Wyniki wyszukiwania : biskup stanisław

Maj 172019
 

Tak, jak to zapowiedziałem, powstaje audiobook na podstawie książki o św. Stanisławie, a także drugi ze fragmentami wszystkich dotychczas napisanych Baśni. Rzeczy muszą się toczyć swoim trybem, a ja nie lubię rzucać słów na wiatr. Wszystko się kiedyś zmaterializuje, proszę o cierpliwość i jednocześnie przepraszam wszystkich za zwłokę. Nie mam rączek jedenastu – jak mówią słowa piosenki – ale bardzo się staram. Oto pierwszy rozdział nowego audiobooka w mistrzowskim wykonaniu Andrzeja Ciborskiego.

https://prawygornyrog.pl/tv/2019/05/sw-stanislaw-biskup-i-meczennik-historia-prawdopodobna-rozdzial-1/

Ponieważ nie mam żadnych możliwości, by promować się na wielką skalę, będę to czynił za pomocą dostępnych mi sposobów, co w skrócie oznacza, że muszę sięgać po pomoc ludzi, którzy znają się na rzeczy naprawdę, a jednocześnie działają na marginesach, niedoceniani albo zapomniani, a na pewno wykorzystywani poniżej swoich rzeczywistych możliwości i aspiracji. Tak jak to ma miejsce w przypadku Tomka, Huberta i Jarka. Jeśli idzie o kwestie audio i kwestie aktorskie pomoże nam Pan Andrzej. Zresztą sami posłuchajcie jak to brzmi.

To tyle słodzenia, przypominam, że za tydzień, w piątek odbędzie się dyskusja panelowa poświęcona nowemu numerowi Szkoły Nawigatorów. Miejsce akcji – Stężyca, ośrodek Wyspa Wisła, początek o 17.00, udział wezmą – Krystyna Murat, Szymon Modzelewski, Gabriel Maciejewski.

Przypominam też o terminie wpłat na konferencję w Kliczkowie – 28 maja

Maj 142020
 

Myślę, że wszystkie nasze kłopoty biorą się z niezrozumienia i fałszywej interpretacji tych dwóch zbrodni. I nie chcę tu pisać, że są one symbolicznym punktami wyznaczającymi początek i koniec państwa polskiego, bo nie są. To są dwie próby bardzo perfidnej likwidacji tego państwa i podporządkowania go niejawnym grupom interesów. Próby tak istotne, że nie ma ludzkiej siły, która by po ponad tysiącu w jednym przypadku i setce lat w drugim, potrafiła postawić te wypadki w świetle prawdy. Wszystko co dostajemy na temat tych zbrodni to preparaty propagandowe, które w niektórych przypadkach udają zaangażowaną literaturę lub dramat. To jest wygodny mechanizm, bo puszcza w ruch całą machinę akademicką, która – wszak na tym polegają badania naukowe – musi odnosić się do wszystkich tekstów jakie o przedmiocie badań napisano. Żeby uzyskać pożądany obraz wypadków wystarczy ukryć teksty demaskujące rzeczywiste motywy zbrodni i wyprodukować nieprzeliczoną ilość interpretacji wskazujących winnego. I tyle. Reszta robi się sama. Zarówno w przypadku św. Stanisława jak i Gabriela Narutowicza działa ten sam mechanizm. Ta ostatnia zbrodnia jest jeszcze do tego skażona idiotyzmem, albowiem wiara w to, że Eligiusz Niewiadomski był ideowym patriotą jest w wielu kręgach powszechna.

Wróćmy więc do początku – bez zrozumienia na czym polega zakłamanie jednej i drugiej zbrodni, wszystkie nasze rozważania na temat historii i propagandy, a także misji państwa są na nic. Nadają się do rzucania za psami. Jak wiemy o takie zrozumienie jest niezwykle trudno, albowiem ludzi, którzy wierzą, że św. Stanisław miał rację jest niewielu, a nawet ci nie bardzo potrafią wyjaśnić o co mu chodziło, koncentrując się na apokryficznych i legendarnych historiach. Niczego nie ułatwia nam akademia, która – z przyczyn niezrozumiałych – założyła, że nigdzie nie ma już żadnych dokumentów dotyczących wydarzeń z XI wieku w Polsce. Może nie ma, a może są. Ja tylko dla porządku przypomnę, że w archiwach weneckich gromadzone są pergaminy od VI wieku. Nie sądzę, by jakikolwiek polski historyk kiedykolwiek tam zajrzał i dopytał się o takie dokumenty. Warto by było sprawdzić, czy ich tam rzeczywiście nie ma. No, ale żeby to zrobić potrzebna jest jakaś koniunktura na te treści. Ta zaś powraca co jakiś czas, ale zawsze jest pod kontrolą, jak nie komunistów, to bęcwałów zwyczajnych, albo koniunkturalistów takich jak Łysiak.

Św. Stanisław był symbolem państwa odrodzonego, państwa, które po rozbiciu dzielnicowym przekształciło się w sprawnie działającą monarchię, a potem w unię. Nikt dziś tego nie zauważa i nikt postaci św. Stanisława w takich kontekstach nie omawia. Mamy więc sytuację następującą – kłamliwa, ciągle nawracająca propaganda antykościelna neguje i wyszydza fakt, propagandowego wykorzystania przez Kościół i dwór książęcy postaci świętego do scementowania państwa. Gdyby ludzie, zajmujący się propagandą państwową dzisiaj, mieli mózgi, może mogliby ten trend zdemaskować, a wraz z nim autorów, którzy na tej fałszywej koniunkturze chcą trafić parę złotych. Niestety nikt tego nie zrobi, albowiem tradycja naszego państwa, tego, w którym teraz żyjemy jest antymonarchiczna, antykościelna i w zasadzie nie jest tradycją. Mechanizmy rządzące tym państwem, czy ono się nazywa II RP, PRL, III RP czy IV RP, są takie same, a przy tym działają w oderwaniu od tradycji monarchii związanej z Kościołem i od tradycji Unii. Jesteśmy państwem, które czeka na jakieś propozycje. Może unia z Czechami? A może Trójmorze? A może jeszcze coś innego. Pytam więc o rzecz prostą, ale ważną – kto ma być patronem tych nowych propozycji i ewentualnych zmian? Jan Żiżka z Trocnowa? Czy może Stanisław August Poniatowski?

Kanonizacja św. Stanisława to punkt graniczny, od którego rozpoczyna się prosperity i kariera Polski jako organizmu politycznego i gospodarczo wydolnego. Kanonizacja ta ma wymiar nie tylko mistyczny i misyjny, ale także polityczny i to św. Stanisław jest patronem wszystkich sukcesów i koniunktur, które Polskę i Litwę utrzymywały przez wieki. Z chwilą kiedy zmieniono świętego w zdrajcę, a przypominam, że uczynił to Tadeusz Czacki, nastąpiła likwidacja państwa. Potem zaś, mamy półtora stulecia błądzenia i poszukiwania nowych jakości politycznych, które to państwo miałyby przywrócić do życia. Mamy krew powstańców i niedolę ludu. I na tym budujemy kolejną organizację, nie rozumiejąc, że ona jest zaprzeczeniem tamtej, do której rzekomo tęskniliśmy przez lata niewoli. Mam wrażenie, że nikt tego nie potrafi zrozumieć, a w poprzek drogi do zrozumienia tego, nie trudnego przecież zagadnienia, leży trumna ze zwłokami prezydenta Narutowicza.

Na początek, żeby zejść nieco z tego patetycznego diapazonu, przypomnę, że w trakcie procesu Niewiadomskiego sąd nie mógł nawet ustalić z jakiej broni zabito prezydenta. Wszystkie gazety pisały, że to rewolwer. Tymczasem był to hiszpański pistolet „Cebra”. Sąd porzucił dociekania – skąd oskarżony wziął ten pistolet, bo było to nieistotne dla sprawy. Wszyscy historycy, z Baliszewskim na czele, dobrze wiedzą o tym, że młody Ewert, który 16 grudnia był w Sosnowcu, już o 10 z rana wiedział, że o 12.00 prezydenta Narutowicza zabił niejaki Niewiadomski, wariat chyba. Sąd nie podjął tego wątku uznając go za nieistotny.

Idioci, nie rozumiejący co się stało na trzy dni przez zamachem na Placu Trzech Krzyży, powtarzają bez przerwy, że prezydent Narutowicz to mason. A Niewiadomski był na utrzymaniu rodziny Natanson. I co? Nikt o tym nie mówi? Ciekawe dlaczego? Pewnie dlatego, że z tej rodziny wywodzi się najbardziej bohaterski z polskich bohaterów – Kazimierz Leski, słynny Bradl – który jeździł po Wale Atlantyckim ze złamanym kręgosłupem, przebrany za niemieckiego generała i robił wizytację. No i wyobraźcie sobie, że nikt z tych tłustych, zezowatych Szkopów w za małych stallhellmach się nie skapnął kim on jest! Co za człowiek, co za bohater….

Przypomnijmy więc raz jeszcze – zamach na prezydenta Narutowicza miał posłużyć do tego, by zlikwidować całą opozycję występującą wobec PPS. Był zorganizowany po to, by raz na zawsze odmienić oblicze kraju i dać lewicy wszystkie narzędzia sprawowania władzy. Nie zakończył się masakrą prawicowych posłów, generała Hallera i gen. Dowbór Muśnickiego, tylko dlatego, że środowiska finansujące Daszyńskiego uznały, że będzie to po prostu przyznaniem się do winy. A wtedy organizacja sprawująca władzę w Polsce zostanie zlikwidowana przez siły zewnętrzne jako nielegalna. Wobec tego podjęto gigantyczną akcję propagandową, której celem było oskarżenie prawicy o sprawstwo tego zamachu. Akcja ta trwa do dziś i jest w zasadzie nie do odkręcenia. Najlepsze zaś jest to, że nikt z tak zwanych badaczy nie sięga go tekstów ukazujących się w dniach 11- 16 grudnia 1922 w prasie lewicowej. To jest horror. Jeśli uświadomimy sobie, że w akcji tej udział wzięli, na przykład, ojciec Stefana Kisielewskiego, sławnego Kisiela, a także Adam Szczypiorski, ojciec Andrzeja Szczypiorskiego, sławnego pisarza, zrozumiemy, że ci właśnie ludzie tworzą w istotnym wymiarze tradycję naszego państwa. Adam Szczypiorski, który koordynował akcję uliczną w czasie zaprzysiężenia prezydenta Narutowicza i stał za publikowanymi później kłamstwami na jej temat, a niektóre sam pisał, był jednym z członków założycieli KOR.

Mamy więc dwie zbrodnie, każda z nich jest obudowana kłamliwą propagandą, która ma za zadanie zdefasonować misję państwa. Nasza obecna sytuacja jest o tyle gorsza, że politycy dziś nie wierzą w skuteczność św. Stanisława, ale wierzą w skuteczność Piłsudskiego. I to jest dramat prawdziwy. Jest nawet gorzej – wierzą w to nawet duchowni.

Na tym kończę i oczywiście przypominam o książkach i audiobooku.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-iii/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sw-stanislaw-biskup-i-meczennik-historia-prawdopodobna/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/audiobook-swiety-stanislaw/

kwiecień 282020
 

Zwykliśmy myśleć o epizodach własnej historii bez należytej powagi, za to z fałszywym patosem i nie różniącym się wiele odeń, a często z nim graniczącym, szyderstwem. To bywa ciekawe, ale z czasem robi się nudne, szczególnie kiedy coraz młodsze pokolenia, próbują podpatrywać i naśladować zachowania starszych. Wychodzi z tego karykatura. Ludzie traktują ją serio, bo nie ma innego towaru na rynku, no chyba, że człowiek się całkiem przestawi na inne fale i zostanie, dla przykładu, hippisem, albo feministką. Można to nazwać, jak tu ostatnio próbowaliśmy, brakiem ironii, ale chodzi w istocie o coś innego. Zanim spróbuję wyjaśnić o co, podam może przykład, trochę co prawda stary, ale wiążący się z dzisiejszym tekstem i bardzo wyrazisty. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych grupa monarchistów – a był to czas, kiedy nikt nie podejrzewał, że pojawi się w przestrzeni publicznej ktoś taki jak Grzegorz Braun – stanęła pod kolumną Zygmunta i głośno zaśpiewała znaną, monarchistyczną pieśń, zaczynającą się od słów „Nigdy z królami nie będziem w aliansach”. Wszyscy byli ubrani na czarno, w takie dziwne peleryny i mieli jakieś błękitne kokardki pod szyją. Pieśń, która wtedy wybrzmiała, to oczywiście tak zwana pieśń konfederatów barskich, napisana przez Słowackiego dla utworu „Ksiądz Marek”. A ja od konfederacji barskiej chcę dzisiaj zacząć, albowiem doznałem wczoraj pewnego olśnienia.

Jak to jest powszechnie wiadome, nadużywamy tu notorycznie kilku wyrazów, wśród nich wyrazy tradycja i metoda, pozornie ze sobą mało związane, wysuwają się na jedno z pierwszych miejsc. Jeśli je połączymy, będziemy mieli, na przykład, twór, taki, jak tradycyjna metoda prowadzenia polityki wewnętrznej. Albo jakiejś innej, to ma znaczenie, ale drugorzędne. Tradycja i metoda pięknie się prezentują w tak zwanych mądrościach narodu. I teraz rzecz istotna – są narody, które się ze swoją mądrością występują na tak zwanego chama i są takie, które doświadczenia metodologii politycznej usiłują ukryć. Na przykład za jakąś piosenką. Niekoniecznie tą, co się zaczyna od królów i aliansów, ale za jakąś inną. Niech będzie – hej kto Polak na bagnety, albo Pierwsza brygada grana na melodię Totenkopfhuzarenmarsch. Jak byłem w marcu w Poznaniu, to Przemo sprzedał mi kilka rosyjskich mądrości zalatujących na odległość metodologią polityczną. Jedna z nich brzmiała – jeden w polu to nie wojownik. I tu sprawa jest jasna. Rosjanie wiedzą, że jak się nie ma wyraźnej przewagi w polu, to się siedzi w domu i udaje nieobecnego. I to czasem skutkuje, a czasem nie. Wiąże się też ze znanym rosyjskim fatalizmem, który w mojej ocenie fatalizmem wcale nie jest, ale to już temat na inną pogawędkę. Polacy w ogóle nie zawracają sobie głowy takimi kwestiami, albowiem oni swoją polityczną metodologię budują nie wokół preliminowanych sukcesów bądź porażek, ale wokół czego innego. Już się zapewne domyślacie czego – podziału budżetu przeznaczonego na kampanię. Fakt ten zaś, o czym wszyscy zainteresowani doskonale wiedzą, musi być przede wszystkim starannie ukrywany. Do tego właśnie służą dziarskie piosenki i poszum husarskich skrzydeł i wszystko inne, także romantyczne dramaty, szczególnie te, które na pierwszy rzut oka żadnego sensu nie mają. Z tego też bierze się tradycyjna polska lekkomyślność, która prowadzi do szarż na przeważające siły wroga i opiewana jest potem w pieśniach, gdzie znajdujemy słowa – poszli nasi w bój bez broni. Dlaczego poszli? Stawiam taką oto śmiałą tezę – uczynili tak, ponieważ obawiali się, że jak broń nadejdzie, a z nią posiłki, to ten budżet na powstanie, co go tajna pruska, czy francuska kamera wyasygnowała, będzie trzeba dzielić z większą ilością osób. No, a ponieważ duch bojowy w narodzie zawsze był, można było ryzykować, szczególnie, że przeciwnik był zawsze pogardzany i wokół innych jakości budował swoją wojskową tradycję. Innego sensu pieśni i wyczyny patriotyczne nie mają i ja się o tym przekonałem wczoraj.

Przypadkiem zupełnie drążąc sprawy związane z przynależnością hierarchów Kościoła do lóż masońskich, konkretnie zaś prymasa Franciszka Skarbka Malczewskiego, trafiłem na starszą księdza prymasa o ładnych parę dekad sprawę Józefa Gogolewskiego, której motorem był Ignacy Skarbek Malczewski. Piosenkę o nim śpiewał i śpiewa nadal Jacek Kowalski, a ja ją tu linkowałem swego czasu. Nie udało mi się ustalić jaki stopień pokrewieństwa łączył Ignacego i Franciszka. No, ale na razie nie jest to istotne. Ważna jest historia Józefa Gogolewskiego, albowiem ona demaskuje polską metodę prowadzenia polityki wewnętrznej, w oparciu o zagraniczne budżety. Jacek Kowalski napisał nawet tekst dramatyczny, zatytułowany „Historia o Gogolewskim” i to było wystawiane w takim małym teatrzyku. Mnie ta metoda nie bierze, bo prof. Kowalski ma dziwny zwyczaj trywializowania spraw poważnych i głębokich. Ma pewnie na to jakieś wytłumaczenie, ale ja go raczej słuchał nie będę.

O co chodzi? Otóż historia konfederacji barskiej przypomina żywo historię walk z Indianami w Ameryce. To znaczy jasne jest, że Indianie przegrają, kwestia nie jak szybko, ale kto na tym zarobi i ile, a także kto straci. Wojna barska to przewlekła, ciągnąca się, krwawa historia, na którą łożył rząd francuski i miejscowe, polskie obywatelstwo obdzierane bez miłosierdzia podatkami „na patriotyzm”. Wojna barska to negocjacje sił, które były zainteresowane podziałem Polski na mapie, a także podziałem majątku jej obywateli. Świadomości tego faktu nie mają regimentarze, wszyscy z wyjątkiem może Pułaskiego, jeden w drugiego durnie. Trudno przypuścić, by oni znaleźli się na czele tej konfederacji dzięki własnym zdolnościom. Zostali tam, sprytnie wysunięci, przez siły zwane zwykle nierozpoznanymi. Mam całkowitą pewność, że żywot wojny barskiej był celowo przedłużany, bo przedłużały się rosyjsko-turecko-francusko-pruskie negocjacje. Z tego właśnie powodu kociołek musiał cały czas wrzeć. Najgłupszym regimentarzem, a potem marszałkiem konfederacji był Ignacy Skarbek Malczewski. Nie ma tu miejsca na opisywanie go. Kowalski cytuje fragmenty księdza Kitowicza, w których opinie o Malczewskim krążą wokół wyrazów takich jak „szczur” i „łachudra”. Był on jednak kochany przez panów braci, a to ponoć dlatego, że zawsze uciekał z pola bitwy i nie narażał życia wojaków. Potem zaś urządzał różne przyjęcia i parady, które dawały konfederatom złudzenie sukcesu. To jest niezmienne do dziś. I ja uważam, że to Ignacy Skarbek Malczewski jest patronem polskiej, patriotycznej prawicy, nikt inny. I nagle pojawił się ten cały Gogolewski. Uciekł z Krakowa, gdzie konfederację dorżnięto i zaczął działać przy Malczewskim. Okazuje się, że Gogolewski nie ucieka tak szybko, jak jego szef. A jak ucieka to się co jakiś czas zatrzymuje i oddaje salwę. To Moskwę i królewskich trochę mityguje. Potem robi się jeszcze gorzej. Gogolewski zaczyna zwyciężać, odnosi najpierw małe sukcesy, potem większe, zauważają te jego sukcesy gangsterzy tacy jak Drewicz, rosyjski pułkownik, a potem generał. Najgorsze zaś jest to, że Gogolewski ma prawo wybierania podatków. I szlachta płaci mu o wiele chętniej niż Malczewskiemu, albowiem może się on wykazać wymiernymi sukcesami. To jest ważny moment, bo ostatni w naszych dziejach, kiedy Polacy godzą się płacić człowiekowi, który ma na koncie jakieś realizacje. Potem płacili już tylko jawnym kanciarzom. Gogolewski tłucze wszystkich, Drewicz, nie Drewicz, Prusacy, dragoni Stanisława Augusta, bez znaczenia, wszyscy idą do piachu. Robi się kłopot. Pan Malczewski sięga do sakiewki a tam pusto. Otoczenie patrzy krzywo i mówi – ale za co pić będziem mistrzuniu? Odpowiedzią jest milczenie. Jacek Kowalski o tym nie pisze, ale jasne jest, że Francuzi także zauważyli sukcesy Gogolewskiego i zapewne usztywnili swoją pozycję negocjacyjną, a także – to hipoteza – przysłali więcej pieniędzy. Czy w takich warunkach można w ogóle prowadzić powstanie narodowe i dowoływać się do opieki Matki Najświętszej? Rzecz jasna nie. Trzeba coś z tym zrobić.

Gogolewski zrobił jeszcze dwie straszne rzeczy – porwał kasztelana poznańskiego Mielżyńskiego, który – co do tego jestem przekonany, choć dowodów nie ma – pozostawał w najlepszej komitywie z Malczewskim, swoim na pozór zawziętym wrogiem. Potem zaś, przed zimą zrobił jeszcze jedną rzecz straszną – próbował wymusić na Repninie zawieszenie broni. Nie prośbą, nie przymilaniem się i nie zakulisowymi dogoworami, ale szantażem. Powiedział, że spali dobra wielkopolskie tych senatorów, którzy nie będą z nim współpracować przy montowaniu takiego rozejmu. Moment ten jest moim zdaniem lekceważony, a wygląda na to, że był głównym powodem zmontowania pułapki w jaką wpadł Gogolewski. Jak ktoś szantażuje Repnina, to musi pokusić się o usunięcie takiej kreatury jak Ignacy Skarbek Malczewski. I to w dobrej wierze. I tak się stało. Gogolewski zajechał marszałka i zagroził mu śmiercią. Ciął go nawet w głowę lekko, bo komunikacja pomiędzy oficerami konfederacji odbywała się w wysokich bardzo diapazonach emocji. Malczewski ustąpił i zaczął się płaszczyć. Gogolewski zaś odesłał swoich ludzi i pozostał na noc w dworze Malczewskiego, pewien, że nic mu nie grozi. Okazało się, że jest inaczej. W nocy został okuty, przez ludzi marszałka i przez swoich własnych towarzyszy będących z nimi w zmowie, postawiony przed sądem i rozstrzelany. Prosił swoich oprawców by mu darowali życie, obiecywał, że dokona go jako mnich bernardyn. Wyśmiano go, zastrzelono i pochowano w bernardyńskim habicie. Dziś robi się o tych wypadkach różne śpiewogry i nikt nie traktuje tych okoliczności, jako ważnego elementu polskiej tradycji politycznej. No, a tak to właśnie trzeba ujmować. Konfederacja toczyła się dalej ku uciesze Repnina i Prusaków, wszyscy wrogowie klaskali, a Polacy śpiewali, że nie będą z królami w aliansach i pozwalali się zabijać oraz grabić. Malczewski „wzniecał ogień rewolucji” w kolejnych powiatach, ku uciesze Drewicza, który szedł za nim jak cień i grabił ile wlazło wszystkich którzy do konfederacji się przyłączyli. I do dziś nie można nikomu wyjaśnić, że to jest właśnie metoda, a nie „poszli nasi w bój bez broni”. Nie można bo wszystko zasłania płaszcz Maryi ukradziony przez kilku cwaniaków. Nikt Malczewskiego nie zabił, nikt go nie prześladował i dożył on spokojnie roku 1782. Jego zastępca – Józef Zaremba, którego opisywał kiedyś ksiądz Krakowiak, miał mniej szczęścia. Próbował różnych podchodów, miał swoją legendę, ale skończył jako ruska kreatura, co się wielu gorącym patriotom przytrafiało, albowiem nie rozumieli oni metody. I to samo mamy dzisiaj. Na koniec kiedy przestał być już potrzebny ugotowano go w specjalnej, drewnianej balii parowej, którą kupił dla zdrowotności. Ponoć był to przypadek, ale ja w takie przypadki nie wierzę. Konfederacja skończyła się I rozbiorem, rozgrabieniem zasobnych, wielkopolskich powiatów i całkowitym uzależnieniem kraju od Moskwy. Pułaski nie mógł znaleźć spokojnego miejsca w Europie i musiał uciekać do Ameryki. Gdyby został, jego też by ugotowali. Tylko Malczewskiemu się udało.

Jak ja to teraz połączę z biskupami masonami? Prosto. Z wdziękiem prestidigitatora. Zastanawiałem się wczoraj, czytając książkę księdza Franciszka Borowskiego „Dekret kasacyjny roku 1819”, jak to się stało, że prymas Franciszek Malczewski, członek loży wolnomularskiej Izis, nagle, rozchorował się przed podpisaniem dekretu kasacyjnego dla zakonów męskich i żeńskich w Królestwie Polskim? Nie był wcale stary, a od tak, na wiosnę, wzięło księdza prymasa, masona do tego i zaległ w łożu bez przytomności całkiem. Opinia jest taka, że Malczewski chciał dobrze i nie zamierzał zmieniać niczego w dekrecie przysłanym z Rzymu, ale został na łożu śmierci namówiony do złego przez innego biskupa masona Szczepana Hołowczyca. Ten kierował nowo utworzoną diecezją sandomierską, która potrzebowała pieniędzy na swoje funkcjonowanie, a te miała właśnie przynieść kasata niepotrzebnych zgromadzeń zakonnych i ich aktywów. To jest jakieś wytłumaczenie, ale….Malczewski podpisuje dokument 17 kwietnia 1819, a 18 kwietnia umiera! To jest ciekawa koincydencja. Jeśli do tego dodamy, że Hołowczyc był kreaturą Kostki-Potockiego i z nim, a nie z posłuszeństwem papieżowi wiązał swoją duchowną karierę, to coś nam zacznie świtać.

Mechanizm był taki – już od czasów konfederacji barskiej, ludzie świadomi okoliczności, tacy jak Ignacy Skarbek Malczewski – wiedzieli, że potrzebny jest sojusz z siłami tajnymi. I nie jest doprawdy ważne czy reprezentował je Repnin czy bracia z loży Izis. Tradycja ta przetrwała i była kilka razy odnawiana. W czasach Królestwa Kongresowego dokonywał się ostateczny sojusz pomiędzy należącymi do lóż hierarchami, próbującymi urządzić się na swoim terenie, a należącymi do lóż urzędnikami. Koszta tego sojuszu ponosić miały zgromadzenia zakonne, szczególnie kontemplacyjne. Czym jest Kościół bez zgromadzeń zakonnych, wszyscy wiemy. To jest instytucja podporządkowana tajnej policji, która składa raporty papieżowi, przepuszczając je wcześniej przez biurko stójkowego. I na to nie ma siły. Sojusz hierarchów z urzędnikami motywowany jest nie opieką Maryi bynajmniej, bo tym motywowany jest sojusz hierarchii ze źle opłacają armią, ale utylitaryzmem państwowym. Kłopot w tym, że nie ma granic tego utylitaryzmu. To znaczy nie ma granic złodziejstwa. Masoni zaś nie są organizacją wszechmocną, ale strukturą umożliwiającą bezkrwawe i wielopoziomowe negocjacje dotyczące zmiany stosunków politycznych i zmiany stosunków własności. I tylko naprawdę łapczywym i bardzo głupim ludziom wydaje się, że można coś zrobić dobrego należąc do tej organizacji. Zapewne takie myśli krążyły po głowie prymasa Franciszka Skarbka Malczewskiego. Znalazł się on, nie rozumiejąc w dodatku swojej sytuacji, w opałach identycznych jak Gogolewski. Miał coś podpisać, ale nie w takiej formule jak to zaplanowano w Rzymie. On jednak tego nie zrozumiał biedaczek. No i rozchorował się i zmarł. Zanim jednak umarł ksiądz biskup Hołowczyc dosmarował do tego dekretu nowe zgromadzenia i nowe prerogatywy umożliwiające dalsze grabienie Kościoła. W imię czego? Reformy państwa oczywiście. Reformy, która to państwo miała doprowadzić nie wiadomo do czego właściwie. Przecież królem był car, a dwie trzecie narodu mieszkało w Prusach i Austrii. Nad tym nikt się nie zastanawiał, albowiem istotny był pretekst. Podobnie jak w tym pierwszym przypadku. Istotny był pretekst. Ni i budżet rzecz jasna.

Jaki z tego morał? Jeśli chcesz być patriotą, musisz mieć własne wojsko, własne powstanie i własne sukcesy. I niczego od nikogo nie oczekiwać. Pod żadnym pozorem nie możesz z tym iść do organizacji, które głoszą iż mają na względzie dobro narodu, jego wielkość, która wspomożona Bożą opieką, wkrótce się objawi, ani do takich, co chcą wzmacniać państwo i je reformować. Oni bowiem myślą tylko o tym, jak podzielić kradziony budżet i ten drugi, który na patriotyzm przeznaczyły mocarstwa. Im bardziej będziesz człowieku skuteczny i więcej będziesz robił, tym gorzej dla ciebie. Żadnych sojuszy i żadnych awansów się nie doczekasz. A w łeb łatwo zarobić można. Tak wygląda polska, patriotyczna polityka wewnętrzna. I nie ma doprawdy znaczenia, czy przemawiają tradycjonaliści czy reformatorzy, bo oni się wszyscy razem dobrze znają. Nie należą już może do loży Izis, ale jest wystarczająco dużo organizacji, do których się dawno temu pozapisywali, by skrycie uprawiać lojalność wobec siebie nawzajem i pozorować jej brak na zewnątrz.

Dziś trochę przydługo, ale taki miałem nastrój. A tu link do książki księdza Borowskiego, jak najbardziej autentycznej realizacji demaskującej działania biskupów masonów.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/dekret-kasacyjny-roku-1819/

Wywiad z Turzna i wielki powrót komiksów do oferty, no i przypomnienie nagrania o św. Stanisławie

 Możliwość komentowania Wywiad z Turzna i wielki powrót komiksów do oferty, no i przypomnienie nagrania o św. Stanisławie została wyłączona
grudzień 032019
 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sacco-di-roma/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/noc-sw-bartlomieja-komiks/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/zamah-komiks-polemiczny/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/historia-katalonii/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/narodziny-swiata-w-20-obrazach-1864-1914/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/swiat-w-ciemnosciach/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/audiobook-swiety-stanislaw/

Maj 082019
 

Tekst wrzucam dopiero teraz, bo od rana siedziałem u dentysty, wściekły jestem jak nie wiem co, bo jeszcze na dokładkę wodę wyłączyli i kawy nie można zrobić. Jeden z czytelników przysłał mi wczoraj zdjęcie felietonu Waldemara Łysiaka z tygodnika „Do rzeczy’. Felieton nosił dziwaczny tytuł „Oszczer” i był polemiką z tekstem innego felietonisty tego tygodnika – Jacka Komudy, który napisał tydzień wcześniej o tym, że król Bolesław Śmiały to gej i zoofil. Łysiak się oburzył i dla odmiany nazwał raz jeszcze św. Stanisława zdrajcą, powołał się przy tym na szereg autorytetów, w tym na Dariusza Baliszewskiego i Tadeusza Czackiego. Jakby tego było mało Łysiak cytuje jakąś korespondencję papieża Grzegorza VII z królem Bolesławem, w którym to ojciec święty pisze, że jego i króla łączy wiara w Chrystusa. Rozumiem, że Łysiak dotarł do nieznanych nikomu źródeł pisanych dotyczących relacji pomiędzy Rzymem a Krakowem w XI wieku, źródeł z epoki, tak przecież rzadkich, i teraz podzielił się z nami tą treścią? W dodatku uczynił to gratis, nawet nie musieliśmy się targować. Pisze nam także Łysiak, że w Pradze są jakieś kwity, w których czarno na białym stoi, że biskup Stanisław był na pensji króla Wratysława. Proszę Państwa, w zasadzie można by na te sprawy spuścić zasłonę milczenia, bo one są w istocie nie ważne. Chodzi bowiem tylko o to, by grzać koniunkturę w tematach, na których nikt się nie zna i robić przy tym jeszcze sztuczny tłok. Tymi się zajmują Komuda z Łysiakiem. Nie ma żadnych dokumentów z epoki, o czym na początku felietonu pisze sam Łysiak. Ciekaw jestem więc bardzo skąd Łysiak wyciągnął te swoje rewelacje. Jak mówię nie chodzi bynajmniej o to, żeby dociec prawdy. Bo gdyby obaj panowie chcieli tego właśnie, zajęliby się przetrząsaniem archiwów weneckich, a wcześniej zgromadzili na ten cel stosowny budżet. Oni jednak tego nie uczynią, albowiem zajęci są nieustannym nakręcaniem koniunktur na swoje książki. To jest bieda z nędzą. Widać ją gołym okiem, a jedynym sposobem jaki ludzie ci uważają za skutecznie podnoszący sprzedaż jest plasowanie się na pozycji niepokornego i niegrzecznego studenta olewusa – takiego enfant terrible. W zasadzie dziś każdy publicysta, może poza Grzegorzem Kucharczykiem, chce być ąfą teribl, bo mu się zdaje, że w ten sposób zwróci na siebie uwagę. To byłoby możliwe, gdyby oni wszyscy prezentowali się na scenie w jakichś układach choreograficznych, ale nie na łamach tygodnika, który kosztuje 7,90 za egzemplarz. I tak Komudzie zdaje się, że jak zrobi z króla zoofila, to wywoła tym sensację, a Łysiak z kolei uważa, że można otwarcie i bez żenady kłamać, a na koniec jeszcze przywoływać jakieś celtyckie sentencje. Jego tekst bowiem kończy się wspomnieniem ojca – Stanisława Łysiaka, który mówił synowi Waldemarowi, żeby szedł przez życie z celtycką dewizą „prawda przeciw światu”. Kłopot w tym, że Łysiak mija się z prawdą, w dodatku na wielu poziomach wśród których przywołanie Baliszewskiego i nazwanie go wybitnym historykiem, jest figielkiem najmniejszej wagi.

Powtórzę raz jeszcze – celem tych działań jest nakręcenie koniunktury na treści kłamliwe i obsceniczne. W tym bowiem upatrują autorzy publikujący na łamach „Do rzeczy” klucz do sukcesu i w ten sposób chcą kokietować czytelnika. Ten bowiem jest w ich oczach podekscytowanym bałwanem, który nie zrozumie niczego, jeśli do serwowanej mu gawędy nie będzie dołączone słowo „pedofil”, „zoofil”, „sodomita”, albo pokrewne. Wynika to wprost z nadużywania na tak zwanej prawicy pewnych formatów, z których wielu czytelników rzeczywiście nie umie się wyzwolić. Stwarzają oni złudzenie, któremu z kolei ulegają autorzy, że inni czytelnicy i inne jakości nie istnieją. To jest zjawisko zasmucające i w zasadzie nie do odwrócenia. Jeśli bowiem ktoś dostaje pieniądze za notoryczne publikowanie słowa „dupa” odmienianego przez wszystkie przypadki, ten się od tego nie uwolni, albowiem pieniądze, otrzymywany regularnie, są środkiem silnie uzależniającym. A skoro się nie uwolni, będzie musiał poszukać dla swojego niegodnego zachowania jakichś uzasadnień. No i właśnie to jest sensem istnienia Komudy i Łysiaka. Prócz uzasadnień musi się także pojawić specjalizacja. To znaczy jedni będą specjalistami od samej, pardon, dupy, inni wyspecjalizują się w gawędach o dupie Maryni, a ci najbardziej subtelni, jak Łysiak – w opowieściach o dupie Maryni i huzarach. Jeśli mamy do czynienia ze specjalizacją popartą uzasadnieniem, to wśród czytelników pojawi się nieuchronnie znawstwo. I tak będą, a pewnie już są, znawcy wczesnego, środkowego i późnego Łysiaka, a także wczesnego, środkowego i późnego Komudy. Problem jednak w tym, że ludzi tych będzie coraz mniej, a to z kolei oznacza, że przychody jakich spodziewają się autorzy nie będą zadowalające. Nieprawdą jest bowiem, że nie istnieje inny rynek i inni czytelnicy, niż ci, których opisałem wyżej. Oni istnieją, ale akurat nie kupują tygodnika „Do rzeczy”. Nie czynią tego, żeby nie zwomitować po przeczytaniu jednego, drugiego czy trzeciego tekstu kolejnego autora kreującego się na afą terribl. Bo nie kończy się przecież na Komudzie i Łysiaku, jest jeszcze przecież pisarz Koper, który w ostatnim numerze reklamuje swoją książkę pod tytułem „Żony i kochanki Sienkiewicza”. Proszę Państwa, szeroko otwarta jest brama do piekła pisarzy, a ono potrafi się zmaterializować już na ziemi. Będzie tak – po całkowitym i nieodwołalnym zdewastowaniu rynku przez wymienionych tu z nazwiska hochsztaplerów, po triumfie Mroza i Bondy, którzy sobie tylko znanymi sposobami załapali się do sfery tych autorów, którzy mogą w książce lokować produkt, albo region, za co wydawca i oni dostają gratyfikacje, ludzie tacy jak Koper i Komuda, skończą jako autorzy objeżdżający uzdrowiska i zabawiający nudzącą się tam publiczność. Ktoś powie, że to nie jest jeszcze najgorsze wyjście, że dlaczego nie, przecież tam też są czytelnicy….Oczywiście…że są, wszędzie są czytelnicy. Przypuszczam, że w piekle również są, ale czy o takich czytelników zabiega autor?

Nie mam dobrej pointy dla tego tekstu, bo bieda wyzierająca z każdej niemal strony tygodnika „Do rzeczy” jest paraliżująca. Zostawiam Was więc z tymi niewesołymi refleksjami i jadę walczyć o przywrócenie ciepłej wody w kranie. I zimnej także…

Zapraszam na portal www.prawygornyrog.pl

styczeń 122016
 

Mój ulubiony minister w nowym rządzie ogłosił wczoraj rzecz niezwykłą. Powstała mianowicie rada do spraw innowacyjności. Zadzwoniłem od razu do kolegi, żeby go zapytać co on o tym myśli. On zaś przytomnie i retorycznie zapytał, kiedy minister powoła radę do spraw kreatywności i kiedy zadekretują co jest, a co nie jest kreatywnością. Myślę, że niebawem, bo mój ulubiony minister wygląda na człowieka który łamie wszelkie przeszkody i konwencje. Wystarczy mu tylko nie przeszkadzać. Głównym zaś momentem w newsach podawanych wczoraj a dotyczących tejże rady były wyliczenia ile to też mój ulubiony minister mógłby zarobić, gdyby pozostał w banku. Ponoć 30 milionów. Piszą o tym i wieść ta rozgrzewa serca wielu, a wielu podnosi do pionu i wywołuje u nich drżenie całego ciała. No, a ja tylko przypomnę, że Kulczyk Jan zanim się położył do tego szpitala miał na koncie ponoć 5 miliardów. I one pewnie nadal tam są, tyle, że sam Kulczyk jest dziś w miejscach dosyć od tych pieniędzy odległych. Choć są tacy, co twierdzą, że doktor K, ukrył się jedynie i teraz używa życia na całego. To jest pociągająca niezwykle hipoteza, ale zastanówcie się ileż można tego życia używać jak się ma lat sześćdziesiąt i trochę? Myślę, że to są stare i powtarzalne projekcje biedaków, którzy śnią o tym Kulczyku bawiącym się w towarzystwie śniadych hurys na Seszelach, śnią każdej nocy przykryci dziurawą kołdrą i troskami o byt codzienny.
No, ale wracajmy do innowacyjności. Światem rządzą stare i niezmienne prawa, nie są one ani mocno skomplikowane, ani bardzo tajemnicze, a żeby je poznać trzeba jedynie nabrać trochę doświadczenia. Ja nie znam wszystkich, ale kilka poznałem dogłębnie, a jedno Wam już kiedyś tu zaprezentowałem. Brzmi ono: jeśli ktoś używa słowa „rzetelnie” to znaczy, że nie zamierza płacić. Dziś poznamy kolejne prawa dotyczące istotnych aspektów komunikacji. Jeśli ktoś zakłada radę do spraw innowacyjności to znaczy, że będzie innowacyjność zwalczał z całą zaciekłością i bezwzględnością. Będzie ją kontrolował, niszczył, blokował i wtłaczał w urzędnicze przegródki, a wszystko po to, by uzasadnić własne istnienie oraz istnienie pionu urzędniczego, który wokół idei innowacyjności się skupi. To samo jest z kreatywnością. Jeśli ktoś zakłada instytut do spraw wspierania kreatywności to znaczy, że będzie czynił wszystko, by żadnej kreatywności nie było. Będzie robił tak, by w jego otoczeniu bliższym i dalszym nie było żadnych osób autentycznie kreatywnych, bo to on przecież, a nie oni, ma ten klucz do tej całej kreatywności, a otrzymał go decyzją administracyjną, powszechnie ważną. Ci zaś, którzy coś tam sobie dziamdziają i tworzą, to jakieś niepoważne i nie rozumiejące misji gamonie. To co napisałem wyżej działa zawsze i nie ma ani jednego przypadku w dziejach by zadziałało inaczej. Jeśli za coś zabierają się urzędnicy to się natychmiast zamienia w odwrotność deklarowanej misji. Dlatego właśnie w USA wytwórnie filmowe są prywatne i dystrybucja także, a państwo tamtejsze co jakiś czas zamawia u prywatnych ludzi, różne propagandowe projekty. My zawsze czynimy na odwrót. Nie tworzymy rynku, ale okoliczności, które rzekomo mają ludziom pomóc. I one jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki od razu zamieniają się w piekło. Tak będzie i tym razem, bez względu na to ile milionów ma na koncie mój ulubiony minister.
Co z tym wszystkim ma wspólnego św. Stanisław? Oto wygłosiłem ostatnio we Wrocławiu trzygodzinną pogadankę o biskupie krakowskim, zamordowanym przez króla Bolesława. Skupiłem się wyłącznie na aspekcie propagandowym tej historii, to znaczy na tym, jak sprytnie, bezmyślnie lub chamsko wykorzystywaną osobę św. Stanisława do różnych politycznych porachunków z Kościołem. Na koniec dałem swoją, bardzo innowacyjną wykładnię, całej tej historii. I na to przyszedł dziś z rana jakiś pan i wpisał się na moim koncie na fejsie, a w treści wpisu zdradził, że on po lekturze jest pewien, że św. Stanisław był zdrajcą i słusznie go zamordowano. I to jest przyznam coś, co jest znacznie gorsze niż rada do spraw innowacyjności. To jest pułapka na umysły słabe i bezradne wobec prowokacji, za to lubiące sobie pogadać nic nie robiąc przy tym. To jest właśnie ten moment, który powoduje, że ludzie nie potrafiący ogarnąć spraw wokół siebie marzą o tym, co by to było, gdyby Bolesław Chrobry został cesarzem, a Śmiały poszerzył jego władzę. Jak pięknie by się nam dziś żyło. Lepiej może niż temu Kulczykowi umarłemu na Seszelach. Na pewnym poziomie sprawy te są dla ludzi absolutnie kluczowe i ja nie mogą tu zrobić nic ponad mało znaczące wzruszenie ramionami. Dyskusję o biskupie krakowskim rozpocząłem, bo gazownia dała ten wywiad z Karolakiem, wywiad z którego jasno wynika, że ta sprawa, która już od lat wydaje się nieaktualna dalej będzie wałkowana. Bo to jest bardzo atrakcyjna marchewka wabienia durniów, którym się marzy silne państwo polskie, bijące wszystkich dookoła. Powtórzę więc jeszcze raz. Nie wyciśniecie z tej historii nic więcej ponadto co wycisnęli już komuniści, dajecie się złapać w pułapkę propagandy wrogiej Kościołowi i wrogiej tradycji, choć z wierzchu wygląda to inaczej. Dlaczego tak jest? Bo jak zwykle najważniejsze momenty są w gawędzie o św. Stanisławie pomijane. Nie są bowiem innowacyjne. A jakby tego było mało, sposób w jaki historię tę przekłada się na język polityki współczesnej wzięty jest wprost z propagandy Kiszczaka. I będzie – o czym przekonuje nas Karolak – ćwiczony nadal.
To nie jest tak, że dobry, chcący umocnić swoje państwo król – czytaj pierwszy sekretarz Gomułka – musiał się zmagać ze złymi hierarchami co listy do jeszcze gorszych Niemców pisali. To jest trochę inaczej. I w tym „inaczej” widzę szansę na ponowne zredagowanie historii św. Stanisława. Innowacyjne jak już powiedziałem.
Chodzi o to, że w tej układance brakuje kilku ważnych politycznych bytów. Autorzy przeciwni biskupowi, podkreślali rolę króla jako stronnika papieża. To jest projekcja nieuzasadniona, bo król był na północy, latał pomiędzy Krakowem a Kijowem, papież był natomiast w Italii. I tam znajdowali się jego najważniejsi sojusznicy. Byli nimi Normanowie. Punkt ciężkości tej opowieści nie znajduje się w kościele na Skałce, gdzie ponoć zamordowano biskupa Stanisława, ale w miejscowości Ossiah gdzie ponoć leży pochowany król Bolesław. Jego nagrobek to fikcja, taka sama, jak jego rzekome poparcie dla papieża. Nic w tej historii nie jest pewne, wszystko zaś podlega tysiącznym interpretacjom. No więc moja jest taka, że król nie strzegł interesów papieża, ale Wenecji. Był tym człowiekiem, który dyscyplinował Ruś i Bizancjum, Czechów i Węgrów wykonujących na jego rozkaz, groźbę lub prośbę, różne kontredanse, żeby interesy republiki ucierpiały jak najmniej. Jego rzekoma potęga zawaliła się natychmiast po zamordowaniu biskupa. Jego rzekomo buntowniczy brat, po zaś po wykonaniu zadania, jakim było zrzucenie Bolesława z tronu, zamienił się od razu – jak chcą dziejopisowie – w politycznego pierdołę, niezdolnego do działania. Zaskoczenia i demaskacje można mnożyć.
Król uciekając z Polski zmierzał przez Węgry do Wenecji, licząc na swoich dawnych protektorów. Tyle, że nie był im już potrzebny, był kulą u nogi i balastem, tak dla Wenecjan jak i dla Węgrów, swoich sojuszników. W pogadance zasugerowałem, że to Węgrzy go zlikwidowali, ale równie dobrze mogli to zrobić Wenecjanie. Myślę, że ta interpretacja otwiera nam nowe drogi ku ciekawym książkom i sztukom teatralnym. Naprawdę szczerze zachęcam do podejmowania tego tematu. Zachęca też do tego Karolak, dyrektor teatru i aktor, żartów więc jak widzicie nie ma, a propozycja jest poważna. Nie ma bowiem w kulturze popularnej ani jednego tekstu, który byłby przyjazny biskupowi Stanisławowi. Ustalona raz na zawsze w początkach XX wieku wersja zdarzeń, obalona już kilkakrotnie przez różne autorytety z prof. Grodeckim na czele, ciągle obowiązuje i będzie obowiązywać dopóki nie pojawią się książki dla dzieci i młodzieży naświetlające te sprawy inaczej. Zrekapitulujmy więc. Oto król, który jest jednocześnie przedstawicielem banków weneckich i tej dziwnej organizacji zwanej republiką, która – jak każda republika – jest konglomeratem gangów pozostających w dynamicznej równowadze. Ma ów król kilka pomysłów, które wyglądają na innowacyjne, ale w istocie nimi nie są. On tylko wykonuje polecenia swoich protektorów, a te dotyczą utrzymywania w niepokoju innych, równie chwilowych sojuszników republiki czyli Bizancjum i Cesarstwa. Nie ma w tym nic oryginalnego, to wszystko jest beznadziejnie powtarzalne. A tym całym historykom nie udało się do dziś ustalić jak daleko na północ sięgały weneckie faktorie handlowe, nie wiedzą też jakie były wpływy na północy miast dalmatyńskich, o które Wenecja rywalizowała z Węgrami i jak wyglądała konkurencja pomiędzy ich bankami. Wszyscy widzą jedynie ten, jakże złudny, triumf króla i tę rzekomą innowacyjność rodem z banku.

Na dziś to wszystko

Zapraszam na stronę www.coryllus.pl, do sklepu FOTO MAG, do księgarni Przy Agorze i do księgarni Tarabuk.

Aha, jeszcze nagranie pierwszej części gawędy o św. Stanisławie.

Maj 212014
 

Dowiedziałem się właśnie, że pan Czyżewski, szef fundacji „Pogranicze” w Sejnach dostał ważną izraelską nagrodę. Uhonorowano go nagrodą Dana Davida, ponieważ wydał swego czasu książkę Grossa, pod tytułem sąsiedzi. Nagrodę zwaną izraelskim Noblem przyznaje się za budowanie społeczeństwa „zdolnego zgłębić skomplikowaną przeszłość i połączyć ją z budowaniem teraźniejszości i fundamentów przyszłości” . Czyżewski wydając tę książkę wykazał się ponoć wielkim aktem odwagi, bo wywołała ona w Polsce dyskusję, w której wyraźnie było słychać pomruk nazistowskiej bestii. To taka moja licencja, bo oni to napisali inaczej, ale podobnie. Mamy więc Czyżewskiego, który za pieniądze budżetowe, czyli nasze, wydaje książkę nieuka Grossa, dla którego Chmielnicki jest znanym polskim antysemitą. Potem zaś Żydzi wręczają mu – Czyżewskiemu nie Chmielnickiemu – medal za odwagę. To jest fascynujące, przynajmniej dla mnie, ale mam lepszą historię. Lepszą i bardziej dynamiczną. Tu się dopiero trzeba wykazać odwagą, sam nie wiem czy się skuszę, ale chyba tak, bo nikt przecież poza mną tego nie zrobi.
Mam oto przed sobą książeczkę profesora Mariana Plezi z Krakowa, wydaną w roku 1999, normalnie jak serial „Kosmos 1999” jest ta publikacja, polecam wszystkim. Nosi ona tytuł „Wokół sprawy św. Stanisława. Studia źródłoznawcze”. Nie doszedłem jeszcze do pierwszego rozdziału, bo dwa akapity wstępu powaliły mnie na kolana i od wczoraj nie mogę wstać. No, ale idźmy po kolei. Najpierw omówię 4 stronę okładki, gdzie napisane jest, że Jan Paweł II złożył osobiste i specjalne podziękowania Marianowi Plezi za ową książeczkę. Bardzo się ucieszyłem przeczytawszy to zaraz zabrałem się za studiowanie wstępu. Mówię Wam – miazga.
Do końca XVIII wieku wszyscy wierzyli, że św. Stanisław to postać świetlana i dla historii Polski najważniejsza. Skonstatowawszy powyższe pisze nam profesor Plezia, że już w roku 1761 ostatni król Polski, a imiennik świętego ustanowił na jego cześć order. Dwaj, jak chce Plezia, wybitni kaznodzieje – Kołłątaj i Naruszewicz wygłosili na tę okoliczność kazania.

„I trzeba było- pisze Plezia – dopiero katastrofy rozbiorów, ażeby ten związek kultur religijnego i narodowego został zakwestionowany, a na glorię patrona Polski padł cień zdrady narodowej”

Tak to jest opisane w książce profesora Plezi z Krakowa, w prawdziwym życiu jest jednak trochę inaczej. Stanisław August Poniatowski rozpoczął swoje nieszczęśliwe panowanie w roku 1764, nie wiadomo więc dokładnie kto wymyślił ten order św. Stanisława i jakie mu przyświecały cele. No chyba, że to jest ewidentna pomyłka w druku, ale przecież w przypadku autorów takich jak Marian Plezia, pomyłki takie nie mogły się zdarzyć. Prawda?

I trzeba było katastrofy rozbiorów – zawodzi Plezia…no trzeba było, bo wcześniej rozerwanie związku pomiędzy narodem a św. Stanisławem nie było w ogóle możliwe. I padł ten cień zdrady narodowej na biskupa. Padł prawda? No to mi teraz wyjaśnijcie jak to jest, że kiedy ja zaczynam mówić o narodach u progu doby nowożytnej zawsze się znajdzie jakiś gamoń, który wstanie i ogłosi – ależ proszę Pana, wtedy nie istniało pojęcie narodu. Na co ja – a Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego? Na co on – ależ proszę pana, to jest tylko pojęcie. Tak się zdarzyło naprawdę, nic nie zmyślam, było takie wystąpienie, ale nikt go nie zauważył, a ja powalony idiotyzmem interlokutora zamilkłem. No więc zapytajcie któregokolwiek profesora historii z dowolnego uniwersytetu, jak to było z tymi narodami w dawnych czasach. Macie 90 procent pewności, że wszyscy powiedzą – ależ proszę pana/pani pojęcie narodu wówczas nie istniało.
Pojęcie nie narodu może i nie istniało, ale istniało pojęcie zdrady narodowej o czym nas poinformował w roku 1999 profesor Marian Plezia. Za tę ponurą demaskację osobiste podziękowania złożył mu Jan Paweł II.

No więc padł ten cień zdrady narodowej na biskupa, a stało się to w okolicznościach, które profesor Plezia opisał w sposób sobie właściwy, czyli niezwykle inspirujący i malowniczy. Cytuję:

Tak się bowiem złożyło, że bezpośrednio po upadku starego państwa polskiego Tadeusz Czacki, mający z woli Stanisława Augusta kontynuować dzieło historyczne Naruszewicza po jego śmierci (1796) gromadząc do tej pracy materiały dostał w swoje ręce wielki rękopis zbiorowy, dziś znany w nauce pod nazwą Kodeksu Sędziwoja (Bibl. Czart. 1310), w którym znajduje się piętnastowieczny odpis kroniki Galla Anonima przynoszący jej tekst w stanie kompletniejszym niż jedyne znane wówczas wydanie G. Lengnicha (1749), oparte na tak zwanym kodeksie Heislberskim (dziś Biblioteka Narodowa w Warszawie 8006) W tym zaś ostatnim ustęp I 27-28, zawierający Gallowy opis i ocenę zatargu króla Bolesława II z biskupem krakowskim z r. 1079, został usunięty i zastąpiony urywkiem z czternastowiecznego żywotu św. Stanisława, tzw. Żywotu Tradunt. Po wiekach, może pierwszy od czasów Długosza, Czacki zetknął się zatem z wersją radykalnie odmienną od tej, którą uświęciła przez nikogo nie kwestionowana tradycja. Od razu zdał sobie sprawę, że ma przed sobą relację kronikarza najbliższego czasem opowiadanym wypadkom i bez wahania dał jej pierwszeństwo przed wersją tradycyjną. Wynikało stąd zgoła odmienne ujęcie przyczyn i istoty zatargu, któremu dał wyraz w przypisach korygujących wykład Naruszewicza w drugim wydaniu jego „Historii narodu polskiego” (1803). Jeszcze dobitniej wypowiedział Czacki swój sąd w prywatnym liście do księcia A.K. Czartoryskiego, generała ziem podolskich: „Mam ja ten sam rękopis Galla, z którego Lengnich drukował, lecz w nim są te wszystkie bajki, które czynią ten rękopis niewiele użytecznym. Znalazłem dawniejszy manuskrypt: nie masz w nim bajki o mnichostwie Kazimierza Odnowiciela, wieści Gedkona żołnierza o św. Stanisławie nie mają miejsca. Św. Stanisław wystawiony jest za zdrajcę kraju. Miał zmowę z Czechami”

Czyż to nie jest wstrząsające? Szczególnie dla tych, którzy wrogo odnoszą się do tak zwanej spiskowej teorii dziejów. Człowiek oświecony, ważny dla naszej kultury i dziedzictwa narodowego, Tadeusz Czacki, pisze wprost i bez ogródek, w prywatnym liście słowa tak demaskatorskie: „miał zmowę z Czechami”.

Ja tu oczywiście szydzę, ale nie mogę inaczej. Od czasów Czackiego bowiem do dziś trwa nieprzerwana walka o to, by unieważnić wszystkie źródła gdzie pojawia się postać św. Stanisława z wyjątkiem tych dwóch linijek tekstu Galla. Ten zaś najpierw był dostępny w wersji okrojonej, ze zmienionym tekstem dotyczącym sprawy świętego, tekstem pochodzącym z XIV wieku. Dopiero Czacki odnalazł ten właściwy tekst, znajdujący się w zbiorze XV wiecznych dokumentów zwanych kodeksem Sędziwoja. I te wszystkie rewelacje sprzedaje nam profesor Marian Plezia zupełnie za darmo. Skupmy się więc i popatrzmy na to jeszcze raz.

Oto po śmierci Naruszewicza, w roku 1796 Stanisław August wydaje Czackiemu polecenie by ten kontynuował dzieło zmarłego biskupa. W 1796 roku Stanisław August jest już nikomu niepotrzebną kukłą i czeka na śmierć w Petersburgu. Jakie i przez kogo posyłane polecenia może on wydawać? Na to pytanie Plezia nie odpowiada. Naruszewicz jest już martwy, Polski nie ma, były król żyje pod kuratelą moskiewskich tajniaków, a Tadeusz Czacki dokonuje w tym czasie swoich niezwykłych odkryć. Po to zapewne, by ocalić z tonącej nawy Rzeczpospolitej to co najważniejsze. Inne motywacje nie wchodzą w grę w przypadku człowieka tak szlachetnego i wielkiego. Idźmy dalej. Plezia pisze tak: gromadząc do tej pracy materiały dostał w swoje ręce wielki rękopis zbiorowy. Od kogo dostał? Czy to nikogo nie zainteresowało? Kto dał Czackiemu wielki rękopis zbiorowy znany pod nazwą Kodeksu Sędziwoja? No i jeszcze dwa pytania, ważniejsze moim zdaniem. Gdzie są wyniki ekspertyzy stwierdzającej ponad wszelką wątpliwość, że jest to rękopis piętnastowieczny? Kiedy po raz pierwszy to tak istotne dla kultury, pamięci, tradycji i świadomości polskiej dzieło zostało wydane drukiem i gdzie je można kupić? Może Wy wiecie, bo ja nie mam pojęcia i nawet nie będę usiłował zgadywać.
O wiele ciekawsze dla mnie są bowiem w tym momencie losy samego Czackiego. Prócz, bowiem ratowania kultury polskiej, zajmował się pan Czacki także ratowaniem jej gospodarki Był współzałożycielem firmy funkcjonującej pod nazwą Kompanii Solnej. Firma ta, do której należał też Piotr Fergusson Tepper, sam król i jego brat Michał, prymas Polski, zajmowała się poszukiwaniem soli i węgla kamiennego. Król zaś udzielił jej przywileju szczególnego, udziałowcy nie musieli odprowadzać podatków do skarbu. Była to więc taka sama prywatyzacja, jak przekazanie po cichu Fuggerom, kopalni węgierskich, tuż przed upadkiem królestwa. Spółka działała w latach osiemdziesiątych, po pierwszym rozbiorze, a jej działalność można chyba śmiało określić zwrotem „bierz forsę i w nogi”. Każdy bowiem wiedział, ze za chwilę nie będzie nawet tego kawałka Polski, który pozostał.
Czacki przez jakiś czas inwestował także w przedsiębiorstwo żeglugowe czynne w Odessie. Był więc człowiekiem nietuzinkowym i energicznym. Jego imię noszą dziś szkoły i różne instytuty. No, ale my dalej nie wiemy kto mu podarował ten bezcenny Kodeks Sędziwoja, bo od momentu, kiedy to się stało wszyscy uczeni, ze sławnym Tadeuszem Wojciechowskim na czele, byłym powstańcem styczniowym, który spędził kawał czasu w austriackim więzieniu, zajmują się udowadnianiem, że św. Stanisław był zdrajcą. Choć nie wskazuje na to nic, poza tekstem w owym kodeksie, nie widzianym tak naprawdę przez nikogo. Myślę, że nawet Plezia go nie widział, przyjmując na wiarę wszystko to co nam zaprezentował.
Pozostaje jeszcze jedno pytanie: kto i kiedy po raz pierwszy zorientował się, że jedyny dostępny przez ujawnieniem Kodeksu Sędziwoja tekst kroniki Galla został w najważniejszym dla nas miejscu zamieniony? Czy był to Czacki, czy może Naruszewicz, czy w ogóle ktoś inny, ktoś o kogo istnieniu nie mamy zielonego pojęcia.
Czy myślicie, że jak napiszę o tym tekst, a może nawet książkę to dostanę jakąś ważną nagrodę? Bo przecież zgłębiam naszą trudną przeszłość i staram się budować fundamenty teraźniejszości i przyszłości? Myślicie, że mam szansę?

Od dziś na naszej stronie dostępne są nowe książki.

Jutro zaczynają się targi książki na stadionie narodowym. W związku z tym mam kilka ogłoszeń. Będę na tych targach sprzedawał nowe książki. Ostatnie pół roku było dla mnie dosyć trudne, nie mogłem więc napisać nowej Baśni, ukaże się ona późnym latem. Będę miał jednak książkę pod tytułem „Irlandzki majdan”, do napisania której namówił mnie Grzegorz Braun. Książka ta będzie eksperymentem edytorsko inwestycyjnym, wydamy ją bowiem w twardej oprawie. Ja wbrew pozorom jestem dość ostrożny jeśli chodzi o różne eksperymenty wiążące się z dodatkowymi wydatkami, ale nie lubię też taniochy. Postanowiliśmy więc, że wydamy serię niewielkich książeczek w twardych oprawach, zanim przygotujemy nową edycję Baśni jak niedźwiedź, w twardych oprawach z obrazkami. Zobaczymy najpierw jak się będzie sprzedawała seria pod tytułem „Małe książki o wielkich sprawach”. Na targach także pojawi się pierwszy tom innej serii pod nazwą „Najlepsze kawałki Coryllusa”. Postanowiłem publikować wybrane przez komentatorów, najlepsze teksty z bloga, bo jest ich już zbyt wiele, miały pozostać jedynie w wersji elektronicznej, w salonie24. Nikt o nich nie będzie pamiętał, a będą przecież dochodzić nowe. Prócz tego na targach dostępna będzie unikatowa książka Kazimierza Brauna i Zofii Reklewskiej Braun zatytułowana „Bracia Adamowiczowie, emigranci, lotnicy, pierwsi polscy zdobywcy północnego Atlantyku”. Książka ta opowiada nie znaną zupełnie historię dwóch braci, którzy wyemigrowali do USA, tam dorobili się majątku i zainteresowali się lotnictwem. W roku 1934 przelecieli nad Atlantykiem i wylądowali w Warszawie. Po powrocie do USA zostali zaś aresztowani. Mam tylko 100 egzemplarzy tej książki i nie spodziewam się, że będę miał ich więcej. Zapraszam więc na targi, a od jutra także do sklepu www.coryllus.pl
Aha, byłbym zapomniał. Na targi przywiozę także limitowaną edycję drugiego zeszytu z przygodami Jana Hardego, ma ona inną okładkę, jest grubsza i kosztuje tyle ile dwa pozostałe zeszyty. Zeszyt ten powstał jako protest przeciwko emisji filmu „Nasze matki, nasi ojcowie. Zapraszam. Zakupy powyżej 100 złotych pakowane będą w specjalną torbę reklamową z niedźwiedziem. Mydło też będzie. No i pierwszy tom Baśni w cenie 20 złotych za egzemplarz.
Stoisko nasze mieści się tym razem nisko, na parterze, przy samym wejściu na płytę. Ma numer 315 G.

sierpień 052021
 

Trwa olimpiada w Tokio, którą oglądam jednym okiem. Komentatorzy, wydający z siebie dźwięki tak dziwne, że trzeba zatykać uszy nieletnim, by się z tym za bardzo nie osłuchali, zastanawiają się w przerwach, pomiędzy tymi zawodzeniami, jakaż to dyscyplina jest dziś narodowym sportem Polaków. Wczoraj okazało się, że to jest rzut młotem. Zgadzam się całkowicie. Uważam tylko, że za mało młotów zostało wyrzuconych z kraju i należy wyszkolić rzesze całe olimpijczyków, którzy się tym wyrzucaniem zajmą.

Do rzutu młotem dodać można jeszcze zawodzenie żałobne, mistrzami świata w tej konkurencji są oczywiście siatkarze. Jestem pod wielkim wrażeniem postawy trenera drużyny francuskiej, który parę dni temu, jak Bruce Lee w filmie Wejście smoka dał pokaz sztuki walki bez walki. Dokładnie zanalizował deficyty przeciwników, zorientował się, że prócz rzutu młotem i zawodzenia żałobnego trzecim ulubionym sportem Polaków jest słuchanie pochwał przed wykonaniem zadania. Zorientował się także, że ma to właściwości paraliżujące i zaczął naszych wychwalać publicznie, nazywając ich najlepszą drużyną na świecie. To wystarczyło, by sparaliżować wszystkich z wyjątkiem dwóch. Z tych dwóch jeden to Kubańczyk, który niewiele rozumie po polsku i dlatego czar na niego nie zadziałał. Nie próbujcie mi tłumaczyć, że nie miało to znaczenia. Jestem pewny, że miało i zadziała jeszcze nie raz. Widać to już dziś, po sposobie w jaki organizowane są studia redakcji sportowych w telewizji. Zasiadający w nich ludzie wprost upijają się takimi truciznami jak ta podana przez francuskiego trenera i cieszą się jak dzieci, albowiem wygląda na to, że cały ten sport pokazywany jest właśnie po to, by oni mogli zabłysnąć w telewizji i pokazać swoje wyczyszczone do białości zęby.

Po tym wstępie możemy przejść do meritum czyli do opisania dyscyplin, w których Polacy byli rzeczywistymi mistrzami. I tak, o czym z pewnością nie wiecie, jednym z najbardziej cenionych badaczy zajmujących się historią prowansalskiego i langwedockiego średniowiecza, był Stanisław Stroński, działacza ruchu narodowego, Polak pochodzenia żydowskiego urodzony w Nisku, w województwie podkarpackim. Można rzec wprost, że był Stroński specjalistą od trubadurów. Dlaczego my o tym nie wiemy? Otóż wiemy, albowiem informacja ta podawana jest wszędzie, ale, pardon, większość z nas ma to w dupie. Nie interesujemy się tym, albowiem kolejnym sportem, w którym osiągnęliśmy prawdziwe mistrzostwo, jest gapienie się w ten punkt, który pokazuje nam palcem ktoś, kto drugą ręką, kroi nam portfel z kieszeni. W tej konkurencji większość Polaków osiągnęła wyżyny doskonałości i nie da się prześcignąć nikomu. I dlatego Stroński, jeśli już ktoś go z czymś kojarzy, jest przede wszystkim moralnym sprawcą śmierci prezydenta Narutowicza. On to bowiem pisał w tej znienawidzonej przez socjalistów, gadzinowej prasie prawicowej felietony szydzące z Narutowicza, w których wymyślał mu od masonów. To jego lewicowa prasa okrzyknęła moralnym sprawcą. To jemu socjaliści wymyślali od parchów w sali sejmowej, nie przejmując się bynajmniej tym, że godzą w powagę sejmu. To on wreszcie po zamachu na Narutowicza napisał felieton zatytułowany Ciszej nad tą trumną, który w całości, na wieczną rzeczy pamiątkę, opublikowałem w III tomie socjalizmu, żeby nikt go nie musiał szukać po archiwach. Felieton ten został przez socjalistów wykorzystany bardzo perfidnie, nie jako wezwanie do pojednania, ale jako przyznanie się do winy, choć Stroński do niczego się nie przyznawał, albowiem nie znał nawet Niewiadomskiego.

Wszystko co opisałem wyżej, jest Polakom znane i gotowi są oni prowadzić dyskusje w rejestrach, które dawno temu zostały wyznaczone, niczym częstotliwość krótkofalarska w poszczególnych krajach. Tak można dyskutować, a tak nie można. I Polacy dyskutują, nie tylko o Strońskim, ale o wszystkich innych ważnych kwestiach, a czynią to w taki sposób zawsze, by nie zauważyć, że ktoś im kroi portfel. Czynią to bowiem chcą zwrócić uwagę ludzi, którzy im imponują i o których uznanie zabiegają. Ludzie ci zaś mówią – no, naprawdę jesteście świetni, jesteście prawdziwymi mistrzami. Po czym zabierają ten portfel, po który przyszli i idą gdzieś, w miejsca, których istnienia Polacy nawet nie podejrzewają.

O tym, by Polacy zainteresowali się kim był Fulko z Marsylii, biskup Tuluzy, nie może być nawet mowy. Stroński napisał jego biografię na początku XX wieku, w języku francuskim. Jest to książka trudna, dotycząca pieśni pozostawionych przez Fulka, albowiem – co za niesamowita historia – Fulko, zanim został biskupem Tuluzy, był kupcem, trubadurem, a także cysterskim mnichem. Minęło ponad 120 lat od czasu napisania tej biografii, a żaden polski historyk się nią nie zainteresował. Bo po co? Przecież napisał to moralny sprawca śmierci prezydenta Narutowicza! Jak można się zajmować jego pismami! Przez dekady całe biografia Fulka, napisana przez Strońskiego, była jedyną książką na jego temat, która nie miała charakteru paszkwilanckiego. Był bowiem Fulko żywym zaprzeczeniem tego, w co wierzą wszyscy – atrakcyjności dworskiej kultury trubadurów opiewających miłość bez zobowiązań. Fulko, pardon, spieprzył jak najdalej od tej miłości i od trubadurów, wstąpił najpierw do klasztoru, następnie, wobec szczupłości kadr na Południu i brutalnych morderstw jakich dopuszczała się herezja na ludziach Kościoła, mianowany został biskupem Tuluzy. Jego sytuacji nie można dziś nawet porównać z żadnymi współczesnymi okolicznościami. Fulko zjawił się bowiem w swojej diecezji, w towarzystwie dwóch osłów, których nie miał czym napoić, albowiem miasto przejęło wodopój zwierzęcy i kazało sobie płacić za korzystanie z niego. Przejęło także wszystkie kościelne nieruchomości i aktywa, a konsulowie Tuluzy, przyszli złożyć nowemu biskupowi uszanowanie, a następnie w dwornych wyrazach poinformowali go, że jeśli zrobi coś, co im się nie spodoba, długo nie pożyje. Fulko ma swoją czarną legendę, która została sprokurowana na podstawie dokumentów sfałszowanych w XV wieku. Legenda ta powstała w XVIII wieku i opisuje Fulka, jako krwawego hierarchę, palącego na stosach dobrych heretyków. Zwrócę uwagę, raz jeszcze na pewną prawidłowość – stulecia XIV, XV i XVI pracowicie preparują źródła do historii XII i XIII wieku. Potem zaś są one przywoływane w wieku XVIII przez oświeceniowych propagandystów, do budowania mitu złego Kościoła, którzy zdewastował piękną i łagodną kulturę Południa. Nie ma bowiem człowieka, który nie wierzyłby w dworną miłość, nie ma także człowieka, który wierzyłby, że historie świętych zawierają, prócz wątków legendarnych i dydaktycznych, także opisy działań politycznych. Ktoś stoi i wskazuje palcem to, w co mamy wierzyć, a drugą ręką wyciąga nam portfel z kieszeni. Czy Stroński rozprawił się z czarną legendą Fulka? I tak i nie, napisał bowiem, że jego romans z księżniczką bizantyjską Eudoksją, niedoszłą królową Aragonii, może być zmyśleniem. Napisał też, że w te wszystkie historie o romansach trubadurów z księżniczkami i damami wysokich rodów należy wlać trochę zdrowego rozsądku. Myślę, że raczej nie należy, myślę że wszystko jest opisane tak jak trzeba. Fulko zbałamucił księżniczkę i zrobił to na czyjeś polecenie, do tego był bowiem przeznaczony, tak, jak współcześni komentatorzy sportowi są przeznaczeni do wydawania tych dziwnych dźwięków na wizji i ukrywania przed nami istotnych przyczyn klęsk Polaków w poszczególnych dyscyplinach. Żeby się tym zająć jednak ktoś musiałby przetłumaczyć książkę Strońskiego, która nie jest bynajmniej łatwa w odbiorze. No i rozpocząć dyskusję na jej temat. Ja tego nie zrobiłem, bo trwałoby to wiele miesięcy i kosztowało sporo,  poprosiłem jedynie o streszczenie. Nie można tego na razie wydać, bo nie minęło jeszcze 70 lat od śmierci autora.

Fulko z Marsylii, biskup Tuluzy, kupiec aktywny na największym w owym czasie rynku niewolników jakim było jego rodzinne miasto, trubadur znający wszystkich ważnych ludzi ówczesnego świata, przyjaciel Bertama de Born, pozostanie więc nadal krwawym biskupem Tuluzy, który firmował krucjatę Montforta, włócząc się z nią po tym uroczym kraju, jakim była w XIII wieku Langwedocja. My zaś będziemy oglądać nowe transmisje z zawodów sportowych i cieszyć się, kiedy ktoś nam powie, że jesteśmy mistrzami świata. To przecież takie prawdziwe i takie piękne.

Ja zaś, na koniec, napiszę dlaczego wyrzucam stąd trolli popisujących się swoją erudycją i linkujących jakieś artykuły, które właśnie odnaleźli, bo przypomnieli sobie zielonego rycerza, albo coś innego, o czym właśnie napisałem, a o czym oni wiedzą znacznie więcej i jest to wiedza pełniejsza. Otóż wyrzucam ich, bo są krok za mną. I zawsze będą. Gdyby wczoraj, albo przed wczoraj któryś napisał coś o Strońskim, może bym się zastanowił. No, ale oni mogą pisać tylko o tym, co ktoś im wskaże palcem. Nic ponadto nie wchodzi w grę.

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

lt. 262021
 

Nie wiem kto pierwszy wymyślił ten upiorny koncept – państwo jako dzieło sztuki. Nie wiem też kto wymyślił logiczną konsekwencję tej bredni czyli wojnę rozumianą jako dzieło sztuki. Sam jednak pomysł, by w epoce zwanej nowożytną, zrezygnować z twórczości na chwałę Pana Boga i zastąpić ją państwem jako dziełem sztuki i wojną jaką dziełem sztuki, jest znamienny i wiele wyjaśnia. Na przykład to, skąd się biorą tak zwani ludzie renesansu. To są wysłannicy piekieł, siewcy zła i zawodowi destruktorzy, którzy próbują podporządkować lokalne hierarchie skupione wokół myśli o zbawieniu duszy, jakieś idei prowadzącej ludzi wprost na zatracenie. Jak sobie wpiszemy w googla frazę państwo jako dzieło sztuki. Wyskoczy nam książka niejakiej Guczalskiej o Heglu. I to jest fakt sam w sobie demaskatorski, bo dla starego Hegla dziełem sztuki było państwo stworzone przez Fryderyka Wielkiego. Do jakich tradycji nawiązywało to państwo, nie muszę nikomu mówić, podobnie jak nie muszę wskazywać gdzie znajdowała się kolebka tego państwa i jakie były jego początki. Moment na opisywanie tego rodzaju zależności jest dobry, albowiem ziemia Prusów i biskupstwo warmińskie znów są dziś na ustach wszystkich. Z innego co prawda powodu, ale jednak….

Jeśli przyjmiemy, że ojcem kultury renesansowej był Fryderyk II Hohenstauf, a możemy tak zrobić, bo wskazał nam ten moment stary Jacob Burckhardt, to nie możemy pominąć człowieka, który stał przy boku cesarza do samej swojej śmierci w roku 1239. Człowieka nazywanego przyjacielem cesarza, jego powiernikiem, druhem, tajnym radcą, istotą posiadającą wszelkie klauzule najwyższego uprzywilejowania i zaufania. Chodzi mi oczywiście o biednego rycerza z Turyngii, znanego jako Hermann von Salza. Został on w pewnym momencie wielkim mistrzem Zakonu Najświętszej Marii Panny. Przy Fryderyku II pełnił rolę wykonawcy poleceń i zamierzeń najśmielszych i najtajniejszych. Do takich należał projekt utworzenia zakonnego państwa gdzieś w Europie, które podporządkowane byłoby wyłącznie cesarzowi (jeśli cesarz podporządkowałby sobie papieża) i mogłoby prowadzić akcję ewangelizacyjną, a w istocie zdobywczą, w dowolnym miejscu globu, posiadając na to legitymację władzy uniwersalnej. Czymże innym jest renesansowa koncepcja państwa jako dzieła sztuki i wojny jako dzieła sztuki? To jest dokładnie to samo, zdjęcie z fiskalizmu, podboju, tyranii, zbrodni i terroru, odium grzechu i nadanie im nowego znaczenia, już to jako przejawom władzy najwyższej, realizującej na ziemi swój tajny plan, już to jako idei pięknej i groźnej, która może istnieć dla samej siebie, albowiem została przemyślana, zaplanowana i oparta na logicznych i jasnych zasadach. Hegel nam to tylko potwierdza i utrzymuje nas w przekonaniu, że mamy rację, albowiem pomiędzy państwem Fryderyka II Hohenstaufa, a państwem Fryderyka II Hohenzollerna istnieje ideowy pomost. Nikt tego nie zamierzał nigdy ukrywać, ale dla nas, ludzi, którym ta koncepcja sprawiła najwięcej kłopotu i zmieniła całkowicie historię, jest to niezrozumiałe. My szukamy sensów w swojej historii całkiem gdzie indziej, nie pojmując, że w ten sposób nie możemy się skutecznie przeciwstawić tym wszystkich wojenno artystycznym manewrom, jakie niemiecka doktryna wykonywała przed nami przez wieki całe. Bo nie rozumiemy co się z czym łączy.

Kantorowicz bardzo ostrożnie, jak na niego, opisuje sytuację, w której zdecydowano o utworzeniu państwa krzyżackiego. Oto w zimie, na przełomie lat 1225 i 1226, Konrad Mazowiecki złożył ustną obietnicę, przekazania krzyżakom ziemi chełmińskiej. Wszyscy, którzy byli na konferencji w Turznie i słuchali wykładu o biskupie Christianie, powinni teraz zastrzyc uszami. Ja już nie mam niestety tej książki, ale radzę jej poszukać na allegro i w wydawnictwie Verbinum. Nikt tak naprawdę nie wie, jak wyglądały okoliczności złożenia owej obietnicy i kto w istocie zaatakował Konrada Mazowieckiego tamtej zimy. Kto wystraszył tego niełatwego przecież i nieobliczalnego człowieka tak bardzo, że złożył on pochopnie taką obietnicę? Trzeba by się też zastanowić, jaki był stosunek księcia do Duńczyków, którzy w owym czasie reprezentowali nad Bałtykiem siłę wierną papieżowi, a także jak sytuował on swoją własną osobę w chrześcijańskim universum władzy? Czy w ogóle coś z tego rozumiał? Bo, co do tego, iż Hermann von Salza i Fryderyk II rozumieli dokładnie wszystko, nie można mieć wątpliwości. Ustna obietnica wystarczyła, by natychmiast właściwie ruszyły prace, nad szczegółowym opracowaniem planu dotyczącego tego państwa. Fryderyk II zaś wydał dokument zwany złotą bullą z Rimini, w którym sam siebie ogłosił władcą całego chrześcijańskiego świata, zakonowi zaś krzyżackiemu nadał wszelkie możliwe przywileje dotyczące własności ziemi i metod jej pozyskiwania. Krzyżacy mogli zdobywać tereny także na władcach chrześcijańskich, a to oznacza wprost, że mogli ją odbierać książętom polskim.

Ujmijmy rzecz następująco; przedstawicielami cesarza na północy mają być Krzyżacy, przedstawicielami papieża na tym samym obszarze są Duńczycy, podporządkowujący sobie Pomorze i cystersi, którzy zakładają klasztor w Oliwie. Jaka rola przypada więc książętom polskim? I dlaczego papież nie inwestuje w nich ani grama złota? Zapewne od czasów śmierci biskupa Stanisława, dobrze jeszcze wtedy pamiętanych, papież jest bardzo ostrożny jeśli idzie o władzę osadzoną w Krakowie. Polacy też, w przeciwieństwie do Duńczyków nie mają okrętów wojennych, a więc z punktu widzenia walki i władzę nad światem chrześcijańskim są bezużyteczni. Nie pojawią się nagle na swoich okrętach w porcie neapolitańskim i nie zaczną dyktować warunków znajdującej się tam cesarskiej załodze. Duńczycy też tego nie zrobili, ale mieli przynajmniej potencjał. Tak więc w stuleciu XIII, w drugiej jego połowie sprawy mają się tak, że jednym prostym ruchem cesarz Fryderyk wyjmuje spod kontroli papieża całą północną Europę, instalując tam ludzi, bezwzględnie mu wiernych, wrogich wszystkim dookoła, dobrze uzbrojonych i posiadających legitymację lokalnego księcia, który najwyraźniej nic nie rozumie.

Obecność cystersów na tym terenie i ich akcja misyjna nic nie obchodzą ani cesarza Fryderyka, ani Hermanna von Salza, albowiem ludzie ci walczą o to, by cały świat był urządzony, tak, jak później urządzano te rzekome, włoskie republiki, będące w istocie emiratami. Podstawą organizacji tego państwa było wyobcowanie i wymieniany już tylekroć tutaj arabski fiskalizm. Podobnie jak w Italii Fryderyka Hohenstaufa, opanowanej przez Saracenów działających w imieniu cesarza, wszystkie umocnione obiekty są państwowe. Nie ma żadnych prywatnych warowni, a cała ludność sprowadzona jest do roli bydła roboczego. Tak było zorganizowane państwo zakonne, my to wiemy, ale nie wiemy jednego – Krzyżacy byli w Prusach tym, czym w Apulii była saraceńska gwardia cesarza. Byli tym, czym później, w rzekomych włoskich republikach, byli kondotierzy i ich oddziały. To jest ta sama tradycja i ta sama metoda, wywodząca się wprost z północnej Afryki, przeniesiona do Europy przez emirów Sycylii i Bari, a potem utrwalona przez Fryderyka II Hohenstaufa.

Najgorsze co mogło nas, Polaków w owym czasie spotkać, to sojusz papieża i Krzyżaków, który w końcu i tak doszedł do skutku. Żeby skutecznie walczyć z zakonem, należało wyprodukować, w porozumieniu z cystersami, dokument stwierdzający faktyczną bezbożność rycerzy zakonnych i wykazać diaboliczny charakter ich misji. Następnie, wziąć w Wenecji kredyt i zająć się werbunkiem ludzi w Czechach, na krucjatę przeciwko fałszywym chrześcijanom. Do tego potrzebny był prawnik i władca z horyzontami dalece wykraczającymi poza horyzonty takiego Konrada Mazowieckiego. Było to po prostu niemożliwe, o czym wiemy, ale możemy się przecież zabawić wymyślaniem takich koncepcji. Pomijam już fakt nieistnienia królestwa w tamtym czasie.

Wobec tych rozważań, inaczej zupełnie wygląda sprawa wygnania Krzyżaków z Węgier. Przyjmuje się dziś powszechnie, że złota bulla z Rimini jest antydatowana i tak naprawdę wydano ją po śmierci Hermanna von Salza w roku 1239. No nie wiem, ale jeśli tak było, to rzeczy mają się następująco: najazd mongolski, który położył kres rozważaniom kto jest lepszy papież czy cesarz, był logiczną konsekwencją rywalizacji o władzę nad chrześcijańskim światem. Próba stworzenia zakonnego państwa na Węgrzech, zakończona fiaskiem i druga próba – stworzenia takiego państwa w Prusach, na pewno zostały zauważone w Wenecji, gdzie znajdowała się przecież siedziba zakonu. Złota bulla, jeśli była antydatowana, wygląda na próbę zabezpieczenia swojej władzy przez Fryderyka, na terenach, które już za chwilę, z inicjatywy, poirytowanych, żeby nie powiedzieć wkur…onych Wenecjan znajdą się pod władzą mongolską. Nie mogło być bowiem tak, że na Adriatyku operuje flota, pieniądze przelewają się w bankach, a o tym kto ma władzę nad światem decyduje dożywotnie wybierany papież albo cesarz, który ciągle potrzebuje pieniędzy, a jego największym marzeniem jest zostać władcą, bogiem i bankierem w jednym. Jeśli bulla z Rimini nie jest antydatowana i powstała w roku 1226, wyobrażam sobie rzecz całą następująco: widząc porażkę koncepcji państwa zakonnego na Węgrzech, podporządkowanego cesarzowi, który jest władcą wszystkich krajów chrześcijańskich przecież, a to oznacza, że także Wenecji, doża zadzwonił do swojego człowieka zainstalowanego w jednym z portów nad Morzem Kaspijskim. Polecił mu, w krótkich słowach, by wysłał telefonogram do wielkiego chana w Karakorum i do inżynierów pracujących w hutach północnych Chin. Sprawy dojrzały do tego, by rozpocząć przygotowania, albowiem Bóg jeden raczy wiedzieć co temu durnemu, zakolegowanemu z Arabami cesarzowi wpadnie jeszcze do głowy. Jedno państwo na Węgrzech, z którego Wenecja jakoś go wykolegowała, a teraz drugie w Prusach. Zaraz wymyśli trzecie na Krymie i będzie pozamiatane.

W odpowiedzi na telefonogram wielki chan przysłał gołębia pocztowego z jednym tylko pytaniem – Arabowie tyż? – Musowo – odpowiedział doża. Od razu ruszyły przygotowania do akcji w całych Chinach, a w stepach Mongolii zaczęto koncentrować wielkie stada koni i bydła pod przyszłą inwazję, szkoląc jednocześnie chłopców siedmioletnich w walce z siodła.

Na dziś tyle zabawy, bo okazało się, że wczoraj przyjechała tylko część nakładu książki

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/zle-czasy-pamietnik-stanislawa-karpinskiego-z-lat-1924-1943/

A dziś przyjdzie reszta. Tak więc kolejny dzień rozładunku.

grudzień 282020
 

Proszę Państwa, mam niestety na głowie dom chorych ludzi, a w perspektywie telefoniczną konsultację z dobrym co prawda, ale ukraińskim lekarzem, bo tylko on dziś przyjmuje. Nie wiem co z niej wyjdzie, miejmy nadzieję, że coś dobrego. W takiej sytuacji, mogę tylko zostawić gotowy fragment najświeższej książki. Od jutra, mam nadzieję, będzie lepiej.

Trefniś to ktoś, kto trefni, czyli żartuje. Tak tę kwestię przedstawia Łukasz Górnicki w Dworzaninie Polskim. Jeśli tak, to warto by zainteresować się tym, kiedy słowo trefnić przestało być synonimem wyrazu rozweselać, a zaczęło oznaczać coś innego. Trefniś zaś z pogodnego błazenka zamienił się podejrzanego osobnika wykonującego niejawne zlecenia. Co do faktu bowiem, że tak się stało, nie można mieć żadnej wątpliwości. Trefniś stał się trefny po prostu. Jeśli zaś coś się stało, musiało wydarzyć się za czyjąś sprawą i zmiana w znaczeniu określeń dotyczących tego człowieka lub ludzi musiała być bardzo znacząca.

Każdy, kto choć raz słyszał o utworze Dworzanin Polski, musiał zwrócić uwagę na jedno – w przeciwieństwie do oryginału Baltazara Castiglione, grono w nim występujące, deliberujące nad kondycją i misją idealnego dworzanina, składa się z samych mężczyzn. Wśród nich zaś znajduje się ojciec żony Jana Kochanowskiego, Stanisław Lupa Podlodowski. Jak nas informują opracowania, spotkanie w gronie, które zebrał na kartach swojego dzieła Górnicki, nigdy nie nastąpiło. Ciekawe dlaczego? Interesujące jest także, czy mogło ono nastąpić. Jeśli bowiem ktoś urządza fikcyjną schadzkę dworzan służących biskupowi i dworzan królewskich, to znaczy – z całą pewnością, a nie opcjonalnie – że uważa takie spotkanie za konieczne. Uważa także, że obydwa, jakbyśmy dziś powiedzieli, środowiska reprezentują podobne wartości, ale coś dzieli je i uniemożliwia zbudowanie płaszczyzny porozumienia. Jeśli mamy grupę dworzan, trefniących i bawiących się żartami, a jedni służą biskupowi Samuelowi Maciejowskiemu, drudzy zaś królowi Zygmuntowi Augustowi, tym co łączy obydwa te środowiska, musi być patron trzeci. Ktoś, kto stoi w cieniu, jest stale obecny, ale jego nazwiska niestety poznać nie możemy. I ta postać właśnie jest rzeczywistym patronem zgromadzenia. A nie dość tego musi być ona także rzeczywistym patronem autora. Możemy, oczywiście, bez specjalnych korowodów wskazać, kto w owych czasach reprezentował na dworach polskich, biskupich, magnackich i dworze królewskim interesy sił poważnych – cesarza, Rzymu i księcia Albrechta z Prus, najważniejszego wówczas sojusznika Polski i Litwy. Możemy też wskazać, co było osią sporu, który załagodzić miało opisane przez Górnickiego spotkanie, nigdy przecież nie doszłe do skutku. Ową osią lub może bardziej wypada powiedzieć kością niezgody, było małżeństwo króla z Barbarą Radziwiłłówną. Tak się jednak składa, że w narracji, jaką przedstawił światu Górnicki, występują ludzie, którzy w zasadzie mają przychylny stosunek do królewskiego małżeństwa. Nawet jeśli brać pod uwagę sejmowy sprzeciw teścia Jana Kochanowskiego, Stanisława Podlodowskiego. Okazał się on przecież w końcu próbą wymuszenia na królu zgody na uznanie własności bezprawnie i szalbierczo wymuszonych beneficjów. Być może owe potajemne porozumienia były istotnym powodem sprokurowania wizji Górnickiego, w której rzekomo chodzi o podkreślenie zalet dworzanina idealnego. Nie będziemy tego dociekać. Sprawy mają się tak – ludzie biskupa, który ma dość elastyczny stosunek do innowierców, spotykają się z ludźmi króla. Rozmawiają, a w czasie rozmów ci pierwsi delikatnie sugerują tym drugim, że wśród nich znajduje się ktoś, kto oddaje się dziwnej manii i wierzy w czary oraz zjawiska nadprzyrodzone. Człowiek ów opisany jest za pomocą pewnej „trefnej” anegdoty, żartu, który zdemaskował jego naiwność. Oto jeden z dworzan opłacił handlarkę garnców iłżeckich stojącą pod Wawelem, by na dany z okna znak chwyciła kij, a potem wszystkie swoje garnki rozbiła. Następnie zaprosił do owego okna dworzanina królewskiego, który wierzył w czary, i dając babie znak umówiony, patrzył, jak tamten – uprzedzony wcześniej, co się wydarzy – milczał zaskoczony, widząc takie niezwykłe zjawiska. Kobieta została zmuszona siłą nadprzyrodzoną do zniszczenia podstaw własnego bytu. Potem ów trefniś opowiedział o wszystkim królowi i zdemaskowany wielbiciel czarów został skompromitowany. Uczestnicy zaś dysputy opisanej przez Górnickiego nazwali to krotochwilą czy jakoś podobnie. Aby podkreślić wartość swojej opowieści, ów trefniś, co oszukał dworzanina bliskiego królowi, powołał się przy tym na Twardowskiego. I to jest ten moment, od którego powinniśmy zacząć naszą gawędę. Roman Bugaj, bowiem, autor nieco już zapomnianej książki Nauki tajemne w dawnej Polsce twierdzi, że jest to pierwsza wzmianka o najsławniejszym, polskim czarnoksiężniku. Pisze nam również Roman Bugaj, że Górnicki zastosował wobec nas także pewien trefny żart. Oto Twardowski nie nazywał się w istocie Twardowski, a nazwisko to służy jedynie temu, by ukryć jego prawdziwą tożsamość. Zanim, posługując się książką Bugaja, spróbujemy to wyjaśnić, zerknijmy raz jeszcze na dwór w Prądniku, gdzie zebrali się dworzanie biskupi i królewscy. Cóż takiego ci pierwsi chcieli powiedzieć tym drugim, przywołując anegdotę o garnkach? Może chcieli ich ostrzec, że mają pośród siebie człowieka niepewnego, łatwego do zmanipulowania, który, ulegając sugestiom tak zwanych osób trzecich, zagroziłby misji prowadzonej na dworze królewskim przez organizacje i ludzi patronujących wszystkim dworzanom ówczesnego świata? Taka niewinna, spiskowa sugestia. Pozostawmy ją na boku i zajmijmy się mistrzem Twardowskim. Miał on być, według Bugaja, głównym mistrzem ceremonii wywołania ducha Barbary Radziwiłłówny, królowej stanowiącej oś sporu politycznego w Polsce późnej doby jagiellońskiej. Powołując się na autorów takich jak Joachim Possel, lekarz Zygmunta III Wazy, Jan Giza (autor rękopisu, a właściwie fragmentu rękopisu, odcyfrowanego  lub rzekomo odcyfrowanego przez badacza przeszłości i popularyzatora wiedzy tajemnej Tadeusza Kutza) oraz jezuita Stanisław Balicki, pisze Bugaj, że Twardowski był tylko bezwolnym narzędziem w rękach ludzi takich jak bracia Mikołaj i Jerzy Mniszchowie oraz biskup, podkanclerzy Franciszek Krasicki. Datę zaś samego wydarzenia określa, posiłkując się pismami Świętosława Orzelskiego, na styczeń roku 1569.

listopad 252020
 

Cały czas na fejsie puszczają mi fragmenty serialu o wikingach. Wiele osób namawia mnie też na to, by ten serial obejrzał, ale jakoś nie mam ochoty. Zajrzałem za to do docenta wiki, żeby sprawdzić co tam piszą o głównych bohaterach tej produkcji, lansowanych na chama w platformie Zuckerberga. Znalazłem tam rzeczy niezwykłe. Zanim przejdę do ich omówienia, powiem jeszcze tylko, że cały ten serial jest kolejnym, bardzo kosztownym pretekstem do powtórzenia standardowych w filmach anglosaskich bredni. Wymienię je po kolei: kocham cię, I love you too, przybyłem żeby cię chronić itp., itd.

Nie sądzę, żeby wiele ponadto znajdowało się w tym serialu. Mamy tam jeszcze tak zwany realizm historyczny oparty na nieznanych źródłach ikonograficznych i bardzo makabryczne sceny walk. Istotne jest jednak to skąd w ogóle wziął się scenariusz, czyli skąd wiemy o tym, kim byli i jak żyli wikingowie w Danii, Norwegii i w Szwecji. Otóż wiemy o tym od Saxo Gramatyka, który 200 lat po śmierci głównych bohaterów serialu, spisał ich dzieje, w księdze liczącej 16 tomów i zatytułowanej Gesta Danorum czyli Czyny Danów. To nie jedyne źródło. Mamy jeszcze kroniki angielskie, islandzkie i irlandzkie sagi i sagi skandynawskie. Czytamy o tym wszystkim i nie możemy się nadziwić, że w tamtych okolicach pisano takie ilości tekstu, dla upamiętnienia niewiele przecież znaczących władców, zarządzających kawałkami Skandynawii, Anglii, Irlandii i królestwa zachodniofrankijskiego. Jeśli porównać to z zabytkami piśmiennictwa w Polsce, można się samemu wpędzić w kompleksy. U nas tylko Gall Anonim i nic więcej. No, a Duńczycy mają te 16 tomów, w dodatku, jak poucza docent wiki napisane zostały one w opozycji do kronik Adama z Bremy i podkreślają niezależność Danii od cesarstwa. Kłopot w tym, że owe święte niemal kroniki Saxo Gramatyka zaginęły gdzieś pomiędzy XIII a XVI wiekiem i dzieje duńskich wikingów znamy jedynie z XVI wiecznej ich kopii. Jakoś nie zaginęły ani sagi ( może nie były spisane?) ani kroniki angielskie, wszystko to się zachowało, ale te 16 tomów Saxo Gramatyka, poszło jak krew w piach. Czy to się stało może wskutek jakiejś okupacji? No skąd, nie było przecież żadnej okupacji Danii. Nie wiadomo w jakich okolicznościach najważniejsze źródło historii tego nieszczęśliwego królestwa przepadło. Wiadomo tylko, że odpis został wydany drukiem. Oto mieszkający w Paryżu Duńczyk, Christiern Pedersen, pozbierawszy jakieś okruchy dzieła Saxo, odtworzył je i wydał drukiem w Paryżu, w roku 1514. I to jest naprawdę niezły żart, bo najpierw piszą, że zginęło, potem pan Christian odszukał i wydał drukiem, a potem znowu zginęło. Czy ja się może mylę i znów coś pokręciłem? W każdym razie dzieje Ragnara i jego synów poznajemy dziś wyłącznie z tej wersji drukowanej w Paryżu i kolejnych kopii wykonanych na jej podstawie. Dodam jeszcze tylko, że Saxo, jak twierdzi wiki, pisał swoją kronikę wzorując się na autorach antycznych – Homerze i Wergiliuszu. To zaś oznacza, że cała historii Ragnara i jego rodziny jest, jakby to rzec, przystrzyżona dla potrzeb politycznych, żeby nie powiedzieć dęta. W roku 1514 nie było jeszcze protestantów, a więc nie można o aranżacje tego przedsięwzięcia podejrzewać lutrów, ale miejsce wydania wydaje się znamienne. Ktoś poza wszystkim musiał tę ogromną edycję sfinansować. Ja już wielokrotnie pisałem o pewnym rozdwojeniu jaźni badaczy zajmujących się bibliotekami, czytelnictwem i dostępem do słowa drukowanego w dawnych czasach. Z jednej bowiem strony wszyscy się zgadzają, że świat był pełen analfabetów zapiekłych w prymitywnej i chamskiej złości, a ciemności ludzkiej egzystencji oświetlały tylko nieliczne punkty, którymi były szkoły przyklasztorne i uniwersytety. Potem okazało się, że to wcale nie jest właściwe światło, bo przyszła reformacja z latarkami i zaczęła świecić normalnie po oczach. Z drugiej strony wszyscy jak gąbka chłoną nowe idee, choć nie potrafią ani czytać ani pisać i wydają się nadzwyczaj dobrze zaznajomieni z intelektualnymi prądami różnych epok. Na przykład w takiej Langwedocji w XII wieku, wszyscy byli świadomymi manichejczykami. Tak przynajmniej można wyczytać w różnych książkach.

Nie inaczej jest w przypadku Saxo. Facet napisał na polecenie biskupa monumentalne dzieło, które powinno być przechowywane jak relikwia, sam był wysokiej rangi duchownym i powinien zlecić wykonanie przynajmniej trzech kopii. Nic takiego nie nastąpiło, a królowie duńscy zamiast pilnować swojego PR, wzięli i w cholerę to stracili. No, ale od czegóż mamy francuskie drukarnie, które działając w imieniu króla z dynastii de Valois, prowadzącego politykę antycesarską, chętnie wspomogą bratni naród duński i dzięki temu wiedza na temat najpotężniejszych władców morza w IX i X wieku zostanie światu przywrócona.

Nie wiem czy są jakieś krytyczne opracowania dzieła Saxo, ale wiem na pewno, że literatura popularna i film traktują tę księgę jak kopalnię pomysłów. Opisane zaś w niej sceny, podobnie jak dzieje legendarnych królów Anglii, traktowane są jak żywa historyczna prawda. Czy wszystkie dzieła z przełomu XV i XVI wieku, a także wcześniejsze traktowane są w taki sposób? A gdzie tam…U nas jak wiadomo Kadłubka uważa się za konfabulanta, a interesują się nim jedynie wielkolechici. Serio można pisać jedynie o Gallu, a to ze względu na to iż nazwał zdrajcą biskupa krakowskiego Stanisława. No, ale w dalekich krajach nie jest lepiej. Bo niektóre ważne książki są tam także traktowane jak zestaw bredni napisany pod wpływem nierozpoznanych emocji. Tak jest na przykład z Historią trubadurów Jeana de Nostredame, brata słynnego astrologa i jasnowidza. Zostało zadekretowane, że to jest książka pełna konfabulacji i od tamtej pory nikt do niej nie zagląda. A szkoda.

Wracajmy jednak do naszych bohaterów. Oto pokazują w wiki taki obrazek, pochodzący z jakiegoś iluminowanego rękopisu angielskiego. https://en.wikipedia.org/wiki/Ragnar_Lodbrok#/media/File:Harley_MS_2278,_folio_39r_excerpt.jpg

Widzimy tu króla Danii Ragnara, tego samego co pokazują go w serialu, a także jego synów Ivara i Ubbę. Patrzymy na to i nie możemy uwierzyć. Przecież w ten sposób przedstawiano w średniowieczu Żydów. Poznajemy ich zaś albo po charakterystycznych dla Bliskiego Wschodu nakryciach głowy, albo po charakterystycznych żydowskich kapeluszach. Do tego ci trzej faceci oddają cześć jakimś rogatym bóstwom uzbrojonym w miecze i tarcze. Ktoś powie, że nie ma się czym przejmować, albowiem w XV wieku ludzi pisali i malowali w księgach co im się podobało. No i generalnie robili wszystko na odpieprz, byle tylko szybko skończyć i zainkasować wypłatę. To są znane praktyki. No, a poza tym nie mieli dostępu do źródeł i dokumentacji i bazowali tylko na swoich wyobrażeniach. Taki, na przykład Rembrandt jeszcze w XVII wieku malował postaci biblijne w strojach współczesnych mu Turków. Nic się chłop nie przejmował prawdą historyczną. Tamten od obrazka wyobrażającego Ragnara z synami usłyszał po prostu od kogoś, że po śmierci tego króla Danii jego synowie ruszyli na Anglię, prowadząc ze sobą oddziały zwane Wielką Pogańską Armią i namalował ich tak, jak sobie wyobrażał ludzi dowodzących poganami. W dziwnych czapkach z brodami. Oczywiście, nie mogło być inaczej. A to, że przypominają Żydów? Drobiazg i przypadek.

Gesta Danorum zaś zostały wydane w Paryżu w roku 1514 z zaginionego rękopisu, który się odnalazł, a potem znów zgubił.

Docent wiki podaje, że władcy Danii, Norwegii i Szwecji łupili klasztory i kościoły i wywozili z nich zgromadzone tam bogactwo. Świetnie. I co z nim robili? Zakopywali? Puszczali w obieg? Pożyczali na procent? Inwestowali w nieruchomości? Jeśli ktoś zajmuje się rabunkiem nie może sobie pozwolić na rozproszenie bogactw, które zdobywa, albowiem w krótkim czasie zastępuje go kto inny, on sam zaś umiera gwałtowną śmiercią. Taka jest praktyka i nie ma od niej odwołania. Jeśli więc taka jest praktyka, to znaczy, że siła Ragnara nie brała się z jego zręczności, umiejętności żeglowania i waleczności, ale z bogactw, które w coś inwestował. Jeśli zaś nie inwestował, to znaczy, że je komuś przekazywał i pobierał za ten transfer prowizję. Wiele się na tym świecie zmieniło od jego czasów, ale kwestie finansowe akurat pozostały takie same. W książce profesora Adamczyka Pieniądz i władza, możemy przeczytać, że wikingowie wywieźli z Anglii osiem milionów sztuk srebrnych monet. Nie licząc złotych paramentów i złotych ozdób. Co się z tym stało?

Mamy tych trzech żydów na obrazku, jak sobie gawędzą przy herbacie i wpatrują się w swoje rogate bóstwa i nie możemy zrozumieć dlaczego ta ikonografia, bliższa przecież czasom Ragnara nie wpłynęła na producentów serialu, którzy budując wizerunki swoich bohaterów podrasowali jedynie XIX i XX wieczne wyobrażenia o wikingach? Przecież nie wiemy jak oni wyglądali. Nie ma zabytków z epoki, które by pomogły nam zwizualizować te postaci. Mamy tylko tych trzech brodatych jegomości w żydowskich czapkach. No jak to – zawoła ktoś – a tkanina z Bayeux? No rzeczywiście, ale tam widzimy panów w kolczugach przedstawionych nader schematycznie. I nie mamy gwarancji, że 100 lat wcześniej moda męska nie wyglądała jednak trochę inaczej.

To wszystko jest zadziwiające. Jeszcze lepiej jest kiedy zaczynamy się interesować dziewczynami z tego serialu. Ragnar żenił się trzy albo cztery razy. W filmie jednak jego żoną jest Lagertha, legendarna dziewica-tarczowniczka, pochodząca z Norwegii. Legenda mówi, że król Szwecji, utożsamiany z bóstwem płodności – Frei – napadł na Norwegię, zabił jej króla, a wszystkie dziewczyny z dworu zamknął w burdelu na wieczną hańbę. Potem jednak przypłynął Ragnar i uwolnił te kobitki, a one przebrały się w męskie ciuchy i walczyły dzielnie u boku Ragnara, najmężniej zaś walczyła Lagertha, która została jego żoną. Pozostają, moim zdaniem dwie kwestie do wyjaśnienia. Pierwsza – na co liczy facet otwierający burdel nad fiordem, na całkowitym pustkowiu, gdzie żyje niewielka ilość ludzi, którzy w dodatku praktykują wielożeństwo? Jak prowadzić taki interes? I jak skłonić wikingów mających po trzy żony, by chodzili akurat do jego lokalu? Jakby tego było mało, w środku tego bardaka siedzą jakieś tarczowniczki rwące się do noży. Trzeba być durniem, żeby tam wejść, a gdzie mówić jeszcze o ściąganiu spodni.

Żeby założyć burdel potrzebna jest infrastruktura, to znaczy miasto, parking, łaźnia i wyszynk. Bez tego interes nie pociągnie. Kwestia druga – Saxo Gramatyk pisze, że Ragnar rozwiódł się z Lagerthą. A mówią, że w Skandynawii rozwody wprowadził dopiero Gustaw Adolf. To, jak widać nieprawda, przy okazji zaś ujawniła się prawdziwa natura protestantyzmu. To jest powrót do czasów Ragnara, opisanych w tym drukowanym w Paryżu dziele Gesta Danorum. Nikt nie wie kto je naprawdę napisał, na czyje zlecenie i ile to kosztowało. Jedno jest pewne – wszyscy się tym inspirują, podobnie jak innymi pochodzącymi z XII i XIII wieku tekstami „źródłowymi”. Tylko my tutaj, biedne żuczki nie możemy zrozumieć dlaczego dzieła pisane w XII i XII wieku w zachodniej Europie można traktować serio, a tych pisanych w Polsce nie. Nie możemy zrozumieć także dlaczego obrazek z XV wieku ma być mniej wiarygodny niż wydane w Paryżu dzieło Saxo Gramatyka. Może wy macie jakieś pomysły?

Aha, jeszcze jedno. Wiki pisze, że królowie wikingów łączyli się w celu łupienia bogatych krain, a następnie sojusze te się rozpadały, w imię jakichś partykularnych interesów. Pewnie tak było, my jednak rozpoznajemy dokładnie ten modus operandi, albowiem został on opisany w dziele zatytułowanym Pająki, którego autorem jest Klemens Junosza. Dzieło to bynajmniej nie opowiada o wikingach, ale całkiem o kimś innym.

listopad 082020
 

Pojawiły się tu wczoraj informacje, a także ujawniły postawy, które nie mając ze sobą nic wspólnego, tworzą jednak pewien charakterystyczny konglomerat. Ja się niestety muszę do tego odnieść, albowiem dostrzegam, że moja tutaj działalność jest z jednej strony traktowana serio, z drugiej zaś lekceważona. To zależy od tego co akurat tam komu pasuje. Ja sam dodatkowo podejmując pewne tematy i kwestie, trafiam na opór, który odbieram, jako próbę ograniczenia swobody moich wypowiedzi. To się oczywiście odbywa w formie sugestii, bardzo zawoalowanej, ale ma taki charakter.

Zacznę od pewnej metody publicystycznej, którą można wprost nazwać złodziejstwem. Oto zalinkowano tu wczoraj występ Patlewicza, który w towarzystwie Leszka Żebrowskiego, Stanisława Michalkiewicza i Wojciecha Sumlińskiego omawiał swoją nową książkę o mordzie rytualnym w Rzeszowie, dokonanym w roku 1945. Rozpoczął od tego, że jest pierwszym autorem, który bada tą tematykę. To jest oczywiste kłamstwo, które Patlewicz kolportuje z rozmysłem, świadom prawdopodobnie tego, że jest kryty. To takie moje mniemanie. Ale jak wiemy mniemać sobie mogę, co chcę, także na temat Terlikowskiego, hierarchów, a nawet samego Ojca Świętego, że o Szustaku nie wspomnę. Oto link do tego programu

https://www.youtube.com/watch?v=1g5RIPtehqI&ab_channel=wRealu24

Nie przychodzi mi do głowy inne wytłumaczenie tego chamstwa i bezczelności, bo wszyscy przecież wiemy, że całą książkę o tych problemach napisał dr Krzysztof Kaczmarski z rzeszowskiego oddziału IPN. Ja napisałem do niego wczoraj list, dorzuciłem ten link i czekam na odpowiedź. Nie wiem czy Patlewicz umieścił w bibliografii swojej książki pracę dr Kaczmarskiego, ale bez niej trudno by było mu nawet ugryźć ten temat. Jeśli tak zrobił, a mimo to opowiada, że jest pierwszym badaczem (badaczem!), który porusza tę problematykę, może to oznaczać, że jest po prostu zaburzony. Tym bardziej więc dziwi mnie to, że uwiarygadnia go Leszek Żebrowski.

To jest bardzo istotna sprawa, albowiem mamy do czynienia z bukietem środowisk, które – na chama, albo z niewiedzy – traktują czyjąś własność intelektualną jak swoją. Należy się temu przeciwstawiać za każdym razem kiedy coś takiego dostrzeżemy. Potem bowiem okaże się, że wszystko co robimy, publikujemy w sieci, odnajdujemy nie małym trudem, nie jest nasze, ale czyjeś, bo ten ktoś sobie tak postanowił i ustalił to nie wiadomo z kim. Wszyscy wiemy, jak irytująca jest taka postawa, ale co tu kryć do tego, że nam coś kradną już się trochę przyzwyczailiśmy. To nie znaczy, że będziemy na to pozwalać. Pierwszy raz jednak widzę, że ktoś wykorzystuje wyniki dochodzenia IPN i mówi, że to jego praca. Każdy, nawet najgłupszy student kierunków humanistycznych rozumie od czego powinna zacząć się praca badawcza. Od sprawdzenia, kto co na dany temat napisał wcześniej. To jest elementarz, którego Patlewicz najwyraźniej nie zna. Ma jednak spore parcie na szkło, które wynika z jakichś promocyjno-propagandowych planów środowiska, które go wystawiło.

Zwrócę się teraz osobiście do Panów Michalkiewicza i Żebrowskiego, Sumlińskiego pominę z oczywistych względów. Panowie, nie możecie uwiarygadniać takich osób, bo one, kiedy tylko przestaniecie być im potrzebni, pożywią się waszym mózgiem dokładnie tak samo, jak wcześniej czyniły to z innymi mózgami. I będą miały dobre wytłumaczenie, w dodatku zarejestrowane na nośniku, którego wy sami im dostarczyliście. Ja sobie bez większego trudu potrafię wyobrazić sytuację, kiedy – gdy zabraknie już Leszka, a życzę mu jak najdłuższego życia – Patlewicz wyciągnie z jego dorobku co smakowitsze kawałki i powie, że sam na to wpadł. Spadkobiercy nic z tym nie zrobią, albowiem Patlewicz z równą łatwością zacznie rozgłaszać, że jest duchowym spadkobiercą Żebrowskiego. Jeśli ktoś uważa, że ta wizja jest fałszywa, niech się przyjrzy Zychowiczowi i jego występom. To, z czym mamy teraz do czynienia jest w istocie walką o schedę i możliwość bezkarnego z niej korzystania wbrew legalnym spadkobiercom. Badacze, autorzy i publicyści w wieku 60+ są w tej rozgrywce traktowani przez różnych cwaniaków jako zasób i element uwiarygodniający ich misję.

Doszliśmy do jednego z istotniejszych punktów dzisiejszej notki. Chodzi o to, by wykorzystując sytuację, ogólny bezwład, a także uwagę czytelników, która skupiona jest na czymś innym, uwiarygodnić się za pomocą cudzej pracy i osób posiadających autentyczny dorobek. Wszystko rzecz jasna dla dobra Polski i w imię szlachetnych celów. Nie można na to pozwalać teraz, albowiem jeśli to zrobimy, następnym etapem będą groźby. Na nie też nie odpowiemy, bo skoro raz nie odpowiedzieliśmy, to znaczy, że można, a nam samym nie bardzo zależy. Otóż mi zależy i dobrze by było gdyby każdy złodziej to sobie dobrze wbił do głowy.

Kolejna kwestia dotyczy tekstu ukradzionego panterze i opublikowanego na dwóch portalach w lekko tylko zmienionej formie. Osoba, która ten tekst opublikowała wykorzystała wszystkie dokładnie linki, które pantera z niemałym trudem zgromadziła. Podpisała się za każdym razem nickiem, a publikując tekst po raz drugi w portalu Polityka Polska, powołała się na swoją wcześniejszą publikację tego samego tekstu we Frondzie. Oto linki

http://pink-panther.szkolanawigatorow.pl/prymas-polak-walka-z-pedofilia-i-utalentowana-pani-marta-titaniec

https://politykapolska.eu/2020/06/29/utalentowana-pani-marta-titaniec-prymas-i-jego-przyjaciolka-terroryzuja-polskich-biskupow/

https://www.fronda.pl/blogi/homoseksualizm/utalentowana-pani-marta-titaniec-jak-prymas-i-jego-przyjaciolka-terroryzuja-polskich-biskupow,48137.html

Hanna Kossobor już napisała list do kierownictwa Polityki Polskiej, a ja jutro napiszę do Frondy. Nie będziemy tolerować takich rzeczy. Tym bardziej, że mamy za sobą idiotyczną w wymowie aferę, której bohaterem stał się Szymon. Przypomnę – ktoś opublikował w Focusie Historia jeden z jego tekstów umieszczonych wcześniej tutaj i podpisał swoim nazwiskiem. Szymon się wystraszył, nie wiedzieć czemu, i bez konsultacji z nikim, zwinął swojego bloga i komentarze. To jest niepojęte moim zdaniem i dziwi mnie fakt, że nie zostałem o tym poinformowany. Nie będę tego oceniał. Nie mogę też, albowiem nie ma już bloga Szymona, wystosować, przez kancelarię rzecz jasna, pisma do redaktora wydawniczego Focusa, co zapewne załatwiłoby sprawę od razu. Niestety tak się dzieje, kiedy górę biorą emocje. Niech nikt takich numerów już nigdy nie powtarza, bo to degraduje nas jako środowisko. Chcą sądu, będą go mieli.

Kolejną kwestią, która na pozór nie łączy się z wyżej opisanymi jest wczorajsza dyskusja, szczególnie zaś wpisy Maćka. Jak wszyscy pamiętają, wielokrotnie prosiłem Macieja o to, by – jeśli nie może niczego pisać na blogu z powodu nawału spraw zawodowych, umieszczał tam, co jakiś czas choćby, fragmenty swojej książki. To się, przez półtora roku sprzedaży tej książki zdarzyło może dwa, może trzy razy. Większość moim próśb była oddalana, z powodu znużenia autora. Wczoraj Maciej zalogował się po to tylko, by mi oznajmić iż jest znużony wymową mojego tekstu, który dotyczył Terlikowskiego. W tym swoim znużeniu trwał na blogu od godziny 14.18 do godziny 1.13., tłumacząc mi i innym komentatorom, dlaczego nie możemy oceniać Terlikowskiego w taki sposób w jaki oceniamy. Miałem się wysilać dziś na jakąś polemikę, ale pomyślałem, że powiem tylko jedno: jeśli ktoś jest naprawdę znużony, to wyłącza komputer i idzie spać. Jeśli tego nie czyni, a demonstruje lub omawia swoje znużenie, wskazując je jako powód i przyczynę, to znaczy, że ma inną misję i co innego chce oznajmić swoim czytelnikom. Znużenie zaś jest tylko pretekstem.

Dziękuję za uwagę.

październik 302020
 

Pomyślałem, że warto zaznajomić czytelnika, który pochłonięty jest obserwowaniem tego, co dzieje się na ulicach, o czym jest nowa powieść Michała Radoryskiego. Jak wszyscy wiedzą, tak zwane kryminały, obecne na rynku nie służą rozrywce, ale tłoczeniu postępackiej propagandy. Michał postanowił więc napisać analogiczną powieść, ale z innym propagandowym wsadem w środku. Oto jej fragment. Jeśli ktoś nie rozumie tego mechanizmu i uważa, że skuteczniej będzie tłumaczyć demonstrującym, na czym polegają błędy w ich rozumowaniu i postępowaniu, temu życzę zdrowia i powodzenia.

 

Rozdział IV

 

Z którego dowiadujemy się, jak wygląda stawianie świata na głowie, a także ile taka operacja kosztuje i jakie organizacje zainteresowane są jej finansowaniem. Zaznajamiamy się też z obsesjami niemłodych już mężczyzn, wykonujących zawód lekarza.

 

Jak pamiętamy ze szkoły średniej, słynny grecki mędrzec z Syrakuz, imieniem Archimedes, powiedział, że wystarczy jeden punkt podparcia, by poruszyć ziemię. Ta syntetyczna formuła jest często powtarzana przez bezkrytycznych wielbicieli nauki. Niestety, nie zawiera ona koniecznych do rzeczywistego poruszenia Ziemi szczegółów. To znaczy Archimedes nie zdradził nam, jakie są koszty rzeczywiste wyszukania odpowiedniego punktu podparcia i jakie ryzyko wiąże się z jego wskazaniem. Nie wiadomo przecież, czy Ziemia obróci się w pożądanym przez przeprowadzającego eksperyment kierunku. Może polecieć gdzie indziej, gdzieś w bok i potoczyć się ku przeznaczeniom, których istnienia nawet nie można było przewidzieć.

Czy formuła zaproponowana dawno temu przez Archimedesa może nam się do czegoś przydać w wyjaśnianiu skomplikowanej sytuacji, w jakiej znalazł się komisarz krakowskiej policji Karol Zdanowicz postawiony wobec dwóch spraw, z których jedna wyglądała na samobójstwo, a druga była ewidentnym morderstwem? Tak, ale tylko wtedy, kiedy uzupełnimy je starym, znanym również na terenie Galicji i Lodomerii przysłowiem, które brzmi – gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. I niech nikt nie myśli, że zamierzam tu szydzić z biednych ofiar, młodych przecież dziewcząt, które znalazły się, nie ze swojej winy i inspiracji, jedna na strychu kamienicy, a druga nad rzeką toczącą swe lodowate wody przez starożytne miasto Kraków. Nie o to mi chodzi. Pragnę jedynie podkreślić, że wobec nieznanych i trudnych do oszacowania kosztów poruszania Ziemi, a także stawiania jej na głowie, dobrze jest zawczasu pomyśleć o tym, kogo by tu tymi kosztami obarczyć. Zwykle koszty operacji poważnych zrzuca się na najsłabszych, najmniej zorientowanych w ich rzeczywistych celach, a przedtem, zanim ów proces się dokona, przekonuje się jeszcze ofiary do tego, iż jest on nieuchronny. One zaś, finansując go z kieszeni własnej lub, co gorsza, z kieszeni zamożnych, a często i nie, rodziców, osiągną cele, o jakich się nikomu przed nimi nie śniło. Staną się także zupełnie kimś innym. Istotami nie tylko bardziej świadomymi, nie tylko lepszymi, ale także, a może przede wszystkim, wolnymi.

Jak wszyscy dobrze wiemy, wolności, podobnie jak prawdziwej miłości, kupić się nie da, szczególnie zaś kupić jej się nie da, korzystając z zasobów zapobiegliwej rodziny, która dla ukochanej córki, pragnącej poruszyć ziemię, znajdując właściwy dla tego punkt podparcia, gotowa jest wyrwać sobie serce. No dobrze, niech będzie, że pół serca. Są jednak ludzie, którzy uporczywie twierdzą, iż wolność kupić można. To nie jest prawda, a samo już stawianie tej kwestii to demaskacja wskazująca na pewien prosty mechanizm. Oto człowiek, który deklaruje, iż można kupić sobie wolność, zainteresowany jest przede wszystkim przejęciem aktywów na zakup tej, dla wielu najważniejszej, jakości przeznaczone. Cóż potem? Cóż stanie się po zawarciu transakcji, kiedy okaże się, że wpłacone pieniądze nie przyniosły oczekiwanej wolności? To jest dość oczywiste, ale przez pewien mechanizm, uzupełniający opisane tu horrendalne złodziejstwo, niewidoczne. Otóż wolna prasa, która asekuruje zwykle proces poruszania z posad bryły świata poprzez ów nieznany nam jeszcze punkt podparcia, czyni zwykle wszystko, by nieszczęsne amatorki kupowania wolności za pieniądze nie rozumiały, w jak straszliwą pułapkę zostają wpędzone. Wolna prasa dba o to jedynie, by widziały one same korzyści płynące z zawieranej transakcji, a jeśli jednak coś by się stało i nagle przejrzałyby na oczy, by ich stan emocjonalny nie pozwalał na proste skonstatowanie faktu i nazwanie okoliczności po imieniu. Wolna prasa jest jak naganiacz zajęcy na polowaniach, które, przed śmiercią w zamachu, organizował w swoich dobrach namiestnik Galicji Andrzej Potocki, pan z panów, magnat pełną gębą, któremu ani się śniło uwalniać kogokolwiek od swojej przemożnej opieki. Rozpowszechniane na jej łamach entuzjastyczne filipiki służą temu, by ofiary zapędzone w pole, gdzie nic nie ma, gdzie hula zimny wicher i szeleszczą wyschnięte osty, nie mogły same przed sobą przyznać się, że zostały oszukane. Są jednak sytuacje, które powodują otrzeźwienie. Na krótko jednak, na zbyt krótko.

Doktor Przywara, który uronił łzę prawdziwą na pogrzebie biednej panny Salomei, służącej w domu aptekarstwa Kleinów, przeżywał właśnie taką chwilę otrzeźwienia. Siedział w swoim mieszkaniu ani mniej, ani bardziej szykownym niż mieszkania innych krakowskich lekarzy i zastanawiał się, zerkając od czasu do czasu na leżący na stole świeży numer pisma Nowa reforma, czy rzeczywiście jest sens w przyjmowaniu na studia uniwersyteckie płci zwanej piękną. Był on, jak pamiętamy, wielkim zwolennikiem otwarcia bram wyższych uczelni dla kobiet, miał też jednak wiele do powiedzenia na temat tego, co dziś nazwane zostałoby funkcjonowaniem istot wyalienowanych w obcym i wrogim środowisku. Dziewczęta przybywające na ten uniwersytet pochodziły głównie zza kordonu. Były to w większości Polki, rzadziej Rusinki, wszystkie one posiadały pieniądze, które ich rodziny powodowane źle rozumianym dobrem swoich córek przeznaczały na podjęcie i kontynuowanie przez nie nauki. Nikt tego jeszcze nie powiedział głośno, ale my już możemy – pieniądze te były przeznaczane także na korumpowanie urzędników, którzy decydować mieli o tym, czy dana panna nadaje się na studentkę, czy też nie. Nie zawsze przecież, ale zdarzały się takie przypadki. Większość jednak kobiet, bardzo młodych kobiet przybywających do Krakowa, była dobrze przygotowana do studiów, a mało tego, że dobrze przygotowana, to jeszcze całkowicie zdecydowana na to, by życie swe poświęcić nauce. To wprawiało grono profesorskie, głównie medyczne, w pewien rodzaj histerii. Wielu bowiem lekarzy praktykujących w Krakowie i okolicach łatwo wyobrażało sobie, co też może się stać z ich pozycją, kiedy owe wykształcone, zdeterminowane i niezdradzające żadnych, poza podstawowymi, potrzeb istoty zajmą się leczeniem bogatszych i biedniejszych mieszkańców obrębu krakowskiego, który w ostatnich dniach, w poszukiwaniu śladów po mordercy panny Róży, penetrowali komisarz Zdanowicz i praktykant konceptowy Rotschek. Stosunkowo, co za ironia, najspokojniej zachowywali się specjaliści od chorób przenoszonych drogą płciową i specjaliści urolodzy. Nie zapamiętali oni bowiem zbyt dobrze ani śmiałego okrzyku Archimedesa – dajcie mi punkt podparcia, a poruszę ziemię, ani też starego ludowego porzekadła – gdzie diabeł nie może tam babę pośle. Gdyby zachowały się one w ich pamięci, nie siedzieliby ani nie spali tak spokojnie.

Doktor Przywara, który – można tak powiedzieć – był w Krakowie kimś w rodzaju pioniera psychologii, coś przeczuwał. Sformułować jednak póki co swoich lęków nie potrafił. Może gdyby wyjechał do Wiednia i tam, za pomocą licznych zabiegów oraz znajomości wyjednał sobie choć godzinkę konsultacji u sławnego Zygmunta Freuda, mógłby oblec swoje niewyraźne myśli w jakiś kształt. Do tego jednak było daleko i doktor Przywara nawet o tym nie myślał. Głowa jego bowiem zaprzątnięta była innymi kwestiami. Zanim je ujawnię, zwrócić pragnę uwagę na jedną, charakterystyczną cechę doktora Przywary. Był to człowiek, co czasem się zdarza, ale nie tak znowu często wśród lekarzy, współczujący. Myśli jego biegły więc ku temu, w jakich warunkach pracować muszą te biedne, przybywające do Krakowa zza kordonu dziewczęta. Szczególnie stary doktor współczuł studentkom farmacji, albowiem znał bliżej niektóre z nich i wiedział, jak straszliwą drogę przeszły, by urzeczywistnić swoje marzenia, nie wiadomo dokładnie przez kogo rozbudzone.

– Najpierw pracują za darmo po jedenaście godzin na dobę – mamrotał do siebie doktor Przywara – a potem przyjeżdżają tu i poświęcają pieniądze na naukę tych wszystkich formułek, które od jutra mogą być nieważne.

Doktor Przywara, podejrzewał, że coś wisiało w powietrzu nad całym światem. Podejrzewał, że przepisywane przez felczerów i medyków z przedmieść kataplazmy i maści przygotowywane na bazie wieprzowego smalcu odejdą wkrótce w przeszłość i zastąpi je coś innego. Co takiego, tego jeszcze nie wiedział, ale wiele wieści dochodzących ze świata rozbudzało w nim wrodzoną ciekawość i kazało mieć się na baczności.

– Kto to wie? – myślał – może któraś z nich wynajdzie kiedyś lekarstwo na raka…? Tylko, psia krew, na którego, bo przecież nie na wszystkie naraz – dodawał zaraz i złościł się przy tym, szarpiąc guzik od tużurka.

Kiedy się uspokajał, powracał myślą do spraw najważniejszych w ocenie każdego, szanującego się krakowskiego medyka, czyli do kwestii finansowych.

– Samo utrzymanie ile kosztuje – dumał – a gdzie jeszcze mieszkanie?

Sam nie zarabiał zbyt wiele i często łapał się na tym, że zazdrościł przybyłym z Królestwa dziewczętom przywiezionych przez nie w ojcowskich pugilaresach banknotów.

– Jaka to musi być pokusa – skrobał się w głowę – dla tych gołodupców studentów, którzy muszą siedzieć z nimi w salach wykładowych… One tam same, bezbronne, a dookoła ta tłuszcza…

Doktor Przywara wiedział, że przesadza, ale czynił to celowo, mimo wieku sam chętnie usiadłby obok studentki medycyny czy farmacji i z wielką chęcią wyjaśniłby jej wszystkie zawiłości dotyczące przygotowywania preparatów mikroskopowych. I kiedy tak siedział i myślał nasz stary doktor, nagle dobiegł go głos dzwonka u drzwi. Przywara wstał, otrząsnął się, tak jakby chciał zrzucić na podłogę dręczące go myśli, i poczłapał do przedpokoju. Nikogo nie oczekiwał, a dzwonek terkotał coraz natarczywiej. Kiedy był już blisko, dźwięk dzwonka zirytował go tak bardzo, że zaczął wołać: – Zaraz, no zaraz przecież otworzę…

Wtedy ten z drugiej strony przestał dzwonić i w pomieszczeniu słychać było tylko szuranie pantofli starego doktora. Kiedy Przywara otworzył drzwi, miał ochotę od razu je zamknąć. Po drugiej stronie na wycieraczce, trąc nerwowo butem o jukową szczecinę, stał nie kto inny, ale sam doktor Stanisław Kurkiewicz, autor sławnej w całym mieście i okolicach pracy zatytułowanej Z docieków nad życiem płciowem luźne osnowy. Kurkiewicz był postacią znaną w mieście i miał opinię sensata. Od wielu już lat nie pracował w szpitalu św. Łazarza, prowadził własną praktykę w mieszkaniu przy ul. Batorego 20, a o tym, kto i w jakim celu odwiedzał jego gabinet, krążyły po mieście legendy. Były one znacznie ciekawsze niż to, co opowiadano dzieciom o smoku wawelskim, grocie Łokietka w pobliskim Ojcowie, ciekawsze nawet niż akademickie spory, czy św. Stanisław biskup i męczennik zasłużył na śmierć, czy też nie.

– Pan tutaj – stwierdził raczej, niż zapytał, Przywara.

– A tak – rzekł na to pionier polskiej seksuologii, jak lubią go nazywać współcześni popularyzatorzy ciekawostek historycznych – jestem tutaj, bo mam z panem do pomówienia.

– Mógłby się chociaż zaanonsować – pomyślał Przywara.

Kurkiewicz zaś, jakby czytając w jego myślach, dodał zaraz:

– Zaanonsowałbym się, ale nie ma pan służącego ani nawet pokojówki, nie bardzo więc mam u kogo składać te anonse, a jeśli miałbym się fatygować do gabinetu w tym przybytku, pożal się Boże, nauki, jakim jest szpital św. Łazarza, to wolę od razu przyjść tutaj.

Doktor Przywara był bezradny. Odebrał od gościa płaszcz i kapelusz, a potem wskazał mu drogę do salonu. Kurkiewicz, mężczyzna niezwykle pewny siebie ruszył tam natychmiast, spoglądając ciekawym wzrokiem na ściany obwieszone rycinami oprawnymi w złocone ramki. Nie było tam nic, co mogłoby zwrócić jego uwagę. To znaczy nie było tam nic związanego z dociekami nad życiem płciowem.

Kiedy obaj zasiedli w salonie przy herbacie przygotowanej osobiście przez doktora Przywarę, Kurkiewicz wyglądający jak wcielenie obywatelskich i patriotycznych cnót zaczął rozmowę:

 

– Przyznaj się pan, masz mnie pan za durnia i sensata?

Przywara nie zaprzeczył, patrzył tylko uważnie na doktora.

– Nie wiem doprawdy, skąd się to bierze – Kurkiewicz rozłożył bezradnie ręce i z fałszywą skromnością patrzył na Przywarę – ani pan, ani ci durnie medycy zaharowujący się w szpitalach miejskich nie zarabiacie nawet połowy tego, co ja na prywatnej praktyce. A mimo to macie czelność stawiać mi zarzuty. I to jakie? Kompetencyjne!

Przywara pomyślał, że nie od biedy byłoby przypomnieć Kurkiewiczowi, że wprosił się do niego i jest gościem, podejrzewał jednak, że to i tak niczego nie zmieni. Zdobył się jednak na pewien komentarz:

– Przyszedł pan tutaj dyskutować o uposażeniach medyków?

– Rzecz jasna nie – wyniośle rzekł Kurkiewicz – przyszedłem pana ostrzec. Pana i wszystkich, których pan reprezentuje.

Przywara uniósł brwi w niemym zdziwieniu.

– Ostrzec? – zapytał – przed czym?

Kurkiewicz wyjął z kieszeni kraciastą chustkę i otarł nią spocone, lśniące czoło.

– Przed najgorszym – powiedział, wpatrując się w twarz doktora Przywary.

Ten uśmiechnął się, nie traktując wcale poważnie ekscytacji Kurkiewicza.

– Widzę, że mię pan lekceważysz?

– A skąd, ledwie domyślam się, o co panu chodzi.

– Słyszał pan o znalezieniu tego trupa nad rzeką?

– No tak.

– To nie jedyny przypadek – rzekł pionier polskiej seksuologii – wiem o tym na pewno, znam patologów w całym mieście i rozmawiam z nimi o wszystkich dziwnych przypadkach zgonów młodych kobiet.

– Osobliwe zainteresowanie jak na przedstawiciela pańskiej specjalizacji – sarkastycznie zauważył Przywara.

– Nie sądzę – Kurkiewicz był cały czas bardzo poważny – nie ma pan pojęcia, ile uczciwych kobiet zarażonych jest tymi – tutaj rozłożył szeroko ręce – przypadłościami. I jak wiele z nich odkrywa to u mnie w gabinecie. Od łożnicy, panie kolego, do kostnicy tylko jeden krok.

Przywara popatrzył na niego smutnymi oczyma i pomyślał o pogrzebie panny Salomei, który przecież nie mógł mieć żadnego związku ze śmiercią kobiety znalezionej nad Wisłą.

Kurkiewicz jednak był niczym dziecko szczęścia typujące numery wygranych na loterii.

– Pan znał tę pochowaną niedawno służącą od Kleinów?

Przywara nie mógł ukryć przed siedzącym naprzeciwko lekarzem tego faktu, choć bardzo się starał.

– Panie kolego – spokojnie rzekł Kurkiewicz – ta dziewczyna była u mnie w gabinecie. Mogę panu wprost powiedzieć, że powinna się leczyć, ale co to zmieni, dla wielu osób jest już za późno…

Przywara nie wytrzymał.

– O czym pan mówi? – krzyknął prawie – panna Salomea była biedną dziewczyną poświęcającą swój czas pracy, miała ambicje, chciała studiować. Nie stać jej było na gabinety takie jak ten, w którym udziela pan swoich porad.

– No właśnie – ze smutkiem rzekł Kurkiewicz – tym się właśnie różnimy. Pan jest idealistą nieaprobowanym przez środowisko, a ja zaś nieaprobowanym przez środowisko praktykiem. Czy rozumie pan, jaka jest różnica między nami?

Przywara tylko sapnął, zaczęła w nim bowiem narastać wściekłość.

– Powiem panu – Kurkiewicz zaś był całkiem spokojny – pan nie rozumie, skąd się biorą pieniądze.

Doktor Kurkiewicz trafił w czuły punkt, bo choć Przywara chciał go już wyrzucić za drzwi, nie zrobił tego jednak, albowiem dobrze wiedział, że tamten ma rację. Jego podejście do życia i zawodu skażone było pewnym rodzajem mentalnego niedołęstwa, z czego on sam doskonale zdawał sobie sprawę i nie miał wcale zamiaru tego ukrywać. Chętnie nawet słuchał polemistów, którzy z tą jego przypadłością dyskutowali. Dobrze to świadczyło o jego uczciwości i zdystansowaniu do siebie samego.

– Myli się pan całkiem, jeśli idzie o biedną nieboszczkę od Kleinów – ciągnął Kurkiewicz – to była osoba może nie zamożna, ale całkiem zasobna, płaciła zawsze gotówką i nigdy nie robiła wrażenia kogoś, kto ma jakiś kłopot z liczeniem pieniędzy.

– Płaciła za co? – Przywara nie mógł ukryć niezdrowego zainteresowania.

– Za konsultacje, panie kolego, za konsultacje.

Biednemu doktorowi Przywarze zrobiło się naprawdę smutno. Salomea, z którą rozmawiał wielokrotnie, która chciała studiować, zdobywać wiedzę, praktykować wreszcie i podnosić ten podły świat z upadku również moralnego, umawiała się na konsultację z takim hochsztaplerem jak Kurkiewicz, który przepisywał kataplazmy na czoło rozbudzonym niezdrowo wariatkom i doił z nich pieniądze jak cielę pokarm z mlecznej krowy.

– Jak pan może oddawać się tym praktykom? – w głosie doktora Przywary słychać było naganę i wyrzut.

– Oddawać się? – Kurkiewicz był szczerze zdziwiony. – Miły panie – rzekł – ja się niczemu i nikomu nie oddaję. Ja wykonuję swój zawód najlepiej jak potrafię, a kolejki przed moim gabinetem świadczą o tym, że czynię to dobrze, a do tego – tu uniósł w górę palce – w zgodzie z sumieniem własnym, sumieniem społeczeństwa i duchem czasu.

– Wierzy pan w sumienie społeczeństwa? – Przywara chciał go złapać za słowo. – Mamy dwa trupy młodych kobiet w ciągu dwóch dni, pan zaś twierdzi, że jest ich więcej i mówi przy tym o sumieniu społeczeństwa?

– Nie będę się z panem wdawał w polemiki dotyczące zasad funkcjonowania społeczeństw – powiedział zimno i stanowczo Kurkiewicz – powiem panu tyle tylko, że za jedną i drugą śmiercią nie stoi z całą pewnością nikt miejscowy.

– Powinien pan, doktorze – Przywra zmienił ton na bardziej oficjalny – powinien pan podzielić się swoimi spostrzeżeniami z policją.

– Tak pan myśli? – Kurkiewicz był mile połechtany tą uwagą – może rzeczywiście – dodał – porozmawiam z dyrektorem Flatauem. Jest w końcu moim pacjentem.

Słysząc to, Przywara aż się spocił. Dyrektor krakowskiej policji Flatau był pacjentem Kurkiewicza, specjalisty od docieków nad życiem płciowem. To było nie do uwierzenia.

– A niech to wszystko raz wreszcie szlag trafi – pomyślał doktor Przywara – ten cały Kraków, policję, cesarstwo wreszcie. Niech to się w diabły zapadnie pod ziemię.

– Widzę – Kurkiewicz spoglądał na Przywarę drwiąco – że czymś pana zaskoczyłem? Znowu – dodał.

– Nie bardzo – bronił się tamten – powiedzmy, że nasz pogląd na pewne kwestie jest biegunowo różny. Ja na przykład – ciągnął doktor Przywara – będąc dyrektorem policji nigdy nie przekroczyłbym progu pańskiego gabinetu.

– I tak go pan nie przekracza – filozoficznie zauważył Kurkiewicz – jaka więc różnica, czy jest pan dyrektorem policji, czy nie. Wróćmy do meritum – rzekł – przyszedłem pana ostrzec.

– No dobrze – spokojnie już całkiem zaczął Przywara – niech pan mówi przed czym, ale konkretnie.

– Widzi pan – Kurkiewicz zaczął tak, jakby chciał wyjawić swojemu rozmówcy, kto zlecił zamordowanie cesarzowej Sissi – poprzez swoją profesję i zupełnie inny punkt widzenia, z jakiego obserwuję okoliczności, nie tylko panujące w tym mieście, widzę znacznie więcej niż inni.

Przywara chciał mu przerwać, powiedzieć, że jest nadętym bałwanem i wyprosić za drzwi, ale jakaś wewnętrzna siła go przed tym powstrzymała. Słuchał więc dalej.

– Otóż, miło kolego – ciągnął Kurkiewicz – jestem całkowicie przekonany, że te wszystkie sprawy mają ze sobą ścisły związek.

– Jakie sprawy? – nie mógł zrozumieć Przywara.

– Dwa trupy, kolejki do mojego gabinetu, szturm bab na katedry medycyny i farmacji sprytnie stymulowany przez prasę i szeptaną propagandę, a do tego występy niektórych wziętych artystów.

– Na przykład kogo? – Przywara nie chciał uwierzyć w to, co słyszy. Nie mógł pojąć, że jego kolega, bądź co bądź po fachu, może opowiadać takie brednie.

– Na przykład tego całego Przybyszewskiego.

Tu doktor Przywara roześmiał się.

– Ma pan na myśli Stacha? – zapytał całkiem niepotrzebnie – może i był trochę szalony, ale jakiż był z niego kompan i jaka dusza…

Tu z kolei zdziwił się Kurkiewicz. Jak na idealistę, szamocącego się w niewoli pojęć, których znaczenia do końca nie rozumiał, stale w dodatku podkreślającego moralne walory uczestnictwa kobiet w życiu publicznym, a także ich obecności na studiach medycznych i farmaceutycznych, Przywara wyraził zbyt wielki entuzjazm co do ewidentnego zboczeńca i degenerata, jakim był Przybyszewski. Nie próbował jednak tłumaczyć niczego staremu doktorowi. Ograniczył się do jednego tylko pytania:

– Pan wiesz, jakie kolejki zaczęły się do mnie ustawiać po jego wykładzie na temat przyrodzenia szatana?

Przywara zrobił minę tak głupią, ze Kurkiewicz musiał uśmiechnąć się z politowaniem.

– Aha, czyli pan, panie kolego, nie wie nawet, jakie treści implantował ów wieszcz wprost do głów pańskich kochanych studentek? To doprawdy niezwykłe…

– Chyba lepiej,żebym o tym nie wiedział – pomyślał doktor Przywara i mocno się zawstydził wszystkich swoich myśli i wyobrażeń dręczących jego serce, które dotyczyły udziału dziewcząt w zajęciach uniwersyteckich.

 

*

Entuzjazm kobiet jest siłą przemożną i niszczącą. Człowiek, który raz doprowadzi emocje niewieście do stanu wrzenia, powinien być za karę w nie wrzucony, żeby się na amen ugotował i nie popełniał już więcej żadnych strasznych grzechów. Świadomość tego, co dzieje się z niewiastami, a tak mówiło się o uczciwych kobietach w mieście Krakowie, w roku 1909, którym coś obiecano i zarysowano przed nimi różnorakie i nęcące perspektywy, była i jest nadal powszechna. Nie można tylko zrozumieć, jak to się dzieje, że mając przed oczyma liczne przykłady przeniewierstw, oszukaństwa i dzikiej zupełnie przewrotności, których ofiarami padały niewiasty, można jeszcze traktować owe obietnice serio i nie zwracać ku tym, którzy je składają, lufy wielkokalibrowego rewolweru.

Nie sądzę, by nam tutaj udało się dociec, jaki rzeczywisty mechanizm kieruje sercami niewieścimi bijącymi żywiej na myśl samą o przyszłych, licznych sukcesach i towarzyszących im emocjach. Możemy jedynie pokusić się o możliwie dokładne opisanie stanu faktycznego. Ten zaś jasno wskazuje, że nie ma takiej wartości realnej, której oszukana kobieta nie porzuciłaby po to, by realizować plany oszusta, który zapewnia pożywkę jej emocjom. Rodzaje fetyszy służących do mamienia rzesz całych niewiast reprezentujących różne stany i narody monarchii były rozmaite. Na pierwszy plan jednak wysuwała się wiedza i możliwość zrobienia kariery; bynajmniej nie naturalistyczne opisy szatańskiego przyrodzenia, które w swoich wystąpieniach prezentował Stach Przybyszewski. Tylko bowiem wielkie cele i dążenie do doskonałości rozgrzewają do białości serca i umysły naprawdę szlachetne. Co, ale o tym nie wspominało się jeszcze zbyt głośno, równoznaczne było już w roku 1909 z realizacją hasła streszczonego w równoważniku zdania – dorównać mężczyznom.

Towarzysząca młodzieńcowi imieniem Remigiusz ruda niewiasta miała całkowitą świadomość swojej przewagi intelektualnej nad nim, nad większością znanych jej mężczyzn, wliczając w to doktora Przywarę, a nawet nad redaktorem Emilem Haeckerem, którego uważała za kompletnego bałwana, idącego na lep najbardziej prymitywnych pokus. Sama potrafiła te pokusy stwarzać i uważała, że jest w tym diabelnie skuteczna. Dobrze też znała wartość pieniędzy i te zawsze otaczała czcią niezwykłą, a że nie musiała troszczyć się o byt materialny, albowiem zarówno jej życie, jak i studia opłacane były przez rodzinę gospodarującą na niezbyt żyznych co prawda, ale za to bogatych w drewno i pastwiska folwarkach, mogła w spokoju rozglądać się za odpowiednim kandydatem na męża. Tak, tak, nie ma co ukrywać, że w owym czasie nawet najbardziej wyzwolone z przesądów środowiskowych feministki, które marzyły o karierze farmaceutki czy lekarki, rozglądały się za mężem. Ten zaś musiał być, co oczywiste, człowiekiem niezwykłym. Na miano takiego – co także jasne – nie mógł zasłużyć w zasadzie nikt, kto z miejsca, nieświadom pułapki, próbował traktować rudą jak istotę potrzebującą wsparcia, opieki czy choćby tylko ciepłego słowa. Na męża ruda chciała wybrać sobie kogoś naprawdę niezwykłego, kogoś, komu nigdy nie mogłaby dorównać, a kto dopingowałby ją wciąż do realizacji nowych wyzwań. To był program maksimum, którego realizacja w mieście Krakowie roku 1909 napotykała na poważne trudności. Żaden bowiem znany rudej mężczyzna nie spełniał jej warunków, wielu za to nadawało się do tego, by ich wykorzystać, a następnie z całą mocą kopnąć niżej krzyża i wysłać do diabła. Wielu także, tak jak ten cały Remigiusz, nadawało się do tego, by wyważać nimi niczym taranem z baranią głową na końcu drzwi różnych redakcji i instytucji, do których ona sama jako kobieta miałaby utrudniony wstęp. Do jakich to organizacji zamierzała pukać ruda baranim łbem młodego Remigiusza? Ot choćby do zarządu partii określającej się skrótem PPSD, czyli Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Galicji i Śląska Cieszyńskiego, której szefem był piękny i postawny pan Ignacy Daszyński. Ruda nie miała zamiaru zostawać kochanką Daszyńskiego, albowiem już przy pierwszym z nim spotkaniu zorientowała się, że to człowiek wkładający niezwykły wprost wysiłek w ukrycie własnych deficytów, ograniczeń i uwikłań, które – gdyby nie był na usługach tajnej policji Austro-Węgier i na usługach policji berlińskiej – doprowadziłyby go wprost do więziennej celi.

Organizacje polityczne były jednak marginesem rozważań rudej o przyszłości. O wiele istotniejsze miejsce zajmował w nich przyszły mąż, którego należało wyszukać już dziś, albowiem lata płynęły nieubłaganie, świat zaś, w którym przyszło jej żyć, był dla istot takich jak ona bezlitosny. Najgorsze zaś były, oczywiście, kobiety, szczególnie te, które miały mężów i rodziny. Ktoś mógłby w tym miejscu westchnąć i zastanowić się, dlaczego ja, autor tej nieoczywistej opowieści, znęcam się nad biedną samotną kobietą. Po pierwsze – nie biedną. Ruda dostawała regularne uposażenie z domu i mogła tam w każdej chwili wrócić, po drugie – nie samotną; trudno bowiem było znaleźć w całym Krakowie osobę równie towarzyską i łatwo nawiązująca kontakty, także kontakty między płciami, jak ona. A fuj – cóż to za wstrętny zarzut?! To nie jest żaden zarzut. Trzeba od razu oddać rudej, że była niezwykle dyskretna i żaden z jej znajomych zdradzający choćby cień niedyskrecji nie mógł liczyć z jej strony na nic.

Ruda uprawiała pewien rodzaj demonstracji, który dawał jej mnóstwo satysfakcji, a także zapewniał szczerą sympatię innych, wyzwolonych z przesądów, pragnących robić karierę kobiet – w bardzo udany sposób markowała pracę zarobkową. Aranżowała różne spotkania z redaktorami postępowych gazet, namawiała Remigiusza na coraz to śmielsze materiały dotyczące wydarzeń rozgrywających się na mieście, także politycznych. Sama zaś, w tajemnicy przed wszystkimi, także przed swoim młodym przyjacielem, publikowała w Nowej Reformie i Naprzodzie felietony opisujące niedolę kobiet, które podpisywała pseudonimem BOND.A. Sposób, w jaki udało się zawłaszczyć prawie całą szpaltę Nowej Reformy czytywanej przez osoby tak zrównoważone i do tego wrażliwe jak doktor Przywara, pozostawał jej słodką tajemnicą. Podobnie jak pobierane za ową aktywność honoraria.

Po co – zapytacie – w tak korzystnych okolicznościach potrzebny był jej mąż? Miłe czytelniczki i mili czytelnicy, mąż jest zawsze potrzebny do tego samego, żeby można było na niego zwalać winę za ewentualne niepowodzenia swoich przedsięwzięć. No, a poza tym, musiał być kimś wyjątkowym, kto prócz tego, że potrafiłby unieść ciężar wszystkich życiowych wyzwań, nie tylko tych, które sam podejmował, ale także tych, w które na oślep rzucała się ruda, dostarczałby jej także wspomnianych na samym początku inspiracji i różnych subtelnych wrażeń.

I ruda poznała kiedyś takiego mężczyznę, ale bardzo szybko zniknął on z jej horyzontu. Pozostał jednak w pamięci, a pamięć ta, jak to się bardzo często zdarza, opracowywała, całkiem podświadomie – jakby tę kwestię ujął doktor Freud – różne szczegółowe scenariusze na okoliczność jego ponownego pojawienia się. Pamięć ta także, również podświadomie, pracowała z największą intensywnością nad rozwikłaniem zagadki, dlaczegóż to, ach dlaczego mężczyzna ten, zamiast zainteresować się rudą i jej nie dającym się ukryć wszechstronnym potencjałem, całkiem ją zlekceważył. Tego ruda pojąć nie mogła, ale ani na moment problem ten nie znikał z jej pamięci. Wobec nieobecności tego człowieka ruda musiała zadowalać się towarzystwem istot takich jak Remigiusz, który święcie wierzył w to, że ona, podobnie jak on, przeżywa podobne dramaty związane z niemożnością zarobienia paru koron, bądź też wydobycia już zarobionych od nieuczciwych i nieszczerych socjalistycznych ideologów, piastujących stanowiska redaktorskie. Jeśli nie było w pobliżu Remigiusza, ruda musiała zadowalać się towarzystwem doktora Przywary albo znosić telefoniczne umizgi kogoś takiego jak Daszyński. Tak, tak, w wynajmowanym za pieniądze ojca mieszkaniu ruda miała prawdziwy telefon, z którego czasem dzwoniła w różne miejsca. Jeśli zaś idzie o stosunki z innymi kobietami, ograniczała je do dwóch obszarów – towarzyskich dyskusji z koleżankami tyrającymi po dziesięć lub jedenaście godzin w aptekach za darmo lub półdarmo, którym wmawiała, że znajduje się w podobnej jak one sytuacji, ale nie może podjąć wyzwań będących ich udziałem, czyli zabrać się za pracę ponad siły. Ewentualnie użalała się równie nieszczerze nad losem biednych guwernantek, które – chcąc porzucić swoje zajęcia i wystartować niczym najnowocześniejszy aeroplan braci Wright do nowych przeznaczeń – słuchały jej jak świnia grzmotu. Ruda bowiem zajmowała się także profesją naganiacza. Tak określiłby to jakiś męski szowinista bez krzty empatii. Całe szczęście w Krakowie roku 1909 nie było takich, a mącenie w głowach prostym dziewczynom wizjami kariery na uniwersytecie i samodzielnej pracy na odpowiedzialnym stanowisku spotykało się z pełnym zrozumieniem całej męskiej populacji. Nawet komisarz Zdanowicz nie widziałby w tym niczego podejrzanego. Jedynym może wyjątkiem był doktor Kurkiewicz, autor pracy o dociekach na życiem płciowem.

Tym właśnie – zaproponowaną rudej przez nie wiadomo kogo funkcją naganiacza – tłumaczyć można było jej występ na pogrzebie panny Salomei. Jeśli oczywiście nie liczyć chęci pozyskania różnych dziennikarskich sensacji, które zwykle towarzyszą pogrzebom zmarłych w niewyjaśnionych okolicznościach.

Ruda lubiła, kiedy w organizowanych przez nią mitingach brały udział niewiasty wszystkich stanów i profesji, albowiem celem tych spotkań było wykazanie wyższości demokracji nad starym reżimem. Panowała tam pełna swoboda, wzajemne zrozumienie i empatia, które wprost wylewały się oknami. I tylko, nie wiedzieć czemu, co jakiś czas ktoś tam umierał niespodziewanie. Tego jednak starano się nie zauważać. Choć oczywiście nikt nikomu nie zabraniał wyrażać szczerego żalu po stracie oddanej towarzyszki.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/komisarz-zdanowicz-i-ponczochy-guwernantek-juz-wkrotce/

wrz. 192020
 

Sejm przyjął ustawę upamiętniającą zasługi króla Zygmunta Augusta. W sumie nic wielkiego, skoro Daszyński został mianowany ojcem narodu, dlaczego nie upamiętnić zasług Zygmunta? Co to szkodzi? Można by, co prawda zapytać, a kiedy upamiętnimy zasługi Zygmunta III Wazy, albo zasługi Jana Zamoyskiego, albo Stanisława Żółkiewskiego, nie mówiąc już o Stefanie Batorym? No i kiedy trzej ostatni będą mieli pomniki w stolicy? No, ale to by było takie brzydkie czepialstwo. Wymieńmy może te królewskie zasługi, żeby każdy wiedział o co chodzi. Do zasług zaliczono: Unię Lubelską, tolerancję religijną i rozkwit nauk. To krótka lista i niestety trudno doszukać się na niej jakiegoś mechanizmu, który łączyłby wymienione zasługi z osobą króla. Nie ma tu żadnej, pardon, przekładni. Unia Lubelska została podpisana, bo wreszcie umarł Albrecht i przestał przeszkadzać. Dom brandenburski osłabł wyraźnie i nie było w Prusach nikogo, kto mógłby wpływać na politykę Krakowa i Wilna, co wcześniej, przez całe panowanie obydwu ostatnich Jagiellonów, było aż nadto widoczne. Nie trwało to długo, bo za cztery lata Wittenberga zmontowała w kraju tę całą konfederację warszawską, pod którą podpisał się biskup Franciszek Krasiński, a w kraju zaniosło się na wojnę domową. Całe szczęście doszło do porozumienia, ale to co sejm uważa za „tolerancję religijną”, było tylko odwleczeniem w czasie nieuniknionego – wojny, zakończonej podziałem kraju. Każdy pokój podpisywany na wschód od Renu z protestantami, był tylko odwlekaniem zmian na mapie, w dodatku trwałych. Gdybym miał wskazać na moment, od którego się to wszystko zaczęło i na mechanizm tym sterujący, ująłbym rzecz tak: dwa konkurujące ze sobą mocarstwa stają wobec politycznego wyzwania, jakim jest katastrofa jednego z nich. Pokusa, by drugie dobiło sąsiada jest duża, ale korzyści płynące z tego posunięcia są niepewne i problematyczne. Ten bowiem kto doprowadził do katastrofy, domaga się poważnych benefitów. Jedno z mocarstw, to, które nie zostało dotknięte klęską mówi – dobrze, ale zapłacić musi ktoś inny. I chodzi za każdym razem o zapłatę poważną – krwią i ziemią. By owa transakcja doszła do skutku, potrzebni są wojenni pośrednicy. I to są sekty protestanckie lub tak zwane ruchy ludowe. Teraz konkrety. Los Francji po bitwie pod Pawią był w zasadzie przesądzony. Dwór w Madrycie domagał się podziału królestwa pomiędzy Hiszpanię, Niemcy, Anglię i Burbonów. Nie było odwrotu. Fakt iż katastrofa nie nastąpiła przypisuje się głównie młodemu wiekowi i szlachetności cesarza Karola V, który chciał się nawet pojedynkować z Franciszkiem I, byle uniknąć rozlewu krwi w polu. Być może jest w tym część prawdy, ale na podział nie zgodzili się przede wszystkim Anglicy, świadomi tego – wszak i bez podziału Francji doszło do takiej sytuacji – że następnym posunięciem Madrytu będzie osadzenie na tronie w Londynie syna Karola V. Henryk VIII ósmy uratował Francję, w imię tak zwanej europejskiej równowagi. Nie wiem dlaczego tak się to określa, bo przecież nie chodzi o żadną równowagę, ale o wskazanie innej niż właściwa ofiary. Po bitwie pod Pawią, ofiarą tą stały się Węgry.

Analogiczna sytuacja nastąpiła w XVIII wieku, po wojnach śląskich, które powinny zakończyć się podziałem Austrii. Prusy jednak wycofały się z tego projektu i ktoś musiał za to zapłacić. Wiadomo kto. Sprawa dysydencka była zapalnikiem i pretekstem do rozpoczęcia dyskusji na temat rozbiorów. I polski sejm, w którym siedzą przecież dyplomowani historycy, upamiętnia akcję polityczną, powstrzymaną na szczęście, ale tlącą się cały czas bardzo niebezpiecznie, z momentami tak groźnymi jak intryga Zborowskich, nazywając ją tolerancją religijną?

O rozwoju nauk szkoda gadać, bo chyba posłom chodziło o nauki tajemne i różne szwindle. Inne się za Zygmunta Augusta nie rozwijały.

Co z tym wszystkim ma wspólnego Patryk Jaki? Internet pełen jest jego wystąpień, w których gromi on europosłów, opowiadając o sytuacji w polskich sądach, porównując tę sytuację z innymi krajami, a także wskazując na to jak fałszywe są oskarżenia wysuwane przez Unię, a dotyczące rzekomej, polskiej nietolerancji. Trudno, słysząc to wszystko, nie żywić sympatii dla Patryka Jakiego. Trudno też nie przyznać, że cała jego aktywność, to rzucanie grochem o ścianę. I nie chodzi o to, że oni niczego nie rozumieją. Każdy z tych bałwanów europosłów doskonale wszystko rozumie i dobrze wie, gdzie jest pies pogrzebany. Chodzi o to, by sprawdzić na ile władza w Polsce jest zdeterminowana by bronić kraju i ustalonych w nim stosunków. Patryk Jaki jest przez tych ludzi postrzegany, jak mniemam, jako frajer, który nie rozumie, o co chodzi tak naprawdę. Oni jednak wiedzą, z całą pewnością wiedzą i może nawet obserwują takie inicjatywy, jak ta upamiętniająca panowanie Zygmunta Augusta.

Francja, jak widzimy ocalała po raz kolejny. Żółte kamizelki nic nie pomogły, Macron utrzymał się u władzy, przetrwał próbę i wyszedł z niej zwycięsko. Rodzi się pytanie – kto będzie musiał zapłacić? Czy politycy w Polsce w ogóle o tym myślą? Czy odgrywające dziś rolę zapalnika wojennego ruchy tęczowe, które zastąpiły XVI wieczne, protestanckie sekty, nie budzą w nich niepokoju? Ktoś powie, że owszem budzą. Jasne, budzą w nich niepokój obyczajowy, bo ich członkowie pokazują się na ulicach bez gaci. Nie budzą natomiast niepokoju politycznego, bo tak jest po prostu wygodniej.

Wszyscy mogliśmy obserwować jakimi metodami Macron i jego ludzie zwalczali protesty żółtych kamizelek. Były to metody brutalne, chamskie i straszne. Nikt jednak, żaden europoseł, nie zająknął się nawet na ich temat. Przeciwnie, wszyscy udawali, że we Francji nic się nie dzieje. Ważyły się bowiem, po raz kolejny, losy tego kraju. Wszyscy wiemy, że gdyby w Polsce doszło do takich przesileń, nie ostalibyśmy się, to więcej niż pewne. Wszyscy zaś politycy Europy oskarżaliby rząd w Warszawie o nietolerancję dla osób LGBT, która doprowadziła do zamieszek.

Jest jeszcze jedna kwestia – tak zwana sprawa zwierząt futerkowych? Zajadłość z jaką PiS broni tej ustawy świadczyć może, że to jest jakiś deal, którym PiS kupił sobie parę lat spokoju. Wygląda jednak na to, że to także była pułapka, z której partia może nie wyjść w całości. Dlaczego tak jest? Dlaczego ci ludzie, nie nauczą się wreszcie myślenia politycznego, wszak mają liczne przykłady w historii Polski, które do takiego myślenia skłaniają? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie w sposób satysfakcjonujący.

Na koniec jeszcze jedna konkluzja, szalenie istotna dla nas wszystkich. Oto wydamy niebawem ciekawą i bardzo pouczającą książeczkę Wincentego Lutosławskiego „Jak rośnie dobrobyt”. Jedno z zawartych w niej spostrzeżeń jest wprost miażdżące. Brzmi ono – Polski nie stać na partię opozycyjne. Jeśli ktoś zamierza robić karierę polityczną w opozycji do racji stanu, reprezentowanej przez rząd, a także właściwie rozumianej, ten jest po prostu zdrajcą, nawet jeśli ma gębę wypchaną najbardziej fantastycznymi frazesami. Czy ktokolwiek to rozumie? Mam wrażenie, że nie, albowiem taka kwestia wymaga, by w parlamencie pojawił się jakiś nowy sposób komunikacji, daleki od tego, co tam teraz oglądamy. Wymagania co do tego sposobu komunikacji postawić należy nie tylko posłom opozycji, ale także rządowi i dobrej zmianie. No i najpierw zapytać co takiego ugrali na tych futrach.

sierpień 282020
 

Proszę Państwa, mamy awarię internetu w biurze i w związku z tym muszę pobiegać trochę po mieście, żeby ktoś ją usunął. Wrzucam więc dziś fragmet III tomu Baśni socjalistycznej.

 

Biografia Eligiusza Niewiadomskiego napisana przez Patryka Pleskota, pracownika Instytutu Pamięci Narodowej, jest dziełem kuriozalnym i autodemaskatorskim. O tym, jakie wątki i tezy podniesie Pleskot w swoich rozważaniach, wiemy już na samym początku, a to za sprawą krótkiego wstępu skreślonego ręką autora. Zacytujmy go w całości.

 

22 czerwca 2011 r. minister spraw zagranicznych III RP Radosław Sikorski, przemawiając do posłów na sali sejmowej, zwrócił uwagę na anonimowy wpis pewnego internauty, który na forum dziennika „Rzeczpospolita” umieścił dzień wcześniej pogróżkę wobec ministra oraz premiera Donalda Tuska: „mam nadzieję, że znajdzie się Niewiadomski, który odstrzeli ciebie i twojego guru Tuska”. „Wydaje mi się – komentował Sikorski – że jeżeli mamy poradzić sobie z taką morderczą mową nienawiści, to i wy – media – musicie pomóc. To gazeta ma adres IP osoby, która tego wpisu dokonała i myślę, że na gazecie ciąży obowiązek złożenia doniesienia o podżeganiu do zamachu”.

Trudno o lepszy przejaw tego, jak aktualna jest dzisiaj postać Eligiusza Niewiadomskiego.

 

Moglibyśmy w zasadzie rozpocząć dręczenie Pleskota od tego ostatniego zdania, czyli od lepszego przejawu, bo używanie tak dziwacznych zbitek nie przystoi profesorowi, nawet bardzo młodemu. Są jednak inne ważniejsze sprawy. Oto Radosław Sikorski w czerwcu 2011 roku, osiem miesięcy po zamordowaniu w Łodzi Marka Rosiaka, zwraca uwagę na jakiś wpis na forum poczytnego dziennika, który to wpis zawiera groźby pod jego adresem? Czy Radosław Sikorski jest człowiekiem poważnym? O tak, z całą pewnością, on chce za wszelką cenę odwrócić uwagę od zbrodni dokonanej rękami Ryszarda Cyby i na jej miejsce wstawić zbrodnię potencjalną, jeszcze niedokonaną, ale możliwą. Do czego w swojej pracy odnosi się profesor Pleskot, pracownik IPN? Do zamordowania Rosiaka przez szaleńca, który głośno i wyraźnie mówi o tym, że chciał zamordować Jarosława Kaczyńskiego? Tak nakazywałaby uczciwość badawcza, bo przecież wersja życiorysu Niewiadomskiego podawana przez Pleskota zawiera identyczny moment. Niewiadomski chciał zabić Piłsudskiego, ale zdecydował się na Narutowicza, jego powinowatego. Cyba chciał zabić Jarosława Kaczyńskiego, ale zdecydował się na Marka Rosiaka. Czy to nie jest dość wyraźna analogia dla profesora Pleskota? Nie. Dlaczego? Otóż dlatego, że biografia Niewiadomskiego napisana jego ręką nie ma na celu wyjaśnienia czegokolwiek, ale stworzona została po to, by umocnić dotychczas obowiązującą wersję zdarzeń. To znaczy przekonać kolejne pokolenie Polaków, że winnymi mordów politycznych są zawsze ekstremiści prawicowi. I nie ma doprawdy znaczenia, kto aktualnie jest uważany za prawicę. Jarosław Kaczyński uporczywie i błędnie próbuje porównywać swoją partię do obozu piłsudczyków. To jest porównanie chybione i fałszywe. Podoba się jednak powierzchownym interpretatorom historii rekrutującym się spośród jego przeciwników. Łatwo mu wtedy bowiem zarzucić autorytaryzm, a jego samego określić mianem prawicowego ekstremisty, podobnie jak ludzi, którzy z nim współpracują. Łatwo, mając do dyspozycji usłużnych historyków, takich jak Pleskot, gotowych na każdą manipulację, ignorować rzeczywiste zbrodnie i rzeczywiste podobieństwa do mordów politycznych po to, by wskazywać na podobieństwa nieistniejące. Celem zaś zawsze jest to samo – wskazanie moralnego sprawcy. A niechby nawet był najniewinniejszy.

Manipulacja ta w dzisiejszych czasach przy aktywnym udziale mediów i wydawnictw jest prosta i skuteczna. Ma ona jeszcze jeden cel. Jest nim wykazanie, że dialog polityczny toczyć się może wyłącznie pomiędzy ugrupowaniami lewicowymi, wszelkie inne ugrupowania są z dialogu wykluczone, bo można je łatwo oskarżyć o moralne sprawstwo politycznych zbrodni. A co jeśli nie ma zbrodni? No właśnie. O tym między innymi jest tak książka. Co zrobić, kiedy trzeba wykluczyć oponentów, a oni uporczywie nie chcą dopuścić się zbrodni.

Zanim zaczniemy rzecz tę omawiać punkt po punkcie, zwróćmy jednak uwagę na to, z jaką odwagą Radosław Sikorski odnosi się do mediów, które są właściwym, według niego, narzędziem do walki z prawicowym ekstremizmem i potencjalnymi czy choćby tylko moralnymi sprawcami zbrodni, które nie miały miejsca. A jak było przed wojną? Wśród socjalistów bliższych materializacji idei sprawiedliwości społecznej? Kogo oni kokietowali? Już to dość silnie zasugerowaliśmy, ale powtórzmy. Powtarzanie utrwala bowiem wiadomości. Oto fragment wspomnień Felicjana Sławoja Składkowskiego dotyczący kradzieży portfela, który to świśnięto mu na pogrzebie gen. Daniela Konarzewskiego:

 

Jestem więc okradziony! Ładny kawał – minister spraw wewnętrznych okradziony na oczach komisarza rządu oraz policji mundurowej i tajnej w sercu Warszawy. Robi się zamieszanie i normalna praca ministerstwa ulega gwałtownemu zakłóceniu. Ja z przełożonego staję się nagle pokrzywdzonym! Zjawiają się naczelnicy wydziałów bezpieczeństwa ministerstwa i Komisariatu Rządu.

 

I kolejny fragment:

 

Gdy energiczne śledztwo w sprawie mego skradzionego portfela nie posunęło się w ciągu dwóch długich, kompromitujących dni ani trochę naprzód, wezwany został do referatu śledczego Komisariatu Rządu, jako ostatni ratunek sam Tata Tasiemka. Wygłosił tam w miarę toczącej się rozmowy następujące w przybliżeniu słowa:

– Sługa pana komisarza – Ależ nic nie szkodzi, dla naszej polskiej władzy zawsze mam czas. – Słyszałem, słyszałem, takie nieszczęście, kto nie słyszał, cała Warszawa się trzęsie. Polskiego ministra portfelu pozbawić i to przed kościołem. To po tośmy do żandarmów carskich strzelali, żeby teraz jakiś łobuz, jakiś frajer głupi, władzę rabował w naszej stolicy? – Upewniam pana komisarza, że to nikt z naszych fachowców. Któż byłby taki głupi, żeby dla marnych pieniędzy się narazić? Wiem, że panu bardzo przykro, ale czy mnie też przyjemnie tu do pana komisarza być zaproszonym?! Jeszcze kapusia z człowieka zrobią i uczciwego obywatela szpiclem ogłoszą. – Pan komisarz mówi, że głównie chodzi o portfel z fotografiami, a pieniądze mogą zostać u znalazcy? No dobrze, to już łatwiej będzie takiemu durniowi wytłumaczyć, żeby zwrócił. – Dobrze, będę się starał, dla dobra naszego i władzy.

 

Pan minister portfel odzyskał, a swoją przygodę żartobliwie opisał we wspomnieniach i wielu uwierzyło w to, że dawny bojówkarz, późniejszy gangster to kawał porządnego chłopa gotowego zawsze przychylić nieba „naszej polskiej władzy”. Nie wiemy, jak to było możliwe, by złodziej w przytomności łapsów i mundurowych ukradł portfel ministrowi. Najprawdopodobniej tak miało być, a kiedy kradł, łapsy patrzyły gdzie indziej. Symbioza władzy ze światem przestępczym nie ma jednak charakteru wodewilowego, o czym chciał nas uporczywie przekonać Felicjan Sławoj Składkowski, podobnie jak nie ma takiego charakteru współpraca mediów z władzą. Celem takiej współpracy zawsze bowiem jest terror. Co było do okazania w dwóch powyższych przykładach.

 

Sposób opisywania historii zamachu na prezydenta Narutowicza, który nam prezentuje Pleskot, jest prawie tak samo ekspresyjny jak sposób opisu rozmowy Tasiemki z komisarzem, który pozostawił Sławoj Składkowski. Oto Niewiadomski, cichy maniak, człowiek realizujący swoje cele uporczywie i bez rozgłosu, na kartach książki Pleskota wykrzywia twarz w gniewie, krzyczy głośno i złorzeczy, a wszystko dlatego, że Piłsudski, którego miał zamiar zabić, zrezygnował z kandydowania na prezydenta. Narutowicz dla odmiany, człowiek towarzyski, pogodny, z usposobienia gawędziarz i miłośnik polowań, o swojej nominacji powiadamia siostrzenicę, co nadaje owej chwili wyraz tragicznej delikatności. Nic nie wspomina Pleskot o liście, który Narutowicz napisał do prezydenta republiki francuskiej, nie wspomina też nic o jego kontaktach z przedstawicielami prawicy w sejmie.

Samego siebie przechodzi Pleskot w chwili, kiedy zabiera się za opis sytuacji, jaka miała miejsce przed domem generała Hallera w dniu zaprzysiężenia prezydenta Narutowicza. Oto w tłumie znajduje się Eligiusz Niewiadomski, który, słysząc antysemickie przemówienie Hallera, zaciska pięści w kieszeniach płaszcza. Tłum krzyczy, domaga się ustąpienia prezydenta wybranego przez żydów i masonów, uczciwi obywatele zamykają okna, a Haller stoi oparty o barierkę i wygłasza przemówienie, którego nie powstydziłby się Goebbels. Ja zaś, mając pod ręką książkę Pleskota i wspomnienia generała Hallera,  a także te stosy wycinków z przedwojennych gazet, zastanawiam się, jakim cudem ktoś taki jak Pleskot został profesorem.

Zanim zacytujemy fragmenty pamiętników generała Hallera dotyczące wydarzeń tamtego dnia, zwróćmy uwagę na jedno istotne zdanie. Oto ono:

 

(…)nie miałem adiutantów (jako poseł do Sejmu byłem w stanie nieczynnym i nie miałem żadnego sekretarza ani pomocnika). Pozostał przy mnie tylko ordynans Molik, który przebył ze mną Ukrainę, Rosję i Murmańsk, a wreszcie przybył ze mną z Francji do Polski.

 

Generał Haller, bohater wojny bolszewickiej, nie ma żadnego adiutanta, jest przy nim tylko ordynans. Jest przy nim tylko jeden oficer łącznikowy, do którego generał ma sporo zastrzeżeń, o czym za chwilę. Inaczej jest z przedstawicielami lewicy, którzy, będąc posłami, są jednocześnie funkcjonariuszami służb tajnych i kierują bankami ludowymi.

W dniu 11 grudnia 1922 roku generał Haller miał serię dziwnych przygód i musiał się na własnej skórze przekonać, że tak naprawdę na nikogo liczyć nie może. Oto po zaprzysiężeniu Narutowicza jeszcze w Sejmie na generała rzucił się Jędrzej Moraczewski, który krzyknął – Napadliście na nas na placu Aleksandra! Będziecie ponosić skutki! Haller zdziwił się, ponieważ na nikogo nie napadł, a jedyna organizacja, jakiej przewodził, to był Związek Harcerstwa Polskiego. Kiedy Narutowicz jechał pod sejm, harcerze spytali swojego generała, czy mają dać odpowiednią asystę, na co Haller wydał im rozkaz, żeby stanęli w mundurach z proporczykami i oddali hołd głowie państwa. Jakiej organizacji przewodził Jędrzej Moraczewski? Był on rzeczywistym, politycznym koordynatorem milicji PPS, której przewodził w polu Józef Łokietek. Gdybyśmy więc mieli poważnie potraktować słowa Moraczewskiego, musielibyśmy uwierzyć, że funkcjonariusze tejże milicji, noszący pseudonimy Icze-Żbuk, Icze- Szpic i Moryc Rycerz zostali napadnięci przez młodocianych uczniów w mundurkach i ci uczniowie spuścili im manto. To z całą pewnością nie była prawda, ale opis wypadków na placu św. Aleksandra zostawimy sobie na później.

Generał nie odpowiedział Moraczewskiemu, bo nie miał pojęcia, co się wydarzyło na placu tego dnia. Zostawił pana Jędrzeja wykrzykującego różne inwektywy i poszedł do swojego mieszkania w Alejach Ujazdowskich 33. Oddajmy mu teraz głos:

 

Wkrótce po moim przyjściu, kiedy jeszcze nie zdążyłem zasiąść przy biurku, usłyszałem dzwonek, a stojący przy mnie – ówczesny major – Juliusz Malinowski wpuścił do pokoju jakąś młodą niewiastę, która teatralnym gestem rzuciła mi się do nóg i z płaczem wyznała, że „uciekła po zatrzymaniu przez policję, gdy obrzucała kulami śnieżnymi przejeżdżającego w otwartym powozie prezydenta”.

 

Zwróćmy uwagę, że choć generał nie ma adiutantów, towarzyszy mu w jego własnym mieszkaniu jakiś oficer, który decyduje, kogo wpuścić, a kogo nie wpuszczać do mieszkania generała. Wpuszcza na przykład nieznaną generałowi młodą kobietę, która jeszcze przed chwilą, kiedy została przez policję zatrzymana, oświadczyła, że jest córką generała Hallera. Policjant ją wyśmiał, bo wiedział, że generał nie ma córki, ona zaś natychmiast pobiegła do mieszkania Hallera, by mu opowiedzieć o tych wypadkach. Skąd wiedziała, gdzie on mieszka? Po co tam pobiegła, dlaczego podała się za jego córkę? Haller wydał rozkaz, by Malinowski zapisał jej nazwisko i adres w celu weryfikacji zeznań. Ten jednak rozkazu nie wykonał, co Haller mu potem długo wypominał. Z pamiętnikami generała jest ten kłopot, że mamy w nich masę drobnych błędów, które służą czasem przeciwnikom jego polityki i poglądów do dezawuowania ich w całości. Ludzie ci mieliby pewnie kłopot z wymienieniem nazwisk i imion kolegów z klasy maturalnej, z którymi upili się po zdanym egzaminie, ale będą wypominać Hallerowi, że Malinowski nie miał na imię Juliusz, tylko Julian. Był to oficer odpowiedzialny za werbunek żołnierzy do błękitnej armii z terenów Brazylii. Kierował tam też przez pewien czas polską gazetką Polak w Brazylii.Malinowski był człowiekiem wiernym Hallerowi, w 1937 tworzył Stronnictwo Pracy, ale wśród wzmianek o nim znajdujemy i taką, gdzie napisane jest, że był przez pewien czas jako porucznik jeszcze związany z obozem legionowym. Trudno nakreślić dokładną sylwetkę tego człowieka, można tylko powtórzyć za jednym z autorów, że Julian Malinowski był człowiekiem prawego charakteru, niezwykłego taktu i serca.

 

Podobne opinie krążyły o innym bohaterze tamtego dnia – pułkowniku, a później generale Stanisławie Sołłohubie-Dowoyno, który także znalazł się w mieszkaniu Hallera (przypominam, że główny lokator mieszkania dopiero co wrócił z Sejmu, gdzie dokonano zaprzysiężenia nowego prezydenta i gdzie został napadnięty przez Moraczewskiego). Sołłohub-Dowoyno był towarzyszem broni generała jeszcze z czasów walk w Rosji. Tamtego dnia namawiał Hallera, by wraz ze zgromadzonymi przed domem demonstrantami ruszył pod pałac Błękitny. Haller opisuje to tak:

 

Tego samego dnia po południu byłem na wyjezdnym do Amerykańskiego Czerwonego Krzyża, który urządzał jakieś tea party, gdy zostałem zaskoczony gwałtownym wtargnięciem do mnie jakiejś deputacji, a przed domem słyszałem różne okrzyki. Dziwne mi się wydawało, że z tą delegacją przybył płk. Sołłohub-Dowoyno, który swoją z ruska brzmiącą polszczyzną usiłował mnie przekonać, mówiąc:

– Widzi pan generał, jak warszawiacy w 1862 roku szli pod Pałac Błękitny – słowa jego powtarzam dosłownie – tak dzisiaj przychodzą do pana generała. Trzeba, żeby pan generał do nich wyszedł.

 

Haller, jak widzimy, jest otoczony i osaczony. Zaprzysiężono prezydenta, sprawy idą dobrze, on z tym nowym prezydentem wcześniej rozmawiał w sprawie budowy w Polsce dróg wodnych, teraz się spieszy, ale w domu pojawiają się, w przeciągu kilku minut zaledwie, wariatka prowokatorka i jego były oficer, z którego słów wynika, iż pełni tę samą co ta kobieta funkcję. Nie muszę chyba dodawać, że Sołłohub-Dowoyno w roku 1926 poparł zamach majowy, nie muszę także dodawać, że został jedną z legend kampanii wrześniowej, albowiem zamordowano go w okolicznościach niejasnych, prawdopodobnie zabili go białoruscy chłopi plądrujący jego dwór. Mylił się jednak co do daty pułkownik Sołłohub albo w swoich wspomnieniach pomylił się Haller. Demonstracje uliczne krwawo tłumione miały miejsce w roku 1861. Rok 1862 zapisał się w dziejach innymi wydarzeniem. Oto dokonano zamachu na carskiego brata – Wielkiego księcia Konstantego. Zamach był jednak nieudany. Czy do tego wydarzenia chciał nawiązać pułkownik, namawiając Hallera by szedł na czele podnieconego tłumu?

Oddajmy jeszcze raz głos Hallerowi:

 

Spieszyło mi się do, żeby wyjechać do Amerykańskiego Czerwonego Krzyża, ale nie mogłem wsiąść do samochodu, nie przechodząc obok zebranej publiczności. Stanąwszy w drzwiach po okrzykach: „Niech żyje generał Haller!”, przemówił jakiś rozagitowany przeciwko wyborowi prezydenta głosami Żydów – jak się wyraził – agitator i żądał ode mnie, abym powiedział zebranym, co mają robić.

Po uciszeniu się powiedziałem w kilku słowach mniej więcej:

– Nikt nie może zaprzeczyć, że wybory były legalnie przeprowadzone, a jeśli chcecie, żeby kiedyś było inaczej, to trzeba na to długiego i mozolnego przygotowania. Nie mogę dać wam żadnych innych wskazówek, jak tylko, że istotnie prezydentem jest Narutowicz, a jeśli macie wątpliwości, to najlepiej idźcie do kardynała Kakowskiego, aby usłyszeć jego opinię.

Na tym zakończyłem, ale jeszcze długo pod moim domem stały tłumy, zanim nie ruszyły do pałacu arcybiskupiego.

 

Można oczywiście postawić tym wspomnieniom taki zarzut, że były dyktowane pod koniec życia generała, mogą więc zawierać nieścisłości. Trudno jednak podejrzewać Hallera o to, że konfabulował, tym trudniej, że żaden z jego politycznych przeciwników już nie żył. Historia zemściła się na nich bez litości.

 

A oto jak te wypadki opisuje profesor Patryk Pleskot, biograf Eligiusza Niewiadomskiego.

 

Wtem tłum zafalował. Rozległy się oklaski i wiwaty. Na balkonie ukazał się Józef Haller, idol młodzieży narodowej, legendarny dowódca Błękitnej Armii, która przybyła z Francji do Polski po odzyskaniu niepodległości. Generał gwałtownie potępił wybór Narutowicza i solidaryzował się z niezadowoleniem części mieszkańców Warszawy. Przywitał ludzi w generalskim mundurze, najwyraźniej spodziewając się przybycia tłumu.

– Rodacy i towarzysze broni! – rozpoczął donośnym, nawykłym do wygłaszania mów głosem, opierając się o balustradę swego eleganckiego balkonu.

 

W tym miejscu mógłbym zakończyć, bo dalsze cytowanie projekcji Pleskota byłoby szkodliwe dla mojej pracy. Pozostaje jednak pytanie, jak Niewiadomski przebił się przez ten wielotysięczny tłum, który stał w Alejach i słuchał, co z wysokości mówi doń generał. Chwilę po przemówieniu – pisze Pleskot –  tłum przesunął się pod pobliski budynek, w którym mieściła się redakcja Gazety Warszawskiej.

I jeszcze jedno – Haller podjechał pod swój dom samochodem. Kiedy parkował, żadnego  tłumu na ulicy nie było. Pojawił się dopiero później jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zanim Haller zdążył zasiąść przy swoim biurku.

Opowiadanie samego generała jest o wiele bardziej przekonujące. Przed kamienicą zgromadziła się grupka krzykaczy prowadzona przez wojskowych i cywilnych prowokatorów. To oni wołali, że prezydent został wybrany głosami Żydów, to oni liczyli na to, że Haller opuszczony przez wszystkich, otoczony agenturą zechce się przyłączyć do zaplanowanego na ten wieczór marszu, który miał być powtórzeniem wypadków poprzedzających powstanie styczniowe. Jeśli zaś Haller miał być ofiarą tych zajść, to kim miał być Piłsudski? Nie Wielopolskim przecież. Już prędzej carem.

Na koniec popędźmy nieco naszą narrację i przeskoczmy feralne dni od 10 do 17 grudnia 1922 roku. 18 grudnia ludzie uznani za najbliższych współpracowników generała Hallera, czyli : Julian Malinowski, pułkownik Izydor Modelski i porucznik Roman Sierociński a także Stanisław Sołłohub-Dowoyno zostali aresztowani. Sołłohuba zatrzymano w Hotelu Angielskim w Warszawie. Kurier Wileński nie podaje zarzutów, które były powodem zatrzymania oficerów współpracujących z Hallerem (Sołłohub nie został wymieniony jako jego bliski współpracownik, tylko trzej pozostali), napisano tam tylko – w numerze z 19 grudnia 1922 roku, że aresztowania będą z pewnością miały reperkusje sejmowe. My tutaj możemy śmiało odgadnąć, jakie były powody zatrzymania wymienionych. Chodziło o wskazanie moralnego sprawstwa  zbrodni dokonanej na prezydencie Narutowiczu.

Maj 202020
 

Od razu wyjaśniam wczorajsze wątpliwości i odpowiadam na pytania. Nie wstawię do sklepu w jednym miesiącu trzech nowych produktów, to wykluczone. Tak więc obydwa tomy Ludwika Świętego dostępne będą w czerwcu. Nie wiem dokładnie kiedy, ale na pewno w czerwcu.

Pisałem już o tym wielokrotnie, ale jeszcze powtórzę – to jest całkiem nowe tłumaczenie, którego autorami są Zofia Czerniak, Rafał Czerniak i Katarzyna Panfil. Rafał jest także autorem okładki, którą uznałem za jedną z lepszych, jakie w ogóle mieliśmy. Autor szczęśliwie uniknął nawiązań do oryginalnych, średniowiecznych miniatur wyobrażających króla i nie namalował go tak, jak to zrobił El Greco. Ludwik, jak widzimy, to młody mężczyzna z wizją. Do tego otoczony dyskretnym, ale jednak przepychem. Koszt wydania tej książki był ogromny. Nie powiem jaki, bo to tajemnica handlowa i produkcyjna. Będzie to drugie, polskie wydanie, zakupiliśmy prawa do 1000 egz. każdego tomu i jak wszyscy widzą starałem się nie oszczędzać. Niestety nie mogę wydać tego w twardej oprawie. Będzie za ciężkie, każdy tom liczy po 500 stron, do tego są ilustracje i mapy. Poza tym koszta, które muszę ponieść w związku z edycją zmuszają mnie do pewnych ograniczeń. To nie znaczy, że okładka będzie słaba. Nic z tych rzeczy, pokryjemy ją satynowym lakierem i dodamy złocenia. Cena niestety będzie wysoka. Na allegro poprzednie wydanie sprzedawane jest po 230 zł. U nas będzie taniej. Tyle entuzjazmu. Teraz przechodzę do kwestii gorzkich.

Pojawiły się już tutaj kwestie dotyczące autora, czyli Jacquesa Le Goffa, wybitnego republikańskiego historyka, któremu niektórzy lubią nawymyślać od masonów. Proszę Państwa, nie jest ani moją, ani Waszą winą, że katoliccy uczeni i profesorowie w sutannach wolą pisać prace naukowe o katechezie, zamiast zająć się czymś z mojego punktu widzenia ważniejszym, a kwestie katechizacji zostawić siostrom zakonnym. Nie jest moją ani Państwa winą, że republikańscy historycy piszą żywoty świętych i czynią to po swojemu. Jeśli któryś z księży profesorów zdecyduje się na napisanie biografii jakiegoś ważnego świętego i zrobi to z takim zaangażowaniem jak Le Goff, ja na pewną tę książkę wezmę do sprzedaży. Na razie się na to nie zanosi. To nie znaczy, że księży zajmujących się serio nauką nie ma. Są i ja takich znam. Mają oni jednak inne zainteresowania, a ich prace, choć dokładne, głębokie i ważne nie są ani promowane, ani omawiane. Tak, jakby sprawy te Kościoła nie obchodziły, a cała para szła w projekty takie jak program „Ziarno” i biskup Długosz. Nikt mnie nigdy nie przekona, że to jest uczciwe. To jest skrajnie nieuczciwe wobec wiernych. To jest – użyję z całą odpowiedzialnością mojego ulubionego epitetu – degradacja tych wiernych. Mogę to ująć jeszcze dosadniej – Kościół ogranicza misję w kraju do dzieci, które natychmiast porzucają wspólnotę, jak tylko przystąpią do bierzmowania i do starych bab, które chcą słuchać rzewnych gawęd księdza proboszcza. To wszystko. Dlatego właśnie, żeby przypomnieć ważne postaci z historii Kościoła i ważne momenty w tej historii, sięgamy po prace historyków republikańskich. Czynimy to ponieważ ludzie ci zabierali się za swoją robotę serio.

Teraz kolejna gorzka pigułka. Jak to już się okazało w chwili kiedy zaczęliśmy sprzedawać biografię Fryderyka II Hohenstaufa, w świadomości polskiego czytelnika stulecie XIII to jest czarna dziura. Pewnie dlatego, że w kraju mamy szczytowy moment tak zwanego rozbicia dzielnicowego, o którym w podręcznikach piszą, że było tendencją europejską. To jest bzdura, czego przykładem mogą być Francja, Węgry i Cesarstwo.

Jak wiemy średniowiecze interesuje wszystkich. To zainteresowanie wyraża się przeważnie w formułach bardzo infantylnych, co nie zmienia faktu, że ono istnieje. O stuleciu XIII Polacy nie wiedzą prawie nic. Nawet ci, którzy lubią sobie poczytać biografie wydawane przez PiW. Mamy więc oto przed sobą dzieło, które z całą pewnością przybliży wszystkim realia polityki stulecia XIII. Jakże istotne dla Kościoła przede wszystkim. Z jakiegoś powodu ten Ludwik został świętym, z jakiegoś powodu św. Franciszek próbował nawrócić sułtana Al Kamila, osobistego przyjaciela cesarza Fryderyka. Można się oczywiście tym nie zajmować, są ciekawsze rzeczy na tym świecie i bardziej frapujące postaci, o których za chwilę. Ja jednak pozostanę przy swoim, będę wydawał wielkim nakładem kosztów takie właśnie książki, nie zwracając ani na moment uwagi, na poczynania wydawnictw akademickich, które nie wypełniają swojej misji, od czasu do czasu usprawiedliwiając swoją postawę jakimś produktem mającym rzekomo trafić do szerszego odbiorcy. To idiotyzm, co mam nadzieje, zostało udowodnione wczoraj. Trafić do szerszego odbiorcy można tylko przez jakość i przez nadanie temu odbiorcy wyższej niż on sam ocenia, rangi. Ktoś powie, że się mylę, albowiem produkty określane mianem szajsu, z zasugerowaną jedynie misją i parszywym wykonaniem, znajdują wdzięcznych odbiorców. Czego dowodem jest Biedronka i tamtejsze stoiska z książkami. Chodzi wszak o to, by uspokoić sumienia, a nie wydawać pieniądze na satynową folię i złocenia. Okay, możecie tak myśleć. Ja będę myślał inaczej.

Dostałem dziś z rana link do informacji o wirtualnych targach książki. To jest naprawdę niezwykłe, oto gośćmi specjalnymi na tych targach będą: Blanka Lipińska, Katarzyna Bonda i Jerzy Bralczyk. Pozwolę sobie na delikatne szyderstwo i sparafrazuję Grzegorza Brauna: gangi, służby i loże….?Brakuje tylko jeszcze, żeby były tam interesujące książki. A tych z całą pewnością nie będzie, albowiem gdyby takowe były, nie trzeba by było reklamować wymienionych osób. To jest chyba jasne. Jeśli impreza zwana targami książki reklamuje się poprzez striptizerkę, oszustkę i starego komunistę, to znaczy, że tam się nie sprzedaje książek. To jest ważny i wyraźny komunikat, prof. Bralczyk będzie bronił jawnej grafomanii, będzie podnosił jej rangę i zmieniał tym samym standardy języka polskiego. Ciekawe ilu innych profesorów mu przyklaśnie i zatańczy tego oberka z Bondą i Lipińską. To jest ważna kwestia i ważny komunikat, który zmusza nas do szukania innych kanałów sprzedaży. Na żadnych wirtualnych targach moja noga nie postanie, a na rzeczywistych dobrze by było gdyby mnie nie stawiali naprzeciwko Bralczyka. Jako wydawca i dystrybutor, nie mam najmniejszego zamiaru udawać, że to co firmuje swoim nazwiskiem pan Bralczyk ma cokolwiek wspólnego z książką. Na takie plewy mogą nabrać się może ci, którzy zniechęceni w dzieciństwie do Kościoła poprzez występy biskupa Długosza w programie „Ziarno”, przeszli na stronę lewicy. Nikt więcej. Jak wiemy takich ludzi jest całkiem sporo, ale to nie znaczy, że mamy się do nich przyłączyć.

Teraz uwaga. W czasie kiedy do sprzedaży wejdzie Święty Ludwik, zrobię tu też pewien antykwaryczny eksperyment, związany z publikacjami naukowymi duchownych. Ciekaw jestem jego wyniku.

I kolejna uwaga

Zostało już tylko 21 egzemplarzy książki o św. Andrzeju

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sledztwo-w-sprawie-sw-andrzeja-boboli/

Tylko 63 egz. książki o św. Stanisławie

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sw-stanislaw-biskup-i-meczennik-historia-prawdopodobna/

I tylko 52 egz. książki o Cristiadzie

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/cristiada/

I jedynie 47 egz. książki księdza Tokarzewskiego

Z kronik klasztoru i kościoła O.O Bernardynów w Zasławiu

 

Maj 172020
 

Do misji i zaniechań prymasa Michała Radziejowskiego jeszcze wrócimy. Wczoraj pojawiła się tu kwestia związków węgiersko-rosyjskich w XVIII wieku i później. Kwestia istotna o tyle, że na ich kanwie budowane są zapewne współczesne związki pomiędzy tymi krajami. To nic, że podłoże tamtych, dawniejszych jest inne, chodzi o to, w jaki sposób polityka karmi się przeszłością, a także w jaki sposób wyznaczane są kierunki tej polityki i czy te historyczne mają jakieś znaczenie dzisiaj. Czy może są tylko jakimś malowniczym dodatkiem do współczesnych dążeń obydwu krajów.

Zacznijmy od kwestii najważniejszej, czyli do wyjaśnienia, sądzę, że ostatecznego, dlaczego August II, którego wielu publicystów uważa za legalnego króla Polski i Wielkiego Księcia Litwy, zrzekł się korony? To jasne, kraj był podzielony pomiędzy zwolenników Karola XII i cara Piotra, bo przecież nie pomiędzy zwolenników Augusta II, a Stanisława Leszczyńskiego. Wszędzie stacjonowali Szwedzi, którzy byli nie do pokonania w polu, a jeśli nie Szwedzi to wojska konfederackie opowiadające się za jednym z dwóch mocarstw. Ponadto armia szwedzka stacjonowała jeszcze w Saksonii i nie miała zamiaru opuścić elektoratu. To są wszystko ważkie powody, ale zrzekanie się korony, bez dokładnej wiedzy, co przyniesie przyszłość, to duża ekstrawagancja. Jan Kazimierz w czasie Potopu nie zrzekł się korony, uciekł na Śląsk, w kraje cesarskie, a abdykował dopiero, kiedy okazało się, że państwo jest zbankrutowane. Jego sytuacja była o wiele cięższa niż sytuacja Augusta II w roku 1706. Dlaczego więc on nie uciekł „w kraje cesarskie”, gdzie Szwed z pewnością by nie wkroczył, by byłoby to już za dużo nawet na człowieka takiego jak Karol XII. Otóż dlatego, że August II chciał zostać cesarzem. I to był główny motor jego działań. Polska zaś była jedynie tortem, który zamierzał dzielić z innymi, kupując sobie w ten sposób przychylność w swoich dążeniach. Teraz powtórzmy raz jeszcze – człowiek ten, który jako pierwszy w nowym stuleciu wysunął propozycję rozbioru państwa, jest uważany za legalnego władcę i był popierany przez Stolicę Apostolską.

Trzeba by zapytać jaki i kiedy, bo ja tego niestety nie wiem, doszło do rozdźwięku pomiędzy Rzymem a Wiedniem i w którym momencie polityka papieska wtoczyła się na stare, od XV wieku nie używane tory, prowadzące wprost do Paryża. To jest temat na inną pogadankę, ale tak się stało. Nas interesuje tylko to, że na początku XVIII wieku Rzym szuka jakiegoś polityka, który uwolni następców św. Piotra od wyborów pomiędzy królem Francji, a cesarzem Niemiec. Może to być tylko August, który taką propozycję otwarcie Rzymowi składa. Na ile jest ona realna to inna sprawa. Elektor saski, król Polski ma poparcie Stolicy Apostolskiej. Następca cesarskiego tronu, z dynastii Habsburgów – Karol, ugrzązł w Hiszpanii i mowy nie ma, by się stamtąd wydostał. Kwestie objęcia władzy w cesarstwie są otwarte, a nawet bardzo otwarte, skoro August zrzeka się korony polskiej i przekazuje ją komuś takiemu jak Leszczyński. I teraz kolejna ważna sprawa – człowiek ten, uważany przez większość publicystów za uzurpatora, zdrajcę i szwedzkiego pachołka, nie ma zamiaru dzielić kraju. Chce go utrzymać w całości. Podobne zamiary zdradza jego protektor król Szwecji Karol XII. Mimo to, ludzie ci są uważani za okupantów i zło, armia zaś szwedzka jest zwalczana w niektórych miejscach przez ludową partyzantkę. Tak to jest przedstawiane dzisiaj, choć ja sądzę, że ci rzekomi Kurpie strzelający w plecy rajtarom idącym na Moskwę, to nie żadni Kurpie, ale proto-partyzantka radziecka zainstalowana w tych lasach przez Piotra I.

Co to wszystko wspólnego z Węgrami? Bardzo wiele. Oto bowiem kiedy toczy się wojna o sukcesję hiszpańską, Karol Habsburg nie ma możliwości wykonania żadnego ruchu, na Węgrzech wybucha tak zwane powstanie, które jest w istocie bardzo regularną wojną. Jej efektem nie jest jednak sukces Węgrów ale demaskacja ich słabości. Działania wojenne, szczególnie w Siedmiogrodzie, ujawniają gospodarczą słabość kraju i całkowitą niemożność jego samodzielnego funkcjonowania. Rzecz nie do pomyślenia gdzie indziej – Ferenc Rakoczy, który miał zostać królem Węgier, podpisuje dekret, w myśl którego każdy uzbrojony żołnierz, będący zbiegiem z dóbr magnackich, może zostać przez swojego pana odebrany z armii i ukarany. W jednej chwili powoduje to, że wojska przyprowadzone do Siedmiogrodu znad Dunaju, wojska jak najbardziej węgierskie, stają się dla mieszkańców okupantami. Ludność zaś miejscowa nie chce walczyć. Problem jest głębszy – i o tym pisze Rakoczy w swoim pamiętniku – Węgrzy walczą wtedy jedynie kiedy wojna ma charakter nieregularnej ruchawki, w której wszystko wolno. Nadużycia są tolerowane, a nawet pochwalane, złodziejstwo jest powszechne, a pijaństwo i brutalność oficerów legendarne, ale bardzo przy tym malownicze. Każda próba zaprowadzenia porządku kończy się tym, co nazywamy upadkiem ducha armii. No, ale nie sposób prowadzić wojny przeciwko przeciwnikowi zamkniętemu w siedmiogrodzkich twierdzach, kiedy się ma do dyspozycji zdegenerowaną i rozwydrzoną hołotę. Samemu zaś – a tak było w przypadku pana Rakoczego – podlega się nieokiełznanym namiętnościom. Mam tu na myśli liczne przygody, żonę, która wydawała pieniądze na prawo i lewo, kochanki i różne przyjemności okazjonalne, jakich książę, zażywał w siedmiogrodzkich i górnowęgierskich zamkach. Z tych zaś na trzecim miejscu, co uważam, za ważne, po dziewczynach i winie, wymieniana jest kąpiel. Carowi, który nagle wezwał Rakoczego do Jarosławia, takie ekstrawagancje zapewne nie przychodziły do głowy.

Do Jarosławia, gdzie car Piotr zjawił się z zamiarem pomaszerowania do Mołdawii i generalnej rozprawy z Turkiem, przybył także były już król Polski August II Wettyn. Bynajmniej nie zmieszany sytuacją i wcale nie zmartwiony tym, że stracił koronę. Car rzecz jasna decydował o wszystkim, a przynajmniej tak mu się zdawało. Wojna z Turkiem była postanowiona i od niej zależało wszystko. I znów – jak kilkanaście lat wcześniej, kiedy Jan III Sobieski wykonał ten sam manewr, wszystko się posypało. Ciekawe czemu? Zanim jednak się posypało car wyraził chęć mianowania Rakoczego królem Polski. Czemu bynajmniej nie sprzeciwiał się August II, były już król, ani stolica apostolska. Rakoczy, choć kalwin, otaczał się duchownymi wszystkich wyznań i prowadził politykę bardzo, można by rzec, ekumeniczną. W Jarosławiu zdecydowano, że nie ma co czekać, trzeba maszerować na południe, bo okoliczności sprzyjają, a Turek z pewnością przegra. Doradzano carowi, by przyjął taktykę defensywną, ale on nie słuchał. Czym się to skończyło większość z nas pamięta, ale nie zaszkodzi przypomnieć. Armia, podobnie jak kiedyś armia Jana III, została wyłączona. Tak to chyba trzeba nazwać. Sobieski musiał się wycofać, a Piotr I, który wydawał się o wiele groźniejszy został po prostu otoczony, bez możliwości wyjścia, a Turcy mieli zamiar unicestwić jego armię i jego samego. Było to jednak złudzenie, którego natury nie rozumiemy. A z całą pewnością nie rozumiemy do końca. Była w tej Mołdawii jakaś niewidzialna i nieprzekraczalna granica, na której zatrzymywały się armie, a ich wodzowie popadali w tarapaty. Piotr jednak z tego jakoś wybrnął, albowiem jego pozycja negocjacyjna była o wiele silniejsza niż pozycja króla Jana. Otoczony przez Turków, Szwedów i Polaków służących w armii szwedzkiej, porozumiał się z wielkim wezyrem, który był ponoć Włochem i wynegocjował, za cenę ustępstw terytorialnych i dużych pieniędzy, życie dla siebie i resztek swojej armii. To był cud o wiele większy niż późniejszy cud domu brandenburskiego. Nikt go jednak w takich kategoriach nie omawia. W czasie tych turecko-rosyjskich negocjacji król Szwecji, któremu wydawało się, że też ma coś do powiedzenia, bardzo protestował, ale nic to nie dało. Turcy zagrozili mu deportacją i czym tam jeszcze…uwięzieniem chyba nawet i kazali siedzieć cicho. Car wrócił do Jarosławia z resztką armii, ponownie złożył Rakoczemu propozycję objęcia tronu w Polsce, wobec klęski imprezy węgierskiej, a następnie wybrał się, całą flotyllą statków, po Sanie i Wiśle, do Elbląga. Łał!!! Z Jarosławia do Elbląga! Sanem i Wisłą! Całą kawalkadą statków! Na te statki załadował oczywiście Rakoczego, kazał mu się przestać kąpać, porzucić żonę i kochanki i płynąć na północ. Rakoczy musiał się na to zgodzić. Teraz trzeba zapytać – a dlaczego nie do Gdańska? Pewnie dlatego, że w Elblągu była silnie umocniona placówka angielska. Owa zaś niewidzialna granica w Multanach, zaskakujące decyzje wezyrów, którzy przecież, jak cała Turcja, prowadzili politykę anty habsburską i profrancuską, lekceważenie króla Szwecji, który nie mógł w żaden sposób zagrozić nikomu poza Polską i Saksonią, a przez to był lekceważony, musiały w sposób nierozerwalny wiązać się z polityką Londynu na Bałkanach i w cesarstwie osmańskim.

Wróćmy jednak na chwilę do tego ekstrawaganckiego przedsięwzięcia – każdy kto choć raz łowił pstrągi, albo klenie w Sanie, czy choćby tylko przechodził przez tę rzekę w bród, doskonale zrozumie co to znaczy – wyprawa flotylli na północ, Sanem do jego ujścia.

Car nie dopłynął do Elbląga. Mydląc oczy Rakoczemu, zatrzymał się w Toruniu, wyprawił kilka uczt i pojechał – nikt nie rozumiał dlaczego – do miasta Karlsbad w Czechach. Ponoć po to, by zażyć tam leczniczych kąpieli. Aha, kąpieli… Car się nie kąpał i nie wiadomo kogo trzeba by było, żeby go do jakiejś wanny wepchnąć. Pewnie całego regimentu janczarów. Rakoczy został w Toruniu, a potem, w przebraniu francuskim, porzucając malowniczy strój węgierski udał się do Gdańska, skąd zamierzał jechać do Berlina, by tam kołatać o pomoc dla zaprzepaszczonej węgierskiej insurekcji. Dlaczego Rakoczy do Gdańska, a nie do Elbląga? Bo w Gdańsku był silny garnizon francuski, pod którego skrzydłami krył się też w chwilach kryzysu prymas Michał Radziejowski.

I teraz rzecz szalenie istotna, która umyka uwadze wszystkich. Od drugiej połowy panowania Jana III, zaznaczają się wyraźne kontrowersje jeśli idzie o obsadę stanowisk biskupich i opackich w Polsce, kontrowersje pomiędzy Rzymem a królem. To dziwne, albowiem król mianuje swoich ludzi, a Rzym ich nie kandydatur nie zatwierdza. Trwają negocjacje, które kończą się raz dobrze, a raz źle. Pisałem już o korowodach w związku z mianowaniem biskupem warmińskim Michała Radziejowskiego, ale to nie koniec. Takich historii było więcej i trudno przypuścić by nie miały one związku z bieżącą polityką. W przypadku króla Jana jest to polityka prohabsburska, której finałem wydawała się bitwa wiedeńska, ale w rzeczywistości była nią niefortunna wyprawa na Multany. Rzym, a sądzę, że do tego sprowadzają się owe personalne kontrowersje, prowadził politykę inną. I tak król wyznaczył biskupa warmińskiego, a potem prymasa i po negocjacjach Radziejowski tym prymasem został. Król wyznaczył też – wbrew kapitule – opata na św. Krzyżu. To jest istotne, bo opat na Świętym Krzyżu, w końcu XVII wieku i na początku wieku XVIII to jest dyrektor najważniejszego sektora przemysłowego w kraju – sektora przemysłu ciężkiego, metalurgicznego. I tym opatem został Aleksander Wyhowski późniejszy biskup łucki. Rzym się na to nie zgodził, bo kapituła wybrała kogoś innego, ale król utrzymał swoją decyzję w mocy. Ciekawe dlaczego? Biskup łucki Aleksander Wyhowski jest postacią ciekawą, także z tego powodu, że on właśnie rozpoczął starania o beatyfikację Andrzeja Boboli. Łał! Kurde, jakby powiedział, Adam Szustak, to lepsze niż gra w strzelankę! Król mianuje swojego człowieka dyrektorem zjednoczenia przedsiębiorstw metalurgicznych, ten zaś człowiek od razu podejmuje starania o beatyfikację męczennika, a kapituła i Stolica Apostolska protestują! Nie przeciwko beatyfikacji rzecz jasna, ale przeciwko nominacji. Zwolennikiem jak najszybszej beatyfikacji Andrzeja Boboli był także generał jezuitów Michał Anioł Tamburini. On został tym generałem akurat w tym samym roku, kiedy podpisano pokój altransztadzki. Jego zaś rządy to apogeum sporu z papieżem o misje w Chinach i apogeum gospodarczego sukcesu misji paragwajskich. I jeszcze jedno – Tamburini dogadał się z carem Piotrem, który pozwolił na prowadzenie działalności misyjnej w Rosji. To ciekawe, bo od tego momentu, ataki na jezuitów nie ustają. I tak aż do kasaty zakonu. Proces beatyfikacyjny Andrzeja Boboli zaś został przerwany, jak wiemy. Rozpoczęto go na nowo już w wieku XIX.

Jaka z tego wszystkiego płynie nauka? No taka, przede wszystkim, że armia, nawet tak malownicza jak armia węgierska w czasie wojny Rakoczego, nie zawsze bywa oznaką siły narodu. Może być czymś innym zgoła – demonstracją słabości. Czasem taką oznaką bywają z pozoru fatalne i niezgodne z polityką Rzymu decyzje króla. Papież zaś nie zawsze ma rację, szczególnie jeśli idzie o politykę. On bowiem najbardziej jest narażony na demaskacje deficytów politycznych i najłatwiej ulega – szczególnie w trudnych sytuacjach – takim oszustom jak August II. Armia zaś, nawet największa i najwaleczniejsza, najlepiej wyszkolona i dobrze wyposażona, może zatrzymać się w miejscu, w którym nie widać nic szczególnego, żadnej bariery i tam zgnić jak trup zastrzelonego psa. I to się zdarzało wielokrotnie, a pewnie będzie się jeszcze zdarzać. Na dziś to tyle. Bardzo mnie ten tekst zmęczył.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/dekret-kasacyjny-roku-1819/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sledztwo-w-sprawie-sw-andrzeja-boboli/

Maj 162020
 

Tak się składa, że mamy dzisiaj dzień, w którym wspominamy św. Andrzeja Bobolę, postanowiłem więc, po raz kolejny skreślić kilka słów na jego temat. Oczywiście po swojemu, wbrew gawędom, którymi posługują się ludzie, także w sutannach i habitach, chcąc zwrócić uwagę na tę postać.

Może zacznę od tego, że wielu bardzo duchownych narzeka na to iż św. Andrzej jest postacią zapomnianą, a winą za to obarcza politykę ekumeniczną Kościoła, a mam tu teraz na myśli, wszystkie nieudane próby dogadania się z prawosławiem. Wszyscy wiemy, że św. Andrzej przeszkadza i mowy nie ma o tym, by ktokolwiek z tamtej strony ustąpił choćby na milimetr, jeśli idzie o niego i jego misję. Nie ma mowy, żeby ktokolwiek spróbował zrozumieć ją inaczej niż to zostało przyjęte. Problem moim zdaniem nie leży w tym, że ktoś czegoś nie rozumie, bo jestem głęboko przekonany, że wszyscy dokładnie wiedzą jak było i o co chodziło. Wszyscy, którzy reprezentują w tym dyskursie stronę prawosławną. Ludźmi, którzy nie rozumieją niczego, albo niewiele z historii św. Andrzeja są katolicy.

Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale przyzwyczajono nas do interpretowania historii świętych bez kontekstu. I mam tu na myśli świętych epoki nowożytnej, a nie na przykład św. Piotra. Nie mogę pojąć jak to jest, że na UKSW jest kierunek studiów o nazwie „Turystyka biblijna”, a nie ma kierunku studiów o nazwie „Żywoty świętych polskich”. To jest niepojęte. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. No, ale kiedy się temu przyjrzymy po raz drugi, coś nam zacznie świtać. Otóż w Kościele i jego ziemskich zatrudnieniach, silnie bardzo zaznacza się trend, który określiłbym jako praktyczny. To znaczy duchowni pilnują, żeby wierni którzy do Kościoła przychodzą, czuli się nie tylko fajnie, ale także mogli się w tym Kościele czegoś praktycznego i dla nich korzystnego nauczyć. Na przykład turystyki biblijnej. Ofiarą tego trendu pada moim zdaniem św. Andrzej. To może się komuś wydać zaskakujące, ale tak właśnie jest. Rozmawiałem o św. Andrzeju z wieloma bardzo osobami, w tym osobami młodymi i oni, kiedy słyszeli nazwisko Bobola, aż podskakiwali do góry ze szczęścia i zaczynali wymieniać po kolei wszystkie te okropności, którymi Andrzeja Bobolę dręczono. Byli przy tym tak zadowoleni, jakby im ktoś nasikał w kieszeń, ja zaś nie mogłem przez pewien czas zrozumieć o co chodzi. No, ale w końcu zrozumiałem. Chodzi o praktyczne wykorzystanie męczeństwa. Praktyczne czyli propagandowe. Jeśli będziemy dużo mówić o św. Andrzeju i jego tragicznej śmierci, to pomoże nam to uzyskać przewagę w tej kłótni jaka się o św. Andrzeja toczy. Nie pomoże. To jest jasne. Nie pomoże, a do tego jeszcze sprawi, że św. Andrzej będzie postacią coraz bardziej kłopotliwą. Nikt bowiem z ludzi, którzy z taką radością przypominają, że świętemu wycięto język, nie zamierza przecież umierać w mękach. Chce żyć długo i szczęśliwie, ale chce także, by św. Andrzej i jego śmierć, pomogły mu coś załatwić. Wyrównać jakieś deficyty z zakresu polityki lokalnej. To jest w mojej ocenie obłęd. Tamci z kolei, opowiadają, że św. Andrzej jest kamieniem niezgody. Już o tym pisałem, ale jeszcze powtórzę – dobrze, że nie kością.

Nikomu nie chce się, tak jak to czynią studenci na kierunku „Turystyka biblijna”, uczący się topografii Ziemi Świętej, naświetlić szczegółów tej masakry. Które, tego nie zauważa się wręcz specjalnie, mają silny kontekst polityczny. Św. Andrzej nie został zabity za to, że nawracał tłumy prawosławnych, a raczej tłumy pogan żyjących, jak im się podobało, na terenie ogarniętym wojną. Św. Andrzej umarł, ponieważ reprezentował katolicki porządek rzeczy na obszarze, gdzie szykowano zmianę tego porządku. Był żywym jego symbolem. Ludzie, zaś którzy go zabili nie byli byle kim. To byli żołnierze przeznaczeni do ochrony Jerzego Rakoczego, który wraz z wojskiem szwedzkim oblegał twierdzę Brześć i miał szczery zamiar, albowiem mu to obiecano, zostać królem Polski. Oj tam, oj tam, to są same nudy….lepiej porozmawiajmy o tym, jak mu wyrwali język, albo o turystyce biblijnej, ponoć jest jakaś przecena na bilety lotnicze do Izraela. No właśnie nie. To jest pułapka, z której nie ma dobrego wyjścia. Bardzo łatwo bowiem przychodzi ludziom ekscytowanie się czyjąś śmiercią, kiedy czują się bezpiecznie i nic im nie grozi. Bardzo łatwo też przychodzi im traktowanie tej śmierci instrumentalnie.

No, a co z jej rzeczywistymi okolicznościami? To jest nieważne, bo najważniejszy jest wymiar mistyczny. Oczywiście, że mistyczny, w turystyce biblijnej także jest on najważniejszy? Pokusa by ułatwiać sobie interpretację historii życia i męczeństwa świętych Kościoła Powszechnego, jest trudna do zwalczenia. Tym trudniejsza im więcej ludzi poszukuje w Kościele czegoś atrakcyjnego. No i w tym pokoiku, gdzie sprzedaje się owe kościelne atraktory, w różnych kształtach i kolorach, siedzi uśmiechnięty Adam Szustak, zajmujący się ewangelizacją na odległość. Czyni to ojciec Adam za pomocą formuł zrozumiałych dla każdego i mało kłopotliwych. Odległych od spraw politycznych, historycznych kontekstów, odległych nawet od turystyki biblijnej. A wszystko po to, by rozterki duchowe młodych katolików, których ojciec Adam przyciąga jak słoik miodu muchy, były jak najłatwiejsze do rozwiązania i nie sprawiały nikomu najmniejszych kłopotów. Ostatnio Adam Szustak zaczął ewangelizować poprzez gry komputerowe. No tak, bo problem uzależnienia od gier jest poważny i należy go traktować serio, czyli pokazać dzieciom, jak grać mądrze i jak się przy tym właściwie odnosić do Pana Boga. Nie ma w tym przecież nic złego przecież. A jak się dzieci raz rozczarują Kościołem, to już potem do niego nie wrócą. Trzeba więc im pomóc. I ojciec Adam pomaga jak umie. No, ale co z tym św. Andrzejem? Sprawa musi być traktowana bardzo serio – został zamęczony w okrutny sposób i przez to dziś każdy uzależniony od gier nastolatek, może o tym wspominać i czuć się lepiej, albowiem po jego stronie, tam w niebie, stoi taki bohater. Ale dlaczego zginął? To nie jest ważne, albowiem odwraca uwagę od osobistych problemów tegoż nastolatka i od jego planów związanych ze studiowaniem turystyki biblijnej. Jak już się rzecz jasna uwolni od tego uzależnienia, w czym z całą pewnością pomoże mu ojciec Adam Szustak.

Najważniejsze bowiem, byśmy wszyscy byli zdrowi, szczęśliwi i żeby szczęście nam sprzyjało. Także w grach.

Ktoś powie, że napisałem straszny, niepoważny i całkiem nie a propos tak ważnego dnia tekst. Być może jest to nawet kolejny tekst, przez który wszyscy się tu kompromitujemy. Chodzi w końcu o to, byśmy wszyscy trafili do nieba, cóż może być od tej kwestii ważniejszego? A jeśli tak to Adam Szustak ma rację i musimy pochylać się nad każdym błądzącym i wyjaśniać mu jak ma tę szeroką drogę do nieba, po której kroczą gracze i studenci turystyki biblijnej wkroczyć i jak ma się tam poruszać w tym tłumie.

Napisałem „szeroką”? Niech to szlag znowu kompromitacja….

A teraz jeszcze kolejna. Ojciec Antoni zabiera ode mnie po 20 egz. książek o św. Andrzeju i św. Stanisławie, zostanie ich więc odpowiednio mniej.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sledztwo-w-sprawie-sw-andrzeja-boboli/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sw-stanislaw-biskup-i-meczennik-historia-prawdopodobna/

Maj 102020
 

Na początek dwie kwestie. Wczoraj zorientowałem się, że to, co jest dla mnie oczywiste, nie może być już oczywiste dla ludzi, którzy dorosłe życie rozpoczęli dziesięć lat temu. Kiedy ja piszę – Wielki Proletariat, to mam przed oczami 100 zł z Waryńskim, które było najczęściej oglądanym w PRL banknotem. Ludzie ode mnie młodsi nie wiedzą z czym i z kim tę nazwę skojarzyć. Myślę, że łatwiej jest promować treści dotyczące czasów dawniejszych niż epoki socjalistów, bo ci co rozpoznają szczegóły, albo je wręcz pamiętają, stawiają dyskusję na poziomie dla młodszych niedostępnym.

Kwestia druga. Czasy, o których zamierzam pisać w związku z książką księdza biskupa Jana Kopca, są tak pogmatwane, że jedynym sposobem na ich zrozumienie jest przedstawianie po kolei wszystkich osób dramatu, jaki rozegrał się w Polsce w od śmierci Jana III do roku 1709. Postaci te są po pierwsze fascynujące, po drugie nieznane, po trzecie w większości zdegenerowane i uwikłane, co ułatwia ich prezentację. Dobrze też by było, gdyby w związku z każdą z nich można było opowiedzieć jakąś anegdotę. Akurat jeśli idzie o księdza prymasa Michała Radziejowskiego, ja taką anegdotę mam. Oto ona.

Na pierwszym roku historii sztuki poczułem się gorzej niż rozczarowany. A stało się tak za sprawą pewnego asystenta, który ponoć (ja tego nie słyszałem) opowiadał publicznie iż jest tylko sługą profesora wykładającego historię sztuki nowożytnej polskiej. Ten ostatni już nie żyje, sprawdziłem. Nazwisko zaś tego pierwszego zachowam w tajemnicy. Ów sługa zaprowadził nas kiedyś do kościoła św. Krzyża, który znajduje się naprzeciwko uniwersytetu i pokazał nam tam złotą figurę w szatach biskupich, klęczącą i wykonującą bardzo dramatyczne gesty. Pan ów, a mam na myśli sługę profesora, a nie złoconą figurę, był człowiekiem niewysokim i w mojej ocenie dziwnym. Patrzył najpierw na nas bardzo uważnie, a potem zapytał, czy wiemy kim był człowiek, którego ta figura wyobraża. Nie mieliśmy pojęcia rzecz jasna, bo nie zdaje się na historię sztuki, z powodu figur stojących w kościołach, tylko z powodu treści książek Nienackiego, do czego rzecz jasna nie można się przez całe studia przyznać. Powoduje to pewien dyskomfort, ale daje się z tym żyć. Sługa profesora, który jak wielu młodych asystentów, reprezentował wobec studentów postawę roszczeniową, to znaczy uważał, że oni powinni wszystko wiedzieć i wszystko rozumieć, a do tego jeszcze wyrażać niekłamany podziw dla postaci takiej jak on, patrzył na nas bardzo długo i bardzo uporczywie. Potem, jakby mało było tego upokorzenia, straconego czasu i nerwów – mógł nam przecież wytłumaczyć o co chodzi, ale nie, wolał nas dręczyć – podchodził do każdego z osobna i patrząc z dołu do góry, prosto w oczy pytał – a pan wie kto to? A pani wie kto to? Nikt nie wiedział, a nawet jeśli ktoś wiedział ( na przykład Grażyna, Marek, Anka albo Magda) i tak siedział cicho, żeby nie łamać solidarności grupy. Trwało to i trwało, minęła ponad połowa zajęć, kiedy sługa profesora wyznał nam wreszcie, że ta złocona figura, to prymas Michał Radziejowski. Nic mi to w owym czasie rzecz jasna nie powiedziało. Pan, który mówił, że jest sługą profesora, zniknął wkrótce z naszego życia, ale nie stało się ono przez to wcale łatwiejsze.

Prymas Michał Radziejowski, mógłby stać się symbolem epoki, ale nie ma na to szans. Epoka bowiem, w której żył, nigdy nie znajdzie swojego piewcy, albowiem nie ma w niej nic co mogłoby zainspirować młode, szlachetne dusze, chcące czerpać wzory postaw z przeszłości. A wiadomo, że dla takich właśnie osób podejmują swój trud pisarze. I dobrze, że tak się nie stanie, ponieważ możemy się nią w spokoju zająć my – ludzi w pewnym już wieku, sporo rozumiejący.

Nie mam zamiaru opisywać tu całego, przebogatego życia księdza prymasa, chcę jedynie wskazać kilka momentów, które je zdeterminowały. Jeśli ktoś myśli iż fakt, że Michał Radziejowski był synem najczarniejszego zdrajcy Hieronima Radziejowskiego, w jakiś sposób zaważył na jego życiu, ten jest w błędzie. Nie miało to najmniejszego znaczenia. A jeśli nie miało, to znaczy, że my, czytając wszystkie książki o historii XVII i XVIII wieku nie mamy o ówczesnej polityce i jej składowych zielonego pojęcia. I nikt nam nie zamierza tych arkanów wyjaśnić. Co w takim razie miało wpływ na życie Michała Radziejowskiego? Przede wszystkim pokrewieństwo z Janem Sobieskim. Tak, właśnie, król Jan III był kuzynem syna ober zdrajcy, a sam jak pamiętamy, do dostatnich chwil trzymał się Szweda okupującego kraj i wiązał z nim jakieś tam nadzieje. Owa relacja pomiędzy kuzynami nie była bynajmniej łatwa i nie rozpoczęła się od razu. Musiały zajść tak zwane okoliczności szczególne. Te zaś miały miejsce we Francji. Tam bowiem wysłano Michała, żeby uczył się na oficera i wrócił do kraju z wiedzą, determinacją i zapałem do służby i reformowania armii. Niestety zły los zrządził inaczej. Jak wiemy, od tamtych czasów wiele się przecież nie zmieniło, młodzież męska zajmująca się ćwiczeniami wojskowymi, dostaje czasami tak zwanego małpiego rozumu. Oto ulubioną rozrywką bogatych kadetów, ćwiczących w Paryżu, było podrzucanie jednego w prześcieradle do góry, nad kamienną posadzką. I kiedyś takiego jednego podrzucali, a jak spadał, to Michał Radziejowski nie utrzymał swojego kawałka prześcieradła. Co za pech. Kolega huknął o posadzkę i już się nie podniósł, był całkiem martwy. Nie byłoby może z tego wielkiej tragedii, ale okazało się, że to pociotek kardynała Mazariniego, kierownika francuskiej polityki zagranicznej. Radziejowski od razu się ukrył, a jeszcze tej samej nocy uciekł do Polski, ostro popędzając konia.

Będąc już w kraju, ani nie spojrzał w kierunku atrybutów sztuki wojennej. Został duchownym, a później, z polecenia, wręcz wyraźnego rozkazu króla Jana, biskupem warmińskim. Kapituła i stany pruskie przyjęły go chłodno, bo nominacja była wymuszona, ale jednak, po długich targach z królem, to znaczy po wskazaniu także innych kandydatów, spośród których kapituła wybrała kandydata królewskiego, jakoś tym biskupem został.

I teraz dochodzimy do pierwszej kontrowersji, której, zaślepieni emocjami, ani nie rozumiemy, ani nie chcemy poznać. Dotyczy zaś ona polityki stolicy apostolskiej wobec sił rządzących Polska i Litwą. Tak to chyba trzeba określić, albowiem nie ma mowy przecież o żadnej „polityce wobec Polski”. Oto prymasem, po zgonie Jana Stefana Wydżgi, miał zostać biskup poznański Stefan Wierzbowski. No, ale nim nie został, a to z powodu wyraźnego oporu Rzymu. Wierzbowski był protegowanym króla, został dobrze przyjęty przez kapitułę i wszystko wyglądało świetnie, ale okazało się iż papież Innocenty XI go nie chce. Dlaczego? Albowiem ksiądz biskup przystąpił do konfederacji gołębskiej i wraz z innym hierarchą, biskupem chełmskim Stanisławem Babskim, złożył z urzędu prymasa Prażmowskiego. Były też inne powody, takie jak pozwolenie na ślub Hieronima Lubomirskiego z Konstancją Bokum, ale to jest sprawa mniejszej wagi. Chodzi o to, że hierarchowie łamiący prawa Kościoła, nie mieli na co liczyć w Rzymie, nawet jeśli popierał ich sam król, kapituła i miejscowe mafie.

Wierzbowski był więc tylko nominantem na stanowisko prymasa. Zmarł zresztą wkrótce i wtedy król przedstawił swojego nowego protegowanego, czyli Michała Radziejowskiego. Kapituła zatwierdziła wybór jednomyślnie, albowiem biskup warmiński dał się poznać jako dobry organizator, zapobiegliwy gospodarz i człowiek przytomny. Był do tego jeszcze krewnym króla, tak więc nic nie zapowiadało tragedii. Michał Radziejowski rzeczywiście był dobrym organizatorem i człowiekiem zapobiegliwym, ale wszystkie trudy podejmował z myślą o sobie i o wyniesieniu swojej osoby, a także otoczeniu jej jak największym blaskiem i splendorem. Dziś, kiedy o tym czytamy, sprawy te wydają nam się śmieszne i niepoważne. Ja jednak chcę przypomnieć, że były to czasy, kiedy ludzie przywiązywali wagę do atrybutów władzy jawnej i świętej. Tak więc gdy prymas kazał nad swoim krzesłem w senacie ustawić purpurowy baldachim, do czego w żadnym razie nie miał prawa, a wieść ta rozeszła się szerzej, panowie senatorowie musieli blokować drzwi z obawy iżby panowie posłowie, napierający na one z drugiej strony, nie roznieśli księdza prymasa na szablach. Były to jednak czasy już późniejsze.

Wróćmy jednak na chwilę do konfederacji gołąbskiej, która została zawiązana przez króla i szlachtę, przeciwko magnatom i Sobieskiemu. To jest ciekawy moment, bo kwestią było czy Polska i Litwa staną się tureckimi protektoratami, czy nie. Ja tego dziś nie wyjaśnię, ale chcę tylko wskazać jak złożony jest problem. Do obrońców Kamieńca, Turcy strzelali z francuskich armat, obsługiwanych przez francuskich oficerów. Konfederacja gołąbska została zawiązana po to między innymi, by zakończyć wojnę i wynegocjować jakiś traktat z Turkiem. Król Michał Korybut Wiśniowiecki, popierany przez Wiedeń, pragnął tego pokoju, a z kolei hetman wielki koronny, Jan Sobieski, wówczas popierany przez Francję, parł do wojny i rewizji faktów jakie stworzyła kapitulacja Kamieńca. Wszystko to wskazuje, że w epoce kojarzonej przez nas z Janem Sobieskim, sprawy widoczne i rozpoznawalne miały chyba znaczenie drugorzędne, a kwestie istotne i takież podziały, obecne były gdzieś na zapleczu. I tak się to ciągnęło aż do rozbiorów.

Wracajmy do Radziejowskiego. Zanim został prymasem, król zrobił zeń kardynała, co wymagało wielu zabiegów w Rzymie. Po tej nominacji, coś się Radziejowskiemu stało i zaczął domagać się, na przykład, by król w listach tytułował go swoim czcigodnym przyjacielem. Uważał, że przy stole należy mu się miejsce przy królu, przed jego synami nawet. Owo pierwszeństwo wymuszał, nie siadając w ogóle do królewskiego stołu, ale ustawiając sobie krzesło tuż za krzesłem królewskim. Nie jadł wówczas, ale próbował konwersować z władcą. Zmitygował się dopiero wtedy, kiedy awantury zaczęła robić królowa, czyli Maria Kazimiera, osoba o charakterze strasznym, niereformowalnym, posiadająca wielki wpływ na króla. Wtedy Radziejowski przestał, a król w nagrodę zaczął pisać doń w listach – krewnemu naszemu najmilszemu – co nieco księdza kardynała uspokoiło.

W swojej posłudze kapłańskiej, koncentrował się kardynał, a potem prymas, na zajęciach związanych z liczeniem pieniędzy i demonstrowaniem wpływów oraz mocy. I to było ciekawe, a także zaskakujące momentami, albowiem wiązało się z różnymi wyzwaniami natury mistycznej i symbolicznej.Kiedyś przed Wielkanocą, umył nogi dwustu ubogim. To musiało być wydarzenie niezwykłe, zważywszy, że mówimy o człowieku, który inwestował poważne sumy w budowę pałaców, dekorację kaplic, któremu zarzucano, że ma kochankę i syna, a także dąży do najwyższych zaszczytów. Ciekawe, kto tych dwustu ubogich wyselekcjonował?

Najciekawsze w życiu prymasa są rzecz jasna jego zabiegi polityczne po śmierci króla Jana III, w których to zabiegach ujawnił się ponoć wyraźnie, niepiękny charakter hierarchy. Czy aby na pewno był on aż tak odrażający jak piszą? Zważywszy postawę uznanego za legalnego, króla Augusta II, który tuż po koronacji rozpoczął wyniszczającą kraj wojnę zaczepną, postawa Michała Radziejowskiego, może być oceniana inaczej. Może był on po prostu, człowiekiem dobrze poinformowanym, a także świadomym, jaką wagę, ciągle jeszcze, ma jego urząd, pieczęć i słowo. To ostatnie łamał co prawda wielokrotnie i brał za to poważne sumy, ale nie był w tych działaniach odosobniony. Tak czynili wszyscy, usiłując – w mojej ocenie – ocalić swój świat, świat czerwonych baldachimów, koronek, biretów, mantoletów, rzymskich kap i dziwnych iluzji, przed czymś co nieuchronnie się zbliżało.

No, ale to już temat na kolejny odcinek.

CDN

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

Maj 022020
 

Powinienem się w zasadzie położyć do łóżka i poleżeć chwilę, mam nadzieje, że to alergia na pyłki, która od paru lat dopada mnie w maju, a nie korona, ale nie mogę. Czasem dzieje się tak, że dostaję po prostu fiksacji na jakimś tle i to mnie prowadzi wprost do stuporu – nic nie widzę i nic nie słyszę. Poza tym, mimo marnego odzewu, widzę jednak sens w tym co tu ostatnio robię.

Składam dziś też uroczyste słowo honoru, że tekst poniżej nie jest związany z nachalną próbą wymuszenia na Was sprzedaży książek. Choć tak to może wyglądać. Prawda jest jednak inna. Sami się przekonacie.

Zacznę od tych alternatywnych wersji historii. To jest wielka pokusa, pisać coś takiego, ale jasne jest dla wszystkich, że nie ma na to publiczności. Mam na myśli publiczność prawdziwą, a nie młodzieńców, którzy zastanawiają się, jak to też ten Hitler, tak sprytnie Linię Maginota obszedł. Poza tym, jak wiele spraw istotnych, tematy te, są w naszym mrowisku przeznaczone dla godniejszych. Do pisania historii alternatywnych przeznaczeni są ludzie tacy jak Zychowicz, którzy z miną Dudusia Fąferskiego zbierającego grzyby, zastanawiać się będą czy lepiej było iść z Ruskim czy lepiej z Niemcem. To w zasadzie dewastuje cały segment rozważań, a jak piszę segment, to jasne jest, że mam na myśli sprzedaż, a nie coś innego. Tak więc szkoda czasu na pisanie historii alternatywnych, po to, by potem one leżały, a ludzie nie rozumiejący niczego, opowiadali, że nie ma w nich nic ciekawego. Załóżmy jednak, że byłoby tam coś interesującego, i tom takich gawęd zrobiłby jakiś wynik na rynku. Natychmiast, jak w każdym podobnym przypadku, znaleźliby się naśladowcy, którzy powtórzyliby to samo, tylko gorzej. Uznaliby bowiem, że elementy tworzące wersję alternatywną, które tu wskazaliśmy, są słabe i nie rokują, poza tym czytelnik ich nie rozumie, a w związku z tym musi być goła baba.

Po raz nie wiem który przeglądałem wczoraj książeczkę księdza Mariana Tokarzewskiego „Z kronik klasztoru i kościoła w Zasławiu”, robiłem to też przedwczoraj i w środę. Oczywiście odpowiedź na nurtujące mnie pytanie – dlaczego taki, a nie inny zestaw dokumentów opublikował ksiądz dobrodziej jest jasna – to przypadek. No, ale myśl, by zobaczyć inne i zapoznać się z ich treścią, nie opuści człowieka tak łatwo. Pomijam już tego Jezierskiego i jego propagandę a la Palikot. No, ale mowy sejmowe króla Stanisława Augusta, hetmana Rzewuskiego, biskupów, a do tego ten Pugaczow, który na szafocie wypuszcza jakiś taki list intencyjny, gdzie zestawia siebie z marszałkiem Ponińskim. To jest całkiem niezrozumiałe, bo Pugaczow mówi, że nie chciał być jak Poniński. A skąd taki czop, jak Pugaczow, całe życie siedzący w stepach, miał w ogóle pojęcie kim był Adam Poniński, uznawany w Polsce za ober zdrajcę? Nie jest łatwo znaleźć dobrą książkę o Pugaczowie, a pisząc – dobrą książkę – mam na myśli taką, która nie wskazuje na lokalne uwarunkowania będące powodem tej rzekomo chłopskiej wojny. Nawet gdybym znalazł jakieś opracowanie, to i tak bym po nie nie sięgnął. Kupiłem sobie – nie szukając wcale Pugaczowa, ale biografii Jana Żiżki – wydaną w latach pięćdziesiątych książeczkę „Powstanie ludowe Pugaczowa”. Napisaną – uwaga – przez M.W. Żiżkę. Nic nie zmyślam. Zagadki same się zgadują i w zasadzie wystarczy tylko uważnie patrzeć na znaki. To jest oczywiście taki trochę żart, ale fakt pozostaje faktem – Żiżka napisał książkę o Pugaczowie. Zacząłem to czytać i zamarłem. To jest bardzo plastycznie napisana powieść z nienachalnym i nie rzucającym się wcale w oczy komentarzem propagandowym. Pan Żiżka miał dostęp do dokumentów, a więc nazwiska ludzi w książce są prawdziwe, a cała historia wygląda zupełnie inaczej niż to sobie popularyzatorzy różnych ciekawostek wyobrażają.

Kwestia pierwsza i najważniejsza – do kogo Pugaczow udaje się najpierw, kiedy, po nieudanej symulacji skrofułów, nie dymisjonują go z wojska i musi służyć dalej, a nie chce? Do staroobrzędowców. Staroobrzędowcy, tak jak ich sobie wyobrażałem do wczoraj i tak jak są nieraz opisywani, to przecież odziani w samodziałowe portki brodaci plebeje, którzy siedzą w lasach, wybierają pszczołom miód i rąbią drwa wielkimi siekierami. Znak krzyża czynią dwoma palcami, a jak ktoś przy nich uczyni ten znak trzema palcami, a jeszcze się do tego nieopatrznie odwróci plecami do takiego staroobrzędowca, ten rozpłata go toporem, jak nic, albowiem nienawidzi herezji. To są wizje idiotyczne i jeśli takowe macie w głowach musicie je stamtąd natychmiast wypłukać szlauchem, pod bardzo dużym ciśnieniem. Po cóż do takich ludzi miałby iść kozak doński Pugaczow, który – od samego początku, kiedy wrócił z wojny pruskiej – obmyślał swój dziwaczny plan zrobienie buntu w stepie? Do czego mu byli tacy ludzie potrzebni? Tacy jak wyżej opisani, do niczego rzecz jasna. Staroobrzędowcy bowiem nie byli wcale takimi ludźmi. To byli, w znacznej większości, bardzo bogaci kupcy, tworzący zamkniętą i nie przepuszczalną strukturę, która obracała bardzo wielkimi pieniędzmi i pieniądze te nie opuszczały stworzonej przez nich struktury. To znaczy były absorbowane, obracano nimi, a ich nadwyżki przeznaczane były na działalność misyjną i wzmacnianie organizacji poprzez budowę klasztorów i świątyń. Jeśli to sobie uświadomimy, inaczej będą wyglądać w naszych oczach prześladowania staroobrzędowców, które podejmowali od cara Aleksego wszyscy w zasadzie władcy Rusi i Rosji. Z wyjątkami rzecz jasna. A jakimi? No jak to – Jejo Wieliczestwo, Jekatierina Wtaraja zakazała prześladowań. To znaczy ugięła się przed mocą organizacji i pozwoliła jej na działalność. I teraz zastrzeżenie – wielu kwestii w tej opowieści wyjaśnić nie potrafię, dlatego też nazywam ją historią alternatywną. Pugaczow jednak, który od pewnego momentu podaje się za zamordowanego cara Piotra III, idzie ze swoją sprawą do staroobrzędowców właśnie, do raskolników, jak ich nazywa pan Żiżka, autor tej sympatycznej książeczki.

Zostawmy go jednak na chwilę dla krótkiej dygresji – potem prześladowania wróciły, a raskolnicy, jak podaje docent wiki zostali uwolnieni od opresji państwa, dopiero w roku 1905.

Nie tylko kupców odwiedza Pugaczow, ale także klasztory staroobrzędowców, które są rozsiane po stepie między Donem a Uralem. To wszystko, są dobrze prosperujące przedsiębiorstwa, które z jednej strony mają skorumpowany aparat władzy, na razie pozwalającym im żyć, ale szykujący się wyraźnie do skoku na kasę, a z drugiej żywą strukturę ekonomiczną składającą się z kozaków, którzy na mocy starych przywilejów eksploatują rzeki, lasy i pokłady powierzchniowe rud, a także kupców różnych gildii, bynajmniej nie Rosjan, ale przedstawicieli ras azjatyckich. Ci zaś mają swoje dintojry w krajach i miastach, o których się Pugaczowowi nie śniło pewnie. Myślę, że nawet w Delhi. Społeczna przyczyna buntu i przyczyna polityczna są niby wyjaśnione, ale opiszmy je raz jeszcze. Ural to gigantyczny okręg przemysłowy, gdzie w kopalniach pracują niewolni chłopi, którzy zaniedbują przez ten przymus swoje gospodarstwa. To jest pretekst do buntu, albowiem te kopalnie, podobnie jak rangi oficerskie w wojsku kozackim nad rzeką Jaik – tak się wówczas Ural nazywał – objęli bałtyccy Niemcy. To oni też padają najpierw ofiarą buntowników. Narzędziem zaś buntu są kozacy, którzy muszą płacić podatki carycy. To jest punkt najważniejszy. Nazywanie wojsk kozackich od rzek, ma ten sens, że wskazuje jaką rzekę dane wojsko ma w dzierżawie i eksploatuje. Jak wiemy rzeka to nie tylko ryby, ale przede wszystkim porty, a także szlak handlowy wiodący z północy a południe. Rzeka to, przypuszczam, także wychodnie szybów powierzchniowych w nadrzecznych skarpach. Petersburg chce, żeby od tego wszystkiego, użytkownik płacił solidny podatek. Nie wiemy niestety o jakich procentach i sumach jest mowa. Zakładam, że o sporych. Mamy więc z jednej strony opresję państwa, a z drugiej, jak twierdzi Pugaczow i komunistyczna hagiografia – ludzi dążących do wolności. No chyba nie. Z drugiej strony mamy sieć azjatyckich pośredników, którzy swoimi kanałami dystrybucji wywożą towar znad rzek gdzieś hen w głąb kontynentu. Wożą go też pewnie w dół rzeki, do Persji i innych krajów stanowiących podbrzusze imperium. To jest za mało jednak i Pugaczow, który nie dla żartu przecież i nie sam z siebie, podał się za cara Piotra, idzie do staroobrzędowców i proponuje im deal za pomoc w zorganizowaniu buntu. Żiżka o tym nie pisze, ale rozumiem, że pomoc została udzielona, bo bunt wybuchł. Kozacy zaś zaczęli zaprowadzać w stepie swoje porządki. Piszemy w stepie, choć przecież nie o step chodzi, podobnie jak nie o dzikie pola chodziło w czasie wojny kozackiej w Polsce. Chodzi o obszar przylegający do konkurencyjnego systemu ekonomicznego, który eksploatują ludzie nie mający ochoty rezygnować ze swoich dotychczasowych przywilejów.

I teraz kwestia istotna – czy tłumiąc powstanie Pugaczowa, caryca denerwuje się na staroobrzędowców? Nie tak bardzo. Oni nadal mogą działać. Bunt Pugaczowa, nie jest w istocie żadnym buntem, ale próbą narzucenia Petersburgowi dwoistego systemu eksploatacji interioru. Na co caryca nie może się zgodzić, bo następnym etapem będzie likwidacja i podział imperium. Pugaczow jest tutaj figurantem, który został zauważony i dobrze opisany, albowiem porządnie wszystkich wystraszył. Rok przed nim nad Uralem pojawił się niejaki Bogomołow, także podający się za cara, o którym dziś już mało kto pamięta. To są negocjacje toczące się w bardzo wysokim diapazonie emocji, a w czasie takich negocjacji muszą być ofiary. My niestety, poprzez całkiem fałszywy opis zdarzeń, nie wiemy do końca kto negocjuje. Nie jest to aż tak oczywiste i nie sposób jednoznacznie wskazać Londynu. Pozostawmy teraz Pugaczowa i przejdźmy do rozłamu w cerkwi moskiewskiej, który dokonał się jak raz wtedy kiedy car Aleksy prowadzi wojnę z Janem Kazimierzem Wazą. Inspiratorem reformy cerkwi, która doprowadziła do rozłamu, był patriarcha moskiewski Nikon. Do tej pory wydawało nam się, to znaczy mi się tak wydawało, że owa reforma dokonała się dlatego iż Moskwa, zająwszy Kijów, znalazła się w posiadaniu ksiąg liturgicznych i dokumentów tamtejszej akademii. No i okazało się, że te moskiewskie są po prostu błędne, nie przepisywane nawet, ale przerysowywane przez mnichów analfabetów. Chyba jednak było trochę inaczej. Nikon, który na hagiograficznych płótnach rosyjskich malarzy wyobrażany jest jako czarnobrody mędrzec w białym kłobuku, nie był chyba w istocie mędrcem, ale ambitnym duchownym, który awansował, Bóg jeden wie, jakimi sposobami ze stanowiska proboszcza, gdzieś na dalekiej północy kraju, do patriarszego tronu. Jego misja zaś polegała na tym, by poprawić teksty liturgiczne na wzór tekstów liturgicznych greckich. Poczynania Nikona, dokonywane początkowo w zgodzie z carem opisywane są jaką próba zrównania władzy świeckiej z duchowną. To z daleka już zalatuje tworzeniem imperium i ogłaszaniem heretykami wszystkich wokół, a także świętą misją wojenną, przeciwko wrogom najgorszym czyli papistom. No i z całą pewnością nie jest to przypadek, że Nikon pojawił się w tym właśnie momencie dziejowym. Wojna z Polską i Litwą była, jak pamiętamy, szykowana od ponad dziesięciu lat. Drogi cara i patriarchy rozeszły się ponoć ze względów doktrynalnych. To nie może być prawda, a na pewno nie w całości. Po pierwsze – okazało się, że narzędzie podboju, które zaproponował Nikon wcale nie jest takie dobre, po drugie wielu duchownych i wiernych nie przyjęło reformy. Zrobiła się kontrowersja i powstał raskoł. Jego skala była gigantyczna. Nie zdajemy sobie z niej sprawy, ale docent wiki podaje, że w wyniku rozłamu i prześladowań, na emigracji znalazło się ponad milion staroobrzędowców. Ponad milion sfanatyzowanych, wrogich carstwu kupców i bankierów! Czy to jest w ogóle do pomyślenia?! Nie, dlatego właśnie mamy w głowach, opisany tu na samym początku wizerunek staroobrzędowca w łapciach. Prześladowania odniosły skutek odwrotny od zamierzonego, ale zanim go opiszę jeden mały cytat. Oto Nikon chciał ponoć przywrócić księgom liturgicznym ich właściwy charakter, chciał je poprawić. A tu mamy taką oto opinię

Zdaniem Łobaczewa reforma tekstów liturgicznych została przeprowadzona w zbyt szybkim tempie i w oparciu o zbyt wąski, w dodatku stosunkowo nowy, materiał źródłowy pochodzenia greckiego. Jako jedno ze źródeł dla Służebnika wydanego w 1655 wykorzystany został grecki euchologion opublikowany w 1602 w Wenecji. Wywołało to w przyszłości oskarżenia o przeprowadzanie reform w sposób pobieżny i w oparciu o teksty „skażone” wpływami zachodnimi. Zarzuty tego typu pojawiły się jednak dopiero w kolejnej dekadzie. Pierwsze polemiki związane z reformą nie przybrały masowego charakteru; rozłam na tym tle (raskoł) w Rosyjskim Kościele Prawosławnym nastąpił już po odsunięciu Nikona od tronu patriarszego[

Jak możemy to rozumieć? Jak ktoś prowadzi wojnę, szuka na nią uzasadnień religijnych, negocjuje z Chmielnickim przyłączenie Ukrainy i szykuje się – rozumiem, że wespół z tym Chmielnickim – do wojny z Turkiem na Bałkanach, to na pewno nie przeprowadza reformy w sposób pobieżny. On ją przeprowadza w sposób celowy, a druk owego euchologionu w Wenecji tylko na to wskazuje. I teraz trzeba się zastanowić, w którym dokładnie momencie Wenecjanie stwierdzili, że nie ma sensu dalej inwestować w Rzeczpospolitą, albowiem organizacja ta jest niewydolna, w którym momencie stwierdzili, że lepiej będzie sprokurować nową doktrynę i nowe uzasadnienia dla wojny na Bałkanach i w Europie środkowej, która pozwoli im nieco odetchnąć od ciśnienia wywieranego przez Turków. To jest oczywiście hipoteza. Ktoś tym Wenecjanom przeszkodził i oni, zamiast rozmontować Polskę, przysłali tu swojego człowieka nazwiskiem Boratini, który postanowił raz jeszcze coś z kraju wydusić, zalewając go podłą, miedzianą monetą, która dała skarbowi nieco oddechu, ale ludność pogrążyła w cholernych kłopotach. Na Rusi nie było łatwo i organizacja staroobrzędowców przechodziła ciężkie chwile, których kulminacją było spalenie na stosie protopopa Awwakuma i jego towarzyszy. Tym ostatnim wyrwano przed egzekucją języki. Ciekawe dlaczego? Pewnie, żeby za dużo nie powiedzieli zgromadzonej przed stosami publiczności. Sam protopop był już zdaje się całkiem szalony i to co mówił nie miało znaczenia. Zachowano bardzo iluzoryczny i bardzo chwiejny status quo, który balansował aż do połowy XVIII wieku, kiedy nastąpiło przesilenie. Z chwilą kiedy dochodzi do pierwszego rozbioru, pojawiają się od razu w stepach fałszywi carowie – Bogomołow – niczego nie rozumiejący dureń i cwaniak Pugaczow. Ten drugi opiera swoją działalność o kantory i banki raskolników.

Powróćmy do tego miliona religijnych rzekomo, a w istocie ekonomicznych emigrantów. Gdzie oni się znaleźli? Tego dokładnie nie wie nikt. Część mieszkała w Inflantach, cześć w Szwecji, a część w Prusach. Rozumiem, że wszyscy mieli ze sobą kontakt i tworzyli zwartą, lojalną strukturę. Nie ma mowy, żeby dziś zbadać zakres ich udziału w finansowaniu takich imprez jak III wojna północna, konfederacja barska, wojna Katarzyny II z Gustawem Wazą, powstanie hetmanatu na Ukrainie. To wszystko były biedne, zapatrzone w błędnie przepisane księgi liturgiczne, ciemne chłopki. Takimi widzi ich historia. Po okresie prześladowań caryca porzuca tę politykę i daje im swobodę uprawiania działalności religijnej i ekonomicznej w kraju. To jest oczywiste ustępstwo, które natychmiast wykorzystują siły wrogie Rosji, które wykreowały tego całego Pugaczowa. Postawmy rzecz ja gruncie ekonomicznym, na tyle, na ile ja potrafię to zrobić, czyli w zakresach bardzo skromnych – mamy milion oczekujących ustępstw fanatyków religijnych zaopatrzonych w pieniądze i robiących interesy z Azją i Turcją, którzy obsiedli granice imperium. I mamy ich ze dwa razy tyle w samej Rosji. Pomiędzy ich interesami leży Polska, w której nikt nie podejmuje w ogóle dyskusji o sytuacji w ten sposób jak ja to tutaj zaproponowałem. Wszystkim się zdaje, że jakaś konstytucja, sejmy skonfederowane, tradycje, Kościół, królestwo…Tymczasem najjaśniejsza imperatorowa dobija targu z byłymi poddanymi Moskwy, próbując jednocześnie zwiększyć wpływy do budżetu z podatków płynących z guberni pogranicznych. I tam właśnie wybucha ów negocjacyjny bunt. Dochodzi do jakichś porozumień, które skutkują tym, że skarb carycy wypełnia się złotem, Rosja podbija Alaskę, a Polska zostaje podzielona, tak jak miała być podzielona już wcześniej, za Jana Kazimierza. To jest powrót do starego planu, który z całą pewnością wiąże się z reformą Nikona i rozłamem w cerkwi. My tego jednak nie rozumiemy, bo nie mając na to, ani siły, ani wyobraźni, próbujemy lansować swoją, bardzo uproszczoną i naiwną wersję historii stulecia XVIII. I jeszcze jedno. Wszystkich zbuntowanych kozaków władze traktowały w sposób niezwykle okrutny, nie ma sensu tego tutaj opisywać. No i rozprawiały się z nimi na miejscu. Pugaczowa, przewieziono do samej Moskwy, wszyscy myśleli, że będzie widowisko, bo go pokawałkują, ale okazało się, że pani Kasia, kazała mu odrąbać łeb i poszła na jakieś przedstawienie. Nie było cyrku, było krótkie załatwienie sprawy potwierdzające deal.

Po więcej szczegółów zapraszam tutaj

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/z-kronik-klasztoru-i-kosciola-o-o-bernardynow-w-zaslawiu/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/pieniadz-i-przewrot-cen-w-xvi-i-xvii-wieku-w-polsce/

Maj 012020
 

Najważniejszym pragnieniem człowieka jest ocalenie godności. I się nie wiążę z żadnymi bohaterskimi postawami bynajmniej, ale z najbardziej prozaicznymi, a bywa, że i zgniłymi kompromisami. Najlepiej kwestie te są widoczne w przypadku antysemitów, którzy tracą godność i wiarygodność, natychmiast, kiedy okazuje się, że jednak zostali wkręceni. A to się zdarza za często, żeby nie można tego było uznać za zasadę. Drugim, dobrym przykładem, jest nasz kolega Toyah. On, żeby ocalić złudzenia, jest gotów do wielu kompromisów. Sądzę nawet, że tak naprawdę bezkompromisową postawę może przyjąć tylko wobec mnie, bo wiadomo, że ja nie zrobię niczego głupiego, ani nie będę wywierał żadnych nacisków. Nie stosuję też podstępów. No dobrze, stosuję je nader rzadko i one mnie bardzo męczą. Jeśli idzie o relacje z innymi niż stworzone przeze mnie okolicznościami, toyah potrafi zbudować, całą kulturę kompromisów, które mają zasłonić jego bezradność wobec pewnych zjawisk. Tym mocniej i pilniej będzie strugał owe deski ratunku im więcej wątpliwości będzie drążyć jego umysł. Każdy z nas ma swoją granicę bezradności wobec bliźnich. To znaczy coś takiego, co każe nam ustąpić. I tak fetyszem naszego kolegi jest wyraz „uprzejmość”. Jeśli ktoś jest uprzejmy, niechby był nawet złodziejem, zawsze znajdzie posłuch u toyaha. A jak do tego będzie jeszcze demonstrował nachalną troskę o rodzinę, to toyah jest już cały jego i mowy nie ma, żeby się w tych pęt wyzwolił. I tu dochodzimy do kompromisu w obronie godności. Toyahowi czasem coś zaświta, że może ten uprzejmy, troszczący się o rodzinę człowiek, którego gęba wypełniona jest frazesami, nie ma wcale dobrych zamiarów. Sam jednak takiego osądu nie sformułuje, albowiem wszystko co wielbi i czemu oddaje cześć przez całe swoje życie zostałoby bardzo nadwątlone. W takich sytuacjach toyah odwołuje się do opinii grupy. I wczoraj właśnie się odwołał, a ja ponieważ nie mogłem tego skomentować u niego na blogu, postanowiłem napisać ten tekst. Dodam jeszcze tylko, że toyah jest tu pewnym przykładem, albowiem znam wielu bardzo ludzi, aktywnych także na tym blogu, którzy uważają, że szpieg nosi czarną maskę na oczach, a oszust matrymonialny ma zabójczy, czarny wąsik i marynarkę w drobną kratę. Dziesiątki razy słyszałem te tłumaczenia – wiesz, może się jednak mylisz? On tak ładnie opisał to czy tamto. Nie zauważyłem w tym nic podejrzanego. Oczywiście, bo kanciarze powinni działać w ten sposób, żeby ich zamiary były rozpoznawalne z kilometra. Wtedy nasza godność, pojedynczo i zbiorowo, byłaby zabezpieczona i ocalona. To są marzenia ściętej głowy.

Opisał toyah wczoraj pewną bajkę, którą ogląda z wnuczką Martynką. Napisał, że bajka ta nie budzi w zasadzie jego wątpliwości, ale….kłopot jest taki, że występujące w niej zwierzęta nie mają rodziców. Opiekują się nimi mrówki. Ujmując rzecz syntetycznie – wszystko jest okay, ale mamy tu relacje międzygatunkową. I to nie pokazaną w ten sposób, że gatunek wyższy dominuje nad niższym (nie będziemy teraz tych pojęć definiować. Każdy kto miał biologię w szkole rozumie o co chodzi). Jest dokładnie odwrotnie, gatunek niższy rządzi wyższymi gatunkami. I to jest według toyaha „nic podejrzanego”. Nie wiem jak wy, ale jako dziecko, a także dziś, jako starszy już człowiek, bardzo lubiłem żywe, pastelowe kolory. Kiedy byłem dzieckiem, było mi w zasadzie obojętne co się za tymi kolorami kryje. Chciałem, żeby były. I tak samo jest z tą bajką. Ona uwodzi dzieci nie sytuacjami, które są boleśnie standardowe i powtarzalne, ale tymi kolorami. Aha, zapomniałem o tytule. Bajeczka nazywa się Bing, a główny bohater to królik. Kolory są istotne. Królik Bing jest czarny. Jego koleżanka słoniczka jest biała, a trzeci kumpel to miś panda o imieniu Panda. I nic tu więcej dodawać nie trzeba. Bajka ta, wbrew sugestiom i recenzjom, nie ma charakteru edukacyjnego, ani rozrywkowego. To jest tresura. Żadne ze zwierząt, tak przecież charakterystycznych, nie reprezentuje cech swojego gatunku. Te zwierzaki to po prostu dzieci, w dodatku dzieci, które nic nie rozumieją z otaczającego je świata. I te dzieci nie mają rodziców, a sugestia, że ich grupa ma coś wspólnego z rodziną, podsunięta jest, dla uspokojenia osób mniej łatwowiernych niż toyah, przez króliczę niemowlę imieniem Charlie. Tym całym zestawem opiekują się mrówki. Nie mają co prawda chałatów ani pejsów, ale wyglądają dziwnie. Toyah napisał wczoraj zdanie, które mnie całkowicie rozbroiło –

Tam – pomijając akurat fakt, że to faktycznie nie są pełne rodziny, a ojciec Binga, mrówka Flip, zamiast pracować  i zarabiać na życie, cały swój czas z pełnym oddaniem poświęca temu królikowi, i robi to tak, że żaden ojciec na całym świecie nie jest w stanie się z nim równać – wszystko odbywa się dokładnie wedle tych samych schematów, jakie ustaliliśmy sobie choćby tu my, czytelnicy tego bloga.

Tyle wystarczy, żeby Toyah odsunął od siebie, dręczące go wątpliwości, że może jednak ten cały Bing to masońska robota. Jakie to szczęście, że ja z nikim nie ustalałem żadnych standardów, ani dotyczących uprzejmości, ani dotyczących wychowania dzieci.

Spróbuję teraz zinterpretować tego Binga, a potem to, co mi z tego wyjdzie zastosować do sposobów interpretowania historii. I po raz kolejny spróbuję Wam sprzedać jakąś książkę. Nawet nie będę tego ukrywał za żadnym podstępem, albowiem w podstępach jestem wyjątkowo słaby.

Można oczywiście powiedzieć, że sposób interpretowania bajek, który tu zaprezentuje to głupstwo, bo przecież chodzi o to, żeby było wesoło i żeby dzieci się dobrze bawiły. Aha, jasne, wesoło i bawiły….Takie rzeczy mówią zwykle ludzie, którzy mają najwięcej do powiedzenia na temat manipulacji wychowawczych, a także ci, którzy sami je stosują.

Kwestia podstawowa – mrówki opiekują się niedojrzałymi emocjonalnie pluszakami. Te zaś poprzez niezwykły charakter tej relacji nie mogą się od mrówek niczego nauczyć, tak jak to się dzieje w obrębie jednego gatunku – poprzez naśladowanie. Mogą tylko słuchać tego mrówczego pieprzenia i brać na wiarę, to co mrówki gadają. No i biorą, a to się rzeczywiście pokrywa z rzeczywistością. Jak dmuchniemy na dmuchawiec to nasionka odlecą. I już. Taką wiedzę mogą przekazać pluszowym zwierzętom różnych ras mrówki-wychowawcy. I teraz przypomnijmy sobie ten odcinek Bolka i Lolka, kiedy oni wyobrażają sobie, że w stawie za domem jest ukryty skarb, bo nieznany im człowiek wtoczył do stawu beczkę i oni to widzieli przez lunetę. Rozpoczynają przygotowania do wyprawy, przebierają się w pirackie stroje, budują tratwę i wyruszają w poszukiwaniu niebezpiecznych przygód. Jednym słowem realizują marzenia. Na koniec okazuje się, rzecz jasna, że w beczce były kiszone ogórki, ale to nic. I tak było fajnie, bo ogórki są smaczne. Co robi Bing i jego przyjaciele różnych ras i gatunków? Biegają bez sensu, dzwonią do siebie przez smartfon i powtarzają to co im powiedziały mrówki. Nic innego się nie liczy. Nie ma w tym ani momentu naśladownictwa dorosłych, który uruchamia całe ciągi komediowych skojarzeń, które tak lubiliśmy w dzieciństwie, ani nie ma momentu samodzielnego uczenia się czegokolwiek. Jest tylko relacja z mrówkami. Te zaś mówią – to jest dmuchawiec Bing, a to są nasionka. No i Bing dzwoni do słoniczki i mówi – Flip pokazał mi dmuchawiec i nasionka! Tyle.

Ja tylko przypomnę, że większość gatunków mrówek to drapieżniki, w dodatku bardzo okrutne. Społeczność mrówcza jest silnie zhierarchizowana i mowy nie ma, żeby jakiś osobnik zrobił w mrowisku coś, do czego nie został przeznaczony. Są takie gatunki mrówek, które hodują na paszę dla larw nie tylko rośliny, ale inne gatunki owadów i bezwzględnie niszczą całe ich populacje. Oczywiście, można powiedzieć, że nie o to chodzi w bajce o Bingu. Scenarzysta coś tam sobie napisał, a że akurat lubił mrówki, to zamiast ojca i matki, starych nudziarzy, wstawił je do filmu. Chodzi o to, jak napisał toyah, żeby wychować dzieci na gentlemanów i gentleladies. I o nic więcej. No, ale przecież wszyscy wiemy, że to nieprawda. Wie to nawet toyah, który napisał wczorajszy tekst po to, by usłyszeć opinie, które go uspokoją i utwierdzą w przekonaniu, że chodzi tylko o to, by wychować uprzejmych ludzi, którzy z całym oddaniem opiekują się swoimi dziećmi. Z faktu, że Bing i inne zwierzaki nie są dziećmi mrówek żadnego wniosku toyah nie wyciągnął. No, ale takie jest okoliczności. Są mrówki i są dzieci przebrane za zwierzęta. I nie ma tu już doprawdy powodu, żeby wymieniać inne, kulturowe skojarzenia, jakie tkwią nam w głowach. Takie jak choćby dowcipy o mrówce i słoniu. A mamy przecież w bajce i mrówki i słonia. Nie będę pisał z czym mi się kojarzy czarny królik….a zresztą…królik w ogóle kojarzy mi się z rysunkiem Mleczki, gdzie widać to zwierzę, jak stoi przy ladzie w aptece i mówi – poproszę osiemset prezerwatyw. Czarny królik zaś tylko to skojarzenie pogłębia.

Ale co ja mówię, przecież chodzi tylko o to, by dzieci się dobrze bawiły i żeby wszyscy byli wobec siebie uprzejmi i grzeczni. Jeśli ktoś nie rozumie jeszcze o czym tu piszę, niech znajdzie sobie w sieci jakiś rysunek przedstawiający przekrój mrowiska. Potem zaś niech przypomni sobie, że za komuny propaganda była ściśle oddzielona od rozrywki, także tej przeznaczonej dla dzieci. Próby zaś połączenia obydwu obszarów nie nadawały się do konsumpcji. Tak jak festiwal w Kołobrzegu czy Zielonej Górze. Na koniec niech przywoła z pamięci, wszystkie filmy o obozach koncentracyjnych, które widział. Z tym najważniejszym – polsko-radzieckim – zatytułowanym „Zapamiętaj imię swoje” na czele. To jest fabuła opowiadająca o tym, że hitlerowcy oddzielają w KL Auschwitz matki od dzieci. I radziecka matka, woła przez druty do swojego małego synka, żeby zapamiętał swoje imię – Giena Worobiow. W ten sposób ma on ocalić swoją tożsamość, ma zapamiętać kim jest. To się oczywiście średnio udaje. Oboje przeżywają wojnę, ale dzieciak jest wychowywany przez samotną starszą Polkę, graną przez Ryszardę Hanin. Dorasta i zostaje kapitanem żeglugi wielkiej, który nie ocalił swojej tożsamości. Na koniec jednak spotyka swoją prawdziwą matkę i dowiaduje się kim jest naprawdę. Wszyscy płaczą, ale są szczęśliwi, bo najważniejsze, żeby dobrze wiedzieć kim się jest. Takie przesłanie niósł ze sobą ten, propagandowy przecież film. W nim też występowały mrówki, jedna miała na imię kapo. I ten mały bez przerwy wołał – Achtung! Kapo idzie!

Tyle, jeśli idzie o interpretację bajek. Teraz pora na interpretację historii, która ma z bajkami jeden moment wspólny – edukację. To znaczy propaganda jest ciśnięta pod pretekstem. I ten pretekst to zamiana przykrej i nieprzyjemnej edukacji, na edukację łatwą, rozrywkową i lekkostrawną. Wszyscy ulegamy temu mechanizmowi i nawet przez sekundę nie zastanowimy się jak zatrute treści za jego pomocą się przenoszone do naszych dusz i umysłów. Łatwość i wysoki stopień absorpcji treści przesłaniają nam wszystko inne. Tymczasem to pułapka. Spędziłem cały wczorajszy dzień, a pewnie spędzę też i całą majówkę, nad studiowaniem tekstów dotyczących historii XVIII wieku. Powiem tak – nie ma chyba momentu w polskiej historii tak pełnego dwuznaczności i nieporozumień. Tych zaś nie sposób wyjaśnić prosto, bez wielowarstwowych komentarzy. Nikt się za to nie zabiera, bo jest to trudne i póki co, niesie ze sobą mało satysfakcji. A jakby tego było nie dość, wątki które rozpoczynają się gdzieś w okolic wojny domowej lat 1704 -1706 ciągną się gdzieś hen, do połowy stulecia XIX. Ponieważ nie jesteśmy, póki co, pilnowani przez mrówki, a nasze zainteresowania kształtować się mogą jeszcze dowolnie i zależą od nas, nie zaś od inwazyjnego, drapieżnego gatunku owadów, ustępujących nam pod względem ewolucyjnym, musimy podjąć próbę zrozumienia tych kwestii. Dodam jeszcze, że owe zainteresowania oscylują raczej wokół tej zatopionej w stawie beczki z ogórkami, a nie wokół dmuchawców, bo etap dmuchawców mamy już za sobą.

Kluczem do popularyzacji wiedzy historycznej jest wyraz „postęp”. To się nie skończyło wraz z komuną, ale trwa nadal i my nie widzimy skąd to wyrasta. Niby coś podejrzewamy, ale nawet jeśli to nie rozumiemy metody, jaką piewcy postępu posługują się, żeby ów postęp się materializował. Nie kapujemy tez za bardzo na czym on ma polegać. Otóż definicja jest bardzo prosta – postęp to rządy mądrych i szczerze oddanych wychowaniu oraz edukacji mrówek.

Ja to poznałem wczoraj studiując podesłaną mi przez Szymona książkę, której tytuł brzmi „Modernizacja górnictwa i hutnictwa w Królestwie Polskim w I połowie XIX wieku. Rola specjalistów brytyjskich i niemieckich”. Można by to nazwać inaczej – Bajka o tym, jak mrówki nauczyły królika i słonia budować wielki piec. Nie ma mowy, żeby gdzieś tę książkę dostać, a są w niej same rewelacje. Mnie zaskoczył już wstęp. Gdzie napisane jest iż od początku XVII wieku biskupi krakowscy inwestowali grube pieniądze w rozwój przemysłu w okolicach Kielc, dzisiejszych Starachowic i Ostrowca. Sprowadzano specjalistów z Włoch najpierw, potem z Niemiec i robota szła aż furczało. Nie może być jednak tak, że jakiś biskup zamienia się w przedsiębiorcę i sprzedaje wyroby stalowe, budując za to potem kaplice, pałace i przytułki. A jakby tego było mało na terenie tym panoszą się jeszcze zgromadzenia zakonne, które same próbują nowych technologii wydobycia i przerobu rudy. Takie rzeczy są nie do pomyślenia, albowiem odbywają się nie dla „dobra spólnego”, ale dla widzimisię jakiegoś hierarchy, który do tego jeszcze zasiada w senacie i ma wpływ na decyzję panującego. Tak nie wygląda postęp. On jest wtedy kiedy mądre mrówki, mówią dzieciom, jak mają postępować, żeby wszyscy byli zadowoleni. No dobrze, już nie będę się znęcał nad tymi mrówkami.

Postęp realizowany jest w kilku etapach. Pierwszy obejmuje roszczenia władz cywilnych do dóbr kościelnych. To znaczy postępowy król, na przykład Stanisław August, mówi, że on też chce wydobywać rudę i ma do tego większe prawo. A jeśli go nie ma to się takie prawo uchwali, bo w ten sposób ojczyzna tylko zyska. I gdyby w tym momencie ktoś zaprotestował i zaczął wołać – gewałt, gewałt, nie zyska tylko straci, nie róbcie tego! – zostałby wyśmiany. Chodzi przecież o dobro wspólne, a wszyscy dookoła są przecież tak uprzedzająco grzeczni i dobrze wychowani. Tylko dureń nie rozumie, że mrówki chcą dobrze.

Kwestie takie jak brak technologii, myślenie życzeniowe, które temu przedsięwzięciu towarzyszy, brak magazynów i rynków zbytu, nie spędzają władzom cywilnym snu z powiek. Chodzi o to, żeby Kościół nie zarabiał. Kiedy już król jegomość wyłoży się na swoich przedsięwzięciach, przychodzą mrówki i mówią – widzisz Bing, gdybyś nas słuchał, wszystko byłoby dobrze. – Ale słuchałem przecież – tłumaczy się Bing. – Nieuważnie – mówią mrówki – popatrz, sprzedaliśmy twojemu kumplowi, słoniowi Fryderykowi II, dobre fryszarki na kredyt, 70 procent w skali roku i robota u niego idzie aż furczy. Na co Bing – ale biskup miał dobre fryszarki, co od nich chcecie? A mrówka – no, jak to dobre, jak nie nasze, a poza tym dawno się popsuły. Teraz musisz wziąć od nas te właściwe. No i Bing próbuje, ale okazuje się, że cały interes się zwija i w ogóle rozpoczyna się zupełnie nowy serial. Tylko te huty zostają, no i mnisi, a także diecezja, od której coś tam jeszcze zależy. Tak być nie może, bo nie ma postępu i wszyscy myślą o ogórkach w beczce, zamiast o nasionkach dmuchawca. Trzeba postęp wdrażać nadal. Żeby to zmienić, należy wprowadzić dekret kasacyjny a jak ktoś będzie protestował, to zje nieświeżą babeczkę z kolorową wisienką na czubku i trzeba go będzie zakopać – bing, bing…drogie dzieci.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/dekret-kasacyjny-roku-1819/

kwiecień 292020
 

Na początek ogłoszenie. Proszę Państwa, jeśli ktoś zamawia książki, niech postara się zapłacić za nie w rozsądnym terminie. System bowiem eliminuje z puli dostępnych egzemplarze opłacone, a nie zamówione. Jeśli więc ktoś zamówił coś i czeka z opłatą, sam będzie sobie winien, jeśli później ktoś inny zamówi i zapłaci szybciej. Książki pojadą najpierw do tych, którzy za nie zapłacili, a nie do tych, którzy wcześniej złożyli zamówienie. Nie jesteśmy w przedszkolu i nie zamawiamy lepszych kanapek poślinionym palcem odkładając konsumpcję na później.

Chcę też podkreślić, że pomimo nikłego zainteresowania promowaną ofertą, będę ją promował nadal. Dostrzegam bowiem w tym sens głębszy niż tylko doraźne poprawienie wyników sprzedaży. Nie będę się ekscytował koronawirusem, przeniewierstwami rządu i poprawą losu maluczkich, która ma nastąpić zaraz po tym, jak PIS trafi szlag. Będę nadal promował swoje książki. Tekst dzisiejszy, choć jeszcze nie napisany, cieszy mnie samego już teraz. Wszystko wyjaśnię po kolei. Najpierw jednak pewna refleksja. Propozycje głębszego zanalizowania różnych zagadnień skazane są na klęskę z jednego prostego powodu – nie dysponujemy narzędziami, które mogłyby konkurować z dostępnymi na rynku narracjami. Jeśli idzie o źródła historyczne, to albo nie ma do nich dostępu, albo są niezrozumiałe, jeśli idzie zaś o popularyzację, ta jest ściśnięta w kilku młóconych bez przerwy kawałkach i mowy nie ma, by cokolwiek spoza tej sieczki mogło spotkać się z zainteresowaniem odbiorcy. Pilnują tego, jak na dobrze zorganizowanym przez SB mitingu robotniczym, gawędziarze ekstremalni. Przesuwają oni, zwracając powszechną uwagę swoim oratorskim talentem, potencjometr emocji z losu biedaków na los Kościoła i na odwrót. Wobec takiej ustawki nic się więcej nie liczy i nic się przez taką stalową sieć nie przebije. Nie ma chyba zresztą potrzeby, by się przebijało. Ludzie tego po prostu nie chcą. Interesuje ich tylko nieustająca zgaduj zgadula – kto jest kim tu i teraz i dlaczego nie zrobił tego, co obiecał. Pisałem już o tym, ale jeszcze powtórzę – monopol na atrakcyjną propagandę przywłaszczyli sobie Brytyjczycy i Amerykanie, po pierwsze dlatego, że ich język dominuje, po drugie dlatego, że akademia i jej misja nie kolidują u nich z rynkiem treści popularnych i propagandowych. Te zaś nie mają charakteru nienaruszalnych świętości, jak to się dzieje u nas z pisarką Tokarczuk, na przykład.

Tak się jednak składa, że nie można porzucić całkowicie treści spoza obszaru doraźnej propagandy. Trzeba je w coś zmienić. Są dwie drogi – zamiana śmieci w relikwie i relikwii lub potencjalnych relikwii w śmieci. Stosuje się to wymiennie. Przy czym słowa relikwie i śmieci należy rozumieć metaforycznie, jako rzeczy bardzo atrakcyjne i całkowicie atrakcyjności pozbawione lub takie, których atrakcyjność jest sztucznie zawyżana.

I oto dwa przykłady. Taki oto link wczoraj dostałem. Najbardziej niezależna platforma informacyjna w Polsce podaje takiego newsa

https://niezalezna.pl/326070-bibliofilski-skarb-odkryty-okolicznosci-odnalezienia-ecclesiastes-owiane-tajemnica

Zwracam uwagę na dwie kwestie – odkrycia dokonał prezes fundacji Blochów, a moment kiedy książka znalazła się w jego rękach owiany jest tajemnicą. Trochę to dziwne, bo pan Bloch zaraz ową tajemnicę zdradza, a niezależna ujmuje to w takie oto słowa:

Okoliczności jej odnalezienia owiane są tajemnicą. Bloch nie chce wyjawiać źródła pochodzenia książki, bo jest w trakcie negocjacji o inne cymelia polskie. Natrafił na to wydanie na aukcji internetowej, mieszkance Wiednia zapłacił stosunkowo niewielką sumę, a sam zabytek otrzymał przesyłką kurierską z Węgier

Nie wiem dlaczego ostatnie zdanie jest wytłuszczone. Po to chyba, żeby to kłamstwo uwiarygodnić. Według mnie było tak. Pan Bloch poszedł do klimatyzowanej piwnicy, w której jego dziadek i pradziadek gromadzili starodruki kupowane od Fabiana Himmelblaua w Krakowie, na początku XX wieku. Pomyślał chwilę, wziął do ręki jeden wolumin, otworzył go na chybił trafił, ale patrząc na średniowieczne, XII wieczne miniatury, pomyślał, że szkoda tak cennego manuskryptu dla uwiarygodnienia rządu w Polsce i odwrócenia uwagi ludzi uważających się za inteligencję, od bieżączki. Sięgnął po inną książkę i był to właśnie druk Wietora. Upewnił się jeszcze ile podobnych egzemplarzy znajduje się w innych kolekcjach, stwierdził, że całkiem sporo i poszedł na górę, ogłosić swój sukces.

Ja oczywiście zmyślam, wcale tak nie było, to jest po prostu fantazja, którą spreparowałem zainspirowany opowiadaniem Karola Estreichera pod tytułem „Miedziana miednica” znajdującym się w tomie „Nie od razu Kraków zbudowano”. Nie zmienia to faktu, że pan Bloch zapowiada iż wkrótce odnajdzie jeszcze więcej polski cymeliów, a okoliczności te z całą pewnością spotkają się z dużym zainteresowaniem publiczności, szczególnie tej bardziej kulturalnej.

Ja nie chcę tu zaniżać wartości druku Wietora, ani polemizować z tezą zawartą w tym materiale – czy to jest rzeczywiście druk z którego dokonano pierwszego tłumaczenia na język polski, ani też czy jest to dzieło króla Salomona. Przypuszczam, że nie (to taki żart). Myślę jednak, że takich druków było sporo i pewnie sprawy mają się tak, jak napisałem – w innych kolekcjach jest tego dużo i nikt by nie robił sensacji ze znaleziska, gdyby nie owo „najprawdopodobniej z dzieła króla Salomona dokonano pierwszego tłumaczenia na język polski”.

Skoro już załatwiliśmy kwestię przerabiania śmieci na relikwię zajmijmy się czynnością odwrotną.

Wraz z naszym komiksem Sacco di Roma, Tomek rysował dla IPN fantastyczną zupełnie grę, zatytułowaną „Polskie państwo podziemne”. I teraz tak, macie tu linki:

To jest flaszka za 24 zyle

https://hurtum.pl/produkt/147549/soplica-szlachetna-wodka-700-ml/

A to jest gra, nad którą Tomasz spędził prawie rok, dystrybuowana przez Empik

https://www.empik.com/ipn-gra-edukacyjna-polskie-panstwo-podziemne-ipn,p1239788226,zabawki-p

Bystry obserwator z aspiracjami dostrzeże od razu, że gra ta kosztuje tyle samo niemal co Soplica, ale wymaga więcej zachodu. Trzeba ją rozpakować, przeczytać instrukcję, zrozumieć zasady i rozegrać kilka partii próbnych, żeby się wciągnąć. Z flaszką sprawa ma się inaczej, dużo łatwiej: kupujemy, pukamy łokciem w dno, odkręcamy z chrzęstem zakrętkę i polewamy. Potem siup i jesteśmy po pierwszej partii. Zaczynamy kolejną, a wszystko idzie nam jak z płatka i nikt nie marudzi, że czegoś nie rozumie. Sprawy są tak jasne i klarowne jak płyn w butelce. Po konsumpcji człowiek zaś jest tak podniesiony na duchu, że może zasiąść do czytania tego, co tam posłowie Konfederacji wypisują na twitterze.

Z grą się tak nie da. I to jest kłopot. Dlatego właśnie IPN postanowił ten produkt uczynić atrakcyjnym dla mas, poprzez obniżenie ceny. Czy to sprawi, że ludzie zaczną go kupować? Rzecz jasna nie, bo będą mieli do wyboru flaszkę albo grę i flaszka na pewno wygra. Co innego, gdyby ta gra kosztowała 150 zł., na tyle bowiem wygląda. Produkt jest wypasiony i ciężki, nie tylko jak się go zważy w ręce, ale także jest ciężki od znaczeń. A jakby tego było mało ma on właściwości nobilitujące, znacznie przewyższające te same właściwości, które rządowa propaganda ulokowała w druku Wietora. Jak ktoś wybierze grę zamiast flaszki, sam się przekona.

Teraz trzeba postawić pytanie następujące: czy wypowiadający się pod tym linkiem posłowie Konfederacji rozumieją coś z promocji tego druku i z promocji tej gry?

https://twitter.com/GrzegorzBraun_/status/1255177964955762689?s=20

Nic nie rozumieją, a powiem jeszcze więcej – gówno ich to obchodzi. Oni chcą ze swoimi komunikatami trafić wprost do serca wyborcy. My zaś wiemy od dawna, że do serca najlepiej trafia się przez żołądek. Tam z kolei nie sposób wepchnąć ani gry, ani starodruku. Jedynym produktem, z którym na sztuka się powiedzie jest flaszka. No, ale wtedy całość zagadnienia ma ten sam charakter co próba uwiedzenia pijanej kobiety.

Mamy więc następujący rozkład znaczeń. Obszar pierwszy – polityka kulturalna agencji rządowych zawarta w degradacji współczesnych twórców podnoszących znaczenie historii i nobilitowaniu XVI wiecznych drukarzy pracujących na nie wiadomo czyje zlecenie i powielających treści propagandowe.

Obszar drugi – działania opozycji, degradujące wyborcę do funkcji konsumenta wódki, po 24 zł za pół litra, nie rozcieńczanej niczym. Bo jak ktoś rozcieńczy to jest najbardziej oczywistym zdrajcą sprawy.

Zastanawiacie się teraz jak ja to wszystko połączę z wydawnictwami Kliniki Języka? Jak zwykle, z wdziękiem prestidigitatora. Od dłuższego czasu, całkiem serio i bez krzywych uśmiechów, próbuję tu i nie tylko tu, przybliżyć sobie i innym kwestie polityki, pierwszej połowy XVIII wieku. Pierwszą próbą było wydanie numeru szwedzkiego nawigatora, którego już nikt nie pamięta. Potem były dwa podejścia, czyli numer szkocki i holenderski, a potem wydana z wielkim zachodem, bo Wacek jeździł negocjować z autorem, książka „Między Altransztadem a Połtawą”, którą napisał biskup Jan Kopiec. Myślę, że wszystko czym zajmowaliśmy się wcześniej było proste, klarowne i jasne, a naświetlenie pozostających w cieniu kwestii nie wiązało się z żadnym specjalnym trudem. Tu jest inaczej, albowiem pierwsza połowa XVIII wieku i końcówka wieku poprzedniego, to czarna dziura w historii. Interpretacje wypadków zaś, podsuwane publiczności, nie dają jej żadnej satysfakcji i frajdy. Od dawna namawiano mnie, bym zajął się historią rodziny Sobieskich, ale jakoś mi się nie chciało. Jest tylu specjalistów w tej dziedzinie, a co za tym idzie tyle fałszywych tropów, że historia tej rodziny wygląda jak pokryte śniegiem podwórko, podeptane przez psy. Nie sposób odnaleźć właściwego tropu. Entuzjazm zaś z jakim podchodzą badacze i popularyzatorzy do postaci króla Jana jest po prostu paraliżujący. Jest gorszy niż flaszka za 24 zyle konkurująca z grą wydaną przez IPN. Wczoraj, z niejakim zdziwieniem, odnotowałem, wybaczcie, ale wcześniej mnie te kwestie wcale nie zajmowały, że w roku 1686 król Jan wyprawił się na Budziak. Towarzyszyła mu, jak chcą niektórzy badacze, największa armia, jaką Rzeczpospolita kiedykolwiek zgromadziła. I to jest niezwykłe. Król chciał zająć deltę Dunaju, dostał na to kredyt i był zabezpieczony traktatami. W tym samym roku armia cesarska zdobyła Budę, wyrzynając turecką załogę i wszystkich mieszkających w mieście żydów. Węgry stały się domeną Habsburgów. Trzy lata wcześniej król Jan pokonał wraz z koalicjantami Turków pod Wiedniem, o czym dziś Austriacy chcą jak najszybciej zapomnieć. Dlaczego w roku 1686 się wycofał? Przy tak dobrej koniunkturze? Dlaczego nie zdecydował się uczestniczyć w podziale imperium osmańskiego? Można to oczywiście zwalić na dyplomację francuską, ale myślę, że sprawa jest głębsza. Dwadzieścia lat po tych wypadkach, dochodzi o pokoju zawartego w wiosce Altransztad. Pokoju, który jest ostateczną demaskacją bezsiły Rzeczpospolitej. Oto francuska kreatura – król Szwecji Karol XII, za pomocą akcji bezpośredniej doprowadza do kryzysu niesłychanego. Detronizuje Augusta II, wprowadza na tron swoją z kolei kreaturę, czyli Stanisława Leszczyńskiego, który pełni wprost funkcję jakiegoś tytularnego wiceprezesa korporacji sprzedającej tampony dopochwowe. Domaga się wydania Jana Reinholda Patkula, przywódcy inflanckich buntowników, którego August II, tępe popychadło, bez gadania mu oddaje i rozpoczyna rządy nad całą wschodnią Europą. Patkul zostaje połamany kołem i poćwiartowany, co ma wszelkie cechy pokazówki dla przeciwników politycznych i mocno studzi zapały polskiej wobec Szwedów opozycji. Król Karol rządzi Polską za pomocą konfederacji warszawskiej, a jego przeciwnik Piotr I, próbuje czynić to samo za pomocą konfederacji Sandomierskiej. Rozpoczyna się dziki zupełnie kontredans, z którego do dziś mało kto cokolwiek rozumie. Rzeczpospolita wychodząc z tego ambarasu wygląda jak przygotowany do usmażenia kawałek schabu. Jest rozbita, zmiękczona i przyprawiona. Pozostaje ją tylko podzielić, co też następuje w kilku etapach. Są to jedna sprawy późniejsze.

Dlaczego Stanisław Leszczyński został królem Polski lub jak chcą niektórzy – antykrólem? Królem miał zostać Jakub Sobieski, syn Jana III. Został jednak uwięziony przez Sasów. I to jest ciekawe. Karol XII, który zaakceptował kandydaturę Jakuba podobnie jak Prusacy, w czasie negocjowania pokoju w Altransztadzie nie domaga się uwolnienia królewicza i nie chce już wcale by był on kandydatem do korony. Domaga się wydania Patkula jedynie. Jak gdyby nigdy nic zastępuje Sobieskiego Leszczyńskim, całkowicie bezwolną kukłą. Ten zaś przyjmuje koronę „w zastępstwie”, ale nigdy się jej później nie zrzeka. Dlaczego człowiek tak wyrazisty jak Jakub, syn zwycięzcy spod Wiednia i organizatora wyprawy na Budziak został zlekceważony? Pewnie wszystko już w tej kwestii zostało wyjaśnione, ale mam wrażenie, że są to wyjaśnienia nie do końca szczere. Choćby przez to, że pomija się w nich rolę dyplomacji papieskiej. Ja zaś, będę dziś promował książkę, która o tym właśnie traktuje, książkę, co do której mam pewność, że nie zostanie wydana „po taniości”, przez Napoleona V.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

kwiecień 242020
 

 

Trudno powiedzieć dlaczego stało się tak iż mowy sejmowe kasztelana Jacka Jezierskiego, znalazły się akurat w klasztorze w Zasławiu, trudno też zgadywać, dlaczego akurat je ksiądz Tokarzewski umieścił w napisanym przez siebie zbiorze wspomnień z zesłania w tym właśnie miejscu. Może stało się tak, bo akurat były w najlepszym stanie, może dlatego, że dotyczyły momentu szczególnego – czasów przed drugim rozbiorem, a może z jakiegoś innego powodu. Jedno można stwierdzić z całą pewnością – kasztelan Jacek Jezierski był postacią skrajnie różną od księdza Mariana Tokarzewskiego. Możemy tak powiedzieć, albowiem istnieje biografia kasztelana Łukowskiego napisana przez Krystynę Zienkowską i wydana w latach sześćdziesiątych. Książka to bardzo nieporządna po względem edytorskim, ale zawarte w niej treści, szczególnie jeśli je porównać z treściami niektórych publikacji wydawnictwa Klinika Języka, mogą człowieka zadziwić. Oto kasztelan łukowski nazwany jest tam wprost złodziejem, a jego błyskotliwa kariera menedżerska, choć opisana z charakterystycznym dla niczego nie rozumiejących badaczy zaśpiewem, jest dla nas bardzo czytelna i przypomina kariery wielu współczesnych mistrzów biznesu. Schemat jest taki – pierwszy milion trzeba ukraść, zainwestować go w spekulacje gruntem, potem zbudować burdel, następnie przejść do poważnego biznesu, czyli do zbrojeniówki i domagać się od państwa gwarancji oraz regulowania sprzedaży. No i poklasku od tłumów braci szlachty, która widzi, że człowiek ma łeb nie od parady, stara się, wymyśla fabryki i chce dobrze. Tylko ci durnie nie rozumiejący zdrowych zasad wolnego rynku mu przeszkadzają. Czytam o tym Jezierskim i zaczynam się domyślać, dlaczego Palikot dostał Polmos, a nie Mesko, na przykład. Otóż dlatego, że towarzysze z informacji wojskowej musieli obowiązkowo czytać biografię kasztelana łukowskiego, kiedy jeszcze byli w służbie i chcieli uniknąć błędów.  I to im się udało. Nie udało się niestety Komisji Przychodów i Skarbu, do której Jezierski pisał różne petycje i memoriały, raz się przymilając, raz grożąc, a raz prorokując. Do prorokowania miał wręcz wyjątkowy dar, a ja podejrzewam iż było to związane z jego widoczną bardzo fascynacją nowoczesnością. Do najważniejszych elementów XVIII wiecznej nowoczesności należał nowoczesny, oświecony absolutyzm, który dawał rodzimym biznesmenom, pruskim i rosyjskim, gwarancje amortyzacyjne i sprzedażowe. Cóż to znaczy? No tyle, że biznesmeni ci, byli jedynie obsługą machiny wojennej, która służyła państwu. Ponosili rzecz jasna odpowiedzialność za jakość produkcji, ale tego się Jezierski akurat nie bał. Nie był bowiem prostym złodziejem-durniem, ale człowiekiem, który myślał długofalowo. Nie działał według zasady – bierz forsę i w nogi. On chciał aktywnie kształtować krajobraz gospodarczy i polityczny Polski. Czynił to najintensywniej na cztery lata przed rozbiorem i ostatecznym upadkiem. Ktoś powie, że nie mógł przecież przewidzieć co się stanie. Aha, nie mógł… Pozostawmy na razie kasztelana łukowskiego i przenieśmy się w czasy, w teorii przynajmniej, szczęśliwsze, czyli do zarania naszej nowoczesnej niepodległości.

Tam mieliśmy państwo w upadku, tu państwo które się odradzało. I jeden i drugi moment zaznaczony jest aferami w zbrojeniówce, które to afery nie chcą być uporczywie zrozumiane przez historyków i różnych publicystów. Uważają oni, że to takie zabałaganione czasy, w których wiele spraw się dopiero docierało. Że też Czyngis Chan nie stosował nigdy takich wymówek, a żył w czasach o wiele bardziej zabałaganionych. W III tomie Baśni socjalistycznej postawiłem hipotezę następującą – odrodzone państwo polskie zostało skazane na zagładę i obarczone kosztami nowego konfliktu, a także odpowiedzialnością za ten konflikt już u samego zarania swojej reaktywacji. Poznajemy to po aferze Nitratu i Frankopolu, która nie była żadną przypadkową aranżacją zrobioną przez zawodowych złodziei, ale celowym działaniem sojuszników z Francji i miejscowych złodziejo-idiotów zwanych dla niepoznaki gorącymi patriotami. Jej celem było opóźnienie modernizacji armii, która już na starcie traciła 10 lat dynamicznego rozwoju w stosunku do Niemiec i Sowietów. Afera ta polegała na tym, że państwo zostało obarczone odpowiedzialnością za produkcje i na tę produkcję łożyło. Z budżetu płacono także za budowę infrastruktury. W rzeczywistości zaś produkcja nie istniała. Nie było jej po prostu. Ktoś oczywiście może powiedzieć, że ludzie stojący za decyzjami dotyczącymi przemysłu wojennego po odzyskaniu niepodległości, nie mogli przewidzieć kolejnej wojny. No, ale to jest przecież idiotyzm. Jeśli kończy się wojna, to natychmiast trzeba się szykować do kolejnej, szczególnie jeśli widać, że państwo nie ma żadnych gwarancji i nikt mu nie chce udzielić kredytu na normalnych warunkach. Generałowie nie istnieją po to, by reprezentować zagraniczne firmy w kraju, ale po to, by nadstawiać głowy, które w dodatku zawierać powinny jakieś myśli. Uważam, że to co się wydarzyło w polskim przemyśle zbrojeniowym w latach 1919-1922 i później było działaniem celowym i zaplanowanym. Utwierdza mnie w tym postawa Juliusza Leskiego, jednego z głównych odpowiedzialnych oraz postawa jego syna, który z taką swadą opowiadał o swoim zatrudnieniu w holenderskich stoczniach przed rokiem 1939. Syn Juliusza, Kazimierz, nadzorował tam budowę brytyjskich okrętów podwodnych, które budowane były za pieniądze polskiego podatnika i nazwane zostały, dla żartu chyba, polskimi nazwami – Orzeł, Sęp i jeszcze jakoś, ale nie pamiętam jak. Trudno mi uwierzyć w to, że syn Juliusza, wykształcony i dobrze zorientowany inżynier, nie rozumiał co się dzieje i o co chodzi. Trudno wobec tego zrozumieć także, że Juliusz Leski nie działał celowo i nie rozumiał na czym polega dewastacja zbrojeniówki. Powróćmy do schematu, jest on bardzo prosty – państwo na dorobku, pozbawione rodzimych elit i doktryny, istniejące nie wiadomo dlaczego i niepewne swojego istnienia należy osłabiać.

Wróćmy teraz do kasztelana Jezierskiego. Miał on wyraźną fiksację na punkcie pruskiej organizacji przemysłu, szczególnie zbrojeniowego. Pod koniec lat osiemdziesiątych zaś, zorganizował w Sobieniach (piękny XVIII wieczny kościół, polecam) fabrykę kos. Oczywiście nie miał zielonego pojęcia, że za sześć lat Kościuszko wyprowadzi w pole chłopów uzbrojonych w osadzone na sztorc kosy. Czy aby na pewno? Żeby to stwierdzić z całym przekonaniem, należałoby przejrzeć XVIII wieczne podręczniki taktyki. Przypomnę tylko, że podręcznik taki napisał Jan hrabia Potocki, ten od rękopisu i Saragossy. Był to podręcznik walki partyzanckiej. Ciekawa sprawa, która nie łączy się w niczyjej głowie z fabryką kos w Sobieniach. Te Sobienie są ciekawym miejscem, bo dzielą się na Sobienie Biskupie, Sobienie Jeziory i Sobienie Kiełczewskie. Zakładam, że kasztelan Jezierski działał w dobrach odebranych Kościołowi, albowiem manewr ten próbował powtórzyć kilkakrotnie. Komisja Skarbu przejmowała ziemię kościelną, w związku z konieczną reformą państwa. Przy tych czynnościach pojawiał się natychmiast kasztelan Jacek i domagał się tego wszystkiego, co Leski z kolegami, kiedy budowali Frankopol i oszukiwali, że będą tam produkować samoloty – gwarancji na kredyt, ponoszenia kosztów amortyzacji budynków, gwarantowanej sprzedaży produktów stalowych, w tym znakomitej jakości szabel i pałaszy. Jezierski dodatkowo domagał się dla siebie, swojego syna i wnuka, bo we trzech założyli spółkę, dobierając sobie do kompani jeszcze jednego ancymona, dzierżawy pokościelnych terenów na lat pięćdziesiąt. Dziś, jak ktoś podpisuje kontrakt dziesięcioletni, to płacze ze szczęścia i gotów je całować buty temu, kto zgodził się odbierać od niego produkcję. Jacek Jezierski zaś domagał się w sejmie, by Komisja Przychodów i Skarbu dała mu 50 lat gwarancji. A wszystko na 4 lata przez drugim rozbiorem i katastrofą ostateczną. Szczególnie zajadle walczył Jezierski o huty w Suchedniowie i Samsonowie, należące wcześniej do kapituły krakowskiej. Czy on nie mógł, bo przecież był wielkim bystrzakiem, przewidzieć tych rozbiorów? Wszak jeden się już zdarzył! Oczywiście, że mógł. On je – w mojej ocenie – nawet przewidział, dlatego właśnie domagał się tych pięćdziesięcioletnich umów dzierżawnych. Był bowiem reprezentantem interesów Berlina, a potem także i Petersburga i wiedział, że państwa rozbiorowe, szczególnie Prusy, podejmą zobowiązania rządu polskiego. On zaś – Jacek Jezierski, kasztelan łukowski – będzie tym człowiekiem, który skorzysta na tym najbardziej. Może nie przewidział dokładnego rozrysowania granic, bo jego posiadłości i fabryki znalazły się w całości w granicach Austrii, z wyjątkiem warzelni soli pod Łęczycą, ale nigdzie nie jest powiedziane, że oświeceni władcy absolutni muszą się liczyć z energicznymi agentami robiącymi biznes w bankrutujących krajach.

Dodam jeszcze, że przed rozbiorem cała niemal produkcja wyrobów stalowych była do Polski sprowadzana z Austrii właśnie. Jezierski mógł więc występować w imieniu króla Prus, o ograniczenie tego eksportu. Oczywiście nie jawnie. W sejmie i w swoich pismach, był zawsze energicznym, samorodnym talentem menedżerskim, który pragnie szczęścia i prosperity dla reformowanego kraju.

Zasada stosowana dla upadających monarchii jest taka – należy intensyfikować produkcję zbrojeniową i przemysł ciężki. Po to choćby, żeby nie trzeba było w czasie tej likwidacji wozić pałaszy i szabel z Berlina czy Wrocławia. Czynić to należy dokładnie w tym samym celu w jakim dewastować się będzie później przemysł zbrojeniowy państwa odrodzonego – żeby obciążyć budżet maksymalnie dużymi wydatkami, a także zmusić urzędników do podpisania maksymalnie niekorzystnych umów.

To nie koniec. Jeśli teraz przypomnimy sobie politykę rządu Królestwa Polskiego, leżącego w granicach Rosji, politykę prowadzoną przez Stanisława Kostkę Potockiego i Stanisława Staszica, opisaną dokładnie w książce księdza Franciszka Borowskiego zatytułowanej „Dekret kasacyjny roku 1819”, to coś nam w tych naszych biednych głowinach zaświta, prawda? Oto po utracie ziem i hut kapituły krakowskiej obeschły już wszystkie łzy. Rząd jednak tego kadłubowego tworu, jakim było Królestwo Polskie reformuje się nadal w duchu nowoczesnego absolutyzmu. Co to znaczy? No buduje przemysł. Od czego trzeba zacząć karierę w takim przemyśle? To już powiedziałem – złodziejstwo, spekulacja na gruntach, burdel i cała reszta, czyli kariera polityczna. I zwróćcie teraz uwagę, jak podobna jest kariera kasztelana łukowskiego i księdza Stanisława Staszica. Prawda? O tym ostatnim można sobie poczytać w donosach policyjnych, że chadzał na dziwki, na ulicę Chmielną, z przyklejoną, sztuczną brodą, żeby go nikt nie poznał.

No dobrze, zawoła ktoś, ale na czym spekulować, skoro nie było już hut w dobrach kapituły krakowskiej? Ksiądz Franciszek Borowski pisze o tym dokładnie – na hutach należących do cystersów. Mamy więc ten sam schemat – przejęcie majątku kościelnego, w ramach unowocześnienia i reformy, obarczenie państwa wszelkimi możliwymi kosztami i produkcja całkiem nieopłacalnych przedmiotów. Motywem  takich działań ma być ponoć chęć zarobienia naprawdę dużych pieniędzy. To nie może być prawda, bo Staszic był znanym skąpcem, a Kostka-Potocki pieniądze miał. Pomyślmy chwilę, mamy rok 1819, skończyły się wojny napoleońskie, ale szykują się jakieś inne. Huty, stalownie, to wszystko będzie potrzebne dla jakiejś armii. Kasztelan Jezierski myślał o wzmocnieniu armii pruskiej. Juliusz Leski o osłabieniu armii polskiej i wzmocnieniu budżetu Francji, która sprzedawała Polsce przestarzałe technologie. O czym mogli myśleć Staszic i Potocki? Ja tylko przypomnę, że polityki nie robi się z dnia na dzień. Modernizacja zaś armii Królestwa Kongresowego to był plan na lata, podobnie jak plan jej zdewastowania i unieważnienia. Tak sądzę, choć mogę się mylić. Wspaniałą zaś nowelę o Stanisławie Staszicu napisał nie kto inny jak Karol Dickens. Ktoś może powiedzieć, że od roku 1819 do 1830 jest sporo czasu. No tak, ale od roku 1922 i afery Frankopolu do roku 1939 też było sporo czasu. Nie chcecie mi chyba wmówić, że nikt wtedy nie myślał o wojnie, która miała się toczyć w Europie Środkowej. Przecież Niemcy budowały ośrodki szkoleniowe i produkcyjne dla lotnictwa w Sowietach już od początku lat dwudziestych. Robili to dla żartu?

Oto lektura uzupełniająca do powyższego wykładu

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/z-kronik-klasztoru-i-kosciola-o-o-bernardynow-w-zaslawiu/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-iii/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/dekret-kasacyjny-roku-1819/