycję. Żeby tradycja przetrwała, muszą istnieć strażnicy tradycji, czyli kapłani. Oni jednak nie mogą pozostawać w szkole dłużej niż przewiduje to regulamin i obowiązujące prawo. Tajemnica musi być więc przekazywana w drodze inicjacji. I tak, o ile pamiętam, właśnie jest. Wejście w jej posiadanie, a nie ma jednej tajemnicy, jest ich tyle ilu pedagogów zatrudnionych w tej placówce, sporo kosztuje. Jest cennik i hierarchia. To wskazanie – tajemnica i metoda muszą kosztować – zadaje kłam niektórym twierdzeniom, ujawnionym tutaj wczoraj, jakoby filozofowie jeździli do Delf po pieniądze. Otóż nie, Niziurski pisze wyraźnie, że po tajemnice i metodę przychodzi się z pieniędzmi. Jakie są kłopoty z ich zdobyciem pamięta każdy, kto przeczytał tę książkę. O ile dobrze pamiętam, główni bohaterowie chcieli posunąć się nawet do kradzieży. Co w opresyjnym systemie szkolnym i politycznym nie skończyłoby się dla nich dobrze.

Z czego wynika sens istnienia podziemia metodologicznego? Z całkowitego pogubienia i braku płaszczyzny, na której nauczający i nauczany mogliby się porozumieć. Poszczególne przedmioty są jak ciemne korytarze, w które ma wkroczyć adept nauki, nie zaopatrzony w zasadzie w nic, w żadne praktycznie potrzebne narzędzie. Ma tylko podręcznik i zeszyt, w którym usiłuje – mieszcząc się w przepisanym regulaminem czasie – notować treść dyktowaną przez nauczyciela. Każdy kto czytał książkę Niziurskiego rozumie, że było to i jest nadal całkowicie wadliwe. Ten system nie działał i nie działa nadal. Konsekwencje jednak jego zastosowania ponosi każdy uczeń indywidualnie. Dlatego właśnie istniało podziemie, żeby podobnemu systemowi indywidualizacji poddać kadrę nauczycielską i zastosować wobec niej sposoby, które posłużyłby – niczym latarnia czarnoksięska – do oświetlenia ciemnych korytarzy wiedzy. Żeby jednak wejść do metodologicznego podziemia trzeba przede wszystkim chcieć, a to znaczy rozpoznać własne deficyty. Te zaś także bywają zindywidualizowane, bo jeden nie umie matematyki, a inny geografii. Potem odnaleźć kapłanów, a następnie zdobyć dla nich pieniądze. Kwota, którą należy zapłacić za metodę – gwarantowaną i skuteczną – była wysoka. Kapłani zaś, tacy jak Wątłusz, nie negocjowali.

W trwającym jedenaście lat systemie edukacji trzeba było dobrze rozważyć jak zagospodarować swój czas i środki przeznaczone na przetrwanie, bo do tego sprowadzał się wybór pomiędzy pozostaniem na powierzchni zjawisk edukacyjnych, a wejściem do tajemniczego świata strzeżonego przez kapłanów metodologicznego podziemia. Główni bohaterowie zdecydowali się w końcu, że podejmą wyzwanie i zakupili sposób, który miał im ułatwić przebrnięcie przez ciemny korytarz nauk historycznych. Dodam jeszcze tylko, że wszyscy pracujący w tej placówce nauczyciele opisywani są przez Niziurskiego, jak demony posiadające nadludzkie moce. I to zapewne była prawda, o czym wiemy także my, choć tylko nieliczni z nas musieli chodzić do szkoły, gdzie nauka trwała jedenaście lat. Podziemie więc było naturalną konsekwencją ich – mam na myśli demony –  obecności w systemie.

Rozwój akcji przekonuje nas, że było ono także konieczne ze względu na merytoryczną zawartość każdego bloku programowego. To z czym nas zapoznaje Niziurski dotyczy akurat historii, gdzie jest zawsze najwięcej niedomówień i najwięcej przestrzeni do dyskusji i ustaleń indywidualnych, ale możemy sobie wyobrazić, co by było gdyby bohaterowie kupili sobie sposób na matematyka, albo geografa. Odsłoniłby się przed nami inny zupełnie świat, w którym obowiązywałby zasady, o jakich wcześniej nawet nie pomyśleliśmy. W grę bowiem nie wchodziłoby na pewno zakuwanie wzorów, ani uczenie się mapy, ale obserwacja i wchłanianie całkiem innych zależności. Tamte sposoby jednak miały swoją cenę i też, zapewne, obnażały absurd systemu i jego nieskuteczność. Ujawnienie ich jednak byłoby niezrozumiałe dla czytelnika. Na obszarze nauk humanistycznych najłatwiej było Niziurskiemu wytłumaczyć, jak powinni działać metodologiczne podziemie.

Wskazuje on wyraźnie, jakim absurdem była szkoła, albowiem nauczyciel historii, którego postępowanie i postawa jest przedmiotem badań nową, zakupioną właśnie metodą, nosi przezwisko Alcybiades. O ile dobrze pamiętam, przez to, iż uważa on, że Alcybiades, uczeń Sokratesa, był wybitną postacią w historii Aten. To jest nieprawda, co łatwo stwierdzić, no chyba, że ktoś przeszedł wadliwy, całkowicie oszukany kurs historii, a do tego jeszcze zamiast bezmyślnie powtarzać zawarte w nim formułki, co bywa ratunkiem czasami,  rozwinął go w oparciu o własne jakieś fascynacje i emocje. Nie dość, że rozwinął, to jeszcze próbował swoją wizję narzucić młodocianym. Czyli co robił? Psuł młodzież, to chyba oczywiste. Młodzież ta, intuicyjnie i odruchowo udała się wprost do kapłanów zarządzających metodologicznym podziemiem, po to, by się ratować przed fałszem i obłędem kreowanym przez tego całego Misiaka. Tam zaś wytłumaczono im, nie za darmo oczywiście, że o ratunku nie ma w ogóle mowy, trzeba po prostu wciągnąć Alcybiadesa w pułapkę. To zaś oznacza, że trzeba przyjąć wyzwanie. Na tym bowiem polegała istota metod wypracowanych przez kapłanów podziemia i na tym polegała tajemnica tej tradycji – fałszywe afirmację zastępowano prawdziwą. Nauczyciel – zwany w książce gogiem – nie narzucał swojej wizji przedmiotu lub wizji zadekretowane przez system polityczny, albowiem mu to skutecznie uniemożliwiano. Sam był wciągany w pewien rodzaj fascynacji młodzieżą i jej zachowaniami, które prowadziły go do uzależnień od wykonywanej pracy. Czy miało to coś wspólnego z zepsuciem w rozumieniu antycznym? W przypadkach omawianych w książce akurat nie, ale dobrze wiemy, że życie niosło i niesie nadal różne niespodzianki.

Alcybiades – ten prawdziwy – był świnią i intrygantem. Był jednak także uczniem Sokratesa, co paraliżowało i nadal paraliżuje metodyków zajmujących się przekazywaniem wiedzy. Uważają oni ponadto, że jego metoda (Sokratesa) – zadawania podchwytliwych pytań – prowadziła do ukształtowania charakterów. Do niczego nie prowadziła i są na to liczne dowody. Nie po to ją bowiem stosowano. Tak, jak nie po to pisze się programy nauczania dzieci i młodzieży, żeby czegoś uczyć. Pisze się je po to, by system mógł absorbować nowe ofiary, ma on bowiem wszelkie cechy pogańskiego systemu religijnego, gdzie konieczne jest składanie ofiar, a także wykonywanie długotrwałych i ściśle określonych co do czasu i sposobu rytuałów. To jest istota systemu, a nie nauczanie czegokolwiek. I dotyczy to zarówno szkół powszechnych, szkół średniego szczebla, jak również akademii. Czy wobec tego istnieje dziś jakieś metodologiczne podziemie? Nie wiem. Jeśli tak, nie jest ono już jednak tak zindywidualizowane jak w książce Niziurskiego, albowiem wydłużył się dystans pomiędzy wykładowcą a uczniem. I wypadałoby się zastanowić jak ta sytuacja wpływa na ucznia. Moim zdaniem fatalnie, to znaczy nie ma on już, indywidualnie i w grupie, na wciągnięcie nauczyciela w żadną pułapkę. Nie ma ucieczki od obłędu, który narzuca szkoła i nie ma ucieczki od zinstytucjonalizowanych błędów metodologicznych i merytorycznych, jakie ona szerzy. Jedyną pociechą jest to, że nauka nie trwa już jedenaście lat, tylko osiem. No i świat się nieco zmienił, to znaczy, informacje można weryfikować poza szkołą. Te jednak, które uda się zweryfikować, nie mają znaczenia w systemie. To zaś z kolei oznacza, ze Słowacki wielkim poetą był, a Alcybiades uczeń Sokratesa był wybitnym Ateńczykiem. I nic ponad to się nie liczy.

 

sty 212023
 

Diogenes Laertios pisze, że Sokrates odrzucił poszukiwania, którym oddawali się filozofowie przyrody, albowiem uznał je za niepraktyczne dla człowieka. Zajął się czym innym, a czym wszyscy wiemy – filozofią moralną, skupioną na człowieku i jego postawach. Czy to znaczy, że ona była praktyczna? Możemy teraz rozpocząć dyskusję, co to znaczy – praktyczna i dlaczego Laertios tak napisał? Sokrates chodził po ulicach i plątał się po Agorze, tam zaś zaczepiał ludzi, także wpływowych i zadawał im różne pytania. Te pytania doprowadzały niektórych z nich do furii, albowiem Sokrates był człowiekiem dobrze zorientowanym i wiedział o co pytać. Nie uprawiał filozofii przyrody, nie pytał więc zapewne o to, dlaczego słońce świeci. Już prędzej o to, co bracie ukradłeś i gdzie to trzymasz? Był wszak moralistą.

Co prawda Laertios nie zostawił nam ani jednego przykładu – o co dokładnie pytał Sokrates przedstawicieli demokratycznego rządu Aten, ale przekonał – mnie przynajmniej – żeby nie ufać za bardzo temu co o Sokratesie napisał Platon. Pisze nam bowiem Laertios, że zdarzało się nagminnie, iż Sokratesa lżono, a czasami także targano za włosy. Raz jeden nawet ktoś kopnął go w tyłek, a mistrz udał, że tego nie widział. Rzeczywiście, filozofom przyrody nie mogły się przytrafić takie rzeczy, była ona bowiem – ta filozofia zbyt niepraktyczna. Kogo w końcu może obchodzić jakiś bezkres czy ogień czy też atomy, których nie widać. Ktoś może powiedzieć, że Laertios mógł się mylić, a Platon nie, bo przecież Platon znał osobiście Sokratesa. Jasne, był jego ulubionym uczniem, sam to napisał, choć nie wszyscy się z tym zgadzali. Ja od siebie dodam, że Leartios na pewno nie ustrzega się błędów i za chwilę wskażę o jakie błędy mi chodzi. A są one doniosłe. Jakoś tak się składa jednak, że one akurat nie budzą większego zainteresowania, cała uwaga badaczy i entuzjastów filozofii starożytnej skupiona jest bowiem na czymś innym. Na tym moralnym wymiarze filozofii Sokratesa i na jego życiu, skromnym, pełnym oddania uczniom i prawdzie, którą starał się wydobyć z każdego, nazywano bo bowiem akuszerem prawdy. Jego matka była wszak położną. Tak, jak Giovanni Reale pisze, że filozofia rozkwitła w Jonii i Italii, bo tam było najwięcej wolności i gospodarcza dynamika wyprzedzała inne obszary zamieszkałe przez Greków, tak Diogenes Laertios pisze, że Sokrates nie opuszczał Aten, bo go to nie interesowało. Żył w mieście, a jedyne podróże jakie odbywał związane były z udziałem w kampanii przeciwko Sparcie.

Giovanni Reale wskazując na Jonię i Italię, omija dziwnym manewrem całą historię Zenona z Elei i innych jego towarzyszy, którzy wystąpili przeciwko tyranom w swoim mieście. I teraz znajdźcie w sieci choć dwa zdania o tych tyranach, którzy skazali na śmierć Zenona. Ten zaś przed ową śmiercią odgryzł jednemu ucho, a jak chcą inni nos. Następnie został utłuczony na miazgę w moździerzu. Ciekawe swoją drogą, jak to wyglądało? I jakie urządzenie służyło do tego tłuczenia. Tyrani rządzący Wielką Grecją, o których dowiadujemy się studiując historię Platona, przekonującego do czegoś tyrana Syrakuz, nie istnieją w momencie, kiedy sławni badacze omawiają historie eleatów, bo to im przeszkadza w wyjaśnieniu fenomenu filozofii jońskiej i italskiej. Żeby była filozofia musi być bowiem wolność polityczna i gospodarcza. Ta zaś była właśnie tam – w Jonii i Italii.

No i potem w Atenach, kiedy żył Sokrates, który został – przez demokratyczny rząd – skazany na śmierć.

Diogenes Laertios zaraz po tym, jak napisał, że Sokrates nigdy nie wyjeżdżał, mówi, że był on jednak w Delfach, a także na Samos. Nie wiem jak Wy, ale ja myślę, że są to kluczowe kierunki i miejsca. Wielu filozofów odwiedzało obydwa, ale nie wiemy dokładnie po co. Na Samos rządził Polikrates zlikwidowany następnie przez Persów, a sama wyspa była kluczem do Morza Egejskiego, punktem przeładunku złota spływającego w wodzie rzek i strumieni z gór Azji Mniejszej, a także kontrolerem szlaków ku Sycylii i Apulii. Na Samos – taka hipoteza – jeździło się po pieniądze. Po co jeździło się do Delf, każdy już sobie sam dośpiewa – po instrukcje. Oczywiście z tymi pieniędzmi, które pobrało się wcześniej na Samos w kantorku u Polikratesa. W Delfach wyrocznia mówiła co i jak. Sokrates był w Delfach i pytia powiedziała mu, że jest najmądrzejszy. Dostał gwarancje jednym słowem i były to gwarancje boskie. Był bowiem Sokrates człowiekiem religijnym. No, ale cóż mogą obchodzić boskie gwarancje demokratyczny rząd republiki ateńskiej? W dodatku prowadzący wojnę z Peloponezem?

Porzućmy na chwilę te delikatne szyderstwa i skupmy się na wspominanym tu już realizmie Sokratesa. Jest to realizm rozumiany potocznie, a nie kategoria filozoficzna, znana z czasów późniejszych. Chodzi o to, że Sokrates nie zajmuje się jakimiś niesprawdzalnymi dyrdymałami, ale interesuje go kto jak się prowadzi i wpływ owego prowadzenia na stan państwa. W dodatku Sokratesa interesowały te sprawy w wymiarach dość szczegółowych. Gdyby było inaczej, nikt nie targałby go za włosy i nie kopał po tyłku.

Widzimy więc, że postawa i metoda Sokratesa wiązała się z pewnym ryzykiem. Miała jednak boskie gwarancje. Wniosek stąd płynie następujący – Sokrates był uzurpatorem i za pomocą swojej metody, jakże nowatorskiej, a także gwarantowanej przez najważniejsze bóstwa, próbował wpływać na demokratyczne rządy. I nie jest to żadne odkrycie, bo wszyscy piszą, że reprezentował on, oddaloną od władzy, oligarchię. Przedstawicielem tej oligarchii był oczywiście Platon, jego najzdolniejszy uczeń. Czy Sokrates miał jeszcze innych uczniów? Tak, i były to same mendy, jeden w drugiego. No, może się trochę zagalopowałem – prawie same mendy. I nie mówcie mi, że nie mogę tak napisać. Filozofia moralna nie chadza bowiem na kompromisy, czego dowodem jest sam Sokrates. Najważniejszymi uczniami byli Alcybiades i Kritias, wprost próbujący zmienić ateński ustrój z demokratycznego na oligarchiczny. Dodajmy do tego Arystypa z Cyreny, który był jeszcze bardziej praktyczny od Sokratesa, był do tego stopnia praktyczny, że jak tamten został skazany na śmierć, nie pokazał się ani razu w jego celi. Ukrywał się na pobliskiej Eginie, co mu potem wypomniał Platon. Alcybiades i Kritias też byli praktyczni i jak tylko uznali, że dowiedzieli się już od Sokratesa wszystkich potrzebnych rzeczy, poszli w politykę. Ateny przegrały wojnę ze Spartą, a oni stworzyli rząd, przez tę Spartę gwarantowany. Co oczywiście wiązało się z ułożeniem list proskrypcyjnych. Platon się na nich nie znalazł.

Ponoć to Kritias właśnie był autorem spisku przeciwko Sokratesowi. Ten bowiem coś wiedział, wbrew swoim uroczystym i publicznym zapewnieniom, że nie wie nic.

Kiedy nie było już Sokratesa, za sprawą Kritiasa, na śmierć skazano także innego oligarchę – Teramenesa. On także musiał wypić cykutę. Wychylił kielich za zdrowie Kritiasa właśnie. Teramenes reprezentował w tej historii element błędu, niedoważenie, którego nie zauważyli ani demokraci, ani Sokrates. Otóż był on człowiekiem reprezentujących środowiska arystokracji zubożałej. Balansował więc pomiędzy starymi rodami, a nuworyszami panoszącymi się w zgromadzeniu i wskazującymi – jakże słusznie – że Sokrates psuje młodzież. To było łatwe do udowodnienia, wystarczyło wskazać na Kritisa i Alcybiadesa ludzi całkowicie zepsutych i zdeprawowanych.

Możemy wnosić, że Teramenes reprezentował także koła wojskowe, szczególnie zaś flotę. Był bowiem odpowiedzialny za pochówek załóg zniszczonych okrętów, w sławnej bitwie pod Arginuzami. Nie wypełnił swojego obowiązku i groziła mu śmierć. Zamiast niego jednak na śmierć skazano innych. Sokrates próbował ich bronić, ale mu się nie udało. Jego uczniowie zaś – Kritias i Alcybiades – robiący wielkie kariery, zorientowali się, że w Teramenesie mogą mieć praktycznego sojusznika przeciwko demokratom, dlatego go ocalili. Było to zagranie taktyczne. I teraz odejdźmy na chwilę od intryg i skupmy się na ostatniej, wielkiej bitwie Wojny Peloponeskiej, w której najlepsza flota ówczesnego świata – flota ateńska, została rozbita i całkowicie zniszczona przez koalicyjną flotę na której czele stały lądowe szczury ze Sparty. Jak to w ogóle było możliwe, skoro Ateny miały tak wybitnych strategów wychowanych przez tak wybitnego filozofa jak Sokrates?

No właśnie jak?

Po tej bitwie pokój negocjował Teramenes właśnie, a kiedy już go wynegocjował Kritias wpuścił go w pułapkę i skazał na śmierć przez wypicie cykuty, tak jak Sokratesa. Miał bowiem kozła ofiarnego, na którego mógł zwalić winę za klęskę. Potem zaś – już ze spartańskimi gwarancjami – przejął wraz z trzydziestoma tyranami, rządy w Atenach. Historia Sokratesa powtórzyła się w historii Teramenesa. Flota została zniszczona, albowiem oligarchia nie potrzebowała floty, by prowadzić politykę. Nie potrzebowała też armii. Oligarchia potrzebuje jedynie pieniędzy i gwarancji. I to się nie zmieniło do dzisiaj. Skąd się wzięły pieniądze na rządy oligarchiczne w Atenach po zakończeniu Wojny Peloponeskiej? Nie wiem. Gwarancji udzieliła Sparta, to pewne.

Kiedy nie było już Sokratesa, w Atenach pojawił się Diogenes z Synopy. On także był wcześniej w Delfach, a wyrocznia przekazała mu instrukcję dość zagadkową. Powiedziała mianowicie, że ma psuć pieniądze. I on to zrozumiał dosłownie, a wcale nie trzeba było w ten sposób tego pojmować. Tak pisze Laertios. No i stało się to, co się stało. Diogenes wylądował w Atenach, zaczął chadzać na uczty do Platona, a wcześniej był u fryzjera, żeby nie robić siary i nie wyglądać jak dziad. Platon zaś nazwał go Sokratesem szalonym. Tym samym wskazał mu miejsce, czego jakoś nikt nie zauważa. Pytanie czy zrobił to celowo? Można zadać też inne – czy aby na pewno Diogenes źle zrozumiał wyrocznię? No, ale ono implikuje takie konsekwencje logiczne, że ja się nie podejmuję ich teraz rozwijać.

Oceniając postawę Sokratesa i Diogenesa stwierdzić musimy, że z nich dwóch bardziej szalony był Sokrates. Nawet jeśli rozumiał swoja misję, nie potrafił wybrnąć z sytuacji, a to znaczy, że nie rozumiał metody, na którą udzielono mu gwarancji. Ze szczegółami oraz wszystkimi konsekwencjami pojął ją za to Diogenes z Synopy. Dowód na to jest prosty – Diogenes żył długo i umarł spokojnie. Mimo wielkiej dynamiki jego życia. I nie mówcie mi, że życie ludzkie nie jest ważniejsze od filozofii, a postawa Sokratesa zasługuje na uznanie. Nie zasługuje. Na pewno za to zasługuje na uwagę.

sty 202023
 

Proszę Państwa, oto ostatni, zeszłoroczny numer kwartalnika „Szkoła nawigatorów”. Jest trochę spóźniony, ale wszystkiemu winne są okoliczności zewnętrzne. W tym roku żadnych opóźnień nie będzie albowiem prawie wszystkie numery są już zaplanowane, a do wielu są już gotowe teksty. Kosztowało to mnie i nie tylko mnie sporo pracy. Ponieważ jestem już trochę stary i robię się łasy na pochwały, powiem tak – mam nadzieję, że to zostanie dostrzeżone. Niebawem rozpoczniemy sprzedaż prenumeraty na rok 2023, ale poczekajmy z tym jeszcze chwilę. Okładkę do tego numeru projektował Juliusz Wnorowski

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-nr-34-numer-o-zlocie/

sty 202023
 

Diogenes Laertios, którego nie czytałem nigdy wcześniej jest niewyczerpanym źródłem inspiracji. Nie mogłem się wczoraj oderwać od lektury, tylko 7 zyli na allegro i tyle frajdy. Chylę czoła przed filozofami Grecji, albowiem udało im się, mimo licznych przeszkód, utrwalić swoją tradycję i przekonać ludzi, po tysiącach lat, że ich misja polegała na filozofowaniu właśnie. Nie wierzymy bowiem chyba w to, że ktoś celowo utrwala taką wersję, żeby coś ukryć? Na przykład jakaś grupa wtajemniczonych, którzy działają po to właśnie, byśmy nie widzieli rzeczy oczywistych. Ja na pewno w to nie uwierzę, a to ze względu na Diogenesa z Synopy, który miał do czynienia z wtajemniczonymi. Jego imiennik, autor książki, którą wszyscy oprócz mnie znali, nie wyjaśnia kim byli owi wtajemniczeni, ale pojawili się u Diogenesa pewnego dnia i zaproponowali mu wtajemniczenie, w zamian – uwaga – za lepsze miejsce w Hadesie. Diogenes ich wyszydził. Czy możemy do analizy tego zdarzenia zastosować metodę czystej spekulacji, którą zaproponowali światu filozofowie? Myślę, że tak. Ktoś określany wyrazem wtajemniczony, a jest to cała grupa osób, co implikuje wniosek następujący – grupa osób musi mieć jakieś wpływy – nie szuka popleczników. No chyba, że ten o kogo zabiega – co zostało odnotowane przez Laertiosa – ma jakieś atuty, których wtajemniczonym brakuje. Jakie atuty mogą uwodzić wtajemniczonych w Diogenesie? Osobniku, który jadł publicznie, masturbował się publicznie, żebrał nachalnie, włączał się do dyskusji niepytany, wdawał się w liczne awantury, nie szanował hierarchii jawnych, w dodatku nędzarzu? To może być tylko jedno – głębsze wtajemniczenie. Musiało być ono bardzo głębokie, skoro ci kolesie, co tam przyszli położyli na szali argument tak ważki, jak miejsce w piekle. Musieli być oni jeszcze w dodatku bardzo religijni, a także ufać, że podobną postawę reprezentuje Diogenes.

Fragment o wtajemniczonych jest absolutnie demaskatorski, ale są tam lepsze kawałki. Diogenes w drodze z Aten na Eginę, gdzie nie jest wcale daleko, został porwany przez piratów. Na omówienie roli piratów w polityce wewnętrznej polis, przyjdzie chyba kiedyś czas. Na czele tych piratów stał osobnik imieniem Skripalos. I ja wczoraj wpisałem sobie tego Skripalosa w gogle i oto co mi wyszło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Siergiej_Skripal

Nie mówcie mi, że to jest przypadek. Żadnych innych Skripalosów w całym, wielkim Internecie nie ma. Diogenes, znany w całych Atenach i okolicy został zabrany na Kretę i tam sprzedany w niewolę. Kupił go bogaty mieszkaniec Koryntu imieniem Kseniades. Na targu niewolników Diogenes zachowywał się ze zananą wszystkim bezczelnością i to on wybrał Kseniadesa, jako swojego pana, co zostało potraktowane jako ciekawostka i nie podlega żadnym interpretacjom. Kseniades zabrał Diogenesa do swojego domu w Koryncie i zrobił go zarządcą, a także wychowawcą synów. Diogenes zaś – tak to opisuje jego imiennik – poustawiał wszystko tak, że chodziło jak w zegarku. Synów zaś ostrzygł najpierw do gołej skóry, zabronił im upiększać ciało czymkolwiek, nie pozwalał – kiedy chodzili po mieście – na oglądanie się na boki i rozmowy z kimkolwiek, szczególnie zaś ze starszymi mężczyznami, a także nauczył ich jazd konnej, strzelania z łuku, rzucania oszczepem i walki mieczem. Jak na żebraka żyjącego w beczce, abnegata i wygnańca bez domu, który kręci się po kraju w pożyczonym płaszczu, z jedną żebraczą torbą, Diogenes prezentował dość zaskakujący zestaw umiejętności.

Dla mnie osobiście największym szokiem w życiorysie Diogenesa było coś innego.  Zanim zdradzę co, opiszę pewną wizję tej postaci. Jego najbardziej zapamiętuje się z kursu filozofii, a tym co zostaje w pamięci, są podkreślane przez wykładowcę kontrowersyjne cechy Diogenesa. Zminimalizowanie potrzeb, weredyczne usposobienie, gwałtowny temperament, wszystko to, jednym słowem, co odróżniało go od ateńskiej elity i powodowało, że działał jak magnes, przyciągając młodych i starych, którzy chcieli zostać jego uczniami. Na podstawie tych informacji każdy sobie jakoś tego Diogenesa wyobrażał. Czytamy ten jego życiorys złożony z trudno układających się w chronologię kawałków i nagle dowiadujemy się, że wydawał pieniądze na fryzjerów i golarzy. To jest duża rzecz. Facet, co śpi z psami w beczce, je byle co, wyznaje iż zebrane pieniądze przeznacza na utrzymywanie schludnego wyglądu. Mamy tu więc pewną sprzeczność. Tylko skąd ona się wzięła? Bo mam wrażenie, że Laertios nie widzi w tym żadnej sprzeczności. Widzimy ją tylko my, albowiem przez wieki postać i zachowania Diogenesa zostały utrwalone w pewnych schematach, najprawdopodobniej całkowicie fałszywych. Diogenes miał pieniądze. Miał ich nawet całkiem sporo, albowiem nie tylko brał chadzał do fryzjerów, ale także bywał na składkowych ucztach organizowanych przez Platona. Jego relacja z Platonem jest interesująca, bo wygląda na to, że Diogenes zwalczał Platona i jego idee. Jakże słusznie zresztą. Platon, człowiek wpływowy, zapewne wtajemniczony, zajmujący się pisaniem i upublicznianiem swoich myśli, musi – tak to wygląda – tolerować u siebie Diogenesa, który robi mu same przykrości. I jeszcze wytka mu obżarstwo. Idee zaś wyszydza i znajduje w tym zwolenników. Postawa Diogenesa nie jest więc przymusem, ale wyrazem woli, a poza tym jest pewną stylizacją i dowodem przeprowadzonym na samym sobie. Diogenes negując ateńską hierarchię stylu życia zyskuje zwolenników gotowych mu płacić za to, że istnieje. I to jest ważna wskazówka. Można oczywiście dyskutować czy Diogenes był samodzielny, ale nikt tego nie czyni – chyba. Postawmy więc tu taki problem – czy Diogenes wykreował sam siebie, czy ktoś może stymulował tę jego kreację? Bo, że nie miała ona nic wspólnego z wizją, którą nam przekazano na kursie filozofii, to już raczej pewne.

Diogenes jest człowiekiem moralnym, ale pod pewnymi względami jedynie. Gros jego życiorysu u Laertiosa zajmują opisy interwencji w molestowanie młodzieńców. I to jest – jak sądzę – znamienne i decydujące. Diogenes, widząc jak jakieś dziady prowadzą chłopaczka na ucztę, odbiera im go i zwraca rodzicom. Kiedy widzi wystrojonych młodzieńców prawi im kazania, szydzi z nich i zachęca do prowadzenia życia surowego. Jego postawa, czy też stylizacja, służy więc temu, by wyemitować komunikat – chłopcy, nie musicie żyć tak, jak ja, ale przynajmniej przestańcie się łajdaczyć. To jest oczywiście moja opinia, a nie dowód. Kilka razy wspomina Laertios, że jacyś ludzie próbowali za pomocą kijów albo pięści wymusić coś na Diogenesie. To się za każdym razem kończyło dla nich źle. Nigdzie nie jest powiedziane, że Diogenes był atletą, ale jak jeden taki napadł go na ulicy i trochę pobił, na drugi dzień Diogenes pożyczył skórzane rękawice, znalazł go i spuścił mu publiczny łomot. I nikt nie protestował, ani nie stawał w jego obronie. Większość Ateńczyków musiała dobrze wiedzieć, że nie należy zadzierać z Diogenesem. Jak inaczej tamci, co prowadzili to dziecko na ucztę, pozwoliliby je sobie odebrać komuś takiemu jak Diogenes?

Najciekawszy jest jednak początek kariery Diogenesa. Był on mianowicie synem bankiera z Synopy, państwowego bankiera dodajmy. No i obaj – ojciec i syn – fałszowali pieniądze, żeby trochę zarobić. Tak to jest przedstawiane. Potem, kiedy sprawa została wykryta, wypędzono ich z miasta. Fałszowanie pieniędzy w centralnym banku nie służy, jak sądzę, realizowaniu osobistych korzyści. Służy temu, by niewielkim i cudzym kosztem zdobyć budżet na jakiejś przedsięwzięcia polityczne. Takich rzeczy się nie udowadnia, ale jak ktoś się trochę w tych sprawach orientuje, potrafi wskazać momenty w historii, gdzie już z daleka czuć zapach stali i skór przeznaczonych na wyposażenie armii zwerbowanej za to zaoszczędzone przy produkcji monet srebro.

Synopa była w bliskich związkach z Kolchidą, a obydwie te krainy były koloniami Miletu. Ten zaś został zniszczony przez Persów. Nie wiemy jaka była sytuacja w Synopie, ale obecność Diogenesa w Atenach świadczyć może, że Ateńczycy rozumieli sytuację i nie mieli mu za złe tej afery. Elity Synopy zaś musiały się jakość odnieść do sytuacji, bo nie można było przecież zostawić sprawy tak po prostu – jawna defraudacja mogłaby być przecież uznana za zdradę, a za mniejsze rzeczy niż fałszowanie monet skazywano w Grecji na śmierć.

Na koniec jeszcze jedno. Diogenes brał udział w bitwie pod Cheroneą. Przeżył, a to może oznaczać – choć nie musi – że odznaczał się wyjątkową sprawnością wojskową. Postawiono go przed obliczem samego króla Filipa, kiedy było już po wszystkim. No i Diogenes – jak pisze jego imiennik Laertios – nawrzucał królowi Macedonii od najgorszych. Ten zaś ujęty jego postawą i bezkompromisowością, zwolnił go i pozwolił wrócić do Aten. Później wszyscy  – Macedończycy i Grecy – w najlepszej zgodzie zawiązali porozumienie w Koryncie, połączyli budżety – nie wiemy kto nadzorował mennice, ale pewne sugestie dałoby się wysnuć – a potem ruszyli na Persję. I zatrzymali się dopiero przy granicy z Indiami.

Diogenes został w Koryncie, gdzie to całe porozumienie zawarto, a legenda mówi, że zmarł w sędziwym bardzo wieku, w tym samym dniu, w którym w Babilonie rozstał się z życiem Aleksander Macedoński.

Na dziś to tyle, choć temat jest mocno rozwojowy i zastanawiam się czy nie napisać o tym Diogenesie jakiejś małej książeczki.

sty 192023
 

Znalazłem wreszcie książkę w języku polskim, która opowiada o początkach uniwersytetów.  Napisał ją profesor Jan Baszkiewicz i jest ona łatwo dostępna na allegro. Ma swoje lata, bo wydano ją w roku 1963 i zawiera treści dość kontrowersyjne, których zweryfikować nie potrafię.

Z ciekawostek tam umieszczonych najlepsza jest taka – w średniowieczu traktowano uniwersytet jako trzecią władzę, po papieskiej i cesarskiej. Była to więc instytucja poważna i choć nie prezentowała się tak wspaniale jak dzisiaj, nie miała wydzielonego obszaru z budynkami i infrastrukturą, jej wpływy były wielkie. Oczywiście w książce Jana Baszkiewicza sporo miejsca poświęcone jest filozofii starożytnej i wprowadzeniu jej najpierw do szkół biskupich i klasztornych, a stamtąd na uniwersytety, które – jak pisze Jan Baszkiewicz – nie były prostą kontynuacją działalności tych placówek.

Uniwersytety, a wcześniej szkoły klasztorne, rywalizowały ze sobą, o to która z nich jest bardziej szacowna i ma dłuższą tradycję. W tym celu preparowano dokumenty, w manierze XIII wieku, i podpisywano pod nimi donatorów – cesarza Teodozjusza na przykład, a jakby tego było mało jeszcze Cycerona. Tak zrobiono w Bolonii, uchodzącej za najstarszy uniwersytet w Europie. Mnie to zastanowiło, albowiem skoro pojawił się tam Cycero, to znaczy, że „odkryto” już filozofię antyczną. Nikt nie posunął się, co prawda, do tego, by podpisać pod taką fałszywką Arystotelesa, ale Cycero też jest niezły i świadczy o tym – co potwierdza Baszkiewicz – że kwestie metody i dowodu były w tamtych czasach traktowane dość luźno. Najważniejsze było, by udowodnić swoja pozycję. Możemy więc pokusić się o takie stwierdzenie – żeby udowodnić wyższość i postawić się na lepszej pozycji, a następnie ją obronić w dyskusji lub w walce na pięści czy też jakieś narzędzia, trzeba zastawić pułapkę.

Ja może teraz zacytuję fragment książki Baszkiewicza, który poprzedza ten kawałek, gdzie autor pisze o „odkryciu” wiedzy antycznej, co dokonało się w Hiszpanii zajętej przez Maurów i w Italii.

 

W miarę postępu wiedzy ludzie światli coraz wyraźniej dostrzegali wtórność, nieautentyczność nauki uprawianej w szkołach biskupich i klasztornych. Prymat problemów teologicznych, niechęć do zainteresowań doczesnych, do badań nad człowiekiem i jego naturą prowadziły do skostnienia tych szkół. Między VI a XII stuleciem ich programy zmieniły się minimalnie. Tętno pracy naukowej było słabe. Przepisywano wprawdzie uczone księgi w zakonnych skryptoriach, ale kopiści nie angażowali się w tę pracę intelektualnie, nie przeżywali żadnych naukowych emocji.

Nie wiem skąd Jan Baszkiewicz ma takie informacje – że nie przeżywali – ja od razu przypomniałem sobie Księgę z Kells i myślę, że jednak coś tam przeżywali w tych klasztorach i szkołach biskupich. Tyle, że wciąż jest to mało zbadane, albowiem wszystko przesłania odkrycie antyku i pisma ówczesnych filozofów, które odnaleziono we fragmentach.

Niektórzy już wiedzą do czego zmierzam i szykują argument – w średniowieczu nikt jeszcze nie rozumiał na czym polegała czysta spekulacja i jej wyższość nad metodami szczegółowymi. To jest zdobycz czasów późniejszych. No tak, ale ja właśnie o czasach późniejszych chcę mówić. Najpierw jednak cytat

Kiedy od końca XI wieku zaczęło wzrastać zainteresowanie „pogańską”, grecką i arabską filozofią oraz prawem rzymskim – autorytety kościelne, kierownicy szkół biskupich i klasztornych prawdziwie się przerazili. Każda nieco śmielsza nowość filozoficzna prowokowała wołanie o pojawieniu się nowej herezji lub o nawrocie pogaństwa. Obawa przed powrotem poganizmu była prawdziwą obsesją w średniowiecznym Kościele.

I dalej:

W utworach wielkich Greków: Platona, Arystotelesa, Euklidesa, Ptolemeusza, Hippokratesa, w dziełach Arabów: Rhaziego, Awicenny, Awerroesa szukano wiedzy o świecie, szukano prawd odkrytych rozumem ludzkim.

Tako rzecze Jan Baszkiewicz. Jak wczoraj sprawdziłem, był on równolatkiem mojego ulubieńca z ostatnich dni, czyli prof. Giovanniego Reale. Baszkiewicz urodził się w roku 1930 i zmarł w roku 2011, a Reale urodził się w roku 1931, a zmarł w roku 2014. Obaj reprezentowali tę samą instytucję, którą w średniowieczu, przynajmniej przez jakiś czas uważano za trzecią władzę – uniwersytet. Obaj mieli obowiązek posługiwać się metodami, które starożytni wypracowali w mozole po to, by dociekać istoty i całości bytu. Jak widzimy Jan Baszkiewicz przeciwstawia „dobrą” starożytną metodę badań, „złej” średniowiecznej. Reprezentująca ją bowiem hierarchia obawiała się – całkiem bezpodstawnie przecież – nawrotu pogaństwa. A jakby tego było mało, sama nie miała żadnych widowiskowych dokonań, ciągle tylko kazała kopiować te manuskrypty. Znów przypomnę – Book of Kells – IX wiek. Ciemnota i zacofanie, nic nowego nie powstaje, od VI wieku tylko kopiują i kopiują, a dopiero w XI odkrywają nagle ten antyk i robi się afera. Niestety nie umiem wskazać w jakich okolicznościach i za czyją dokładnie sprawą „odkryto” pisma antycznych filozofów i jak trafiły one, od razu, do łacińskich kopistów, a stamtąd do ośrodków kolportujących wiedzę, zwanych uniwersytetami, ale liczę, że ktoś mnie oświeci w tym względzie.

Giovanni Reale zaś, w rozdziale swojej fantastycznej książki Historia filozofii starożytnej zatytułowanym Natura i problemy filozofii starożytnej pisze tak:

Powiedzmy od razu, że według tradycji twórcą terminu filozofia miał być Pitagoras. I chociaż nie jest to historycznie pewne, jest prawdopodobne. Termin został z całą pewnością ukuty przez umysł religijny, który zakładał, że pewne i całkowite posiadanie mądrości (sofia) możliwe jest jedynie dla bogów, a równocześnie podkreślał, że dla człowieka możliwe jest tylko dążenie do mądrości, ciągłe przybliżanie się, miłość do niej nigdy w pełni nie spełniona i stąd właśnie bierze się nazwa filo-sofia: umiłowanie mądrości.

Dalej czytamy o tym, że filozofia chce być czysto racjonalnym czyli rozumowym, wyjaśnieniem tej całości, która jest przedmiotem jej dociekań. I to wszyscy rozumiemy, albowiem większość z nas chodziła na podstawowy kurs filozofii, na którym nudziła się śmiertelnie. Racjonalne jednak poznanie już na samym wstępie – o czym pisze Giovanni Reale – zakłada istnienie bóstwa. Pytanie czy poznawalnego racjonalnie czy nie? Bo jeśli nie, to chyba jest tu jakiś kłopot. Rozumiem, że setki ludzi przede mną mierzyło się z tym problemem i nie jest on żadną nowością. Ponieważ nie jestem filozofem, ale autorem historyjek publikowanych w sieci i na papierze, chciałbym na tym gruncie postawić całą sprawę. Mam bowiem wrażenie, przyglądając się pismom dwóch profesorów żyjących w tym samym czasie, z których jeden jest prawnikiem i historykiem, a drugi historykiem filozofii, że nigdy nie ruszyliśmy się z tego miejsca, w którym władze uniwersytetu w Bolonii postanowiły sfałszować dokument dowodzący starożytności tej placówki i podpisały pod nim cesarza Teodozjusza, a także Cycerona.

– Ruchu nie ma – powiedział Zenon z Elei – a Achilles nigdy nie dogoni żółwia, albowiem najpierw musi się znaleźć w połowie drogi, a wtedy żółw będzie już w połowie tej połowy.

Ponoć Diogenes z Synopy, jak mu powiedzieli, że ruchu nie ma, wyszedł z beczki i zaczął chodzić w tę i nazad. No, ale on nie kierował poważną placówką naukową więc mógł sobie pozwalać na takie ekstrawagancje jak chodzenie. Z profesorami jest znacznie gorzej. Oni muszą przekonać studentów nie tylko do takich banałów jak brak ruchu, ale także do nieistnienia Pana Boga, diabła, a także Księgi z Kells. I dostają na to naprawdę wiele czasu – 1930-2011, 1931-2014. I niech mi nikt nie mówi, że się nie starali.

sty 182023
 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kobieta-w-miescie-polskim-w-drugiej-polowie-xvi-i-w-xvii-wieku/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/misyjne-karawany-kardynala/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kobieca-policja-panstwowa-w-walce-z-miedzynarodowym-handlem-ludzmi/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/david-livingstone/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/afera-joska-mitzenmachera/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/czlowiek-z-ognia/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/na-dworze-wielkiego-chana/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/gry-napisy-na-kamieniu-porosna-mchem/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/dotrzec-do-tronu-smoka/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/peregrinationes-pielgrzymki-w-kulturze-dawnej-europy/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/na-wozie-i-pod-wozem-autobiografia-oficera-wywiadowczego-dwojki-1890-1945/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/polska-w-oczach-francuskich-kol-rzadowych/

sty 182023
 

Gdybym miał ułożyć ranking idiotyzmów zawartych w książce Giovanniego Reale zatytułowanej Historia filozofii starożytnej, na pierwszym miejscu znalazłyby się ex aequo dwa.

Pyta nas w pewnym momencie profesor Reale, jak to możliwe, żeby jakieś wschodnie nurty myśli i kultury mogły mieć wpływ na filozofów greckich, skoro przed Aleksandrem Wielkim nikt z Greków nie dotarł do Indii. Nie wiadomo doprawdy co powiedzieć czytając coś takiego. Człowiek wątpi w sens edukacji zaczyna myśleć, że lepiej by było dla świata, gdyby Giovanni Reale wprawiał się w struganiu patyków pod wierzbą rosochatą.

Druga zaskakująca opinia dotyczy wyjaśnienia okoliczności i miejsca narodzin filozofii. Dlaczego Jonia, a nie Attyka, dlaczego Italia, a nie Attyka? Może ją zacytuję:

To właśnie najbardziej sprzyjające warunki społeczno-ekonomiczne kolonii umożliwiły powstanie w nich i rozkwit filozofii, która przedostawszy się potem do Grecji macierzystej osiągnęła najwyższy poziom nie w Sparcie lub w innych miastach, lecz właśnie w Atenach, to znaczy w tym państwie, w którym – przyznał to sam Platon – istniał najwyższy stopień wolności, jaką Grecy kiedykolwiek się cieszyli.

Przez chwilę wyobraziłem sobie, jak ta spersonifikowana filozofia, w kiecce lekko podciągniętej, z majtkami na wierzchu, przedostaje się przez ogrodzenie, żeby znaleźć się wreszcie w Grecji macierzystej, gdzie jest najwięcej wolności. Przypomnę też, że w tej oazie wolności i swobód wszelakich niejaki Sokrates skazany został na śmierć za ubliżanie bogom i psucie młodzieży. Jego uczeń zaś – Platon – spisał dokonania wszystkich greckich filozofów, tworząc w ten sposób znaną nam tradycję. Podkreślił też, o czym wspomniał prof. Reale, znaczenie wolności dla rozwoju filozofii.

Ponieważ mój „filozoficzny” obłęd się pogłębia, zaopatruję się powoli w różne lektury i wczoraj dotarły do mnie stare i przez wielu lubiane książki Tadeusza Zielińskiego – Grecja niepodległa, a także Starożytność bajeczna. Tę ostatnią sobie odpuściłem, ale fragmenty pierwszej wchłonąłem. Nie mogę się oprzeć dwóm rodzajom wrażeń. Pierwszy – wszystko co zostało powiedziane i napisane o historii starożytnej Grecji to zbiór opinii. Drugi – cała historia Grecji starożytnej od Solona do Aleksandra, czyli tak zwany okres klasyczny, to jedno mgnienie oka. Tyle mniej więcej to trwało jeśli sobie porównamy te wydarzenia z historią Egiptu czy nawet Asyrii. Zajmujemy się tym, albowiem okres ten został dobrze udokumentowany nie tylko w piśmie, ale także w przedmiotach czyli w sztuce. Zajmujemy się tym, albowiem kultura Greków została zaabsorbowana przez Rzym i Arabów. Nie wiemy jednak, bo tego w szkołach nie uczą, lansując bezmyślny entuzjazm dla tego wycinka historii, dlaczego i do czego Rzymianie kultury greckiej używali, a już z całą pewnością nie rozumiemy dlaczego i do czego używali jej muzułmanie. Choć doktryna podboju sułtana Sulejmana w XVI wieku, oparta na micie Aleksandra Wielkiego, może być pewną wskazówką.

Dziś zajmijmy się jednak opiniami. Solon nazywany jest prawodawcą i człowiekiem, który otworzył drogę demokracji w Atenach. Jego życiorys z grubsza – nie mówcie mi, że nie – wygląda tak – facet pochodzi ze spauperyzowanej szlachty, która nie może powrócić do swoich przywilejów, albowiem jedyne ich źródło – uprawna ziemia leżąca poza miastem jest w rękach innego gangu. Nic poza handlem żywnością nie interesuje Ateńczyków na przełomie VII i VI wieku. Port jest zablokowany, albowiem leżąca naprzeciwko wyspa Salamina należy do Megary. Jej mieszkańcy zaś nie chcą wpuszczać i wypuszczać na ateńskie wody wszystkich jednostek. Port żyje, bo żyje, rzemiosła nie ma w zasadzie, bogacą się nieliczni, którzy – po klęskach nieurodzaju – komasują grunty usuwając z nich drobnych właścicieli. Do czegoś to prowadzi, ale nie wiemy do czego. Intuicja podpowiada nam, że do monopolizacji rynku żywności przez Ateny, które są jej największym producentem we wschodniej części Morza Egejskiego. Drugim takim miejscem, gdzie produkuje się żywność jest wyspa Eubea. Kim jest Solon? Kupcem i poetą. Podróżuje po wszystkich krajach zamorskich, ale żaden badacz starożytności nie wskazał po których dokładnie. Ponoć był w Egipcie i tam dowiedział się o Atlantydzie. To jest informacja z wiki, opatrzona przypisem odsyłającym nas do Gazety Wyborczej. Egipt, prócz tego, że słynie ze swojej kasty kapłańskiej, jest też największą potęgą w produkcji zboża. I teraz posłużmy się znów logiką arystotelesowską, którą – za pośrednictwem Arabów – poznać mogła cywilizacja europejska, a to znaczy, że także my tutaj. Czy Solon będąc kupcem i będąc w Egipcie mógł rozmawiać z tamtejszymi kapłanami i eksporterami zboża o rynku żywności i przewozie go na statkach z jednego miejsca w drugie? Nie jest to z pewnością wykluczone. Jest to nawet bardziej prawdopodobne niż jego dyskusje z kapłanami o Atlantydzie. Czy możemy wobec tego przyjąć takie założenie? A czemu nie? Mamy kupca, Egipt, zboże, morze i arystokrację ateńską, która kontroluje rynek na północy. Solon powraca do Aten i jak chce tradycja staje na agorze i mową wiązaną przemawia do ludu – chopy! – woła, z tą Salaminą naprzeciwko portu w Faleronie daleko nie zajedziemy! Trza to odwojować, bo wszyscy zginiemy, a arystokracja sprzeda nas w niewolę! I ponoć poskutkowało, lud porzucił codzienne swe zajęcia i rzucił się na wyspę wypędzając stamtąd Megaryjczyków. Ateny odetchnęły pełną piersią i zaczęły się reformy. Te zaś polegały przede wszystkim na zmniejszeniu wpływów arystokracji, czyli na dopuszczeniu do rządów – w teorii – ludu. Całą populację Solon podzielił na cztery grupy i każda miała swoich reprezentantów w różnych prawodawczych i opiniotwórczych ciałach. Wszyscy też musieli służyć wojskowo. Najbogatsi na koniach, biedniejsi piechotą, ale z tarczą i w garnku na głowie, a plebs przy wiosłach. Zaczęła się też budowa floty. Aha, Solon po powrocie z dalekich podróży, został wybrany archontem, czyli po dzisiejszemu kierownikiem. Jego kadencja trwała rok. I tu musimy się zatrzymać dla nabrania oddechu. Wraca sobie facet z dalekich podróży, sam jeden uprawia propagandę na rynku, mając przeciwko sobie klikę rządzącą nie tylko miastem, ale także połową morza, choć w nieco ograniczonym zakresie i przez jeden rok przeprowadza te wszystkie reformy? Czy one czasem nie mają wpływu na obniżenie produkcji rolnej? Jeśli reformy trwały rok, jeśli spichrze były pełne to logika i czysta spekulacją podpowiadają nam, że nie. Mamy jednak wątpliwości co do samodzielności Solona, albowiem mówimy o świecie, w którym przeciwników politycznych likwidowano bez litości, albowiem bóstwa państwowe nie były wszystkowiedzące i nie wywierały presji moralnej na wyznających je ludzi.

Ta sama logika podpowiada nam jednak, że coś tu, pardon, śmierdzi. Albo stronnictwo arystokratów nie było tak silne, jak piszą, albo Solon był jego przedstawicielem, który miał wprowadzić tę całą demokrację, żeby ocalić część środowiska, a pogrążyć drugą część. Mogło być jeszcze tak, że Solon dogadał się z Egipcjanami, ci zaś przysłali wraz z nim do Aten wojsko i pieniądze. Kiedy więc Solon wygłaszał te swoje tyrady na agorze, stało przy nim dwóch tęgich murzynów z pejczami i dzidami, rozglądając się po tłumie i notując w pamięci kto się śmieje. Na Salaminie zaś wylądował kontyngent opłaconych przez Egipt najemników, a Megaryjczycy ten fakt zaakceptowali. Tego jednak kronikarze nie zapisali, albowiem jakby wówczas wyglądała demokracja i sławna ateńska wolność, przez którą umarł Sokrates? Mogło być tak, że Egipt dusił się od nadmiaru zboża i wszyscy przybywający tam kupcy dostawali od kapłanów jakieś propozycje. Taką mógł dostać także Solon.

A czy kto inny robił jakieś interesy z Egiptem na zbożu? I czy to jest potwierdzone? Jasne, że tak. Niezawodni Samijczycy i miasto Fokaja leżące w Azji mniejszej wysyłali do Egiptu najemników na specjalnie do tego celu skonstruowanych statkach. W drodze powrotnej zabierano zboże, a załoga, w razie ataku mogła bronić się przed piratami. Tych było na morzu całkiem sporo. Dlaczego? Albowiem Jonia i jej miasta kolonizowała właśnie zachodnie obszary basenu Morza Śródziemnego, a statki, które stamtąd wracały pełne były srebra, cyny, miedzi i drogich kamieni. Polowali na nie ci, co nie kupowali zboża z Egiptu i nie kochali demokracji.

Solon przestawił gospodarkę Aten z produkcji na pośrednictwo. No, ale musiał w czymś pośredniczyć, a szlaki na zachód obstawiali już filozofowie przyrody z Jonii pływający do swoich kolegów w Elei i dalej do Masalli zwanej dziś Marsylią, nikt by za darmo Ateńczyków na te szlaki nie wpuścił, musieli więc wymyślić coś innego. I wymyślili. W wiki piszą o jeszcze jednym dokonaniu Solona, a którym ani się nie zająkną wymienieni tu badacze. Ujęte jest to tak – Ateny należały do fejdońskiej strefy miar i wag z czym związany był system monetarny. Solon wydał czasowy zakaz eksportu wszystkich produktów rolnych poza oliwą, a następnie przeszedł na system eubejski wprowadzając Ateny do strefy obowiązującej w Koryncie i na Samos.

Nie mówcie mi, że Was to nie inspiruje, bo mnie bardzo. Sięgnijmy jeszcze raz po logikę Arystotelesa, przyjaciela Platona, którego nauczycielem był Sokrates, zlikwidowany dla dobra wolności i demokracji w Atenach. Przez rok Solon doprowadził do tego, że Ateny stały się częścią systemu obracającego zbożem i wojskiem na Morzu Śródziemnym, którego centrum – ze względu na dogodne położenie – naprzeciwko Miletu, ojczyzny filozofów – była wyspa Samos. Dorzućmy do tego zaprzyjaźnioną z Samos Fokaję. Żeby to osiągnąć Solon musiał zmobilizować Ateńczyków, wszystkich jak leci, i wstrzymać eksport. Jaki był tego efekt w miastach należących do fejdońskiej strefy miar i wag, możemy się tylko domyślić. Zamiast podpłomyków polewanych oliwą, mieli samą tylko oliwę, bo Eubea, drugi największy producent żywności w regionie był już w tej drugiej strefie. Strzegła jej flota koryncka. Ateńska zaś blokowała północ. Pora teraz zdradzić kim był Fejdon, władca Argos. Piszą o nim, że był bardzo bogaty, albowiem miał kopalnię srebra i bił własne monety, na których oszukiwał. Co nie jest powiedziane wprost, ale od czego mamy metody dedukcji przekazane nam przez Arabów wprost ze starożytnego świata. Fejdon nie dość, że kantował na pieniądzach, to jeszcze zorganizował – jak piszą w wiki – największą armię lądową w całej Grecji. Stworzył ją na wzór armii operujących w Azji. A jakich, że spytam? Logika podpowiada nam, że perskich. A także, że olbrzymia lądowa armia Argolidy mogła w try miga zdewastować wszystkie uprawy wokół Aten. Skoro tego nie zrobiła był jakiś powód. Mógł nim być brak orientacji, co do intencji Solona i przekonanie, że arystokracja w Atenach utrzyma wpływy. Jeśli przyjmiemy takie założenie, będziemy też musieli przyjąć, że Fejdon był zapewne w zmowie z tą arystokracją. I dlatego miała ona tak wielkie moce. Po reformach Solona Fejdon rozpoczął wojnę z Atenami i generalnie podjął próbę odwrócenia sytuacji, do jakiej doprowadziły roczne rządy Solona. Co zrobił sam Solon? Zniknął. Opuścił Ateny i wyjechał na dziesięć lat nie wiadomo gdzie. Może na Atlantydę? Nikt nie wie. A kiedy wrócił w Atenach rządził już Pizystrat. Od Pizystrata zaś do Sokratesa mamy ledwie trzy pokolenia. Solon zostawił swoje miasto na pastwę wrogów, którzy dopiero zaczynali się panoszyć. Jego reformy przetrwały, ale za bardzo nie wiemy dlaczego. Może dlatego, ze jacyś gangsterzy zabili Fejdona? Z całą pewnością jednak nie dlatego, że filozofia przeskoczyła przez płot i zaczęła zaprowadzać w mieście swoje porządki.

Aha, Ateńczycy otworzyli swoją kopalnię srebra i zaczęli bić lepsze pieniądze niż Argos. To na pewno im pomogło, ale skąd mieli gwarancje?

To be continued. Przepraszam, że nie było o eleatach. Będzie później.

 

Na koniec prośba. Jeśli ktoś nie wie co zrobić ze swoim 1 procentem od podatku, może zechce wspomóc Polski Związek Niewidomych, koło w Rykach, do którego należy mój kolega Jarosław zwany Czarnym.

Krajowy Rejestr Sądowy – nr KRS: 0000007330

z dopiskiem na cel: Koło w Rykach

Nie dostałem numeru konta, ale może jutro mi podeśle

sty 172023
 

Jak żeśmy  to ostatnio udowodnili metoda, którą posługuje się filozofia, metoda czystej spekulacji ma zastosowanie tylko wtedy kiedy myślimy o całości bytu. Wtedy także można ją traktować serio i kiwać w zamyśleniu głową nad wywodami różnych mędrców. Jeśli przejdziemy na inny grunt – prof. Reale nazywa to naukami szczegółowymi – zasady obowiązujące w filozofii, do których wszyscy jesteśmy przecież jakoś przekonani, zastosowania nie znajdują. Pomijam rzecz jasna nauki zwane ścisłymi, bo tam niczego poza spekulacją matematyczną lub dowodem empirycznym nie ma. No, ale mamy też inne „nauki”, nie mówcie mi, że nie. Mamy nauki polityczne i profesorów, którzy się w nich specjalizują, mamy ekonomię, historię i politykę. Tam logika i rachunek zdań nie mają żadnego znaczenia lub mają znaczenie minimalne. Co w takim razie się liczy? Generalnie przewaga.

Są dwa rodzaje przewag – ilościowa i prawie jakościowa. W historii tylko to jest prawdą, co zostało potwierdzone w większej ilości źródeł. I to jest pierwszy rodzaj przewagi. Jeśli brakuje źródeł prawdą jest to, co ustali dominująca w danym obszarze badań hierarchia, powstała wskutek różnych, nieraz daleko od meritum badań odległych, procesów. I to jest drugi rodzaj przewagi. I teraz od razu przychodzi do nas to skojarzenie z Goebbelsem, który powiedział – kłamcie, kłamcie, zawsze coś z tego zostanie. Ponieważ jednak wielu faktów ukryć się nie da, albowiem ich ukrycie zniweluje przewagę prawie jakościową (bo cóż to za autorytet co łże w żywe oczy?), ukrywa się je poza zasięgiem wzroku profanów, a tymi są wszyscy spoza opisanej wyżej hierarchii. Jeśli nie da się czegoś ukryć, po prostu nie wyciąga się z tego faktu żadnych wniosków. Można też inaczej. Dobrą metodą manipulacji jest wywołanie dyskusji na jakiś kontrowersyjny temat, a następnie skompromitowanie hipotez, które nie znajdują akceptacji w dominującej hierarchii, która ma przewagę prawie-jakościową. Do tego służą różni kontrowersyjni autorzy, którzy porzucając logikę i rezygnując z wywodu od razu formułują wnioski. Analogicznie – przewaga ta, jest często utrzymywana poprzez argumenty ze świata trzeciorzędnej literatury, z pominięciem rachunku zdań i logiki. To się bowiem dobrze kojarzy istotom słabszym na umyśle, wywołuje w nich skojarzenia, a poza tym, nie niesie niebezpieczeństwa wyszydzenia hierarchii, albowiem ma ona u publiczności pewne fory. Publiczność zaś jest elementem koniecznym w czasie prowadzenia sporów na tematy historyczne i kontrowersyjne jednocześnie.

Nie będę tu podawał przykładów, żeby nie mącić klarowności wywodu. Przejdę od razu do sedna i postaram się zastosować logikę tam, gdzie jej od dawna nie stosowano, czyli w dziedzinie historii filozofii starożytnej. Oto w pierwszym tomie swojego dzieła po takim właśnie tytułem Giovanni Reale pisze – Anaksagoras przybył do Aten by tam zaszczepić filozofię. Potem w jednym z kolejny zdań pisze nam dobry profesor, że w czasie wojny Anaksagoras z Kladzomenaj walczył po stronie perskiej. Sprowadźmy te rewelacje za pomocą logiki do formuły najprostszej. Anaksagoras, joński filozof przyrody, a przy okazji perski oficer, przyjechał do Aten by tam zaszczepić filozofię. Mówimy, rzecz jasna, o początkach filozofii klasycznej. Czy możemy jakoś ocenić intencje Anaksagorasa? Na gruncie logiki chyba tak, ale na gruncie historii absolutnie nie. Logika podpowiada nam, że jak ktoś był perskim oficerem, a Persowie są tymi ludźmi, którzy od kilku dekad próbują zawładnąć Attyką i Peloponezem, to jego pojawienie się w jakimś mieście należy wiązać z misją zleconą przez Persów. Nie musi tak być, ale obecność Anaksagorasa tuż przy Peryklesie w końcowej fazie wojny jaką Ateny toczyły ze Spartą, wskazuje, że misja Anaksagorasa mogła mieć jednak podłoże polityczne. Czy ja dobrze rozumuję? Poproszę kolegów lepszych w logice niż ja o wskazanie błędów w tym wywodzie.

Co na to historyk? Może nie dosłownie, ale pewnie odpowiedziałby sentencją lub aforyzmem, w stylu – co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie. Jeśli bowiem raz ustalono, że spekulatywna metoda filozofii jest z ducha grecka, nie ma sensu tego odwoływać powołując się na jakieś tam powszechnie znane fakty.

Anaksagoras był nauczycielem Peryklesa. To nie jest poddawane w wątpliwość, choć nie wiemy na czym miałaby polegać ta nauka. W końcu Perykles był doświadczonym, dojrzałym człowiekiem, który potrafił, na przykład, dowodzić flotą. Nie ma zaś wzmianki o tym, czy Anaksagoras walcząc po stronie Persów, był oficerem na lądzie czy na morzu.

Z zasług Anaksagorasa najważniejsze jest to, że napisał dzieło O naturze. Czyli możemy powiedzieć, że miał chłop rozmach. Nie bawił się w jakieś tam szczegóły, ale za pomocą czystej spekulacji i niezmiennych praw, próbował opisać całość bytu. Stosując nadal zasady logiki możemy powiedzieć, że były perski oficer stał się zausznikiem przywódcy ateńskiej demokracji, który występował przeciwko rodzimej oligarchii. Wszystko zaś po to, by zaszczepić w Atenach spekulatywną filozofię. Koniec Anaksagorasa nie był jednak wesoły. Wygnano go z Aten po procesie o bezbożność. Jednak wielu historyków, w tym prof. Reale uważa, że te informacje nie są prawdziwe. Dlaczego tak uważają? Nie wiadomo. Anaksagoras został wygnany i dokonał żywota w mieście Lampsakos w Azji Mniejszej. Miasto to – o czym informuje nas angielska wiki – było zawsze properskie. Nawet jeśli należało do Ligi Delijskiej, bo był taki moment. Historyk zwrócił by mi zaraz uwagę, że wiki nie jest żadnym źródłem. No, ale logik zapytałby go – to po cholerę ona w ogóle istnieje? I po co przedstawiane są tam poglądy krytyczne wobec teorii o procesie i wygnaniu Anaksagorasa? Miasto Lampsakos nie było byle jakim miastem, ilość zamieszkujących je intelektualistów, historyków, filozofów, medyków, retorów jest co najmniej zastanawiająca. Podobnie jak powiązania rodzinne, które ich łączyły. Zajrzyjcie do wiki w wersji angielskiej i sami sprawdźcie. Jeszcze jedno wyróżnia Lampsakos spośród innych miast greckich. Ma ono swoją złotą monetę bardzo poszukiwaną wszędzie, w całym greckim świecie. Jeśli ktoś bije monety, szczególnie złote, musi mieć czyjeś gwarancje. Tak było, jest i będzie. Możemy więc – stosując logikę – wskazać czyje to były gwarancje – króla Dariusza oczywiście. Pytanie skąd brało się złoto w Lampsakos? Myślę, że podobnie jak w Lidii, z aluwiów, znajdujących się w zatokach spływających z anatolijskich gór rzek i strumieni. Tak nam to podpowiada logika, choć nie znajdujemy potwierdzenia tej hipotezy w źródłach.

Rozejrzyjmy się teraz po świecie starożytnym, a konkretniej po epoce zwanej klasyczną i sprawdźmy czy nie ma tam czasem jakichś innych oficerów walczących przeciwko Atenom, uważanym powszechnie za jądro i ostoję klasycyzmu filozoficznego, politycznego i kulturowego w Grecji starożytnej. Znajdziemy takiego człowieka bez najmniejszego trudu. To Melissos z Samos, dowódca floty wyspy Samos, walczący skutecznie z Peryklesem i flotą ateńską. Melissos zaliczany jest do szkoły eleackiej, a miasto Elea leży w Italii, jest kolonią Samos. Nie muszę nikomu przypominać, że z tej samej wyspy pochodził Pitagoras. Melissos był zwolennikiem – podobnie jak eleaci – że świat jest jednością w dodatku nieruchomą. Jak na dowódcę floty, to dość zaskakujące, ale niech mu będzie. Melissos pierwszy postawił logikę ponad doświadczeniem zmysłowym. – Spryciarz – chciałoby się powiedzieć. Pokonał w bitwie Peryklesa, a do tego jeszcze załatwił wszelkie szczegółowe wnioskowanie jednym ruchem – unieważniając wrażenia i wszelkie wątpliwości poza wywodem logicznym.

Może spróbujmy teraz zastosować logikę w ocenie wojny jaką Melissos prowadził przeciwko Peryklesowi, późniejszemu uczniowie Anaksagorasa.

Wybuchł spór pomiędzy Miletem a Samos o miasto Priene. Cóż to było za miasto? Położone było na wybrzeżu Azji mniejszej i było dość ważnym portem. Poza tym w mieście Priene uchodził do morza Meander, rzeka, o której wszyscy słyszeli. Czy miasto Priene kontrolowało cały bieg rzeki Meander i wszystkie jej aluwia? Tego nie wiemy, ale możemy chyba postawić hipotezę, że jest to prawdopodobne, choć nie wiemy nawet czy Meander miał jakieś aluwia. No, ale większość cieków wodnych je ma, tylko nie wszędzie gromadzi się złoto. Są jednak pewne przesłanki, by przypuszczać, że w rzekach spływających z gór Anatolii ono się gromadziło w dodatku w dużych ilościach. Milezyjczycy poprosili Ateny o arbitraż. To się skończyło tak, jak możemy przypuszczać, czyli zlekceważeniem Aten przez Samijczyków. Arbitraż bowiem – i to znów nam podpowiada logika – nie jest niczym innym, jak tylko próbą zastraszenia przeciwnika, którego nie możemy pokonać. Narzędziem odstraszania jest sojusz z kimś potężniejszym. Milet w przeciwieństwie do Efezu był zawsze miastem antyperskim. Może przez to, że nie mieszkał w nim już Tales, ale to hipoteza bardzo naciągana i logika się w jej udowodnieniu nie przyda. Ateńczycy przybyli na wody samijskie, by tam dokonać czynności jakie nakładały na nich zobowiązania związane z arbitrażem. Początkowo odnieśli sukces, ale wtedy – o zgrozo – miasto Bizancjum, znajdujące się na dalekim zapleczu Attyki, miasto, które dziś nazywa się Stambuł i leży w tym samym miejscu, wypowiedziało posłuszeństwo Atenom. Potem Perykles wyruszył z flotą na Samos. Samijczycy go zlekceważyli, albowiem mieli gwarancje perskie. Doszło do spotkania obydwu flot i okazało się, że okręty dowodzone przez prekursora logiki są lepsze i lepiej prowadzone niż okręty, którymi dowodził zawodowy polityk pragnący zaprowadzić na Samos demokrację. To ciekawe i znamienne. Ateńczycy opanowali w końcu Samos, ale nie zmieniło to za bardzo ich sytuacji. Potwierdziło raczej fakt, że nie mogą stale dominować na morzu.

Co wiemy o Melissosie z Samos? Ponoć był uczniem Parmenidesa z Elei, a do tego nauczycielem Leucypa, który był z kolei nauczycielem Demokryta. I to jest naprawdę ciekawe. Mamy bowiem pewien krąg – tak to sobie wyobrażam – jak niektórzy myśliciele starożytni wyobrażali sobie bezkres – w którym zasiadają powiązane ze sobą osoby. Ich pragnieniem jest wyjaśnienie początku wszechświata i wskazanie najbardziej ogólnych, dostępnych rozumowi poprzez spekulację zasad, które tym światem rządzą. Czy coś poza tym łączy te osoby? Ależ tak – protekcja perska i polityczne powiązania z satrapami Azji Mniejszej oraz z samym dworem w Suzie. Przeciwko komu i czemu oni występują? Przeciwko tyranom rzecz jasna, choć trudno powiedzieć, by ich polityczni protektorzy byli szczerymi demokratami. Czym wobec tego jest demokracja ateńska? Systemem, który ma unieważnić i wyszydzić stare, greckie bóstwa, porządkujące sprawy doczesne, wieczne i polityczne w całym greckim świecie. Nie istnieje rydwan Heliosa, słońce to wielki, rozgrzany kamień. Tyle, że słońce nie jest wielkim rozgrzanym kamieniem. Demokracja zaś nie jest tym czym się wydaje, jest odpowiedzią na polityczne aporie uniemożliwiające władcom legitymizującym swoją władzę poprzez bóstwo, dalsze sprawowanie rządów.

Demokracja nie ma też nic wspólnego z logiką i myśleniem spekulatywnym, a co za tym idzie z filozofią w rozumieniu klasycznym, ta bowiem narodziła się w Jonii pod panowaniem perskim. Z wyspy Samos zaś została przeniesiona do Italii. Do Aten trafiła późno, w chwili, kiedy demokracja w tym mieście wręcz szalała.

Jutro o eleatach, no chyba, że mi coś wypadnie.

sty 162023
 

Niełatwo się nawiązuje kontakty z nowymi wydawnictwami, bo rabaty dają małe. Nikt bowiem tam nie wierzy, że gdzieś są ludzie, którzy mogą być zainteresowani książkami naukowymi z dziedziny ekonomii. Naprawdę. Kiedy tam napisałem, od razu zarządano ode mnie telefonu i jakiegoś uwiarygodnienia się, czyli wypisu z KRS. Powiedziałem, że wolę zapłacić z góry, albowiem jako jednoosobowa działalność gospodarcza nie figuruję w KRS. Na tym stanęło, musiałem zapłacić za książki z niskim rabatem, żeby w ogóle je dostać, ale pani z wydawnictwa była przynajmniej miła. Przedziwne są te akademickie wydawnictwa. Zupełnie oderwane od rzeczywistości. Prócz książek ekonomicznych znalazłem tam też trochę historii starożytnej i filozofii. Negocjacje rozpocząłem dawno, zanim zacząłem pisać teksty o filozofii. I w ogóle nie miałem zamiaru o tym pisać, będąc świadomym, że wszyscy orientują się temacie lepiej ode mnie. No, ale kupiłem sobie też w międzyczasie tego Vidala i jakoś poszło. Tak więc jedno zeszło się z drugim za pomocą katalizatora w postaci beletrystyki. I oto mamy efekt.

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/natura-czlowieka-i-gospodarka-adam-glapinski/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/meandry-historii-ekonomii-adam-glapinski/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/max-weber-oskar-lange-i-epigoni-o-racjonalnosci-gospodarowania-ekonomia-w-panstwie-totalitarnym-boguslaw-czarny/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/homerycki-klucz-do-pojmowania-dziejow-jerzy-oniszczuk/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sztuka-rozumienia-poszukiwania-filozofii-archaicznej-jerzy-oniszczuk/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/budowanie-nowoczesnej-polis-jerzy-oniszczuk/

sty 162023
 

Od trzydziestu ponad lat na mojej półce stała Historia filozofii starożytnej napisana ręką zmarłego już prof. Giovanniego Reale. Jakie to szczęście, że do niej nie zaglądałem i nie próbowałem jej czytać wcześniej, kiedy nie miałem jeszcze pięćdziesięciu lat. Pierwszy tom jest trochę zniszczony, bo kiedyś go otworzyłem i któreś z dzieci coś na niego wylało. Pozostałe jednak są jak spod igły. No i wczoraj inspirowany wpisami valsera zajrzałem do tego pierwszego tomu i przeczytałem wstęp. To co tam odkryłem jest dla mnie pewnym szokiem, być może dlatego, że nigdy nie obcowałem z taką lekturą. Nie zacznę od początku, ani nawet nie od końca. Tym razem zacznę od środka. Cały ten wstęp opiera się na starannie ukrytej, ale ujawniającej się co akapit albo dwa metaforze. Uprawianie filozofii, a Reale ma na myśli filozofię klasyczną, to oczyszczanie. To jest wyraźnie napisane – chodzi o to, by coś oczyścić i żeby to nabrało blasku. Nie wiem, jak Wam, ale mnie ta ilustracja kojarzy się ze złotem i jego poszukiwaniami. Prof. Reale był za sprytny, żeby taką chamską metaforę władować wprost do swojego wstępu, ale intuicja mi podpowiada, że to właśnie miał na myśli – szlachetny metal, albo klejnot. Ukrył ją dobry profesor i co jakiś czas puszcza do nas oko pisząc o tym oczyszczaniu.

Pojęciem, które podkreśla walor filozofii jest właśnie owo klasyczne ujęcie. Jak je rozumieć? Ja do końca nie wiem, ale pewną wskazówką jest to co pisze sam autor – filozofia klasyczna myśli o całości. Tak pisze Giovanni Reale – całość. Nie precyzuje o co chodzi, ale domyślamy się, że o całość bytu. I to jest wyznacznikiem „klasycyzmu”. Kolejnym jest metoda, ta zaś musi być czystą spekulacją, bez żadnych naleciałości, z których trzeba ją koniecznie oczyścić, o czym była już mowa. Tę czystą spekulację profesor przypisuje wyłącznie geniuszowi Greków, którzy wypracowali ją sami bez niczyjej pomocy. Co prawda dawno temu toczyła się zażarta dyskusja o tym, czy czasem filozofia nie jest inspirowana wierzeniami i obrzędami wschodnimi, ale pogląd taki został odrzucony i wyśmiany. I dziś nikt poważny – tak pisze Reale – do niego nie wraca. On sam rozbraja tę bombę w prosty sposób, cytuje niejakiego Gladischa, który wprost wskazał, z którego kraju na wschodzie wywodzi się która szkoła greckiej filozofii. I tak Pitagorejczycy obrabiali myśl chińską, a Heraklit perską, do innych też są przypisane osobne kultury wschodu. Histeria ta była bardzo popularna w Niemczech, została uznana za wulgarną i odstawiona na bok. Tak więc klasyczne formuły filozofii triumfują. Jej podstawową zaś misją jest demitologizacja, to zaś wiąże się ze wspomnianym już oczyszczaniem. Za pojęciem demitologizacji umieszcza Giovanni Reale inną jakość – mianowicie rozwój. I tu się zatrzymajmy, bo jak słyszę – rozwój – to mi się coś dzieje w głowie. Mamy więc rozwój filozofii, który możemy, a nawet musimy rozumieć, jako rozwój metod spekulatywnych. To zaś oznacza odrzucanie języka metafor, kalamburów i aforyzmów, w tym także opisanej już metafory oczyszczania. Tak sądzę. Skupmy się jednak na rozwoju. Jeśli filozofia służy demitologizacji i się rozwija, to rozumiemy, że zmierza do jakiegoś sukcesu, którym jest ostateczne uporządkowanie świata według jakiejś zasady. Czy ten sukces nastąpił? Oczywiście, że nie, albowiem finałem całej klasycznej kultury, w tym filozofii, było ubóstwienie władców Rzymu, czyli triumf mitologii, której bogowie – decyzją senatu – zstąpili na ziemię. Czy wobec tego filozofia rzeczywiście służyła demitologizacji i przechodziła przez jakieś stadia rozwoju? Mam wątpliwości, a pogłębiają się one w chwilach kiedy widzę, że prof. Reale by uwiarygodnić swój przekaz powołuje się na Szekspira Paula Valery, czyli porzuca spekulacje i sięga po opinię autorytetów, którzy dla prawdziwego filozofa powinni być jak paproch. I to jest doprawdy niezwykłe. Widocznie jednak w każdej fazie rozwoju filozofii musi ona przejść przez etap kokieterii, żeby w ogóle zyskać słuchaczy.

Jak należy rozumieć wyraz całość? Reale pisze, że chodzi o całość bytu. Ja jednak sądzę, że chodzi o całość dystrybucji myśli filozoficznej czyli o miejsce na agorze. Można tę agorę rozumieć dosłownie, a można ją rozumieć metaforycznie jako cały świat grecki, w którym elity, w opozycji do mas, doskonalą spekulatywną metodę rozumowania. Czy taka agora istniała? No nie wiem. Czy, na przykład, ktoś może wskazać jakiegoś filozofa związanego ze Spartą i jej sojusznikami? Bo trudno przypuszczać i sugerować nawet, że Sparta to jest jakiś osobny, poza helleński kosmos. To właśnie Sparta jest jądrem Hellady, choć Reale i jemu podobni niejako automatycznie i bardzo dyskretnie kwestię Sparty omijają. My zaś przywykliśmy myśleć, że kultura i cywilizacja grecka to demokratyczne Ateny, gdzie żyli Sokrates i Platon.

Myśl i metoda, żeby oddziaływać i tworzyć tradycję oraz szkoły, musi być kolportowana. Najlepiej w mieście, które prowadzi grę polityczną, albowiem – i tego nikt nie ukrywa – filozofowie wychowują polityków. Czy ktoś zna może jakąś książkę, w której opisany jest ten schemat współpracy – ewolucja układu – mędrzec, wskazujący skuteczną metodę, nauczający dziedzicznego lub wybranego w wyborach władcę. Jak to przebiegało? Bo skoro metoda spekulatywna się rozwijała to idąca z nią w parze i nierozłączna metoda polityczna także. Tak mi podpowiada czysto spekulatywna część mojego mózgu. Czy to jest gdzieś opisane? Może być w formie aforyzmów, ja się nie obrażę.

Zanim w Atenach nastała demokracja rządzili tam tyrani. Nie było agory w sensie takim jak za Sokratesa (czy była?) kolportaż więc metody czysto spekulatywnej, która w dodatku się rozwija (copywright Giovanni Reale) nie odbywał się publicznie, ale zupełnie inaczej. Jak? Myślę, że poprzez doradztwo bezpośrednie, a to znaczy tajne. Czy filozofia była głównym elementem tego doradztwa? Przypuszczam, że nie. Stała się nim dopiero kiedy nastała demokracja. To zaś prowadzi mnie wprost do myśli, że mogła być ona, choć nie musiała, zabiegiem marketingowym służącym do zwiększenia popytu na rynku szkół i mędrców szukających uczniów. Mówimy o świecie bez książek, bez mediów, gdzie życie publiczne rozkwita i jest prowadzone na kilku poziomach. Prof. Reale usunął je z naszego spektrum widzenia, żeby oczyścić filozofię i żeby zajaśniała ona pełnym blaskiem. Tak to rozumiem.

Wróćmy jednak do kolportażu. Chodzi o to – w formule najprostszej – gdzie mówiono o problemach filozoficznych przez otwarciem agory w Atenach i kto tego słuchał? A jeśli wskażemy tego kogoś, zapytajmy jeszcze czy słuchał jeszcze kogoś lub czegoś?

I tak doszliśmy do pierwszego filozofa przyrody czyli Talesa. Przed nim nie było czystej spekulacji, ale mitologia i mitomania. Gdzie ten Tales się pojawia i kim on w ogóle jest? Herodot pisze, że był z pochodzenia Fenicjaninem. Reale jednak – kiedy to czytałem wyobrażałem sobie, ze dzielny profesor macha gwałtownie rękami wokół głowy – zaprzecza. Diogenes Leartios nie potwierdza bowiem tej informacji. I w ogóle nikt poza Herodotem jej nie potwierdza. I tu w rozumowaniu prof. Reale pojawia się coś, co mnie zwaliło z nóg. Oto wiarygodność źródeł oceniana jest w kategoriach ilościowych. Nawet jeśli czysto spekulatywna metoda rozumowania wskazuje, że jedna informacja pokazująca jakiś kierunek porządkuje całość znacznie lepiej niż tysiąc informacji zaprzeczających temu kierunkowi myślenia. No, ale to nie ma znaczenia, albowiem przyjęcie spekulatywnej metody w tym akurat wypadku, rozwala całą narrację o klasycznej formule filozofii i wskazuje na Talesa, jako przedstawiciela fenickich banków, który musi coś zrobić w momencie kiedy sytuacja polityczna w Azji Mniejszej gwałtownie się zmienia, albowiem na scenę wkroczył Cyrus. Czy ja dobrze zrozumiałem, że klasyczna Grecja, w rozumieniu politycznym, która – na co wskazałem – rozwija się równolegle do klasycznej spekulatywnej filozofii, zaczyna się w momencie kiedy Cyrus stawia ultimatum Krezusowi, królowi Lidii? Nie chce być inaczej. To wtedy pojawia się Tales, który – jak można wnosić z nielicznych wzmianek na jego temat – towarzyszy królowi Lidii. Czy ktoś lub coś, oprócz Talesa i jego mądrości, przemielonej w hellenizmie przez mitologiczną i mitomańską maszynkę do mięsa, pomaga Krezusowi w podejmowaniu decyzji? Tak, jest to Pytia. Mamy więc miejsce, które jest ośrodkiem Hellady przed, w czasie i po epoce klasycznej. Są to Delfy, przeciwko którym występuje filozofia ze swoją czysto spekulatywną, demitologizującą rzeczywistość metodą. Czy możemy uznać, że pomiędzy filozofami a kapłanami Apollina z Delf toczyła się jakaś rywalizacja? Na potrzeby tego tekstu chyba tak. Kto w takim razie wygrał? Delfy, bo przetrwały dłużej, do czasu, aż Galowie ograbili je ze złota, a skarb ukryli pod Tuluzą. Ktoś powie, że filozofia trwa do tej pory. No, ale czy w ujęciu klasycznym? Bo ja mam wątpliwości.

Pytia nie mówi jasno i domaga się, by człowiek sam podejmował decyzje. Filozof zaś bierze na siebie część odpowiedzialności. No, ale też w pewien sposób ogranicza samodzielność władcy. Jeśli więc mamy taką sytuację nie możemy wykluczyć, że niektórzy z filozofów ograniczali możliwości decyzyjne polityków na zlecenie. Czy tak było z Talesem? Tego nie wiemy i nigdy się nie dowiemy. Chcę tylko wskazać, że czysto spekulatywna metoda przydaje się także przy analizie dziejów, a do tworzenia atrakcyjnych narracji jest wręcz niezbędna. I to w pewien sposób ratuje filozofię.

Brnijmy do pointy. Jeśli epoka nazywana klasyczną rozpoczęła się w momencie kiedy miasta jońskie zostały najpierw podbite przez Lidię, a potem przez Persów, którzy weszli w serię gwałtownych interakcji z Grekami, jeśli z całego spekulatywnego nurtu kultury, który opanował dwory, agory i tajne związki wyłączono Peloponez i jego tradycję, to znaczy, że doszło do jakiejś serii porozumień, których istoty za pomocą spekulatywne myśli dociec nie potrafimy. Potrzebne są jakieś źródła, których nie ma. A skoro nie ma można zająć się oczyszczaniem metody rozumowania, czyli odrzucania wpływów wschodu. No, ale one są na kartach dziejów i nie chcą zniknąć. Dlatego trzeba oddzielić historię od filozofii, a także od sztuki i dramatu, a do każdej tej dziedziny dokręcić nową tradycję posługującą się metodami czysto spekulatywnymi. Bo skoro nie ma źródeł i archeologia nie daje nam żadnych odpowiedzi…?

No, ale jest jeszcze ekonomia i polityka, które aż się proszą, by zastosować na polu przez nie zajmowanym owe spekulacje tak istotne dla poznania całości bytu. Dlaczego się tego nie czyni? Dlaczego zamiast rozwinąć narrację wychodzącą z punktu wskazanego przez Herodota – Tales był z pochodzenia Fenicjaninem – mówimy – to na pewno nieprawda, z ducha był Grekiem. Co to znaczy z ducha? I jak rozumieć tego ducha, kiedy cała Jonia jest zajęta przez Lidyjczyków, Krezus zaś jest największym potentatem w całym świecie śródziemnomorskim, albowiem trzyma łapę na aluwiach z których wypływa złoty piasek. Czy to nie interesuje Fenicjan? I innych bankierów?

Jutro wrócę do Anaksagorasa, bo Reale cytując szyderczo tego całego Gladischa, napisał, że uważał on iż Anaksagoras oparł swoje spekulacje na mistyce żydowskiej.

sty 152023
 

Zgodziliśmy się tu wszyscy, choć z niejakim trudem, że filozofia nie jest nauką ścisłą. No więc czym jest? A mam teraz na myśli filozofię starożytną. Jest to zbiór intuicji, prawie pokrywających się z prawdą, ale pozostawiających spory margines dla błędu. Błąd ten wynika z niedostatecznej doskonałości narzędzi poznania. Tymi są bowiem zmysły i rozum. Obydwa bardzo zawodne. I tak filozofowie przyrody, krążąc wokół problemu arche, dawali jakieś wyjaśnienia, które były dość prawdopodobne i uwodzicielskie, ale nieprawdziwe. Wpisywały się za to dobrze w pojęcia, którymi posługiwali się członkowie ówczesnych elit.

Pora na przykład – w powieści Vidala Stworzenie świata, Anaksagoras zaprzecza jakoby słońce było wozem Heliosa zaprzęgniętym w złociste rumaki, ale mówi, że jest to wielki, rozgrzany kamień. I to jest prawie prawda. Słońce bowiem jest rozgrzane, ale nie jest kamieniem, jak się zdawało Anaksagorasowi, jest kulą gazów. Tyle, że Anaksagoras nie wiedział co to gaz. Wiedział za to, co to kamień. Kilka razy też słyszał, a być może także widział, kamienie w postaci ognistych odłamków spadające z nieba. Stwierdził więc, że są to kawałki słońca, które się odeń odrywają i lecą na ziemię zwiastując zagładę. I ponoć jeden taki kawałek spadł w Tracji, poczynił sporo szkód, ale był za mały i Ziemia ocalała. I to jest prawie prawda. Meteoryty bowiem lecą z nieba, są kamieniami lub kawałkami żelaza i płoną. Nie są jednak kawałkami słońca. I tak jest ze wszystkim w tej całej filozofii. Aporie filozofów przyrody nie zostały rozwiązane nigdy, ale ich ciężar znacznie się zmniejszył, ponieważ Sokrates przeniósł go z przyrody na człowieka i jego postawę, tworząc – tak piszą w podręcznikach – filozofię moralną. Czy to jest rzeczywiście zasługa Sokratesa? No nie wiem. Mam bowiem, podobnie jak Anaksagoras, w związku ze słońcem, różne intuicje związane z samymi filozofami. Tak się składa, że dotyczą one dwóch przedstawicieli filozofii przyrody – Heraklita i Demokryta. O tym drugim już pisałem, ale jeszcze przypomnę. Był on Trakiem, który dojrzewał i wychował się na terenie zajętym przez administrację i armię perską. Był w dodatku krewnym perskiego posła w Atenach. No i uważał, że cały świat składa się z atomów.

Heraklit, któremu przypisuje się dziwne zachowania, w tym jakiś systemowy smutek, był – jak pisze Diogenes Leartios – człowiekiem wyniosłym i pogardzającym bliźnimi. Zostawił po sobie spuściznę literacką w postaci dzieła o charakterze hermetycznym i metaforycznym. Zdeponował je jako wotum w świątyni Artemidy w Efezie. Uważał, że arche świata jest ogień. Ja nawet nie będę sobie próbował wyobrazić co takiego miał przed oczami Heraklit pisząc, że początkiem wszystkiego jest ogień. Przyjmijmy to wszystko tak jak jest i nie dociekajmy szczegółów. I teraz ważna kwestia, a raczej dwie. Pierwsza: Heraklit mieszkał w Jonii zajętej przez Persów, w tej Jonii wybuchło krwawo stłumione powstanie przeciwko perskiej administracji i armii. Trwało ono pięć lat i jak kiedyś się już zgodziliśmy, było stymulowane ateńskimi obietnicami pomocy, nie mającymi pokrycia. Nie wiemy jaki był stosunek Heraklita do tych wydarzeń, ale jakiś musiał być, albowiem Grecy byli ludźmi żyjącymi polityką. Jeśli więc z taką łatwością autorzy uchodzący za wybitnych i głębokich próbują przekonać chrześcijan, że boskość Jezusa jest problematyczna, albowiem jego życie i ogólna sytuacja bardzo przypominają inne życiorysy i sytuacje z czasów wcześniejszych, dlaczego nie zmierzą się z pytaniem takim – czy Heraklit był kapłanem Zoroastra? Bo w zasadzie czemu nie – i tu ogień i tam ogień. I tu hermetyczne obrzędy i teksty i tam. I tu kasta kapłańska i święte księgi w świątyni i w Efezie także, albowiem pisma Heraklita nie były zapewne jedynym wotum, jakie tam zostało złożone. Że, co? Że myślę ahistorycznie? Ale przecież nie ma nic pewnego na temat życia Heraklita. Podobnie nic pewnego nie było wiadomo o słońcu w tamtych czasach, co nie powstrzymało Anaksagorasa przed formułowaniem bardzo odważnych sądów.

Mamy więc dwóch filozofów przyrody, którzy izolują się od lokalnej, helleńskiej społeczności. Demokryt jest powiązany z administracja perską rodzinnie, a co do Heraklita pewności nie mamy, ale możemy snuć przypuszczenia. Oczywiście można postawić problem na gruncie psychologii i zaburzeń osobowości. Można nie zauważyć perskiej okupacji Jonii, można nie widzieć floty złożonej z kilkuset trójrzędowców, pokonanej przez Persów w bitwie morskiej, można nie widzieć represji i kontrybucji nałożonych na Jonię, ani też całkowitego zburzenia Miletu. Można stwierdzić, że Heraklit taki był, nie lubił ludzi, izolował się, a jak robiło się ciemno to sobie zapalał świeczkę i myślał o tym ogniu. No tak – Milet został zburzony, a Efez nie. To też jest dość znamienne i może, choć nie musi wskazywać, gdzie znajdowało się gniazdo spisku antyperskiego, a gdzie żyli pogodzeni z losem Hellenowie, którzy wykonywali różne ciekawe misje dla perskiego namiestnika. I tak do chwili, w której pojawił się ten łobuz Herostrates, co podłożył ogień pod Artemizjon….Co podłożył? Czy aby dobrze słyszymy? No ogień podłożył, a tam przecież leżały te zdeponowane rewelacje Heraklita, co je w czasie niepokojów antyperskich schował. I wszystko się zjarało. Bo wszystko powstaje i ginie w ogniu jak powiedział Heraklit. Ten bowiem jest arche świata.

– Zmyślasz coryllus – powie ktoś zaraz – układasz sobie sekwencje zdarzeń w dowolny sposób. O przepraszam, wcale nie w dowolny, cały czas idę tropem ognia, który Heraklit uznał za arche świata i ten motyw właśnie, stale się powtarzający, podnosi znaczenie mojej notki, mnie samego i całego tego problemu do rangi sztuki. Buduję oś dramatu, uważam, że o wiele bardziej prawdziwą niż inne, podobne osie. Świadczy to jeszcze o tym, że opanowałem warsztat w taki sposób, by odmalowywać przed Waszymi oczami obrazy bardzo przekonujące. I nie muszę się w tym dziele posługiwać językiem hermetycznym ani metaforą. Przeciwnie cała moja metoda zmierza ku najbardziej oczywistym dosłownościom. I to jest właśnie najlepsze.

Demokryt przyszedł na świat rok przed spaleniem Artemizjonu. I dojrzewał w środowisku, jakbyśmy to dziś powiedzieli, wielokulturowym. Świat też się wtedy znacznie zmienił, nie był już taki, jak za czasów Heraklita. Jonia była stracona dla Hellady, a los Tracji właśnie się ważył. Jak ta sytuacja wpływała na narzędzia poznania Greków czyli na zmysły i rozum? Nie wiemy, albowiem historycy filozofii, czyli jakbyśmy ich dosłownie określili badacze życiorysów miłośników mądrości próbujący nas przekonać, że w rzeczywistości pełnią funkcje kapłańskie, nie zgłębiają tego problemu. Interesuje ich wyłącznie relacja pomiędzy zmysłami i rozumem filozofa, którym się zajmują, a problemem, który on stawia. Problemy te dotyczą zwykle absolutu. Tak, jakby perska okupacja Jonii i Tracji skłaniały do rozważań o absolucie. Być może tak było, nie można z całą pewnością temu zaprzeczyć. Dlaczego jednak porzucono nagle – bo tak się to tłumaczy – problemy filozofii przyrody i całą uwagę skupiono na Sokratesie, żyjącym w Atenach kamieniarzu, który – nie wiem dokładnie jakim sposobem – został wychowawcą i nauczycielem młodzieży i dorosłych. Mógłbym teraz zadać zwyczajowe swoje pytanie o gwarancje udzielone temu człowiekowi, ale zadam inne. W jakich kręgach kolportowano myśl filozofów przyrody? Bo kim byli sofiści, z których wyrósł Sokrates mniej więcej wiemy. Byli to samozwańczy instruktorzy gry w trzy karty snujący się po bazarach i pod kolumnadami. No, ale kim byli filozofowie przyrody i czy elity wszystkich greckich polis znały ich poglądy i pisma? Bo jeśli tak nie było, a wiele wskazuje, że nie, albowiem – co także zostało ustalone wczoraj – miasta greckie żyły swoim życiem wewnętrznym, a lud wierzył w rydwan Heliosa i inne brednie, to jedyną organizacją zainteresowaną serio kolportażem tych pism i poglądów wyrażonych ustnie, była administracja perska i perscy agenci.

Stawiam tu te, jakże moim zdaniem ważne kwestie, po to także by zmienić nieco optykę i zdjąć ciężar straszliwych pytań jakie nowożytni i nowocześni autorzy, tacy jak Nietsche, przywołany tu wczoraj, stawiali ukrzyżowanemu Jezusowi, cierpiącemu przecież za nas wszystkich i nasze grzechy przez cały czas. Czy ktoś z autorów współczesnych zmierzył się w ogóle z tymi kwestiami? Mam wrażenie, że nie, albowiem nie do tego służą pisma i żywoty, żeby je dekonstruować, ale żeby przebić kartę, którą na stole położyli Ojcowie Kościoła. Na dziś to tyle.

sty 142023
 

Czuję się coraz silniej zainspirowany lekturą, choć na czytanie mam mało czasu, bo kończymy nawigatora i zaraz zabieram się za następnego. Przeglądałem wczoraj, co tam jest w sieci napisane o śmierci Sokratesa, którą absorbujemy zwykle przez opisy poetyckie. I powiem Wam, że się zdziwiłem. Nie przeczytałem ani całego Ksenofonta, ani Platona – Obrony Sokratesa, a jedynie wszystko po łepkach. Myślę, że sposób w jaki odbieramy okoliczności śmierci Sokratesa polega na tym, że większość osób, które o tym mówią, czuje się jak Sokrates i choć pewnie dokładniej niż ja przeczytały one wszystko co o nim napisano ni cholery z tego nie zrozumiały. Ludzie ci bowiem podeszli do lektury z założeniem, że będą czytać o sobie i będą się wzruszać w tych momentach, które sobie wcześniej zaplanowali, albowiem cała sprawa została im zrelacjonowana albo na studiach, albo w czasie jakichś niby-uczonych dysput, które wiedli w towarzystwie podobnych sobie ambicjonerów i wrażliwców.

Pierwsza sprawa – to co po Sokratesie zostało napisane jest ręką wielbicieli Sokratesa. O czym nie trzeba nikogo przekonywać. A jako takie nie, ma wartości dowodowej. To jest pogańska apologetyka, w której miejsce bóstwa zajmuje Sokrates. Możemy oczywiście przekonywać siebie i innych, że dwaj najważniejsi autorzy – Platon i Ksenofont byli obiektywni i chcieli przekazać nam prawdę. Skąd ta pewność, poza tym, że mamy odruch, by sądzić, że ludzie ci nie mają żadnych osobowościowych skaz, albowiem w ten sposób pakowane są nam do głów i serc pakiety treści z napisem „filozofia starożytna”. Ciekawe co by powiedział o nich sam Sokrates, gdyby był na naszym miejscu. – Wiem, że nic nie wiem – zapewne. To tylko przypuszczenie, ale nic w tej historii nie jest pewne, więc nie należy obawiać się przypuszczeń.

Zacznijmy od działalności Sokratesa. Była ona publiczna. Człowiek, który ma wyuczony zawód, jest po ojcu rzeźbiarzem i kamieniarzem chodzi codziennie na rynek i tam wygłasza jakieś tezy. Po co? Nie wszyscy tak czynią, albowiem gdyby tak było zgromadzenie ateńskie musiałoby wysłać hoplitów-zomowców, żeby usunęli całe to towarzycho z agory, albowiem przestała by ona pełnić przypisane jej zwyczajem funkcje. Stała by się starożytnym Tik-tokiem, a na to chyba nikt nie był w tamtych czasach gotowy. Sokrates stoi na tej agorze w południe, co jak należy wnosić z tekstu Ksenofonta, jest momentem szczytowej aktywności obywateli Aten. Przychodzą oni tam, by coś załatwić, a także by posłuchać co mówi Sokrates. Nie jest on bynajmniej postacią nieznaną. I teraz poproszę o wyjaśnienie bieglejszych od siebie, jak w takiej oligarchicznej strukturze, gdzie tajne rady i związki decydują o wszystkim, a monety z wizerunkiem sowy przechodzą z rąk do rąk w tempie nieznanym nigdzie w ówczesnym świecie, ktokolwiek śmie zwracać uwagę na faceta, który deklaruje, że nie ma w ogóle majątku i jeszcze do tego nim pogardza? To znaczy – w mojej ocenie – że pan ten odprawia na agorze pewien rodzaj teatru, za czyimś pozwoleniem. Jest do tego na tyle pewny siebie, że kiedy go oskarżają i ma możliwość zasugerowania zgromadzeniu kary, jaką chciałby ponieść próbuje się wygłupiać. Tak to zrozumiałem, być może błędnie. Załóżmy więc, że Sokrates manifestował swój spokój i obojętność dla spraw świata tego, albowiem udzielono mu gwarancji. Nie wiemy, kto ich udzielił, ale przywykliśmy sądzić, i jego to o wiele głębiej wrośnięte w niektóre mózgi i serca niż wiara w mękę i śmierć Chrystusa, że Sokrates był człowiekiem, który sam jeden – nie posiadając majątku, wpływów, za to mając znaną w całym mieście żonę wariatkę, porządkował młodym Ateńczykom całe uniwersum. Tak oczywiście mogło być, ale czy na pewno w Atenach? Co my w ogóle wiemy o tym mieście poza pewnym obrazem tyleż świetlistym, co zamglonym, który przekazują nam różni współcześni, uwiarygodnieni przez nie wiadomo kogo, bajarze, w typie księdza Guza? W zasadzie niewiele. A o tym, by jakiś znawca starożytności zabrał się za rozmontowanie jednego z postawionych Sokratesowi zarzutów szczegółowych nie może być nawet mowy. Wszystko bowiem, co w tej sprawie zostało poruszone, opiera się na ogólnikach nacechowanych emocjami.

Przyjrzyjmy się temu co o takich okolicznościach napisał Ksenofont:

 

Wszak było wiadomo, że zostawszy członkiem rady i złożywszy przepisaną dla tego urzędu przysięgę, której jeden punkt brzmiał, iż zgodnie z prawem urząd swój sprawować będzie, Sokrates nie chciał, jako przewodniczący w zgromadzeniu narodowym, pomimo sarkania ludu i gróźb wielu wpływowych osobistości, zezwolić na głosowanie, gdy naród wbrew prawu nastawał na to, aby od razu za jednym głosowaniem skazać na śmierć Trasylla, Erasinita i wszystkich ich towarzyszów. Przeciwnie, stawiał on wyżej wierność przysiędze, niż schlebianie ludowi wbrew sprawiedliwości i uchronienie siebie od gróźb. Był bowiem przekonany, że bogowie mają pieczę nad ludźmi nie w ten jednak sposób, jak większość ludzi, która mniema, że jedne rzeczy są wiadome bogom, inne zaś nie. Sokrates sądził przeciwnie, że bogowie wiedzą o wszystkim, i o tym, co się mówi i czyni, i o tym, co się w ukryciu zamyśla, że wszędzie są obecni i dają ludziom swe objawienia we wszystkich ludzkich sprawach.
Dziwnym jest więc dla mnie, jakim sposobem Ateńczycy dali się przekonać, że Sokrates nie ma zdrowego pojęcia o bogach — on, który ani słowem, ani czynem nigdy nic bezbożnego nie popełnił, lecz przeciwnie tak mówił i postępował, jak mówiłby i działałby człowiek, który jest w najwyższym stopniu pobożny i za takiego jest uważany.

Co bezsprzecznie wynika z tego fragmentu? Że lud sarkał i że były jakieś wpływowe koła, które oburzały się na postawę Sokratesa w czasie głosowania na wyrokiem śmierci dla Trasylla i Erasinita. Reszta to opinie Ksenofonta. Kim byli wymienieni ludzie? Bardzo poważnymi osobistościami – dowodzili flotą w czasie jednej z potyczek morskich Wojny Peloponeskiej. Zwyciężyli, ale nie pogrzebali zmarłych, co było występkiem przeciwko bogom i zgromadzenie musiało ich ukarać. Prawo przewidywało, że każdy z oskarżonych ma się bronić z osobna, ale wspomniane tu wpływowe koła oraz lud domagali się zbiorowego wyroku dla wszystkich. To zaś oznacza, że próbowano dokonać jakiejś sądowej wendetty. Radzie przewodniczył Sokrates i się na to nie zgodził. Następnego dnia wylosowano nowego przewodniczącego rady i zapadł wyrok skazujący. Nie wiem czy został wykonany, ale ponoć Ateńczycy się opamiętali i wkrótce oskarżyli samych oskarżycieli. Nie znam więcej szczegółów, ale widzimy, że w czasie tego procesu ujawniła się walka stronnictw, w której najważniejszym narzędziem był lud. Ten zaś domagał się przede wszystkim, by nie drażnić bogów, albowiem to oni, a nie Sokrates, porządkowali ludowi uniwersum. Możemy więc założyć, że zarówno panteon jak i lud traktowany był przez oligarchię oligarchiczną, a także oligarchię populistyczną instrumentalnie. Sokrates zaś znalazł się, jak to się czasem mawia, między wódką, a zakąską. Czy był tego świadom? No raczej, w końcu był przenikliwym filozofem. A jeśli był świadom, a odstawiał takie sztuki, jak komiczny wymiar kary, który dla siebie zaproponował (tak to interpretuje, choć pewien nie jestem), lub popadał w głupie upory, to znaczy, że był człowiekiem zaburzonym, i nie rozumiał – jak to wczoraj ujął ojciec Wincenty – okoliczności politycznych.

Przejdźmy teraz do głównych zarzutów. A raczej do jednego, bo o tym drugim jeszcze nie doczytałem. Sokrates nie czcił tych bogów, których czciło państwo. Ksenofont upiera się, że był to argument wymyślony, albowiem Sokrates publicznie składał ofiary bogom i ostentacyjnie śpiewał hymny. Okay, rozumiemy to, ale rozumiemy też płaskość tego argumentu i jego naciągany charakter, szczególnie jeśli porównamy go z zarzutami postawionymi zwycięskim kapitanom ateńskiej floty. Złamali boskie prawo, nie pogrzebali zmarłych. Być może nie było czasu na to, albo zmarli potonęli w morzu, albo nie dało się ich wyciągnąć z wody, albo stało się jeszcze coś innego. Reasumując – okoliczności operacji wykluczyły wypełnienie woli bogów. I co? Jajco – garnek z cykutą, bo prawo jest prawem. Rozumiemy, że jest to argument polityczny, a wspomniani kapitanowie należeli do jednego ze stronnictw, które w wyniku wygranej bitwy zdobyło przewagę. Było to zapewne stronnictwo posiadające wpływy w armii, a więc to drugie – i nie mówcie mi, że nie – musiało składać się z kapłanów. Jeśli więc Sokrates opowiedział się za armią, przeciwko kapłanom, oni musieli mieć bardzo dobre argumenty, by go oskarżyć. I obrona Sokratesa w wydaniu Ksenofonta jest po prostu dziecinna, a wskazuje na to okoliczność, że ani razu – Platon także – nie wymienia jakich to bogów miał czcić Sokrates, że zawleczono go za to przed sąd? Wydawać by się mogło oczywistością wymienienie ich imion. No, ale nikt tego nie czyni pozostając przy ogólnikach, a skoro tak, to zadajmy pytanie – dla kogo Ksenofont i Platon napisali swoje wspomnienia o Sokratesie? Nie dla siebie z pewnością, ale dla ludu. Ten zaś był narzędziem w rękach stronnictw podobnie jak nieistniejący bogowie olimpijscy.

Kiedy odbywała się cała ta afera z Sokratesem? To są ostatnie lata Wojny Peloponeskiej, którą Ateny przegrały. Naprawdę? A u w niedługi czas przed klęską ostateczną mamy zwycięską bitwę morską, a na dodatek aferę polityczną, bo zwycięzcy kapitanowie zawleczeni zostali przed sąd pod absurdalnym z dzisiejszego punku widzenia zarzutem. – Nie można tego oceniać z dzisiejszego punktu widzenia – zawoła ktoś. A Sokratesa to można? A czyni się tak notorycznie. Ateny nie przegrały wojny w polu, nie przegrały jej także na morzu. Klęska Aten była klęską doktrynalną czyli ostateczną. Podstawy istnienia państwa zostały zakwestionowane i rzucone na łup wrogom. Ci zaś nie występowali otwarcie przeciwko Atenom, udrapowali się w szaty zatroskanych i przejętych losem państwa i jego obywateli mędrców. Kto chciał dobrze? Przywykliśmy myśleć, że ludzie stojący za Sokratesem, czyli Platon i jego środowisko. No, ale oni – co łatwo udowodnić – utrzymali się u władzy po wojnie, a ich pozycję zakwestionowali dopiero ludzie wynajęci przez Filipa Macedońskiego. Musieli oni położyć na szalę ciężkie bardzo argumenty, a ich wyrazicielem był Arystoteles. Gra odbywała się na nieznanych dzisiejszym półgłówkom politycznym poziomach, a stronnictwo perskie, którego początek w Atenach musi wiązać się z Demokrytem i atomistami, używało w niej argumentów o nie dającym się dziś zrozumieć stopniu subtelności, przeważnie skutecznych. Trzeba było lądowej armii i decyzji, a także doktryny wyrażonej zrozumiałym dla wszystkich Greków językiem, by złamać wpływy tego stronnictwa.

Ktoś powie, że tytuł dzisiejszego tekstu nijak się ma do jego treści. To jest błędne myślenie – on jest jak najbardziej właściwy, albowiem znacznie poprawi klikalność.

To be continued.

 

sty 132023
 

Fraza z piosenki Andrzeja Garczarka o Raskolnikowie, zapada głęboko w duszę – nie ma żartów z filozofią, moja ty Pietrowna Zofio…Tylko czy rzeczywiście nie ma? Czy może cała ta filozofia nadaje się do rzucania za psami i na wyściółkę do zimowych butów?

Jak wszyscy wiedzą, moim ulubionym hobby są podejmowane co jakiś czas, kończące się za każdym razem katastrofą, próby robienia sześciu rzeczy na raz. I choćby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów, nie ma takiej siły, która by powstrzymała we mnie to pragnienie. Dociekanie zaś jego przyczyn jest na szczęście skazane na klęskę. I oto wczoraj, próbując przez ostatnie tygodnie różnych lektur, związanych z różnymi planami, powróciłem do znanego nam już Gore’a Vidala. Jego nazwisko zupełnie przypadkiem rymuje się z nazwiskiem Peire Vidal, co uważam za okoliczność silnie inspirującą. Nie czas teraz jednak, by budować jakaś narrację na ten temat, co innego jest dzisiaj ważne. Gore Vidal, który pochodził z samego środka amerykańskiego establishmentu, był autorem, który nie miał wahań. Napisał na przykład książkę pod tytułem Na żywo z Golgoty. No i sławną, omawianą tu już „autobiografię” Juliana Apostaty. Ktoś tu zaś ostatnio wspomniał, że Gore Vidal miał bezpośredni dostęp do prezydenta Kennedy’ego i tłumaczył mu jak ma on interpretować różne ważne wydarzenia w prezydenckim i międzynarodowym otoczeniu. I teraz porównajcie pozycję Vidala z pozycją współczesnych autorów prozy gejowskiej, którzy nawet nie wiedzą o jego istnieniu. Ono w ogóle ich nie obchodzi, albowiem uważają, że propozycja, którą dostali pewnego dnia – napisania książki lub książek, została im złożona, albowiem są naprawdę wyjątkowi. Taka przypadłość zdarza się nie tylko autorom-gejom, ale także innym osobom, oddalonym znacznie i od świata autorów i tego drugiego. No, ale w omawianym przypadku wygląda ona szczególnie żałośnie. Jeśli oczywiście wziąć pod uwagę cała tradycję takiej literatury, która zaczyna się w starożytności, a potem mamy do czynienia z naśladownictwami, mającymi stworzyć okoliczności legitymujące władzę i wpływy ośrodków i lobbies naprawdę poważnych. Takich, z których wywodził się Gore Vidal. Nie ma z tym nawet co porównywać naszych rodzimych gamoni ze Śmiszkiem i Biedroniem na czele.

Gore Vidal był człowiekiem dobrze poinformowanym i solidnie wzmocnionym poprzez środowisko, z którego wyszedł. Miał też wpływy na inne środowiska, nie postrzegane dziś wcale jako mające jakiś związek z establishmentem. Na przykład na beat generation. Ilość i objętość jego książek świadczą, że na pewno nie pracował sam. Miał do pomocy zespół, który gromadził informacje i były to z całą pewnością informacje prawdziwe, choć nie we wszystkich przypadkach potwierdzone. Vidal miał do tego na tyle przytomności, by trzymać się z daleka od narzucających się oczywistości, które z ochotą podchwyciliby wszyscy aspirujący autorzy, zainteresowani  podkreśleniem tego, jak są wyjątkowi i jakie szczególne więzi łączą ich z kulturą antyku i ówczesnymi obyczajami.

Gore Vidal napisał książkę Creation, przetłumaczoną na polski jako Stworzenie Świata, której bohaterem jest perski poseł w Atenach. Już samo to zestawienie – perski poseł w Atenach i tytuł – Creation, powinny pozapalać w jakoś tam świadomych głowach wszystkie kolorowe, nie tylko czerwone lampki. Akcja rozgrywa się tuż przed wybuchem Wojny Peloponeskiej, a główny bohater, znajduje się w obozie konserwatystów Tukidydesa, choć jego sympatie wyraźnie skłaniają się ku Peryklesowi. Powodem jest Anaksymenes, który w przekonujący, choć bezbożny sposób, tłumaczy powstanie świata.

Przeczytałem ledwie kawałek, ale jestem pełen podziwu dla ludzi, zbierających informacje dla autora. Zajrzałem do polskiej wiki, żeby przekonać się, co tam jest o Anaksymenesie, a przede wszystkim o Demokrycie, który jest siostrzeńcem i powiernikiem niewidomego i starego narratora. I powiem Wam, że nic tam nie ma. Są jedynie podstawowe założenia ich filozofii. Każdy kto choć raz zetknął się, choćby w szkole, z filozofią starożytną i z historią starożytną, a także mitologią starożytną, na pewno zauważył że próby wyjaśnienia arche świata mają się nijak do bogactwa mitów, legend i do polityki prowadzonej przez samych Greków. Wariatom, którzy na studiach chcieli być Sokratesami i przychodzili na wydział wystrojeni w dziwne łachy, wydawało się, że Ateny były pełne tańczących myślicieli. I taka wizja dominuje w wielu głowach. Dlatego radzę Wam byście przeczytali Stworzenie świata. Kilka spraw z głowy stanie na nogach. Demokryt jest związany z dworem w Suzie. A w obiegowej opinii lata za „śmiejącego się filozofa”. Jego dziadek był właścicielem największych kopalni srebra w Tracji. Nie sądzę, by Vidal to zmyślił, choć informacji tej nie można potwierdzić w całym wielkim Internecie. Zapewne została ona wykreowana i wzmocniona dzięki dokładnej kwerendzie w Bibliotece Kongresu, a może też kilku innych, które odwiedzili ludzie Vidala, albo on sam. Anaksymenes, który ma wesprzeć Peryklesa, zostaje przed demos oskarżony i zdradę i sympatyzowanie z Medami, co kończy się wygnaniem i śmiercią. Dla Vidala w oczywisty sposób nienaturalną, ale dla „miłośników filozofii starożytnej”, pełną głębokich znaczeń nie pochodzących ze świata, ale wprost z głębiny ich umysłów.

Ponieważ nie potrafiłem do tej pory połączyć postaci filozofów z chronologią zdarzeń, co – myślę – dręczyło nie tylko mnie, jestem tą książką lekko zszokowany. Sokrates jest młody, w zasadzie to rówieśnik Demokryta, Anaksymenes jest starszy od nich o pokolenie. Sokrates jest kamieniarzem, bez wpływu na cokolwiek i nie wiem jeszcze jak to się stanie, że zostanie nauczycielem Platona. Chronologia żywotów różni się bardzo od chronologii poglądów, które na podstawowym kursie filozofii przedstawiane były, jako podlegające pewnej ewolucji. To jest błąd metodologiczny, czyli tak zwana, pardon, gówno prawda. Bo jeśli wszystkich ich ustawimy w szeregu, jednego po drugim. Jeśli do tych prób wyjaśnienia arche świata, jakże absurdalnych i nie mających znaczenia, dodamy wszystkich stryjów zarządzających kopalniami srebra i jego przerobem, wszystkie matki Hetery mające wpływ na osobistości władające finansami, czy choćby hodowlą owiec w Atenach, jeśli dodamy do tego stałą obecność perskich pieniędzy i perskiej dyplomacji w każdej polis czy to w Attyce, czy na Peloponezie, cała ta filozofia, jak nam ją tam wbijali do głów na studiach, przestanie mieć sens. I odetchniemy z ulgą, albowiem okaże się, że to nie my jesteśmy durniami. A na pewno nie wszyscy.

Na koniec chciałbym poświęcić słów kilka problemowi deprecjonowania tak zwanej beletrystyki i wynoszenia tak zwanej literatury naukowej. Oto Matka Scypiona napisała drugi tekst i szermierce hiszpańskiej, która – co dla wielu ludzi było jasne, ale akurat nie dla nas – połączona była z tańcem. I przez to połączenie, oraz regularność i swobodę ruchów szermierza, który przesuwa się zgodnie z dźwięczącą mu w uszach melodią, była niezwykle skuteczna. Dla przeciwnika zaś stanowiła zestaw komunikatów niemożliwych do interpretacji. I teraz wyobraźcie sobie, że zjawia się ktoś i mówi – e, koleś z tym tańcem to jakieś bzdury! Odklejmy to od miecza i niech szermierz chodzi po prostej w tę i nazad, skupmy się na zadawaniu ciosów, tak będzie lepiej. Czym to się skończy? Wiadomo czym. Gwałtowną śmiercią. Tak by było w szermierce, ale w publicystyce jest inaczej. Książki naukowe, czyli motyle z oderwanymi skrzydłami i odnóżami są przedmiotem adoracji i zachwytu środowisk hermetycznych. Istotne pytanie brzmi – czy środowiska te, na przykład w Polsce, mają jakiś wpływ na cokolwiek, tak jak to było ze środowiskiem, z którego wywodził się Gore Vidal? To już zależy kto za nimi stoi – czy dwór w Suzie, czy hodowcy owiec z Aten. I czy król Persji Artakserkses raczy akceptować istnienie tych hierarchii.

Zostawiam Was z tym pytaniem. I nie mówcie mi, że produkcja okaleczonych formatów, albo głupkowatych i bezsensowych sekwencji zdań wyjętych z kontekstu, ma – samo w sobie – znaczenie przy tworzeniu silnych i ważnych lobbies.

sty 122023
 

Opublikowany tu wczoraj tekst, w połączeniu z tym co wyrabiają politycy opozycji, prowadzi nas nieuchronnie do następującej konkluzji – Niemcy chcą nas zdegradować i opakować tę degradację w wybraństwo.

Nie wiem czy pamiętacie jeszcze konferencję w Kazimierzu Dolnym i wykład prof. Anny Kocur oraz dyskusje po nim? Jeśli nie – przypomnę. Pani profesor, jak wielu historyków przed nią i zapewne także wielu od niej młodszych dopatruje się przyczyn niewydolności ekonomicznej i politycznej Polski w zbyt rozrośniętej kaście ludzi uprzywilejowanych, która u nas liczyła sobie kilkadziesiąt procent społeczeństwa, a na zachodzie ledwie kilka. W chwilach kiedy szlachta w Polsce traciła z oczu rację stanu, można było ją przekupywać byle czym, najczęściej nowymi przywilejami i towarami luksusowymi sprowadzanymi z zagranicy. I to jest prawda, ale przy założeniu, że elita nie rozumie racji stanu. No to zadajmy teraz pytanie – czy niemieckie elity rozumieją rację stanu? A jeśli tak, to jak ją rozumieją? Po zacytowanym tu wczoraj tekście Goethego oraz po wszystkich korowodach związanych z KPO, widzimy, że rozumienie racji stanu w Niemczech polega na tym, by doprowadzić do systemowej biedy wszędzie poza Niemcami. Tego bowiem dotyczą deklaracje rządów północno-wschodnich landów usiłujących blokować budowę elektrowni atomowych w Polsce. Tego dotyczą wszystkie protesty Niemców związane z Odrą. Jeśli oni czymś nie zarządzają, ma być tam nędza. To jest najprostsze i najklarowniejsze rozumienie niemieckiej racji stanu przez niemieckie elity od czasów Goethego. Czy wobec tego istnieje jakiś inny sposób rozumienia tej racji? Nie wiem i nie będę tego dziś dociekał.

Wszelkie deklaracje niemieckich polityków dotyczące Polski, o ile w ogóle padają, są dla nas degradujące albowiem Niemcy starają się Polski nie dostrzegać w szerokim spektrum spraw międzynarodowych. To jest jakaś tam lokalna sprawa, pomiędzy rządem w Berlinie, a niemieckimi mianowańcami w Warszawie. Wokół tak wytyczonej osi kręcą się wszystkie narracje opozycji skierowane do Polaków. Większość z nich jest podszyta troską. I tak poseł Neuman – czy jak on się tam pisze – ten z krzywym nosem – nagrywa podcasty z zakupami z Lidla. Pokazuje produkty, które podrożały za rządów PiS, pokazuje też przy tym swoją nieszczerą twarz. Przekaz ten adresuje do ludzi, których uważa za głupszych, biedniejszych i słabszych od siebie. Kłopot w tym, że trudno tu doprawdy znaleźć kogoś głupszego od niego. Nawet wśród resortowych emerytów. To jednak Neumanowi nie przeszkadza, albowiem on nie mówi od siebie tylko realizuje obowiązujące nad Wisłą założenia niemieckiej racji stanu. Czyli przemawia do tych Polaków, których widzą Niemcy w swoich dziwacznych projekcjach.

I wróćmy teraz do polskiej szlachty, która była od czasów najdawniejszych najbardziej znienawidzona przez niemieckie koła polityczne. A to ze względu na swoją samodzielność i ze względu na możliwość szastania pieniędzmi na prawo i lewo. Z tego oczywiście zrobiono narzędzie politycznej degradacji i Bismarck starał się przedstawiać ziemiaństwo wielkopolskie, jako pijanych bankrutów. Co nie było prawdą, dobrze o tym wiemy. Jestem przekonany, że do dziś działa ten schemat, a Polak dobrze sytuowany pozwalający sobie na luksusy, w dostępnym dla siebie obszarze cenowym, wywołuje w Niemcu nieszczere zaciekawienie, które następnie przeradza się w niechęć, a na końcu we wściekłość. Niemcy bowiem mają wdrukowane do mózgu oszczędzanie. I przeważnie jest to oszczędzanie idiotyczne. W tym zresztą dopatrują się źródeł swojego sukcesu, choć nie jest to prawda. Z tego powodu, że ich sukces jest sukcesem na tle ludów, które udało im się zdegradować. Valser wielokrotnie pisał jak w Szwajcarii postrzegani są Niemcy i chyba żaden obywatel niemiecki, nie przyjechałby do Szwajcarii, żeby szpanować miejscowym swoją kulturą bycia i pieniędzmi. Co w Polsce i w Czechach się zdarza.

Polityka Niemiec polega także na wywoływaniu kompleksów. Tym zajmują się w Polsce media niemieckie, które udają media polskie. Sprawy te były wielokrotnie omawiane i wszyscy wiedzą o jakie media i których dziennikarzy chodzi.

Nie wiem, jak Wy, ale ja najgorzej znoszę ten przekaz sprowadzający wszystko do kwestii cenowych. To jest wprost myślenie niemieckie, które – bez żadnych podstaw przecież – ma przekonać Polaków, że żyją w piekle drożyzny. Jeśli zaś ktoś już coś wydaje, robi to pod przymusem i najlepiej, żeby miał z tego powodu wyrzuty sumienia. Prymitywizm tego przekazu bije po oczach, bo ci, którzy się nim posługują nie oszczędzają przecież. Hołownia wyszedł ostatnio i powiedział, że po wyborach załatwi wszystkim bilet na wszystkie pociągi w kraju z 150 zł. Po co on to powiedział? Bo mu się zdaje, że ludzie uważają 150 zł za luksus. Moim zdaniem ktoś powinien Hołowni zamalować zgniłym pomidorem w gębę. Może by się trochę opamiętał.

Narracje mające przekonać ludzi, że idiotyczne oszczędności na sprzęcie obronnym, na programach dla rodzin, na transporcie, spowodują, że Polska rozkwitnie, tak jak Niemcy, zmierzają wprost do wrogiego przejęcia i okupacji. Wiem oczywiście, że ludzie chętnie je akceptują. Przed zimą nasłuchałem się o tym, jakie będą kłopoty z opałem, ile kosztuje węgiel, że nie można tyle wydawać, że będziemy siedzieli w zimnie. To jest właśnie degradacja – takie gadanie. Nazywa się to często – nieszczerze bardzo – sprowadzeniem spraw do ludzkiego wymiaru. To nie jest żaden ludzki wymiar, to jest wymiar syberyjski. I wszyscy politycy opozycji, jak jeden, chcą, żebyśmy się w tej Polsce czuli jak na Syberii. Więcej, żeby każde spotkanie w szerszym gronie kończyło się narzekaniem na trudną sytuację ekonomiczną w kraju podlaną jakimś sosem szyderstwa, które w przestrzeni publicznej emitują kabarety.

Na drożyznę najbardziej narzekają ludzie, którzy nie mają powodu skarżyć się na pobory, ale zdaje im się, że opowiadając te swoje dyrdymały, będą jak poseł Neuman – cwaniakami z grubym portfelem, którzy ustawiają życie biedniejszym od siebie. Nie będą, bo to oni są celem takich jak Neuman, a on i jego niemieccy patroni mają już gotowe pakiety rozwiązań, które pozbawią tych sympatyków zdrowego oszczędzania wszystkich zasobów, a nawet drobniaków z kieszeni. Potem im powiedzą, że okradł ich Obajtek i oni uwierzą, albowiem nikt przenigdy nie przyzna się przed sobą, że został oszukany. W dodatku na własne życzenie.

Wrócę jeszcze do Niemców, kiedy w zeszłym roku byłem w Sulejowie, gdzie bardzo lubię jeździć, było tam pełno niemieckich turystów. Powód jest jasny – u siebie za pobyt w takim obiekcie, przy tak świetnej kuchni, piwie i terenach rekreacyjnych, w skład których wchodzą lasy, wielkie jezioro, spławna rzeka i ścieżki rowerowe, musieliby zapłacić dziesięć razy tyle, co w Polsce. Siedzieli tam ci Niemcy i patrzyli na nas z pewnym niepokojem. Pomyślałem sobie, że Sulejów Sulejowem, ale jak oni by pojechali do takich Chlewisk, albo do Trojanowa, gdzie nie ma śladu niemieckiej kultury, jak w zamku w Karpnikach czy Wojanowie, jakby zobaczyli co tam jest, wojna byłaby pewna.

Dlatego też z powodów, które zostały wyżej opisane nasze konferencje, do organizowania których powrócimy późnym latem, będą się odbywać w obiektach luksusowych. Może nie bardzo luksusowych, ale na pewno nie takich które się wyróżniają na tle całej oferty konferencyjnej. Tak nam dopomóż Bóg i wszyscy święci. Żadnych krytycznych uwag na ten temat słuchał nie będę.

sty 112023
 

Kilka dni temu profesor Krasnodębski umieścił na twitterze link do tekstu, który atrybuowany jest Goethemu. Postanowiłem zamieścić tutaj ten tekst, bo jest tego wart. Widzimy bowiem dokładnie, kto i w jakim celu wynalazł sitcom, a także kto wynalazł formułę kabaretów, jaką znamy dzisiaj.

Tekst przypisuje się jedynie Goethemu, ale jego autorstwo nie jest pewne. Odnaleziono ten dokument pod koniec XIX wieku, a tytuł dopisał doń Johann Peter Eckermann. Czy Goethe napisał go rzeczywiście? Nie wiem, Niemcy uważają, że tak, a skoro oni tak uważają, nie możemy zaprzeczać. Po tyk króciutkim wstępie pozostaje mi jeszcze – za Goethem – zawołać – światła! Więcej światła!

 

Johann Wolfgang Goethe. Propozycja wprowadzenia języka niemieckiego w Polsce

 

Nosząc się z zamiarem podbicia jakiegoś kraju, nie odczuwa się skrupułów przed wprowadzeniem wojsk, zajmuje się prowincje, zgodnie ze zwyczajem wojennym niszczy się, co napotka się na drodze, pustoszy przy okazji kilka wiosek, pali miasto, nie oszczędzając przy tym ludzi; skoro jednak kraj został wzięty w posiadanie i należy się teraz na mocy układu pokojowego

nowemu władcy, wydawać by się mogło, że panuje pokój i że wszystko można potraktować jak zwykle, pomimo że wojna wewnętrzna toczy się dalej, tym

bardziej, jeśli podbite państwo różni się językiem i obyczajem od podbijającego.

W pismach i gazetach poruszano kwestię, w jakiż to sposób można by zaszczepić polskiej nacji niemiecką mowę. Nie sposób było przy tym pominąć trudności takiej operacji, jeśli miałaby zostać przeprowadzona przy pomocy tradycyjnych metod pedagogicznych. Śmiemy zatem wysunąć wprawdzie nie kategoryczną, ale być może osobliwie jawiącą się propozycję i zwracamy uwagę na to, że zarówno podczas wojny, jak i w czasie pokoju mają miejsce nadzwyczajne przypadki i dlatego konieczne jest także użycie nadzwyczajnych

środków. A więc do rzeczy!

Należy powołać do życia wędrowne grupy teatralne w takiej liczbie, aby kilka razy w roku mogły grać przez krótki czas w znaczących miejscach, aczkolwiek

zabronione byłoby im grywanie znanego już repertuaru. Zostałby im przekazany przez władze zbiór dialogów lub, jak kto woli, małych sztuk, do grania których

byłyby one zobowiązane; te zostałyby ułożone na kształt rozmówek w gramatykach i zawierałyby w czystej niemieczyźnie wszystko, co zdarza się zazwyczaj w życiu tego narodu. Cała sfera fantazji i uczuć zostałaby pominięta. Przedstawiano by jedynie panujące obyczaje. Można by zobaczyć na scenie całe życie klasy średniej i niższej od świtu do zmierzchu, od kołyski

aż po grób, w najzwyklejszych sytuacjach, a wszystkie te wyrażenia, których używa się najczęściej w życiu codziennym, byłyby ze starannością i pożytkiem

przytaczane. Doświadczyliśmy już na rodzimych deskach teatru,

jakie zainteresowanie potrafią wzbudzić epizody z życia codziennego, gdy przedstawić je na scenie sensownie i z talentem. U Kämpfera czytamy, że cesarz

Japonii bawił się znakomicie, kiedy Holendrzy odgrywali mu swoje codzienne czynności i prezentowali zwykłe formy zachowania, jakie nakazuje etykieta.

Jeśliby z polotem przedstawić niewykształconemu ludowi po trosze jego dobre i złe obyczaje, po trosze bardziej rozwinięty obyczaj narodu panującego w ten

sposób, że akcja już jako pantomima byłaby zrozumiała, a język stanowiłby tylko uzupełnienie, wtedy zyskano by już wiele.

Zbiór takich krótkich dramatów zostałby następnie wydrukowany w formie podręcznika szkolnego i to w taki sposób, żeby nazwy były polskie, dialogi natomiast niemieckie; użytek z tego byłby wielostronny.

Polska część książki spełniałaby funkcję czytanki w języku ojczystym, zarówno dla dzieci miejscowych, jak też niemieckich, zawierałaby tylko to, co użyteczne,

czyli żywe wspomnienie tego, co widziały, albo wywoływałaby pragnienie tego, co chciałyby zobaczyć; część niemiecka służyłaby natomiast właściwemu celowi zaspokojenia najważniejszych potrzeb językowych.

Przy tworzeniu takich dialogów należałoby się wystrzegać w takim samym stopniu zuchwałości i lekkomyślności, jak i pedanterii. Szacunek, jaki dzieci powinny okazywać rodzicom, podwładni przełożonym, wyrażałby się w gestach i słowach; skutki czystości i niechlujstwa, niedbalstwa i staranności, trzeźwości i

pijaństwa przedstawiono by z umiarem i rozmysłem.

Rozważyć należałoby, jak chciałoby się wpłynąć na ubiór i maniery, ponieważ w tak różnorodnie wykształconych państwach zarówno moda, jak również zachowanie rozprzestrzeniają się szybko poprzez teatr.

Tego rodzaju sztuki można by zmieniać i ożywiać w rozmaity sposób. Widziano by na przykład Polaka niższego stanu, który był na służbie i oprócz dobrych

manier zna język niemiecki. Stawiano by go w sytuacjach, w których wyświadczałby sobie i innym ważne przysługi dzięki tejże znajomości języka, byłby to dobry przykład. Słowa które wypowiadałby do siebie lub

do publiczności mogłyby być po polsku, pozostałe kwestie po niemiecku.

W owych krajach znajdą się zapewne błyskotliwi mężowie, którzy mieliby dosyć pomysłów i wykonaliby tę pracę. Gdyby tak oddać te dialogi w ręce młodzieży, jak to się dzieje z każdą gramatyką, wtedy być może uczniowie byliby skłonni do naśladowania tych scenek, co przyniosłoby duży pożytek dla ich zachowania i języka. Czyż jezuici, którzy z pewnością wiedzieli, jak obchodzić się z ludźmi, nie włączyli sztuki scenicznej do planu wychowania, czyż nowsza pedagogika nie korzysta z teatru, czyż my, Niemcy, nie przygotowujemy małych sztuk scenicznych specjalnie dla dzieci, czyż nasza społeczność nie jest zachęcana do zabawy w teatr poprzez odgadywanie przysłów, czyż przysłowia nie dostarczały Francuzom sposobności do wdzięcznych żartów, czyż nie można się ćwiczyć i pokazywać w dużych i małych miastach nie tylko na profesjonalnie przygotowanych scenach, ale także w teatrach prywatnych? Dlaczego by więc nie wykorzystać celowo tak skutecznego narzędzia, które byłoby w stanie, może jako jedyne, zdziałać tak wiele w krótkim czasie? Istotnie, gdy tylko obmyśli się wykonanie, wychodzi na jaw taka czy inna trudność; ale czyż żywotnym interesem obywatela państwa i świata nie jest pokonywanie trudności? Czyż lęk przed nowymi inicjatywami i organizacjami nie oddaje ducha naszych czasów, ale też czy ten, kto podoła niemożliwemu, nie jest wysoko ceniony? Wystarczy

przypomnieć sobie nasze porównania zaczerpnięte z tematyki wojennej. Tam nikt nie pyta o ofiary, jakie trzeba ponieść, lecz o to, co przez wojnę można

osiągnąć.

Jeśliby zakwestionowano wykonalność naszej propozycji, niech pozostanie ona parabolą, która pobudza do dalszych interpretacji i przemyśleń o tym, jak

sztuka mogłaby służyć z oddaniem i polotem wielkim i czcigodnym celom, zyskując przy tym dla siebie nieskończenie wiele, gdyby tylko zaistniała i została doceniona w swej głębi, pełni i kunszcie.

 

I jeszcze słowo na koniec. Propozycja Goethego stała się parabolą, nikt dziś nie myśli o wychowywaniu Polaków w duchu niemieckim i o nauce niemieckiego poprzez teatr. Przedstawienia służą jedynie deprawacji i degradacji Polaków. Okazało się bowiem, że nauka, pokonywanie trudności i inne bzdety tego typu, nie interesują nikogo. Za to szyderstwo, karykatura i kłamstwa ciśnięte dzień w dzień w małych sztukach i dialogach przygotowanych w Niemczech dla Polaków, mają wielkie wzięcie.

Miłego oglądania.

sty 102023
 

Od kilku dni twitter rozgrzany jest rocznicą wygłoszenia deklaracji, zwanej deklaracją Wilsona, której trzynasty punkt zakłada: Stworzenie niepodległego państwa polskiego na terytoriach zamieszkanych przez ludność bezsprzecznie polską, z wolnym dostępem do morza, niepodległością polityczną, gospodarczą, integralność terytoriów tego państwa powinna być zagwarantowana przez konwencję międzynarodową.

Mnie to w ogóle nie podnieca, albowiem prócz punktu trzynastego, przeczytałem także punkt dwunasty wspomnianej deklaracji, w którym mamy inne założenie. Oto ono:

Ludności tureckiej Imperium Osmańskiego zapewniona zostanie suwerenność i bezpieczeństwo, innym narodom zamieszkującym Imperium przysługuje prawo do bezpieczeństwa i rozwoju, oraz autonomia. Dardanele zostaną otwarte dla okrętów i statków handlowych, zabezpieczone gwarancją międzynarodową.

Punkt szósty zaś jest jeszcze ciekawszy:

Ewakuacja wszystkich rosyjskich terytoriów i uregulowanie stosunków z Rosją, Rosja ma prawo do samookreślenia swojego ustroju politycznego.

Czy mówiąc o terytoriach bezsprzecznie polskich, prezydent zastanawiał się, które terytoria są bezsprzecznie rosyjskie, a które bezsprzecznie tureckie? No raczej nie. Niby dlaczego miałby się zastanawiać. Turcy mieli armię, państwo i administrację, Rosjanie mieli państwo, armię i administrację. Polacy też mieli armię, ale nie mieli ani państwa, ani administracji…hola, ale mieli zasoby, mieli ziemię i ziemią tą zarządzali na pewno lepiej niż ich rosyjscy i tureccy protagoniści. Na tej ziemi nie pracowali co prawda chłopi mówiący po polsku, a na pewno nie wszędzie, ale czy prezydent Wilson domagał się osobnego państwa dla tych nie mówiących po polsku chłopów? No raczej nie. Mówiąc o ludności bezsprzecznie polskiej, chciał dobry prezydent wydać inną ludność, bezsprzecznie niepolską w ręce Rosjan. Dlaczego? Przecież nigdy nie istniało żadne państwo polskie w granicach zamieszkałych przez ludność bezsprzecznie polską. Rządy zaś polskie, o czym nie trzeba nikogo przekonywać były i są o dziesięć długości lepsze niż jakiekolwiek rządy rosyjskie. Nawet jak w Polsce rządzą socjaliści.

Zupełnie niezrozumiałe jest dlaczego ludy Imperium Osmańskiego, nie będące Turkami mają prawo do autonomii, a ludy zamieszkujące byłą Rzeczpospolitą, które były tejże Rzeczpospolitej integralną częścią miały stać się poddanymi bolszewików zamiast uzyskać szeroką autonomię, tak jak ludy nie-tureckie w Imperium Osmańskim. Poza tym o jakiej autonomii mówił prezydent Wilson? Od 1915 do 1917 trwała rzeź Ormian. W USA na pewno o tym słyszeli. Czy ktoś by sobie potrafił wyobrazić, że polscy posesjonaci stanęliby na czele ruchu eksterminującego ich własnych chłopów? Oczywiście, że nie. Dość łatwo jednak można sobie wyobrazić chłopów stojących na czele ruchu eksterminującego posesjonatów. Rzecz jasna w imię wytyczenie owej mitycznej granicy zamieszkałej przez ludność bezsprzecznie polską. Postawienie takiej kwestii raz jest w zupełności wystarczające i daje zielone światło wszystkim organizacjom, które w etnosie widzą podstawę przyszłej potęgi. Jako to się kończy, wszyscy wiemy – zlaniem się w rosyjskie morze. Do tego bowiem służą deklaracje o granicach etnicznych i ludności bezsprzecznie polskiej. Do umieszczenia wszystkich innych w ruskim więzieniu. Polaków także, bo przecież przed kim może się obronić etniczna Polska składająca się kilku województw, z wielką mniejszością żydowską, spornymi terenami z Niemcami i mniejszością ukraińską, która uważa się za większość, w dodatku uprzywilejowaną? Poprzez swoje krzywdy, rzecz jasna, w większości wyimaginowane. To jest kolejny kąsek przygotowany i opieczony specjalnie, żeby mogła go połknąć Rosja, mająca prawo do samookreślania swojego bytu politycznego. Bo Polska ma takie prawo tylko w granicach zamieszkałych przez ludność bezsprzecznie polską, a Rosja wszędzie indziej. Po co my się w ogóle ekscytujemy tą deklaracją? Bo sprawa polska stanęła na forum międzynarodowym? Ona tam zawsze stała, w dodatku wcześniej była lepiej oświetlona i korzystniej interpretowana, bo nikt nie mówił o granicach etnicznych. Prezydent Wilson zmieniło to i kwestię polską na forum międzynarodowym okaleczył. Po co? Żeby zapewnić przewagę Rosji.

Przejdźmy teraz do czasów współczesnych. Czy to nie jest dobry moment, żeby zadać pytanie – jak przebiegają granice etniczne Rosji? Żeby wskazać teren zamieszkały przez ludność bezsprzecznie rosyjską? Dlaczego tego nie uczynić? Polacy są już daleko, nie odzyskają swoich dawnych ziem na wschodzie, no chyba, że powtórzą numer z XIV wieku i dogadają się z Ukraińcami, tak jak kiedyś z Litwinami. To jest prawie niemożliwe, albowiem ilość mędrków reprezentujących rosyjską rację stanu, ale wywodzących się z polskiego etnosu jest zatrważająca. I oni, korzystając z deklaracji prezydenta Wilsona, gotowi są dziś także podporządkować Polskę Rosji, w imię zachowania jej granic etnicznych. Podkreślam – całe to pieprzenie o granicach etnicznych niczego więcej nie oznacza, poza zhołdowaniem Polski ruskim.

Granice etniczne Rosji, gdyby je dokładnie wyznaczyć, nie sięgnęłyby pewnie Uralu. No, ale do Rosji przykłada się inną miarę – nasz miecz Polskę zdobył, to nasze prawo. I koniec. Jak wielu ludzi w Polsce potrafi ekscytować się tym zdaniem możemy się przekonać każdego dnia odpalając Internet. Ilu ludzi odmawia odrębności etnicznej Ukraińcom także dobrze wiemy, albowiem ich odrębność może się jedynie manifestować na naszym, polskim tle. Kiedy są w Rosji, nie różnią się od Rosjan niczym, choć różnią się wszystkim. Nie rozumiem doprawdy, jak w świecie zachodnim, który produkuje, jakże uwodzicielskie gry komputerowe, w których gracze wcielać się mogą w dowolne światowe potęgi, a są to produkty z piękną grafiką, dynamiczne i uzależniające, nikt nie wpadł jeszcze na pomysł, by wytyczyć etniczne granice Rosji. Można zrobić seriale o wikingach, o imperium Aleksandra, ale o Iwanie Groźnym jakoś nie. O wyprawie Piotra I na zachód w celu pozyskania funduszy także nie. Czemu?

Możemy sobie powiedzieć wprost – nie jesteśmy naprawdę bezpieczni, dopóki na forum międzynarodowym nie stanie kwestia etnicznych granic Rosji. Ukraińcy zaś, nawet jeśli wygrają wojnę i wygrają pokój dalej będą, pardon, w czarnej dupie, jeżeli politycy USA, Wielkiej Brytanii i innych krajów, nie wskażą, że Rosja ma się zamknąć w swoich etnicznych granicach. Bo niby dlaczego nie? Kogo ona ma dziś chronić? Lud pracujący, który po skoszarowaniu będzie szachował Niemcy zmierzające do korekty granicy na zachodzie? Jak to miało miejsce w przeszłości? Czy kogo w końcu? Rosja imperialna nie jest dziś Amerykanom i Anglikom do niczego potrzebna. Tylko, że aby wskazać ten teren zamieszkały przez bezsprzecznie etnicznych Rosjan, trzeba powiedzieć, że kiedyś ta imperialna Rosja była im potrzebna. I w imię jej zachowania wytyczyli etniczne granice Polski, całkowicie tę Polskę unieważniając na arenie międzynarodowej i przedłużając jej agonię mirażem wolności w dwudziestoleciu. Do tego się to sprowadzało.

Dziś imperialna Rosja potrzebna jest tylko Niemcom i Francuzom. Nie jest powiedziane, że nie mają oni na tyle silnych wpływów, by przekonać Anglosasów, że trzeba ją koniecznie utrzymać. Jeśli do tego dopuścimy, jeśli prześpimy ten moment, będzie po nas. Naprawdę po nas, bo dziś już nikt się w żadne granice etniczne bawił nie będzie, a nie mamy też żadnej własności, która utrzymałaby nas na pozycji uprzywilejowanej w niekorzystnym układzie stosunków politycznych. O tym możemy zapomnieć. Życzę wszystkim miłego dnia.