Krótka historia „Pitavala prowincjonalnego”

26 sierpnia 2010

Pomysł na napisanie tej książki zrodził się z zadziwienia niezwykłością otaczającego mnie świata. Nie, nie przebywałem na Maledywach ani na Wielkiej rafie Koralowej kiedy pisałem „Pitaval prowincjonalny”, mieszkałem sobie w małym miasteczku pod Warszawą, gdzie mieściły się siedziby kilku lokalnych gazet. Pracowałem we wszystkich. Byłem tam człowiekiem od brudnej roboty, trzeba wam bowiem wiedzieć, że gazety lokalne w Polsce rzadko wychodzą poza schemat – przecinanie wstęgi, otwieranie przedszkola, trzy trupy w wypadku drogowym. Taki jest standard i nikt o zdrowych zmysłach go nie złamie. Nie chodzi bowiem w prasie lokalnej o to co zwykło określać się mianem – „odkrywanie prawd bolesnych”. Chodzi tam o to samo, o co zabiegają także wielkie wydawnictwa prasowe – o sprzedaż powierzchni reklamowej.

„Brudna robota” polegała w moim przypadku na tym, że pewnego dnia odwiedziłem sąsiadkę, która – cóż za szczęście – pracowała w rejonowej prokuraturze. Ona właśnie skierowała mnie do jednego z zatrudnionych tam prokuratorów, a ten z kolei przyczynił się do tego, że stałem się gwiazdą powiatowego dziennikarstwa. Nikt bowiem przede mną nie wpadł na prosty pomysł, by po informacje o przestępcach i ich brudnych czynach zwrócić się do źródła, które to źródło biło właśnie w prokuraturze rejonowej. I tak, przez blisko dwa lata, odwiedzałem prokuratora Grześka i gawędziliśmy sobie o tym i o owym, o zbrodniarzach pospolitych i tych całkiem zwyrodniałych. O ludzkiej nędzy i motywach, które kierują przestępcami. Były to bardzo inspirujące dwa lata i ze znajomości z prokuratorem Grześkiem wykroję kiedyś jeszcze jedną książkę.

Jest więc „Pitaval prowincjonalny” zbiorem gawęd makabryczno-satyrycznych, albowiem tak to już jest w naszych realiach, że jak bandyta chce napaść na bank, to zdarza mu się zapomnieć pistoletu albo założyć na głowę pończochę tak prześwitującą, że wszyscy pracownicy banku zaczynają wołać – O!, O! to Wiesiek przyszedł.
Prócz historii kryminalnych jest w „Pitavalu” kilka opowiadań dotyczących specyfiki lokalnych gazet. Szczególnie zaś ich właścicieli, którzy dysponując gazetą próbują sięgnąć władzy lokalnej go gardła. Jest to o tyleż komiczne co dramatyczne, władza lokalna bowiem nie różni się prawie niczym od władzy centralnej i jeszcze żaden właściciel wydawnictwa nie zrobił takiej władzy nic złego. Jedynym efektem zakładania wydawnictwa prasowego przez ambitnych biznesmenów z prowincji było zawsze całkowite pozbycie się złudzeń co do tego jakie sprężyny poruszają mechanizm o nazwie Polska.

Jest w „Pitavalu” kilka opowiadań o ludziach, którzy zawód dziennikarza próbowali taktować jak misję lub posłannictwo. Nie dostrzegałem nigdy w takiej postawie nic szlachetnego i opisywanie ideowców, którzy przegrywają z brutalnymi realiami to nie jest moja pasja. Zawsze widziałem w takich konfliktach moment komiczny, który starałem się – na ile mogłem – przestawić w tych opowiadaniach.

„Pitaval prowincjonalny” to także kilka refleksji na temat działania tak zwanych organów sprawiedliwości. Nie są to jakieś druzgocące odsłony, raczej wesołe spostrzeżenia człowieka świadomego bezradności władz wobec zwyczajnego złodzieja rowerów.
Wszystkie opowiadania pochodzą z lat 2003 – 2005. Wtedy opisywane w „Pitavalu” fakty rozegrały się przed moimi zdumionymi oczami. Opisywałem je zaś na blogu przez cały rok począwszy od 2 sierpnia 2009.

Zainteresowani zakupem książki “Pitaval prowincjonalny” mogą korzystać z konta:

Klinika Języka Gabriel Maciejewski
68 1140 2004 0000 3202 5670 5661 – dla Polski

BREXPLPWMBK PL68 1140 2004 0000 3202 5670 5661
BRE BANK S.A INTERNET BANKING
Al. Piłsudskiego 3
90-368 Łódź. – dla zagranicy

„Pitaval prowincjonalny” ukazuje się w formacie 148×210 mm. Liczy sobie 176 stron. Oprawa klejona w grzbiet. Cena książki to 32 złote plus koszta wysyłki równe 8 zł za jeden egzemplarz. Koszt wysyłki dwóch i trzech książek to 11 zł. A koszt wysyłki tych książek za granicę to 15.30 zł.

Należy oczywiście podać nazwisko i adres, pod który mam wysłać książkę, a także ilość zamawianych egzemplarzy.

Obywatela hrabiego życie w stu egzemplarzach część I i II

18 sierpnia 2010

Opowieści, o tym, jakoby hrabia z Uładówki zastrzelił się srebrną kulą ponieważ uważał, że jest wilkołakiem, który dybie po nocach na niewinne istoty wędrujące przez dworski park i okoliczne pola, wymyślił ktoś długo po jego śmierci. Ta zaś nie wyglądała wcale tak, jak chcieli to widzieć poeci i literaci skłonni do romantycznych egzaltacji. Według nich człowiek potrafi przed śmiercią przygotować starannie broń, udać się do kaplicy tuż po wieczornej mszy i poprosić księdza zdejmującego ornat w asyście ministrantów, o poświęcenie srebrnej kuli. Ujmujące to wizje, ale całkiem nie prawdziwe. Nikt, nawet pan hrabia z Uładówki nie mógłby tuż przed śmiercią zachować się w taki sposób. Człowiek, który postanawia umrzeć jest bowiem tak samo przerażony tym co będzie potem, jak wszyscy ci, którzy umierać nie chcieli, a których wrzucono w wielki dół śmierci przemocą. Tak więc pan hrabia nie usiadł przy nakrytym białym obrusem stole w jadalni, nie spojrzał przed strzałem na portrety przodków i nie przeżegnał się.

Najpierw długo, w samej koszuli błąkał się po domu w poszukiwaniu pistoletu. Przerażona i dobrze znająca swego pana służba pochowała bowiem przytomnie całą broń, jaka była w pałacu. Kiedy wydawało się, że pan hrabia nic nie znajdzie i wściekłość, przerażenie oraz gniew na samego siebie miną w końcu, wygrzebał, jak na złość, gdzieś w lamusie stary pistolet. Hajducy twierdzili potem, że był to raczej samopał, z którego bardzo trudno byłoby wystrzelić. Hrabiemu jednak się udało, ponieważ zawsze udawało mu się wszystko czego się podjął.
Nie było także żadnej srebrnej kulki oderwanej rzekomo od wieczka cukiernicy i opiłowywanej latami w czasie licznych podróży po świecie i długich zim spędzanych w Łańcucie i Uładówce. Z tym starym pistoletem w dłoni, krzycząc bez przerwy i złorzecząc wszystkim biegał pan hrabia po schodach i pałacowych korytarzach w poszukiwaniu czegoś co mogłoby posłużyć za kulę. Wreszcie znalazł. Była to brudna, zmatowiała kulka z żelaza, której wcześniejsze przeznaczenia nie były nikomu znane.

Śmierć pana hrabiego nie była ponurym misterium pełnym tajemniczego piękna, było to raczej gwałtowne zejście pełne krzyku, wydzielin ciała, protestów i płaczu kobiet czeladnych. Pan hrabia groził domownikom i służbie nabitą bronią, aż wreszcie pozwolono mu zatrzasnąć drzwi pokoju. Potem padł strzał. Hajduk, który pierwszy wpadł do komnaty, żeby sprawdzić czy nie da się jeszcze uratować pana, wybiegł stamtąd blady jak płótno, zakrywając usta wielką dłonią. Wezwany z Winnicy medyk tylko pokręcił głową, gdy zobaczył ciało leżące na podłodze. Pośmiertny wygląd Jana Nepomucena Potockiego daleki był od tego do czego przywykły oczy doktora. Hrabia, wbrew uładzonym wersjom wydarzeń, nie włożył lufy pistoletu do ust i nie pociągnął za spust. Wbiegł po prostu wściekły i blady do swojej sypialni i nie czekając na nic wypalił sobie w twarz z bliskiej odległości. Leżał potem na podłodze, w surducie narzuconym na koszulę nocną, bosy, z poskręcanymi stopami i kolanami sterczącymi, jak białe głazy przy sycylijskich i marokańskich drogach. Pochowano go w sieni kościoła w Pikowie. Pogrzeb był cichy i wstydliwy. Było to pierwszego stycznia 1815 roku, jeśli oczywiście liczyć daty według kalendarza gregoriańskiego.

Wracając do kraju rodzinnego którego nie znał, jaśnie oświecony pan hrabia Jan Nepomucen Potocki, ulubieniec dam, lew salonów i król życia, który z młodzieńczą werwą i zapałem uwierzył w możliwość kształtowania nowego, lepszego człowieka za pomocą filozofii i nauki, zatrzymał się był na krótki czas w Niderlandach. Był to niespokojny moment, rok 1787, w którym mieszczanie z Amsterdamu i Hagi postanowili wytłumaczyć swojemu Sztadhuderowi, że nie chcą już, by dłużej nimi rządził. Pan hrabia patrzył z sympatią na wolnościowe aspiracje mieszczan, które popierał i wspomagał nawet finansowo. Jego twarz zbladła jednak nieco kiedy dane mu było ujrzeć w jaki sposób domagają się mieszczanie poszanowania swoich praw i jak traktują tych spośród wiernych Sztadhuderowi, którzy mieli nieszczęście wpaść w ich ręce. Obserwacje, które wtedy poczynił kazały mu zwątpić w słuszność i metody rewolucji. Nie na długo jednak. Kiedy Sztadhuder wezwał na pomoc Prusaków, którzy przywrócili porządek w prowincjach, pan hrabia stał się na powrót zwolennikiem reform i swobód dla wszystkich stanów. Widok pruskich żołnierzy na ulicach, a nie byli to już „połykacze ognia” wyszkoleni przez starego Fritza, tylko ludzie traktowani o wiele łagodniej, sprawił, że hrabia nigdy, nawet w czasie, gdy polski obóz patriotyczny postawił na Prusy, nie dał się zwieść mirażom tworzonym przez berlińskich polityków. Jedno doświadczenie wystarczyło, by pozbawić Potockiego złudzeń.

W lipcu 1788 król zaprosił do Warszawy wielkiego francuskiego wynalazcę monsieur Blancharda. Najjaśniejszy pan, ubezwłasnowolniony przez ambasadora z Petersburga, uciekał od trosk codziennych organizując egzotyczne fety i obmyślając atrakcje, które bawić miały także nieszczęśliwy lud, poddany mu przez Opatrzność i najjaśniejszą imperatorową. Lot balonem nad stolicą to było coś w sam raz na trudne czasy, pamięć o nieszczęśliwie zdarzonej Konfederacji i podziale kraju była świeża i bolesna, choć minęło od tych czasów już szesnaście lat. Los kraju nadal był niepewny, ale król nie ustawał w fundowaniu ludowi atrakcji. Im bardziej nieprawdopodobnych tym lepiej. Wyczyn Blancharda, podniebny lot balonem zaopatrzonym w śmigło i stateczniki był imprezą niebezpieczną i dla wielu obserwatorów trochę nieprawdopodobną. Oto, jakiś sprowadzony przez Stanisława Augusta Francuz wzbija się w niebo w piekielnej machinie. Tylko kto może wiedzieć jak to tam naprawdę się wszystko odbywa? Francuz może przecież sobie latać, co innego gdyby w koszu balonu siedział Polak, wtedy prosty amator podniebnych rozrywek mógłby silniej uwierzyć w możliwości nowoczesnej nauki. No, bo jak inaczej…Ba, ale skąd wziąć człowieka na tyle szalonego, by dobrowolnie wszedł do kosza i pozwolił wynieść się, hen, hen, wysoko pod chmury. Wtem przez tłum przeleciał szmer – ponoć młody Potocki poleci z Blanchardem! Słysząc to niektórzy zaczęli machać lekceważąco rękami, a inni uśmiechali się pod wąsem. Jednak ci którzy stali najbliżej widzieli, jak młody hrabia, w wysokim kapeluszu z piórem, uśmiechając się i rozsyłając pocałunki damom, ze swoim ulubionym pudlem na rękach zmierza w kierunku potwornej machiny. Tuż, tuż przed koszem do nóg śmiałka dopadł jego najwierniejszy sługa, Turczyn, którego Potocki przywiózł gdzieś ze świata. Wszyscy słyszeli, jak błagał swojego pana, by ten nie narażał życia i pozwolił mu – nędznemu poganinowi wsiąść do balonu zamiast siebie. Potocki podniósł go z ziemi i nakazał zajęcie miejsca w gondoli, obok swojej dostojnej osoby.
Lot odbył się bez przeszkód, a wieziony powozem z wprost z zielonych pól na Woli, gdzie osiadł balon, Potocki uznany został przez mieszkańców stolicy za bohatera.

W 1791 roku Potocki wraz z ambasadorem Szwecji znalazł się w oblężonym przez Hiszpanów Tangerze. Podejmował go tam osobiście sułtan Maroka, choć Potocki nie był ani posłem żadnego liczącego się dworu, ani samodzielnym władcą. Z Maroka przybył Jan Potocki do Paryża, gdzie, jak to zwykle wśród arystokratów bywa, zaprzyjaźnił się z jakobinami. Poznał go z nimi inny polski karmazyn – książę Lubomirski. Rewolucyjne przemowy Potockiego wzbudziły entuzjazm przedstawicieli stanu trzeciego, którzy tytułować zaczęli Jana Nepomucena „obywatelem hrabią”.
Rok później, nie oglądając się na kunktatorskie i obłudne deklaracje padające ze strony króla i niektórych patriotów wyruszył Jan Nepomucen Potocki w pole naprzeciwko nadciągającym wojskom imperatorowej, które ciągnęły za sobą w taborach jego krewnego Szczęsnego Potockiego.
Jak sam twierdził później wstąpienie do szeregów wojska , które skazane zostało na porażkę przez własnego króla i jego akolitów było dla niego nakazem honoru.
Po nieszczęsnej kampanii w obronie majowej konstytucji osiadł hrabia w Łańcucie, gdzie dla uciechy emigrantów z Francji i zebranych tam Polaków napisał dziełko sceniczne pod tytułem „Parady”, rozprawiał się tam szyderczo ze swoimi rewolucyjnym mrzonkami. Stworzył tam także rzecz, która od razu poszła w zapomnienie, a którą zamówił u niego książę Henryk Pruski, komedię z kupletami, zatytułowaną „Cyganie z Andaluzji”. Żaden krytyk i miłośnik twórczości Potockiego nie zwrócił na tę błahostkę uwagi.

W 1794 roku w czasie pobytu w północnych Niemczech, którego owocem była praca zatytułowana „Podróż do Dolnej Saksonii celem odbycia badań nad starożytnościami słowiańskimi czyli wedyjskimi” , spotkała hrabiego dziwna przygoda. Przejeżdżając samotnie przez las w okolicach Lubeki usłyszał nagle rozdzierający krzyk, ruszył w stronę skąd nadchodziły rozpaczliwe wołania i stał się świadkiem sceny dziwnej, groteskowej i upiornej zarazem. Oto młody Wend usiłował wtłoczyć do otwartej trumny jakiegoś starca, jak się okazało własnego ojca, który bronił się i wołał o ratunek. Potocki wyswobodził starca, grożąc jego synowi szpadą. Ten jednak miast uciec, tłumaczył się, że praktyki te, choć zwalczane przez Niemców są w społeczności wedyjskiej powszechne i każdy na jego miejscu zachowałby się podobnie. Starców bowiem, którzy są już niepotrzebni prowadzi się do lasu i tam zakopuje żywcem. Potocki nie pozwolił aby dokonał się ów akt barbarzyństwa, ale doświadczenie to nie pozostało bez śladu w jego psychice i – co okazało się dużo później – twórczości.

Potem były jeszcze podróże na wschód, na Kaukaz, do południowych guberni Rosji i wreszcie do Chin wraz z carskim poselstwem. Wobec bowiem upadku kraju postanowił hrabia związać losy z tym monarchą, w którego państwie leżała większość jego dóbr, z Aleksandrem I. Zanim ofukniemy go tutaj pomyślmy, chwilę nad tym, że przecież nie poszedł na usługi do Katarzyny, ani do oszalałego Pawła. Aleksander był postacią na tyle odległą od wydarzeń lat 1792- 1794, że mógł hrabia wybaczyć imperatorowi jego monstrualną władzę i niewolę ojczyzny. Poza wszystkim zaś nie miał wyjścia, emigracja oznaczałaby bowiem pozbawienie się dochodów, a te przeznaczał Potocki na badania naukowe i działalność wydawniczą. Większość swoich dzieł, drukowanych jeszcze kiedy istniała Polska, a opłacanych z własnej szkatuły wydawał Jan Potocki w stu jedynie egzemplarzach. Mimo jego nieprawdopodobnej erudycji i zapału, nigdy – przez żadne ze stronnictw politycznych nie został należycie wykorzystany. Uważano go za dziwaka i egzaltowanego młodzieniaszka, choć nie był ani jednym ani drugim. Później kiedy wydawał swoje obszerne prace naukowe spotkały się one, jakby jakieś fatum ciążyło nad autorem, z gwałtowną krytyką akademików tak w Paryżu, jak w Petersburgu. Nic nie pomogło Potockiemu zaufanie, które pokładał w nim car wysyłając do wraz z wielkim poselstwem do Chin, nic nie pomogły mu europejskie kontakty, wydawało się, że skazany jest na zapomnienie.

Kiedy osiadł samotny w Uładówce, kiedy wraz z każdym kolejny, rokiem nasilały się u niego objawy depresji, kiedy stawał się coraz bardziej niebezpieczny dla siebie i otoczenia, klęska tego niezwykłego, pełnego energii i wielkich talentów człowieka stała się oczywista. Przedsionek kościoła w jakimś Pikowie na Podolu, tam skończyła się jego droga, która wiodła z Polski, z której wyjechał, jako siedmiolatek, przez Szwajcarię, Paryż, Holandię, Prusy, Polskę, Włochy, Maroko, Hiszpanię, Rosję, Kaukaz Mongolię i Syberię, z powrotem na Podole, do miejsca gdzie się urodził. Koniec. Zaśniedziała, stalowa kula nieodwołalnie zamknęła dzieje żywota Jana Potockiego. Tak wydawało się tym wszystkim, którzy stali w mroźny, styczniowy poranek przed jego trumną. Nikt z nich nie pamiętał, bo pamiętać przecież nie mógł, błahej i głupiej komedyjki zatytułowanej „Cyganie z Andaluzji”

Podolskie diabły, które krążyły wokół duszy hrabiego przez ostatnie lata życia, po to by wreszcie zgubić go ostatecznie były prawdziwe, zupełnie odwrotnie niż te, które na swojej drodze spotkał Alfons van Worden, oficer gwardii walońskiej podróżujący przez góry Sierra Morena.
Nikt nie potrafi powiedzieć kiedy dokładnie przed oczami hrabiego pojawił się ten obraz – dwójka jeźdźców na zdrożonych koniach wkracza w cieniste i duszne wąwozy, na spotkanie nieznanego. Może wtedy kiedy w pobliżu pana hrabiego z Uładówki pojawił się czart prawdziwy i począł namawiać go do sprzedania duszy. Może pan hrabia dygocąc ze strachu lub uniesiony pychą wobec bezczelności jakiegoś piekielnego chama próbował zlekceważyć jego czartowską moc i przez to właśnie wszystko się stało.
Wszak w znajdującym się w Petersburgu zeszycie z napisem „Potockiana” na grzbiecie nie ma ani słowa o Alfonsie van Worden i jego wędrówce przez wąwozy Sierra Morena. Są tylko Cyganie opowiadający przy ognisku swoje historie.
Jest jednak w Petersburgu zeszyt drugi i na nim nazwisko van Worden widoczne jest wyraźnie. Należy więc przypuszczać, że czart stanął na drodze pana hrabiego już po ostatnim rozbiorze kraju. Może wsiadł razem z nim do karety jadącej ku Petersburgowi, albo przyłączył się do poselstwa zdążającego ki chińskiej granicy, w którym to poselstwie hrabia brał udział.
Opisy dni, które znajdują się w petersburskiej bibliotece zostały wydane w 1813 w Lipsku przez byłego dyrektora niemieckiego teatru w Petersburgu. W tytule dzieła nie pada jednak nazwisko van Worden, tak jakby pomiędzy panem hrabią a błąkającym się za nim czartem coś zaszło. W tym samym roku wydano także coś co uznane zostało za kontynuację opisów zawartych w zeszytach z Petersburga – Avadoro, historie hiszpańskie – taki był tytuł dzieła.
I to właściwie wszystko co można było odnaleźć w druku za życia pana hrabiego. Tak, jakby ni istniało nic więcej, tak jakby historię swojego zmagania z siłą nieczystą miał pan hrabia zamiar przetrzymać pod łóżkiem.
Współczesny panu hrabiemu czytelnik nie mógł więc poznać postaci tak fascynujących, jak obłąkany Paszeko czy Don Pedro Velasquez. Ten ostatni, pojawiając się dość późno na kartach powieści jest – jak się wydaje – ostatnią deską ratunku, po którą sięgnął pan hrabia wobec coraz większej natarczywości sił nieczystych.
W wydanym w roku 1829 zbiorze prac naukowych Jana Nepomucena Potockiego, a konkretnie we wstępie do tych prac znajdują się znamienne słowa Juliusza Klaprotha –

Miejmy nadzieję, że jedna z pięciu pozostałych kopii, o których wiem, że są w Rosji i w Polsce, prędzej czy później ujrzy światło dzienne, jest to bowiem książka, która podobnie jak Don Kichot czy Gil Blas nie zestarzeje się nigdy.

W latach trzydziestych XIX wieku, piętnaście już lat po tragicznej śmierci pana hrabiego, czereda cała francuskich literatów zapożyczała się u niego czerpiąc garściami z owych wspomnianych przez Klaprotha pozostałych kopii. Jeden z nich, nazwiskiem Cousin publikował całe fragmenty dzieła Potockiego twierdząc, że są to nieznane urywki pamiętnika Cagliostra. Plagiat wykryto, ale sprawa nie wyjaśniła się od razu. Stało się to dopiero w roku 1842, a do wyjaśnienia doprowadził proces.

Po raz pierwszy tytuł, który znamy wszyscy – „Rękopis znaleziony w Saragossie” pojawia się w roku 1847 za sprawą współpracownika pism francuskich nazwiskiem Charles Edmond. Człowiek ten nazywał się w rzeczywistości Edmund Chojecki i wszedł w posiadanie pełnego tekstu powieści, która kilka lat wcześniej została przysłana przez nieznanego nadawcę nieznanemu adresatowi w Paryżu. Tekst był napisany po francusku, a Chojecki alias Edmond przetłumaczył go na polski.
Nieznany nadawca i nieznany adresat – Petersburg – Paryż. Niewielkie fragmenty w bibliotece nad Newą, seria plagiatów branych z francuskich przekładów i nagle – niczym hokus pokus dokonane pod szubienicą braci Zota – pojawia się opasła powieść napisana przez arystokratę, który trzydzieści lat wcześniej strzelił do siebie z pistoletu. W dodatku tytuł – Rękopis znaleziony w Saragossie – nie jest tym czego życzyłby sobie sam autor, za autora bowiem ciągle uważamy pana hrabiego, a nie mary krążące wokół jego głowy i duszy przez te wszystkie lata.
W roku 1809 wyraził on w listach pragnienie, by tak właśnie nazywała się owa powieść, mozolnie budowana przez lata z kilkunastostronicowych fragmentów. Tak to podobno było tyle, że nikt tych listów nie widział, a sam Potocki mówił o swoim dziele jako o „Dniach hiszpańskich” lub powieści pod tytułem „Pośród wisielców”. Nie ma więc całkowitej pewności, że propozycja Chojeckiego byłaby zgodna z gustami pana hrabiego.
Tekst Chojeckiego stał się podstawą do późniejszych edycji, tak polskich jak zagranicznych. W istnienie owego tajemniczego francuskiego rękopisu przesłanego do Paryża w pierwszych dziesiątkach lat wieki XIX nikt jakoś nie wierzył, nie było bowiem w co wierzyć, ponieważ nie odnaleziono owych papierów.
To co dotrwało do naszych czasów to 66 dni opowiedzianych przez wszystkie osoby dramatu od pustelnika począwszy na szlachcicu nazwiskiem Roque Busqueros kończąc. Nie wiadomo jednak czy to już wszystko, czy może gdzieś w świecie, w archiwach lub w skrzyniach pod białymi kamieniami w górach Sierra Morena nie leżą przysypane kurzem lub porośnięte mchem kolejne części opowieści nazwanej „Rękopis znaleziony w Saragossie”.
Podobno pan hrabia pracował nad dziełem od roku 1803 do 1815 czyli do samej swej śmierci. Podobno powieść powstawała kiedy pielęgnował chorą żonę, której początkowo czytał ‘Baśnie z 1001 nocy”, a kiedy tych zabrakło począł tworzyć sam różne historie.
Osadzenie w fabuły w Hiszpanii wskazuje, że tło wydarzeń zarysowało się dopiero w roku 1809, wtedy bowiem Napoleon wyruszył za Pireneje. Co było wcześniej lub inaczej – co miało być? Cyganie mieszkają na całym świecie i ich opowieści usłyszeć także na Podolu, także w Rosji, albo gdzie indziej.
Pomysł na to, by akcja rozgrywała się w Hiszpanii właśnie, był być może kolejną ucieczką pana hrabiego przed dręczącą go wschodnią melancholią, przed lejącymi w listopadzie na Podolu deszczami i upiornym smutkiem jesiennych miesięcy na kresach dawnej Rzeczpospolitej. Przed strachem, że z mgły i deszczu, wyłoni się kareta, a z niej wysiądzie gość, który samego Pedro Velasqueza przyprawiłby o obłęd i zechce podyktować imć Potockiemu księgę, a na odchodnym podaruje mu kulę, oderwaną rzekomo od wieka cukiernicy, a naprawdę przywiezioną wprost z otchłani.

Zainteresowani zakupem książki “Pitaval prowincjonalny” mogą korzystać z konta:

Klinika Języka Gabriel Maciejewski
68 1140 2004 0000 3202 5670 5661 – dla Polski

BREXPLPWMBK PL68 1140 2004 0000 3202 5670 5661
BRE BANK S.A INTERNET BANKING
Al. Piłsudskiego 3
90-368 Łódź. – dla zagranicy

„Pitaval prowincjonalny” ukazuje się w formacie 148×210 mm. Liczy sobie 176 stron. Oprawa klejona w grzbiet. Cena książki to 32 złote plus koszta wysyłki równe 8 zł za jeden egzemplarz. Koszt wysyłki dwóch i trzech książek to 11 zł. A koszt wysyłki tych książek za granicę to 15.30 zł.

Należy oczywiście podać nazwisko i adres, pod który mam wysłać książkę, a także ilość zamawianych egzemplarzy.

Pierwsza książka

17 lipca 2010

Niespełna rok temu założyłem  bloga w salonie24, z myślą o publikowaniu tu w odcinkach książek, które potem zamierzałem wydawać na papierze. Nie uważam tego pomysłu za przestarzały, jak to sugerowali mi niektórzy koledzy, ponieważ wielu z nas ma ciągle duży sentyment do słowa drukowanego, a uzupełnianie domowych bibliotek sprawia nam wielką przyjemność. Blog był i jest także miejscem gdzie spotykali się ludzie o podobnych poglądach i wrażliwości, nie wolnym od polemik, czasem ostrych, czasem zabawnych.
Tak jak napisałem – nie minął jeszcze rok od kiedy zacząłem – a mamy już pierwszą książkę. Szczerz mówiąc sądziłem, że pójdzie to szybciej. Myślałem także, że inny będzie tytuł tej pierwszej książki. Padło jednak na „Pitaval prowincjonalny” czyli serię makabresek rodem z powiatowej prokuratury. Nie wszystkie z nich zostały opublikowane na blogu, są więc w „Pitavalu” niespodzianki.

Tak, jak to widać po prawej stronie książka dedykowana jest blogerom i komentatorom, którzy wspierali mnie słowem i myślą przez cały czas prowadzenia tego bloga. Identyczna dedykacja znajduje się na drugiej stronie „Pitavala”. Uważam, że bez waszego wsparcia i słów otuchy nie udałoby mi się pisać w takim tempie tak różnorodnych formalnie tekstów. Jeśli kogoś w tej dedykacji pominąłem, najserdeczniej przepraszam. Będą kolejne książki i kolejne dedykacje.

Kiedy wspólnie z wydawcą zastanawialiśmy się w jaki sposób rozwiązać kwestie dystrybucji książki doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie jeśli ja się tym zajmę. Sytuacja na rynku wydawniczym jest trudna, a dla debiutantów wręcz bardzo trudna.
Za wszelką cenę chciałem uniknąć sytuacji, w której moja książka wydana w dużym domu wydawniczym przepada wśród masy innych tytułów, przez brak promocji, przez przemilczanie, przez złą dystrybucję. Uznałem, ze nie ma sensu wydawać czegokolwiek dla samej tylko satysfakcji, żeby powiedzieć później na imieninach u cioci – wydałem książkę. Chciałem i chcę nadal, żeby ten skromny tomik był początkiem prawdziwej firmy autorsko-edytorskiej, która być może pomocna będzie kiedyś nie tylko mi, ale także innym blogerom. Tak jak już bowiem pisałem – uważam, że trzeba publikować nie tylko w sieci i nie tylko pod pseudonimami.

Książka ta jest owocem pracy na blogu, jest produktem autorskim i w taki sposób będzie promowana i sprzedawana. Póki co nie ma jej w księgarniach, prowadzę właśnie rozmowy z firmą zajmującą się aktywowaniem kanałów dystrybucji na rynku księgarskim. O co chodzi? O to, że duże hurtownie i sieci sprzedaży narzucają wydawcom i autorom warunki współpracy, które stawiają działalność wydawniczą i autorską na granicy opłacalności. Żeby się przed tym bronić potrzebny jest ktoś, kto zna mechanizmy tego rynku i potrafi negocjować. Istnieją tacy ludzie, ich rola da się w ogólnych zarysach porównać do roli jaką pełnią agencję reklamowe – pośrednika pomiędzy klientem a mediami.

Na razie „Pitaval prowincjonalny’ dystrybuowany będzie poprzez sieć. Jak każdy sposób sprzedaży i ten ma swoje zalety i wady. Książka dociera bezpośrednio do czytelnika drogą pocztową, to niewątpliwa zaleta, ale dystrybuuje ją autor, który – co sam wielokrotnie podkreślał – jest raczej niezorganizowany. Musicie mi to wybaczyć, książka dotrze do was na pewno, potrzebować będzie na to tylko może trochę więcej czasu niż to się dzieje w przypadku sprzedaży za pośrednictwem allegro. To mój debiut także jako sprzedawcy, dlatego za ewentualną zwłokę najmocniej przepraszam.

Chciałbym, żebyście zwrócili uwagę na okładkę książki. Autorką rysunków nie jest bowiem osoba przypadkowa. Projekt wykonała pani Monika Kamińska, która jest autorką rysunków w popularnym, kryminalnym miesięczniku „Detektyw”. Pomyślałem, że to dobry pomysł zwrócić się o pomoc właśnie do niej, ponieważ klimat jej prac doskonale koresponduje z treścią książki. Z czystym sumieniem mogę więc powiedzieć, że to co znajduje się na okładce jest bardzo bliskie temu co jest w środku. Ciekawa był reakcja mojego ośmioletniego synka, na widok tej okładki;
- Ojej tato, to straszne, ten pan biega z piłą, nikt nie kupi naszej książki – zawołał

Dzieci są jednak czyste i szlachetne, co okazało się po raz kolejny i trzeba mieć nadzieję, że nie ostatni.

„Pitaval prowincjonalny” ukazuje się w formacie 148×210 mm. Liczy sobie 176 stron. Oprawa klejona w grzbiet. Cena książki to 32 złote plus koszta wysyłki równe 8 zł za jeden egzemplarz. Koszt wysyłki dwóch i trzech książek to 11 zł. A koszt wysyłki tych książek za granicę to 15.30 zł.

Zainteresowani mogą korzystać z konta:

Klinika Języka Gabriel Maciejewski
68 1140 2004 0000 3202 5670 5661 – dla Polski

BREXPLPWMBK PL68 1140 2004 0000 3202 5670 5661
BRE BANK S.A INTERNET BANKING
Al. Piłsudskiego 3
90-368 Łódź. – dla zagranicy

Należy oczywiście podać nazwisko i adres, pod który mam wysłać książkę, a także ilość zamawianych egzemplarzy.

O wygranych i przegranych

8 lipca 2010

Czy publikacja w prasie nobilituje blogera? Czy daje mu większe możliwości oddziaływania na czytelników lub podnosi w wyraźny sposób jego pozycję? Zaważywszy na to co niektórzy blogerzy piszą o dziennikarzach, a niektórzy dziennikarze o blogerach nie powinienem tutaj w ogóle stawiać takich pytań. Jedno środowisko powstało samoistnie wskutek nieudolności, złego rozumienia własnej misji i głupoty drugiego środowiska. Blogerzy przekazują własne treści i mają swoich czytelników ponieważ dziennikarze w swej przeważającej masie nie spełniają oczekiwań w nich pokładanych. Skąd więc w ogóle pomysł, by blogerzy mieli cokolwiek wspólnego z dziennikarzami i papierową prasą? Skąd pomysł, by teksty blogerskie wyciągać z sieci i „nobilitować” je umieszczeniem w prasie papierowej?

Właśnie nad tym będę się dziś zastanawiał. Sukces blogosfery to sukces tej formacji, którą zwyczajowo przywykliśmy nazywać prawicą. To sukces Kataryny, zapomnianego już Adama Haribu, Aleksandra Ściosa i FYM-a. To są najbardziej rozpoznawalne nicki w prawicowej blogosferze i nie ma takiego nazwiska w dziennikarstwie, które mogłoby im dorównać sławą. Nie ma z tej prostej przyczyny, że nie o sławę walczą dziś dziennikarze, a o spłacenie hipoteki i ja tego nie uważam, za fakt tłumaczący ich zachowanie i usprawiedliwiający cokolwiek, ale za hańbę. Blogerzy mogą się skupić jedynie na sławie. I właśnie to robią. To wielki komfort i handicap.

Skąd więc pomysł, by publikować w prasie? Myśl ta ma swe źródło w słabości prawicowych publicystów. Wiadomo bowiem, że chodzi o prawicową prasę i prawicowych blogerów. Przez media głównego nurtu traktowani są owi publicyści, jak dziwne stwory, które dążą do jeszcze dziwniejszych celów i jedynie fakt, że bawimy się w Polsce w demokracje skłania wielkie media do korzystania z ich usług. Musi być przecież widoczny pluralizm poglądów. Stąd mamy Ziemkiewicza, Semkę i kilku innych. Ich rolą jest prezentowanie swoich poglądów w formie takiej, jaką wymyślił dla nich mainstream. Jest więc pan Ziemkiewicz wystylizowanym endekiem w okularach, znanym od lat, obłaskawionym i przewidywalnym. Podobną istotą jest pan Semka. Pan Terlikowski zaś jest publicystą chrześcijańskim i jak tylko się go włączy od razu zaczyna mówić o gejach i nienarodzonych. To się świetnie komponuje i wypowiedziami takiej, na przykład, pani Środy i daje w finale efekt dynamicznego życia intelektualnego i duchowego. Czytelnik jest zadowolony, bo ma do wyboru kilka opcji. Upraszcza się sposób komunikacji między ludźmi, miast bowiem tłumaczyć zawiłości doktryn i niuanse poglądów czy wyjaśniać publicystyczno literackie konstrukcje formalne wystarczy powiedzieć – to jak Ziemkiewicz, to jak Semka! I gotowe. Każdy rozumie o co chodzi.

Przez długi czas panowie, których wymieniłem byli jedynymi wyrazicielami myśli i tęsknot wielu ludzi w Polsce postrzegających siebie jako prawicę lub po prostu nie utożsamiających się z treściami płynącymi z telewizora i GW. Kiedy jednak pojawili się blogerzy wszystko się zmieniło. Okazało się, że owi publicyści przypominają trochę średniowiecznych rzemieślników, którzy wędrują za pracą od miasta do miasta. Tu coś zrobią, tam coś napiszą, gdzie indziej wystąpią w telewizji i poopowiadają o konserwatyzmie i liberalizmie a także o tomizmie i św. Augustynie. I tak to się wszystko plecie. Nie będą ludzie owi niczym więcej ponad to czym są, albowiem ich aspiracje, nawet jeśli byłyby ogromne nie korespondują z możliwościami, a blask ich sławy blednie z dnia na dzień.

Kiedy więc ich słabość i zarobkowa dyspozycyjność zostały ujawnione, ktoś wpadł na pomysł, by poszukać jakiegoś wsparcia. Tym wsparciem mają być blogerzy, oczywiście najwybitniejsi, którzy oddadzą swoje pióra sprawie i będą mogli publikować, razem z „najwybitniejszymi prawicowymi dziennikarzami”. To jest pomysł znakomity z punktu widzenia tych dziennikarzy, a bardzo słaby z punktu widzenia blogerów. Ci ostatni przekonają się jednak o tym dopiero za jakiś czas. Nie ma bowiem w świecie sterowanym odgórnie, w świecie manipulacji i decyzji celowych miejsca na żadne szczątkowe reformy, na żadne uchylanie drzwi i wędrówki przez zakrystię. To tak, jak z częściowymi reformami Rosji Aleksandra II i jego następców. Jeśli ktoś nie wie jak się to skończyło polecam lekturę Stanisława Mackiewicz, „Historia Polski 1918 – 1945”.

Czy to znaczy, że blogerzy nie powinni wychodzić z sieci? Oczywiście, że powinni i powinni się według mnie nawet ujawniać. Nie mogą tego robić jednak kosztem własnej niezależności. Przez długi czas myślałem, że powstanie coś co można by nazwać gazetą blogerów, jakiś periodyk, który kojarzony byłby li tylko ze środowiskiem publicystów internetowych, takich którzy swój sukces wypracowali sami, na oczach czytelników i publiczności. Nie zaś tacy, którym umożliwiono to kiedyś w zamierzchłych czasach na rynku mediów lub rynku wydawniczym, nie tacy którzy poza czyszczeniem własnego popiersia z brązu niewiele już mają do zrobienia w długie letnie popołudnia. Zawiodłem się, nic takiego nie powstanie, bo brak jest woli, a może wiedzy na temat wydawania pisma, a może chodzi zupełnie o coś innego. O to na przykład, by stać się najwybitniejszym prawicowym publicystą z Internetu. Rozpoznawalnym i kojarzonym jednoznacznie, o to by nie trzeba było czytać tekstów, myśleć, zastanawiać się, o to by samo nazwisko mówiło już wszystko. Wtedy łatwiej zestawiać rozmówców, ludzie nie czują się zaskoczeni, każdy wie co powiedzą i utożsamia się z tym lub jest przeciw. Orzeszki czytelnikowi i widzowi po czymś takim lepiej smakują. I piwo. Nie ma niespodzianek, wszystko jest na swoim miejscu. Mamy wrażenie bogatego życia intelektualnego i duchowego.

Mam jednak nadzieję, że nie o to chodzi.

Dupowłazy

24 czerwca 2010

Najbardziej pogardzana i znienawidzona przez ludzi postawa opisana jest w psychologii pod nazwą ingracjacja. Jest to jedna z technik manipulacji mająca na calu zdobycie nad kimś władzy lub tylko jego sympatii. Ingracjacja to po prostu wazeliniarstwo. Taktyka znana od czasów prehistorycznych.

Wazeliniarz bierny to taki człowiek, który zadowala się ochłapami z pańskiego stołu. Kiedy szef wchodzi do biura on biegnie z uśmiechem przyklejonym do bladych ust i odbiera jego parasol. Potem mówi o tym, jak jego przełożony świetnie wygląda, nie zapominając przy tym dodać ileż to zadań postawił sobie on sam w dniu dzisiejszym i jak zamierza je zrealizować. Reaguje na najmniejsze drgnienie powiek swojego przełożonego. Bywa, że w myślach nazywa go swoim panem. Drży na całym ciele kiedy ktoś inny zbliża się do obiektu jego adoracji, jest zazdrosny o każdy oddech szefa, który nie był skierowany w jego stronę. Wprowadza w firmie idiotyczne rytuały, na przykład biega co rano sprawdzić czy szef równo zaparkował i zmieścił się na swoim stanowisku parkingowym tak, jak należy, czy któreś koło nie wystaje czasem poza linię. Jeśli to zauważy pędzi z marsową miną do szefa i błaga go by wydał mu kluczyki od auta, a on już ten błąd skoryguje.

Nie ma w tym nic dziwnego, stara prawda głosi bowiem, że ludzie mogą być odporni na wszystko; na ból, na szykany i upokorzenia, na głód, pragnienie i długotrwały wysiłek fizyczny. Nie istnieją jednak ludzie odporni na wazelinę. Z tym nie poradzi sobie nikt. Wazeliniarze wiedzą o tym i dlatego nie ma na nich siły. Jeśli wazeliniarz jest zdeterminowany potrafi swoją osobą zepsuć relacje w całej firmie.
Wyobraźmy sobie taką sytuację; kolegium redakcyjne, siedzą wszyscy, kierownicy działów, naczelna, sekretarz redkacji. Próbujemy coś ustalić, ale nie możemy bo jedna dziewczyna każdą swoją wypowiedź zaczyna od litanii pochwalnej na cześć naczelnej. Ktoś próbuje jej przerwać, ale nie daje rady. Potem ktoś inny, też mu się nie udaje. Naczelna siedzi lekko ogłuszona, ale nic nie mówi, bo przecież nie można ranić człowieka. Tamta gada trzy po trzy podkreślając zalety szefowej. Po dobrej godzinie w czasie której nic nie zostało ustalone naczelna kończy kolegium i rozchodzimy się do swoich działów. Wszyscy mają kwaśne miny z wyjątkiem tej durnej baby. Ona ugrała swoje, źle czy dobrze ale zwróciła na siebie uwagę naczelnej, oddała się do dyspozycji. Wiadomo, że jak szefowa będzie się chciała czegoś o nas dowiedzieć to zapyta ją i ona zacznie donosić z zapałem neofity. Taki jest niestety ten świat.

Wazeliniarza biernego bardzo trudno jest poskromić. Właściwie nie ma na niego sposobu. Można go tylko wyrzucić, ale nie ma za co bo on zwykle wywiązuje się ze swoich obowiązków. Tym czego oczekuje od firmy jest ciągła uwaga skupiona na nim i możliwość uczestniczenia w szarpaniu ochłapów. To hiena posilająca się przy lwie.

Wazeliniarz agresywny porusza się po świecie z miną człowieka myślącego o sprawach ostatecznych i rudymentarnych. Kiedy zadacie mu jakieś konwencjonalne pytanie w rodzaj; hej, jak leci? Albo będziecie się usiłowali dowiedzieć czy był na jakimś filmie ostatnio popatrzy na was wzrokiem przenikliwym i zatroskanym. Oczy jego powiedzą: jak możesz robaku nędzny zadawać mi takie prymitywne pytania, kiedy ja tu rozmyślam nad tym, jak usprawnić, poprawić, ulepszyć, wdrożyć….itd. Wazeliniarz agresywny nie pozwala szefowi na zastanawianie się. On ma zawsze listę gotowych pomysłów, które w większości nie pasują do realiów codziennego bytowania, nie zgadzają się z polityką firmy i wymagają wysiłku całej ekipy z wyjątkiem wazeliniarza, który przewidział dla siebie role kierowniczą we wszystkich spisanych na karteczce przedsięwzięciach. Wazeliniarz agresywny podkreśla zawsze zalety szefa, ale robi to tak, że każdy wie iż bez wazeliniarza szef jest nikim lub prawie nikim.

Wazeliniarz agresywny nie zaniedba żadnej sposobności by pogrążyć kolegów z pracy w oczach kierownictwa, prezesów lub właścicieli firmy. Bez żenady będzie opowiadał o własnych sukcesach i przewagach, tym, więcej będzie o nich mówił i bardziej będą one fikcyjne. Tak, jak przypadek opisany wyżej ma on twardą świadomość tego, że nikt tak naprawdę nie powie mu złego słowa i go nie przepędzi. A nawet gdyby ktoś mu coś powiedział? No to co? Agresywny wazeliniarz ma skórę krokodyla, straszenie go nieprzyjemnościami słownymi to dziecinada, bo on się ich nie boi. Jedyne czego się boi to gniew szefa.

Wazeliniarz agresywny popełnia kilka błędów, których nigdy nie popełnił by wazeliniarz bierny. Przede wszystkim dąży uparcie do celu, którym jest wypromowanie i wywyższenie własnej osoby. To jest sprzeczne ze wszystkimi zasadami wazeliniarstwa, które za cel stawia sobie zdobycie realnej władzy w zespole ludzi. Agresywny wazeliniarz niby o tym pamięta, ale….Popełnia błędy i są one przeważnie nie do naprawienia. Zdarza mu się wypowiadać źle o swoich kolegach w obecności szefa, kiedy ten wcale o to nie prosił. Agresywny wazeliniarz nie bierze pod uwagę istnienia wokół siebie wazeliniarzy biernych i przeważnie staje się ich pierwszą ofiarą. Wykańczają go, jak mrówki skorpiona. Kiedy mają już dość haków na niego, dość przykładów jego żenującej głupoty i agresywnego chamstwa idą z tym do kierownika albo z zatroskaną miną stawiają sprawę na jakimś zebraniu. Agresywnego wazeliniarza nie da się niestety wyrzucić z pracy w białych rękawiczkach. Kiedy zorientuje się, że wszystko stracone zacznie straszyć prokuraturą, sądem, całe jego chamstwo wyleje się ja pomyje z kubła. Wyjdzie trzaskając drzwiami. Nie martwcie się jednak o niego, w niedługim czasie znajdzie nową firmę i zacznie troszczyć się o los jej i pracujących tam ludzi.

Wazeliniarz doskonały; nie ufajcie nigdy człowiekowi, który w waszej nowej pracy podejdzie do was pierwszy i ciepłym głosem powie; cześć, jestem Jurek, fotografuję trochę (albo coś podobnego) To wazeliniarz doskonały, albo mówiąc prościej kapuś. Wazeliniarz doskonały wie, że człowiek jest tylko narzędziem w rękach ślepego losu. Wie również, że na zamkniętej powierzchni dwóch pięter biurowca, gdzie mieści się wasza firma ślepy los to nie kto inny tylko on sam. Ma on również świadomość, że każde narzędzie prędzej czy później się zużywa i trzeba je zastąpić nowym. Dlatego właśnie do was podchodzi i przedstawia się w miły, kulturalny i nie budzący podejrzeń sposób. Nie ma innego wyjścia, jak podjęcie gry i zaprzyjaźnienie się z wazeliniarzem doskonałym. Od razu musicie wiedzieć, że to on sprawuje kontrolę nad wszystkim, to on wie kto gdzie chodzi, z kim jada i co się będzie mówiło jutro na zebraniu. Wazeliniarz doskonały zaprzyjaźnia się z nowymi pracownikami po to, by ustawić ich tak, jak się układa kawałki puzzli. Kiedy już was ustawi nie ma mowy żebyście się ruszyli miejsca nie niszcząc pracowicie zbudowanej przez niego konstrukcji. A jeśli to zrobicie, jeśli coś mu popsujecie, na pewno wam tego nie daruje. Wazeliniarz doskonały ma do zrealizowania trzy cele: po pierwsze wpływać na istotne decyzje szefa i kontrolować kolegów, daje mu to poczucie siły i w wielu wypadkach realną władzę, po drugie uchylać się od wszelkiej odpowiedzialności obowiązków przy maksymalnym parciu na sukces i zysk, po trzecie nie dać się zdemaskować i wyrzucić. Realizacja tych trzech celów wymaga nie lada inteligencji i sprytu. Ktoś może zapytać: po co to wszystko? Czy taki człowiek nie może po prostu normalnie pracować i realizować postawionych przed nim zadań? Nie, nie może. Z tego względu, że na dnie duszy wazeliniarza doskonałego leży przeświadczenie o tym, że jest on istotą nadnaturalną, która przypadkiem jedynie znalazła się pomiędzy tymi smętnymi gnomami, które snują się po korytarzach firmy. Osoba wyjątkowa i posiadające cechy nadnaturalne nie może zwyczajnie pracować i jest to oczywista oczywistość.

Wazeliniarz jest nie do rozpoznania dla osoby nowoprzybyłej, żeby go rozpoznać potrzeba długich miesięcy. Bywają jednak sytuacje, w których wazeliniarz ujawnia swoje możliwości w całym ich szerokim i potwornym spectrum. Chodzi o takie momenty, kiedy firma przeżywa kryzys. Kiedy nadchodzą nieuchronne zwolnienia. Wazeliniarz zwykle jest już wtedy zaprzyjaźniony z szefem kadr, który zwolnień dokonuje. Jeśli kadrowiec jest na tyle sprytny, by nie dać mu się omotać, wazeliniarz za pomocą całej serii misternych prowokacji podsuwa mu kolejne osoby do zwolnienia. Nie ma żadnej litości, bo jego cel jest jeden: znaleźć się na końcu listy wyrzucanych lub w ogóle na nią nie trafić. Wazeliniarz doskonały jest w takich razach najbardziej niebezpieczny, bo zamienia się w zwyczajnego prowokatora. Zaczyna na przykład oglądać coś w Internecie, jakieś aukcje albo zwyczajnie gołe baby. Jak ktoś jest słaby psychicznie i da się złapać na ten numer – już jest po nim. Wazeliniarz doskonały szybciutko zaproponuje by przenieść to pasjonujące zajęcia na wasz komputer, bo jego się przegrzewa (każdy powód jest dobry). Kiedy przerzucicie już kilkadziesiąt stron aukcji lub czegoś tam, co was aktualnie interesuje (gołe baby to ostateczność). On najspokojniej w świecie poczeka aż pójdziecie do domu, zawoła kierownika i pokaże mu w waszym komputerze czym zajmujecie się po całych dniach. Opowie jeszcze, jak mu to przeszkadza w pracy i jak okropnie jest siedzieć w jednym pomieszczeniu z takim obibokiem, jak wy. To norma w jego wykonaniu. Kiedy szef wezwie was na dywan będziecie tak zaskoczeni, że rozdziawicie tylko usta w niemym zdziwieniu. Niestety nie ma skutecznego sposobu na wazeliniarza doskonałego, ponieważ nie da się walczyć cywilizowanymi metodami o osobnikiem psychotycznym, a do tego w końcu sprowadza się cały problem ingracjacji.

Ostatnia podróż wujka Heńka. Opowiadanie

8 czerwca 2010

Wujek Heniek, choć dobiegał już siedemdziesiątki uważany był za znawcę kobiet i playboya. Ocena ta, mylna całkowicie, wypływała stąd, że wujek demonstracyjnie okazywał zainteresowanie kobietom i dziewczynom, bez względu na ich wiek, urodę i tuszę. Ludzie, którzy żyli skromnie i bogobojnie uważali, że owa wujkowa pobudliwość oznacza, że Heniek kobiety zna. Wszyscy dobrze wiemy, jak błędne jest takie rozumowanie. Prawdziwy bowiem znawca kobiet żeni się w dwudziestym roku życia, klepie dziecko za dzieckiem i zbiera grosz do grosza po to, by tym dzieciom zapewnić dach nad głową i jakieś w miarę dobre szkoły. Dobrze taki człowiek bowiem wie do czego może doprowadzić pozorne znawstwo kobiet polegające na nachalnym okazywaniu im zainteresowania bez względu na okoliczności, wiek i tuszę. Do tego mianowicie, co przytrafiło się wujkowi Heńkowi. Oto jego historia, którą zacznę od końca, bo tak powinny zaczynać się wszystkie dobre opowieści, o czym poinformowali nas jakiś czas temu teoretycy postmodernizmu.

Bawiłem wtedy nad morzem wraz z rodziną i właśnie mieliśmy jechać znad tego morza do babci naszych dzieci. Kłopot w tym, że wybierał się tam również wujek Heniek z calkiem innego końca Polski. Kombinowaliśmy więc tak, żeby wujka nie zastać i pojawić się przed jego przyjazdem. O tym, by wpaść do babci po wyjeździe Heńka nie było mowy, bo kiedy u kogoś z rodziny pojawiał się Heniek nigdy nie było wiadomo jak długo zabawi. Nie wiedział tego również on sam. Życie swoje układał bowiem wujek Heniek jak popadło, bez żadnej myśli przewodniej, jeśli nie liczyć oczywiście tych kobiet i dziewczyn zabawianych bez opamiętania z całkowitą obojętnością na wiek, urodę i tuszę.

Ta przypadłość wujkowa powodowała, że nie był on zbyt tęsknie wyglądanym gościem. Szczerze mówiąc to nikt go nie zapraszał do siebie, bo każdy się bał, że Heniek będzie siedział nie wiadomo ile, że zje wszystko z lodówki i wypije jeszcze więcej, że będzie uwodził dziewczęta swoim starym sposobem modnym na plaży w Międzyzdrojach w roku 1957. Brak zaproszenia nie oznaczał jednak, że można się było od Heńka tak po prostu odseparować i zapomnieć o jego istnieniu. Zwykle to on dzwonił dnia pewnego do niczego nie spodziewających się krewnych i mówił – będę za tydzień. I koniec.

Był w tym dosyć słowny i z tego co zapamiętałem nie zdarzyło się nigdy żeby zapowiedział swój przyjazd i go odwołał. Jeśli ktoś chce w tym miejscu zadać pytanie – no jak to? Nie mogli mu powiedzieć – won! – niech takiego pytania nie zadaje, bo uznam go za człowieka nie rozumiejącego obyczajów panujących naszym kraju. Jak to – won?! Wujkowi? Rodzinie? Heniowi? Won?!!! Nawet ci którzy nienawidzili go, jak psa, a było kilku takich, mówili Heńkowi w słuchawkę zawsze jedno i to samo – najserdeczniej cię Heniu zapraszamy, przyjeżdżaj, a zabierz ze sobą swoją ukochaną Danusię. Po czym trzaskali słuchawką o aparat lub rzucali komórką w ścianę, a potem szli do żony i z miną sotennego Chrynia podpalającego bieszczadzkie wioski oznajmiali – Heniek przyjeżdża za tydzień! Żona zanosiła się płaczem, a potem szła robić zakupy i z drżeniem serca oczekiwali oboje na przyjazd swojego ukochanego krewnego, swojego Henia.

My mieliśmy to szczęście, że Heniek do nas nie przyjeżdżał, byliśmy dla niego całkowicie nieatrakcyjni, a to ze względu na znikome spożycie napojów wyskokowych w naszym domu. Spotkać go mogliśmy jedynie u babci. Układ taki dawał nam możliwość uniknięcia spotkania z Heńkiem. Tak nam się przynajmniej wydawało. Swój wyjazd nad morze zaplanowaliśmy tak właśnie, żeby po tej rekreacji pojechać do babci w takim terminie, by Heńka jeszcze tam nie było. Ja, ponieważ bardzo lubię podróżować, cieszyłem się bardzo z tej wyprawy przez pół Polski prościutko w kierunku południowym, wzdłuż zachodniej granicy, przez zapomniane wsie i miasteczka. Radość mą potęgowała jeszcze myśl, że nie zastanę tam Heńka, że wyjadę zanim on pojawi się w drzwiach lub, w najgorszym razie spotkamy się na schodach i on powie mi – cześć, a ja jemu – dzień dobry. Tak sobie właśnie kombinowałem, kiedy zadzwonił telefon.
Właśnie się pakowaliśmy i mieliśmy ruszać w drogę przez piękne województwo Zachodniopomorskie kiedy babcia oznajmiła nam najgorsze – Heniek zmienił plany! Przyjeżdża dziś! To było jak uderzenie gromu z jasnego nieba. Jedziemy przez cały kraj z małym dzieckiem, po to, by na miejscu zastać Heńka. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę jego wyjątkową towarzyską atrakcyjność, to było zbyt wiele. Chcieliśmy zaprotestować przeciwko przyjazdowi Heńka w zarezerwowanym dla nas terminie, ale babcia ucięła nasze marudzenie krótko – to jego ostatnia podróż. On umiera.

Cóż było robić? Wsiedliśmy w auto i ruszyliśmy wzdłuż granicy. Jednak pejzaże województwa zachodniopomorskiego nie sprawiały nam podczas tej podróży żadnej frajdy. Bynajmniej nie z powodu złego stanu zdrowia wujka Heńka, w który nie uwierzyliśmy. Nikt bowiem nie wierzył w to, że Heńkowi może się stać coś złego, a jeśli nawet tacy byli to wiara ta rozgrzewałaby ich od środka i jakoś tak mobilizowała.

Muszę teraz opowiedzieć o nim, o Heńku, o tym dziwnym człowieku, tak popularnym i tak nie lubianym jednocześnie. Jest wujek mężczyzną niskim, chuderlawym, ma wielką głowę nie pasującą do reszty i wąs sumiasty podkręcony po huzarsku. Nikt patrząc nań nie uwierzyłby, że miał on w swym życiu trzy żony i niezliczoną ilość przypadkowych kochanek. Nikt nie uwierzyłby, że potrafi pić bez przerwy kilka dni grając jednocześnie bardzo przytomnie w brydża i bajerując kelnerkę. A nawet gdyby ktoś w to uwierzył, to już na pewno nie dałby wiary opowieścią o tym, że wujek całe swoje życie poświęcił dla dzieci. Tak, to byłoby nie do uwierzenia. Na pewno.

Ma bowiem Heniek dzieci. Muszę się przyznać, że nie wiem ile ich jest, ale ponoć sporo, z każdej żony po kilka. Heniek ponadto, będąc człowiekiem o duszy szerokiej i geście magnackim, dawał swoje nazwisko także tym dzieciom, które jego żony przynosiły do domu gdzieś ze świata. Co do tych dzieci nie było wątpliwości, że nie są heniowe, ale co miał niby z nimi wujek zrobić? Zamrozić? Litował się i żywił je wszystkie, a jak żony wyganiały go z domu, bo akurat znalazły sobie jakiegoś innego amanta, to płacił na te dzieci alimenty i dbał, żeby chodziły do szkoły. I tak przez całe życie.

Pieniądze, których Heniek nie przepijał i nie przejadał szły więc w całości na te wszystkie dzieci. Henio zaś robił się coraz starszy i coraz biedniejszy, aż w końcu nie zostało mu nic, poza zakochaną w nim bez pamięci konkubiną, której kłamliwie obiecywał ślub i kolegami w podejrzanym lokalu na przedmieściu, gdzie chodził na brydża. Nie wyglądało to za dobrze, ale Heniek nie pękał. Zawsze ze swadą opowiadał historie ze swojego życia, szczególnie zaś te które dotyczyły rozmaitych bójek i nożowych rozpraw w lokalach. Sporo tego było, bo Heniek łatwo się zapalał i sprowokować go do bójki to była najprostsza rzecz pod słońcem. Wystarczyło zagadać do jego dziewczyny lub oznajmić na głos, że jest się bokserskim mistrzem okręgu w wadze piórkowej lub jakiejkolwiek. Heniowi było wszystko jedno, od razu chciał wypróbowywać takiego mistrza, od razu także gotów był do obrony czci niewieściej. Rzecz jasna większość starć przegrywał ze względu na niedowagę i swoją mikrą posturę, ale nie przejmował się tym. W walce nadrabiał zawsze zaangażowaniem. Raz ponoć nawet wbili mu nóż w plecy, ale wyjął go sobie i walczył dalej nie zwracając uwagi na krew stygnącą na koszuli. Ponoć przestał dopiero wtedy kiedy przyjechało po niego pogotowie, które wezwał ktoś litościwy.

Prócz skłonności do ryzyka i rozmiłowania w zabawie charakteryzowała także Heńka pewna próżność. Gdyby lepiej trafił miałby szansę zostać gwiazdą estrady, może nie na skalę kraju, ale województwa na pewno. Nie mając żadnego prócz technicznego wykształcenia perorował wujek swobodnie na różne tematy przerywając opowieści pieśnią lub dykteryjką, zależnie od tego w jakim się towarzystwie aktualnie obracał. To się szalenie podobało, nie tylko dziewczynom, ale także kolegom Henia, przez co był on zawsze duszą towarzystwa i bardzo pożądanym kompanem. Przez to wszystko życie wujka miało taką intensywność i barwę, które mogły –gdyby przytrafiły się komu innemu – zabić na miejscu. Heniowi jednak nic się nie stało. Słabł jednak z każdym rokiem coraz bardziej i biedniał, bo przez upodobanie do zabawy i rozrywek wyrzucano go z każdej roboty po kolei. W końcu doszło do tego, że wszystkie pieniądze przeznaczał na opatrzenie swojego potomstwa, sam zaś żył i bawił się z pożyczonych lub tych, które należały do zakochanej w nim bez pamięci konkubiny.

Najpiękniejsze w Heńku było to, że nigdy się nie skarżył, nie biadolił i nie lamentował. Nie starał się także poprawić jakoś swojego losu, czyli jak to się zwykło u nas mówić – nie próbował się ustatkować. Kiedy go poznałem wyglądał już bardzo źle. Był chudziutki i biedniutki, ale bardzo wesoły. Opowiadał mi o tym, jak koledzy witają go codziennie w knajpie owacją, jak dobrze i wesoło czuje się w ich towarzystwie. Nie zwracał uwagi na karcący wzrok swojej partnerki, młodszej zresztą odeń o dobre dwadzieścia lat. Całą swoją uwagę skupiał na gościach, do których i ja należałem i zabawiał nas rozmową tak, jak należy.

Kiedy słyszałem o nim po raz drugi chorował ciężko i chyba miał zawał, ale tego z całą pewnością potwierdzić nie potrafię. Nabawił się z czasem także rozmaitych brzydkich alergii, które czyniły jego życie nieznośnym i przykrym. Nigdy nie usłyszałem jednak o tym od niego samego, zawsze od kogoś, kto go znał. Leżał też kilkakrotnie w szpitalu, a kiedyś nawet – i był to chyba jedyny moment słabości, na jaki sobie pozwolił – wyraził nadzieję, że jak będzie z nim bardzo źle to wszystkie jego dzieci, którym oddawał ostatnie grosze na pewno mu pomogą. Dobrze wszyscy wiemy, gdzie dzieci mają swoich starych rodziców, szczególnie takich, którzy z nimi nie mieszkają, a jedynie wspomagają dzieci owe finansowo. Mają one tych rodziców w dupie.

Nowoczesna psychologia i mądre gazety dla młodzieży przekonują ich bowiem do tego, że pieniądze od ojca im się po prostu należą, nieobecność zaś jednego z rodziców, bez względu na przyczyny, to dług, który ów rodzic zaciąga u swego dziecka. Tak więc w rozumieniu tych podłych dzieci Heniek po prostu spłacał długi, które zaciągnął opuszczając ich domostwa i pozostawiając ich matki w ramionach jakichś popaprańców co użalali się nad swoim losem prawie codziennie. Nikt mu nie pomógł, ale jakoś tak się złożyło, że Heniu nie umarł. Żył nadal tylko był jeszcze słabszy i trudniej było mu znaleźć robotę. Załapał się kiedyś jako stróż gdzieś na parkingu, ale wylali go stamtąd szybko i musiał znowu siedzieć w domu oraz pić i jeść za nieswoje pieniądze.

Miał dużo czasu odwiedzał więc rodzinę, jeździł do swoich braci i sióstr i tam bawił się wesoło nie troszcząc się o to co będzie później. Takiego też go zastaliśmy owego pamiętnego dnia, kiedy wściekli, po całym dniu jazdy samochodem wdrapaliśmy się na trzecie piętro. Siedział przed telewizorem, na ławie stało piwo oraz jakieś wędliny, a on patrzył na rozgrywki piłkarskie emitowane w kanale Eurosport. Wyglądał inaczej. Dużo gorzej niż kiedy go widziałem ostatnim razem. Zapuścił sobie także brodę, co nadawało jego twarzy wygląd bardziej nobliwy. Przywitaliśmy się i zaczęliśmy gadać. – Wiesz – powiedział do mnie wujek Heniek – jak byłem w szpitalu na serce to powiedziałem lekarzowi, że zupełnie nie radzę sobie z tym odstawianiem wódki. Bo rozumiesz przez to serce pić wcale nie powinienem. To powiedziawszy pociągnął głęboki łyk ze szklanki. – No i co – zainteresowałem się. – No i ten łapiduch tak na mnie popatrzył, popatrzył i zapytał – nie może się pan odzwyczaić od picia? –Tak – ja na to. – No to niech pan pije. – Tak mi powiedział, dasz wiarę – rzekł wujek Heniek – niczego tych lekarzy dziś nie uczą. Mówię ci, niczego.
Potem otworzył mi nową puszkę Tyskiego i rozmawialiśmy dalej. Zapytałem go o rozrywki, o karty i kobiety. Pomyślał, popatrzył i rzekł – już nie chodzę na karty. – Dlaczego – ponownie się zdziwiłem. – Jestem coraz słabszy i mniej uważny. Po tylu sukcesach nie mogę. Po prostu nie mogę. – Dlaczego – nie mogłem pojąć. – Nienawidzę przegrywać – powiedział do mnie wujek Heniek.

Jeśli martwicie się teraz co dalej stało się z wujkiem, pragnę was uspokoić. Tamta podróż do nie była jego ostatnią. Choć bardzo już słaby, podróżował jeszcze wielokrotnie odwiedzając rodzinę. Ponoć ciągle żyje, choć lekarze nadal mówią mu, że powinien pić.

O nickach i legitymacjach

2 czerwca 2010

Jest takie, całkiem fałszywe, ale bardzo popularne powiedzenie, że prawdziwa i dobra sztuka obroni się sama. Otóż nie obroni się, jeśli nie będzie jej bronił autor. To jest warunek konieczny do tego, by sztuka się obroniła. Autorzy bronią swej sztuki od wielu lat w jeden i ten samo sposób – za pomocą rozbuchanego ego i erupcji indywidualizmu. Inaczej nie może być. Autor musi zachowywać się w sposób agresywny nieco i ekstrawagancki, żeby uratować swoje dzieło. Jeśli oczywiście dzieło to szanuje i wiąże z nim jakieś nadzieje. Czasem jest tak, że ktoś autorowi pomaga, na przykład ludzie, którzy lubią to co autor pisze lub maluje. Cechą charakterystyczną autorów dobrych, prawdziwych i samodzielnych jest to bardzo charakterystyczne zamiłowanie do absurdu, groteski i pure nonsensu. Dobrze widać to w blogach i charakterystykach blogerów. Na przykład moje ulubione hasła z blogów, po których poznać mogę, że mam do czynienia z autorami ambitnymi i wrażliwymi to; kiełbaski Dibblera i Amazonia w weekend. Są jeszcze inne, równie dobre, ale te akurat mi się teraz przypomniały. Dobry autor nie potrzebuje żadnego wsparcia ideologicznego, jeśli je otrzyma to fajnie, ale nie jest to warunek konieczny by utrzymać autora w dobrej formie i zachęcić do twórczości. Dobry autor potrzebuje oklasków i dobrego marketingu. I to właściwie tyle.

Prócz autorów dobrych są jeszcze autorzy słabi. No i ci, wbrew pozorom, są o wiele ciekawsi z psychologicznego punktu widzenia niż autorzy dobrzy. Są oni tym bardziej ciekawi im bardziej się ich promuje. Dlaczego? Już tłumaczę. Oto gdy promuje się autora dobrego promujący ma zwykle na uwadze zysk finansowy, czyli kasę oraz tak zwany prestiż jeśli dobry autor wpisuje się w jakieś prestiżowe trendy i gwarantuje, że dzieło jego to kontynuacja innych wielkich dzieł tworzonych w tym samym duchu lub manierze. Kiedy zaś promuje się autorów słabych i robi się to w dodatku uparcie, widoki które się zza owej promocji wyłaniają nie mają nic wspólnego z zyskiem, prestiżem czy jakąś tradycją. Mają za to wiele wspólnego z koniunkturalizmem politycznym i innym. A także z tym, co szary odbiorca zwykły określać słowem „wiocha”.

Tu zróbmy małą dygresję; dobry autor to człowiek przemawiający bezpośrednio do odbiorcy, do widza lub czytelnika i nie oglądający się na nic. Promotor dobrego autora zawsze i jest to reguła, próbuje go skłonić do tego, by brał w swych przedsięwzięciach pod uwagę także krytykę, ale autor ma to w nosie, żeby nie powiedzieć w dupie i właśnie tutaj na linii tego konfliktu pomiędzy dobrym autorem i promotorem rodzą największe napięcia, o których po latach piszą inni dobrzy autorzy. Z napięć tych i konfliktów wypływa wiele korzyści tak dla autora, jak i dla promotora, choć ten ostatni rzadko zdaje sobie z tego sprawę.

Wracajmy jednak do autorów słabych, bo oni są ciekawsi. Autor słaby doskonale zdaje sobie sprawę ze swojej miernoty i dlatego zawsze próbuje ją czymś podeprzeć. Musi mieć jakąś legitymację na tę swoją twórczość, bo inaczej czuje się źle, czuje się niepełnowartościowym autorem i brak owej legitymacji mocno go frustruje. Co może być taką legitymacją? To zależy od aspiracji autora. Większość słabych autorów, a widać to także w salonie celuje w mądrość i zdrowy rozsądek. Mierzą w owe wartości wprost lub próbują trafić w nie z krótkiego rogu ironii i szyderstwa, bo to wydaje im się bardziej trendy. Mamy wobec tego takie hasła na blogach jak: całkowicie zmanipulowany przez zdrowy rozsądek, loża szydercy, satyra republikańska, myślę więc jestem, rozum – tu czynne jest wsparcie dodatkowe w postaci obrazka przedstawiającego niezwykle mądre i trochę cierpiące oczy mężczyzny. Trafiają się także takie sugestie jakoby autor bloga był wcieleniem postaci znanej, sławnej i żyjącej dawno temu – przykładem niech będzie Jan Śniadecki. Jest także autor podpierający się wizerunkiem Stańczyka namalowanego przez Jana Matejkę oraz zdjęciem Gary Coopera z filmu „W samo południe”

Wszystkie te mocno pretensjonalne i niemęskie w mojej ocenie koronki i zasłonki mają jedno zadanie – zamaskować słabość autora lub jego intencję.

Intencja zaś jest według mnie podstawowym kryterium oceny tekstu. Dzisiaj tak jest, ze względu na politykę i prawdę, bo przecież kiedyś nikt nie przejmował się intencjami twórców. Dla blogera jest to kryterium szalenie ważne, które nobilituje go w oczach czytelników lub dyskwalifikuje już na starcie. Intencja to jest to kryterium, które od razu i bez pudła rozpoznaje czytelnik, nie każdy rzecz jasna, ale większość.

Słabi i wtórni autorzy potrafią się bowiem świetnie przed czytelnikami maskować wykorzystując dostępne na rynku literacko medialnym konwencje pisarskie. Z czasem jednak czytelnicy się orientują i ich reakcja dobitnie świadczy o tym, co myślą o autorze kombinatorze, który podsuwa im intencję oszukaną, złą. Wiecie dokładnie o jakim blogu tutaj mówię. Dobra intencja zawsze związana jest z dobrem samego autora i dobrym humorem czytelnika. Zaś intencja zła zatacza wielkie kręgi i sięga od zbawienia całej ludzkości za jednym zamachem przy pomocy pojedynczego, niezbyt długiego tekstu do przemożnej chęci ratowania małych ptaszków wypadających wiosną z gniazdek.

Teoretycznie autorzy słabi powinni zniknąć. Jeśli nie ma zbytu na ich treści, warsztat i formę to znaczy, że ich także nie ma. Oni jednak nie znikają. Ciągle są. Dlaczego? W sieci bycie słabym autorem, autorem grającym manierą i notorycznie grzeszącym pretensjonalnością może przynieść spore korzyści, ponieważ sieć rządzi się prawem klikalności. Nie wszystkie jej obszary, ale większość.

Klikalność jest najważniejsza. W salonie jednak klikalność robią dobrzy autorzy, dlaczego więc od dłuższego czasu ci dobrzy służą jedynie za listek figowy, który ma zamaskować prawdziwą inwazję autorów słabych? Tego nie wiem. Mogę jedynie przypuszczać, że umieszczenie na samej górze blogera, który ma na swoim blogu wypisane hasło; całkowicie zmanipulowany przez zdrowy rozsądek, to taki żart, który ma za cel rozjuszyć innych blogerów, takich co to o rozsądku nie piszą, ale go mają i zmusić ich do maniakalnego klikania w ten „zdroworozsądkowy” tekst.

Przyczyny promowania słabych autorów mogą być także inne. Mogą być związane z nadchodzącymi wyborami prezydenckimi. Wiadomo przecież, ze PiS ma w salonie przewagę taką, jak nigdzie chyba. Nie wiem czy wszyscy, którzy salon czytają zasypiają przez to spokojnie, może więc właściciele umieszczają na górze tekst rozuma zamiast tekstu Ściosa po to, by ukoić im nerwy i sprowadzić na nich dobry sen. Być może.

Warto obserwować słabych autorów i śledzić tę ich intencję, która kryje się pod całym stosem gadżetów. Nie na tyle głęboko jednak, by nie była widoczna. Nie warto tylko wpisywać im komentarzy, bo to świadczy o tym jedynie, że człowiek który to robi nie rozumie owej intencji. Intencją zaś jest podniesienie klikalności w jakimś, nieznanym mi celu. Dobrze widać to na blogu pana Matejczyka, który szarżuje na sam szczyt, jak Don Kichot na wiatrak. Używa on chwytów, które każdego aspirującego do trafnych politycznych ocen czytelnika wyprowadzają z równowagi. Nazywam siebie Noamem Chomsky’m blogosfery, na przykład, albo krytykuje państwo Izrael z pozycji lewicowego, europejskiego intelektualisty, takiego Cohn-Bendita. To są plewy rzucane za siebie, pewną ręką, pod wiatr i włażące w oczy, na które nabiera się wielu ludzi. No, ale taka jest uroda tej zabawy w blogowanie. Miłej więc życzę wszystkim lektury. Obiecuję, że poświęcę kiedyś całą notkę kryteriom oceny tekstów, gdyż szalenie mnie ta sprawa interesuje.

Muzeum kampanii promocyjnych im. Salvadora Dali

30 maja 2010

Nawet jeśli ktoś nie interesuje się malarstwem, ani sztuką w ogóle, nawet jeśli ktoś nie potrafi odróżnić obrazu Picassa od obrazu Matejki, nawet ktoś taki zna nazwisko Salwadora Dali. Siła tego nazwiska nie bierze się znikąd. Dali przez całe swoje życie dbał o to, by było o nim głośno.
W czasach kiedy Dali zaczynał swoją artystyczną karierę machina promująca coraz bardziej awangardowych artystów była już rozkręcona na cały regulator. Nie pojawił się jeszcze co prawda ostatni wskaźnik na skali absurdu, ale miał się on pojawić wkrótce po pierwszych sukcesach Dalego. „Fontanna” Marcela Duchampa była dziełem, które przywitało świat wychodzący z mroku wielkiej wojny. Dali, jako jeden z nielicznych twórców przybywających do Paryża w początkach XX wieku zrozumiał o co w tym wszystkim chodzi. Odsunął na bok bajania o poszukiwaniach artystycznych, o prawdzie i wolności sztuki. Zostawił sobie tylko wyniosłość i arogancję posuniętą do ostatnich granic, która w takim mieście, jak Paryż musiały robić piorunujące wrażenie. Dali doskonale wiedział, że sukces malarza zależy od pośredników- marchandów, a nie od gazetowej krytyki czy urażonych w swej dumie profesorów akademii. Sztuka była, jest i będzie polem działania handlowców i im prędzej artysta to zrozumie tym lepiej dla niego. Dali zrozumiał to bardzo szybko. Jego sposób bycia, który nie był udawany, ale jak najbardziej autentyczny świetnie pasował do czasów, w których przyszło mu żyć. Malarze stawali się sławni potem upadali, a ich miejsce zajmowali inni. Niezliczoną ilość twórców oglądał Paryż i świat w latach 20 i 30 XX wieku, ale tylko Dali był w tym krajobrazie punktem stałym. Jego malarstwo wyrosłe z ducha surrealizmu pozostało takim onirycznym widziadłem do końca. Ludzie tacy, jak Picasso zmieniali sposób malowania, manierę, właściwie wszystko. Dali trwał przy swoim. Oczywiście od początku zarzucano mu, że jest jedynie nędznym chałturnikiem i mistrzem autoreklamy, ale on nie przejmował się tym zupełnie. Ważne było to, że skupiał na sobie uwagę świata i sprzedawał swoje obrazy. Czy był prawdziwym artystą? To jest pytanie właściwie nie na miejscu; nigdy nie zapomnę sceny z filmu dokumentalnego o Dalim, kiedy to położono przednim spory kawałek aluminiowej folii. Dali dotknął błyszczącej powierzchni koniuszkami palców, zmiął ją lekko i oto oczom wszystkich ukazała się ludzka twarz odbita w cienkim metalu. Oczywiście, że był artystą. W przeciwieństwie do wielu dzisiejszych hochsztaplerów głoszących idee powrotu do sztuki figuratywnej i „zrozumiałej”.

Co to jest surrealizm
Każdy ruch artystyczny ma swojego ideologa. Dla surrealistów był nim Andre Breton, który pewnego dnia rzucił hasło; porzućcie wszystko, wychodźcie na drogi! Obojętnie co to miało oznaczać spotkało się z zainteresowanie jedynie małej grupki artystów, świat pozostał przy swoich, codziennych zatrudnieniach. Dali dołączył do surrealistów późno, ale bardzo szybko stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych artystów tej grupy. Deklaracje, że to co najważniejsza dla człowieka znajduje się poza jego zmysłowym postrzeganiem i jest dostępne umysłowi jedynie w marzeniach sennych bardzo się spodobałby. Nie wiem czy są jeszcze ludzie, którzy wierzą w to, że na obrazach Chirico lub Salwadora Dali widzimy rzeczywiste projekcje ich snów, ja na pewno do takich naiwniaków nie należę. Te skomplikowane i wystudiowane obrazy są może projekcjami umysłów malarzy surrealistów, ale jako przedsięwzięcia malarskie powzięte zostały zupełnie na zimno z pełnym rozumieniem efektu, jaki mają wywołać i nastroju w jaki wprowadzą publiczność. Inaczej się po prostu nie da. Kiedy „malowane sny” zaczęły się sprzedawać Dali rozpoczął ich produkcję na większa skalę. Motywy, które zaczęły się pojawiać na jego obrazach stały się bardzo szybko legendą: wiotkie, wiszące na gałęziach drzew zegary, płonąca żyrafa, czy tygrys z karabinem to figury, którymi fascynowali się i fascynują wszyscy młodzi amatorzy malarstwa od prawie stu lat. W miarę, jak człowiek się starzeje ta fascynacja słabnie, aż w końcu mija zupełnie. Podziwiam wyobraźnię Salwadora Dali, ale ani przez chwilę nie wierzyłem nigdy, że ikonografia jego obrazów to efekt, jakichś spontanicznych procesów zachodzących w mózgu geniusza. On to wszystko wykalkulował, namalował i sprzedał.

Żona ze snu
Jelena Diakonowa, którą Dali ukradł Paulowi Eluardowi była od niego starsza o 10 lat. Uciekła z Rosji w czasie rewolucji bolszewickiej, a Dali opowiadał przez całe życie, że była mu ona przeznaczona. Oto, kiedy był dzieckiem, jego nauczyciel zabawiał go prostym projektorem, takim jakie i my znamy ze swojego dzieciństwa. Wśród obrazków wyczarowywanych na ścianie najbardziej urzekł małego Salwadora ten przedstawiający małą rosyjską dziewczynkę jadąca w saniach gonionych przez wilki. Była to według niego zapowiedź spotkania z Galą – tak właśnie kazała się nazywać Diakonowa.
Gala pozowała mu do bardzo wielu obrazów, które – jak konsekwentnie do ostatnich dni utrzymywał – były efektem wizji, których doznawał we śnie, na jawie, właściwie przez cały czas. Gala była jego żoną do swej śmierci w 1982 roku. Nie oznacza to, że Dali w tym czasie unikał innych kobiet. Przeciwnie, oboje żyli w małżeństwie otwartym i podróżowali często razem ze swoimi aktualnymi kochankami. Dali ze swego prywatnego życia również uczynił towar na sprzedaż. Jego najlepszym produktem była niejaka Amanda Lear, francuska piosenkarka z brytyjskim paszportem i głosem tak niskim, że budzącym oczywiste skojarzenia. Lear była kochanką i przyjaciółką Dalego od połowy lat sześćdziesiątych do jego śmierci. Kiedy się poznali ona dopiero zaczynała karierę w branży muzycznej. Tajemnicą Poliszynela było, że Amanda Lear to transseksualista, który do niedawna przesiadywał w gejowskich barach i występował, jako drag Quinn. Dali dysponujący ogromnym majątkiem sfinansował chłopakowi operację zmiany płci, która odbyła się podobno w Casablance. Wiele wskazuje na autentyczność tej historii, choćby to, że nikt nie wie nic pewnego o przeszłości Amandy Lear, a jej sesja dla Playboya odbyła się na tyle późno, że trudno powiedzieć czy Amanda była kiedyś mężczyzną czy nie. Informacje o jej transseksualizmie kolportował sam Dali, bo dodawało to pikanterii jego osobie i czyniło go jeszcze bardziej znanym i jeszcze bardziej kontrowersyjnym artystą.
Pod koniec życia Salwador Dali przypomniał sobie, że w młodości uczył się w szkole prowadzonej przez zakonników i postanowił pojednać się z kościołem. Odwiedził nawet papieża Piusa XII, któremu zaprezentował dzieło przedstawiające Madonnę. Do obrazu pozowała oczywiście Gala, jego żona. Papież nie był zachwycony, ale o wizycie największego artysty XX wieku u ojca świętego w Rzymie pisały wszystkie gazety od Madrytu po Pekin. Dali poprosił nawet papieża o pozwolenie na ślub kościelny z Galą, ale ojciec święty odmówił. Dali, jako chory starzec, namalował kilka religijnych dzieł. Miedzy innymi „Ostatnią wieczerzę”, „Mistycznego Chrystusa św. Jana od krzyża”. Kiedy okazało się, że ma chorobę Parkinsona przestał malować w ogóle. Zmarł w 1989 roku.

Morderca i myśliciele

26 maja 2010

Kiedy policjanci w więzieniu w Grazu znaleźli powieszone na własnej roboty sznurku ciało Jacka Unterwegera była godzina 3.40 w nocy z 28 na 29 czerwca 1994 roku. Żona detektywa, który przez długie miesiące ścigał Jacka napisała w swoim dzienniku – dzięki Bogu, że on już nie żyje.

Johann Unterweger był niechcianym dzieckiem. Jego matka, prostytutka z małego miasta w Austrii puściła się z amerykańskim żołnierzem tak nieszczęśliwie, że ten ją zapłodnił. Johann, który później na cześć swego nieznanego ojca będzie używał „amerykańskiego” imienia Jack urodził się w dziewięć miesięcy później 16 sierpnia 1950 roku. Jego matka porzuciła go od razu, tak jak ojciec Jacka porzucił ją kiedy dowiedział się, że jest w ciąży. Pozostawiła dziecko pod opieką dziadka, który miał skłonności do kieliszka i ciężką rękę. Mały Jack nie miał więc łatwego życia. Bardzo wcześnie dowiedział się co to znaczy samotność i nauczył się manipulować ludźmi. Jack miał wybujałą wyobraźnię i z wiekiem nabierał niebezpiecznego uroku, który działał na kobiety, jak blask lamp na ćmy. Jack nauczył się wykorzystywać swoje przyrodzone atuty, ale robił to w swoisty sposób.
Pierwszą kobietę zamordował w 1974 roku, twierdził że zrobił to ponieważ przypominała mu matkę, której nienawidził. Typowa wymówka skurczybyka, który nie ma nic na swoją obronę i szuka rozpaczliwie jakiegoś wyjścia. Jack udusił dziewczynę biustonoszem, wcześniej zaś zapłacił za seks. Ofiara była bowiem prostytutką, a Jack często korzystał z usług takich kobiet. Schwytano i skazano na więzienie. Kiedy rozpoczął odsiadywanie wyroku życie zaczęło się dla niego od nowa. Jack uruchomił swoją nieokiełznaną wyobraźnię i zaczął pisać powieści, dramaty i wiersze. Wysyłał to zza krat do redakcji i wydawnictw i odniósł wielki sukces. Jego powieść „Czyściec” znalazła się nawet na liście bestsellerów. Wiersze zdobyły uznanie krytyków, a dramaty zaczęły być wystawiane przez teatry w całej Austrii. Stało się także jeszcze coś, rzecz o wiele bardziej doniosła, która porwała Jacka niczym fala i zaniosła go ku nieznanym brzegom.

Lewicowi intelektualiści w takich krajach, jak Austria są przekonani, że rzeczywistość polityczna w której żyją to nic innego tylko ponura patologia, opresyjny system który znęca się nad twórczymi jednostkami. Kiedy grupa lewicowych radykałów wśród których nie mogło zabraknąć późniejszej noblistki Elfriede Jelinek dowiedziała się o istnieniu Jacka i jego więziennej twórczości uznała, że oto nadszedł moment by splunąć w oczy kapitalistycznemu prawu i uwolnić spod jego niszczącego wpływu wybitną i kreatywną jednostkę – Jacka Unterwegera. Niektórzy z owych intelektualistów jeździli nawet do więzienia, by posłuchać jak Jack czyta swoje poezje. Największe wrażenie robiła ponoć jego delikatność. Za pomocą zabiegów medialno- politycznych ideowcy z Wiednia doprowadzili do tego, że Jack Unterweger-morderca, wyszedł na świat boży w glorii męczennika i został sławnym pisarzem. Szczęście Jacka nie miało wtedy granic. Jakby mało było mu sławy literackiej Unterweger został jeszcze telewizyjnym reporterem. W 1991 roku robił w Los Angeles reportaż o ulicznej prostytucji, poruszał się po mieście w towarzystwie policjantów, którzy zdradzali mu tajniki swojej pracy. Kiedy kończył się pracowity dzień i zapadała noc Jack wyruszał w te same miejsca i zabierał do swojego samochodu jakąś prostytutkę. Potem wiózł ją za miasto, by tam zamordować za pomocą biustonosza zarzuconego na szyję. W czasie gdy Jack oddawał się swym ulubionym rozrywkom w Ameryce jego wiedeńscy wielbiciele pisali o nim, jak o jednym z nielicznych, udanym przypadku resocjalizacji. Jack według austriackich, lewicowych radykałów poprawił się w więzieniu i odkupił swoje winy za pomocą literatury. Udowodnił swą postawą, że człowiek może być zmieniony poprzez dobro. Nawet taki człowiek, jak Jack. Więzienia nie muszą być więc karą, mogą być i powinny być miejscem, gdzie zbrodniarze przeżywają katharsis.
W ciągu 18 miesięcy swojej medialnej i literackiej sławy Jack’owi udało się zamordować 11 kobiet. Kiedy doniesienia o martwych kobiecych ciałach porzucanych w lesie trafiły na łamy prasy Jack z wrodzonym wdziękiem zgłosił się w redakcji telewizji ORF by zostać reporterem prowadzącym sprawę tych zabójstw w mediach. Zrobił nawet wywiad z szefem wiedeńskiej policji, w którym drżącym głosem wyrażał obawy co do skuteczności działań organów ścigania w tych, jakże skomplikowanych, przypadkach. Pisał o własnych morderstwach w gazetach i mówił o nich w radio. Był bardzo wiarygodny. Przedstawienie to trwało aż dziewięć miesięcy, po tym czasie policja analizując ślady pozostawiane na miejscu zbrodni zaczęła podejrzewać Jacka Unterwegera. Wydano nakaz aresztowania go, ale Jack czmychnął do Ameryki ze swoją dziewczyną, która święcie wierzyła w jego niewinność.

Kiedy po tournee w Ameryce Jack został w końcu schwytany i deportowany od Austrii gdzie stanął przed sądem, w sali rozpraw siedziało kilkanaście kobiet. Usposobienie Unterwegera było bowiem tak romantyczne, że musiał on, prócz znajomości z prostytutkami, wiązać się emocjonalnie i seksualnie z kilkoma lub nawet kilkunastoma partnerkami jednocześnie. Wszystkie siedzące na sali sądowej kobiety przekonane były o tym, że ich kochanek jest niewinny, a całe sprawa jest li tylko bolesną omyłką wymiaru sprawiedliwości. Kiedy orzeczono wyrok dożywocia kobiety zaniosły się płaczem. Jack nie mógł spędzić całego życia za kratami! Przecież one go tak kochały, był taki dobry, wrażliwy i czuły. To z pewnością nie on mordował te głupie dziwki w lesie, na pewno robił to kto inny.
Na procesie zabrakło obrońców Unterwegera z intelektualnej elity Austrii. Nie pokazali się tam pisarze i myśliciele, którzy dali się zbałamucić w gorszym jeszcze stylu niż nieszczęsne ofiary seryjnego mordercy. Nie wiadomo czy uznali swoją porażkę, ale raczej należy w to wątpić. Wyrok który zapadł nie był prawomocny i morderca mógł się odeń odwołać. Nie wiadomo dlaczego tego nie zrobił. Może był już zbyt zmęczony własnymi kłamstwami, może miał dosyć samego siebie i postanowił uwolnić świat od osobistości tak rozchwianej, jak on sam. Sznurek, na którym postanowił się powiesić uplótł własnoręcznie z tasiemki, którą ściągane były więzienne spodnie i ze sznurówki od trzewika. Powiesił się na kratach w okienku. Kiedy umarł wszyscy, którzy mieli z nim do czynienia odetchnęli.

O warsztacie dzienniakrskim

24 maja 2010

Powszechne wyobrażenie o dziennikarstwie nie ma nic wspólnego z realiami, w których dziennikarze pracują. Owo powszechne wyobrażenie maluje obraz dziennikarza, a właściwie reportera, który nie zważając na niebezpieczeństwa zbiera informacje po to, by jego czytelnicy poznali prawdę o matactwach wielkich tego świata lub po to, by dowiedzieli się, jak żyje się w dalekich krajach. Takie wizje zrodziły się w ludzkich głowach, w mojej także, na skutek nieodpowiedniego doboru lektur i filmów, a także wskutek zintensyfikowanej propagandy w czasach Polski ludowej, która to propaganda przedstawiała otaczający nas świat, tak jakby wszystko w nim było normalne, a nie patologiczne. Również dziennikarstwo i dziennikarze byli ukazywani w ten sposób, a najlepszym przykładem jest przypominany wielokrotnie Ryszard Kapuściński. Początki tej sielskiej wizji, tego nimbu otaczającego zawód dziennikarza sięgają końca XIX wieku i pierwszej połowy wieku XX. Wiążą się one z tym, że w tych nieodległych czasach dziennikarstwo prasowe było prawdziwą szkołą wielkich pisarzy. No, ale jak miało nią nie być skoro człowiek wybierający sobie w Europie lub Ameryce drogę życiową w zawodzie dziennikarza, od razu lądował w okopach jakiejś wojny lub na placach rewolucji. Zaufanie do dziennikarzy i gazet zrodziło się właśnie w tamtych czasach. Stało się tak dlatego, że dziennikarze i prasa wzięli czynny udział w rozmontowywaniu monarchistycznego systemu rządów w Europie i razem z innymi bardzo naiwnymi ludźmi oczekiwali, że po ich rozmontowaniu powstanie nowy szczęśliwy świat, w którym dziennikarzom będzie jeszcze lepiej niż a Austrii za Franciszka Józefa.

Zamiast tych przepowiedni i wizji spełniło się jednak coś zgoła innego. Po wojnach i rewolucjach pierwszej połowy wieku zaczęła wychodzić na wielkim obszarze świata gazeta, która stała się symbolem klęski dziennikarzy, ich nieopisanego wprost frajerstwa, ich nieuleczalnego romantyzmu i dziecięcej wiary w to, że to co przyjedzie po zmurszałym i operetkowym systemie, który zwalczali, będzie lepsze i bardziej sprawiedliwe. Gazeta ta nazywała się „Prawda”, a redakcja jej znajdowała się w Moskwie. Tym, którzy nie pamiętają o co chodzi przypominam, że w gazecie o nazwie „Prawda” były same kłamstwa. Nawet nazwiska w stopce były w pewnym okresie przekłamane. To właśnie ów dziennik stał się symbolem nowych czasów. I choć w USA, w Europie i Azji wydawano także inne, normalne gazety to właśnie „Prawda” była zapowiedzią tego z czym musimy zmagać się dzisiaj czyli wprzęgnięcia dziennikarzy w państwową machinę propagandową. Dokonało się to po II wojnie światowej, a gwoździem do trumny romantycznego, reporterskiego dziennikarstwa było wynalezienie i upowszechnienie telewizji. Nie wiem, czy któryś z reporterów żyjących przed I wojną światową wzdychał i tęsknił do austriackiej cenzury, ale według mnie powinni robić to wszyscy, ponieważ to co ją zastąpiło było o stokroć gorsze.

Dziennikarstwo propagandowe, uprawiane w bloku wschodnim po II wojnie światowej miało naprzeciwko siebie inny rodzaj warsztatu – dziennikarstwo frakcyjne, politycznie wierne jednej opcji, które ostało się w USA i Europie, a przed wojną znane było także w Polsce. Reprezentowali je wtedy u nas zapomniani już endeccy polemiści tacy, jak profesor Stanisław Stroński czy Adolf Nowaczyński. Dziennikarstwa przeciwstawiającego się władzy, zwalczającego ją, dziennikarstwa bezkompromisowego już nie było. A nie było go dlatego, że nie istniała już żadna władza, która godziłaby się je tolerować. Świat zrobił się o wiele bardziej ciasny niż był przed rokiem 1914.

Telewizja upodliła dziennikarzy ostatecznie. Stali się showmanami i cyrkowcami, zaś ich praca przestała mieć charakter misyjny, stała się przedstawieniem. Tak już jest i tak pewnie zostanie. Zdobycie bowiem w dzisiejszych czasach jakichś naprawdę ważnych informacji jest po prostu niemożliwe, dziennikarze mogą więc co najwyżej żebrać o nie u tajniaków i polityków, lub po prostu pójść na służbę do jednych lub drugich. Jeśli tego nie robią, to znaczy, że chcą być showmanami lub komentatorami. Często mamy do czynienia z przypadkami, kiedy jedna osoba łączy obydwie te funkcje, to znaczy pokazuje się w telewizji i głosem pełnym bólu lub histerycznej, a złośliwej radości opowiada nam o czymś co powinno, acz nie musi, stymulować nasze emocje, lub komentuje jakieś odległe i całkiem sobie nie znane wydarzenia na kolumnach dzienników, opatrując je fotografią en face, całkiem podobną do fotografii więziennych. Takie właśnie jest dzisiejsze dziennikarstwo i im szybciej to zrozumiemy tym większych rozczarowań uda nam się uniknąć.

Coś jednak zostało w tym warsztacie showmana z dawnych, heroicznych czasów Egona Erwina Kischa. Ujawnia się to jednak jedynie w tak dramatycznych momentach, jak ten, w którym przyszło nam żyć. Ujawnia się w tym, że Robert Mazurek przepytując panią Kidawę Błońską obnaża jej miałkość, co wszystkich interesuje, bo opcja polityczna reprezentowana przez tę panią budzi dziś większą niechęć niż cesarz Franciszek Józef za czasów wspomnianego wyżej „szalejącego reportera” Kischa. Ten wywiad to końska dawna emocji, który poruszają nas wszystkich, przyzwyczajając jednocześnie do tego, że żadne mniejsze dawki nie wywołają efektu.

Dobrze to widać na przykładzie dziennikarstwa lokalnego, w którym brałem udział swego czasu, starając się, informować moich czytelników o tym co dzieje się na terenie dwóch powiatów. Dziennikarstwo lokalne jest fikcją jeszcze boleśniejszą niż telewizyjny show. Również dlatego, że jest marnie opłacane, ale nie tylko. Dziennikarze lokalni są w przeważającej masie przypadków po prostu pismakami wynajętymi przez urzędników po to, by wychwalali piórem ich osiągnięcia. Realne lub wyobrażone, czy wręcz fikcyjne. To nie ma znaczenia, bo i tak nikt tych lokalnych gazet nie czyta. Po co więc je wydawać? Po to, by sprzedać powierzchnię reklamową. Nie ma bowiem, póki co, lepszego nośnika lokalnej reklamy niż stara, dobra papierowa prasa. Dziennikarz lokalny jest dodatkiem, często uciążliwym do działu reklamy i gromady sprzedawców modułów reklamowych. Pociechą jedynie jest to, że bez tych tekstów, bardzo różnej klasy, nie udałoby się sprzedać ani jednego modułu.

Dziennikarstwo lokalne mogłoby stać się dziennikarstwem śledczym z prawdziwego zdarzenia, ale musiałby zostać spełniony jeden warunek – samorządy nie mogłyby być fikcyjne i zależne od partii politycznych i rozdań personalnych w centralach wojewódzkich. Do tego jednak nigdy nie dojdzie.

No i jeszcze jedno – dziennikarz lokalny, powiatowy pismak, jest po prostu człowiekiem wynajętym przez wydawcę – podobnie jak jego kolega z wielkiego, ogólnopolskiego dziennika. Jeśli zaś jest wynajęty to musi spełniać oczekiwania wydawcy, inaczej zostanie usunięty. Może oczywiście trochę pofikać, ale szybko pójdzie na boczny tor i nikt go już stamtąd nie ściągnie, bo po co. Dziennikarze lokalni mają więc do wyboru – założyć własną gazetę i iść na udry w władzą, z pozoru tylko lokalną lub opisywać świat takim jakim go widzą, po to by ludzie mogli w gazecie zobaczyć samych siebie. Jeśli to się uda – gazeta ma szansę na zainteresowanie czytelników. Ja, pracując w lokalnej prasie, postępowałem właśnie w ten sposób. Zajmowałem się opisywaniem historii kryminalnych i wyszukiwaniem lokalnych dziwaków i ludzi niestandardowych, którzy mogliby maksymalnie uatrakcyjnić gazetę. Unikałem powiatowej polityki. Miałem także listę tematów, które zawsze bez względu na okoliczności wzbudzają emocje, a do których należy sytuacja w szkołach i przedszkolach oraz w służbie zdrowia.
Nie wierzę w istnienie dziennikarzy śledczych, którzy wchodzą w jakieś bliższe relacje z organami ścigania. To się nigdy dobrze dla dziennikarza nie kończy. Nie wierzę to, że można napisać dobry reportaż zadając się z bandytami z lokalnych podwórek. To nieprawda i fałszywy trop. No, a poza tym cały czas trzeba pamiętać o tym, że mamy nad sobą wydawcę, który realizuje swoje cele. Jeśli dziennikarz stanie w poprzek tym planom to po prostu znajdzie się na bruku. Wydawcom zaś nie zależy na tym, by ich człowiek zadzierał z władzą, czy zadawał się z przestępcami w nadziei na super reportaż z życia półświatka. To ostatnie odpada również z tego powodu, że życie półświatka jest dziś całkiem jawne, możemy oglądać je w prime time we wszystkich telewizjach i na nikim nie robi ono wrażenia. To było ciekawe w czasach Franciszka Józefa i minęło bezpowrotnie.

Dawno już nie napisałem nic dla żadnej gazety, a kiedy to robiłem nie miałem zbyt wielkiego poważania dla własnej pracy. Był kiedyś jednak moment, że o mały włos nie zmieniłem zdania na temat tych swoich przygód na powiatowych szlakach. Spotkałem w redakcji jakiegoś praktykanta z UKSW, studenta dziennikarstwa. Zaczęliśmy gadać i opowiedziałem mu mniej więcej to, co tutaj napisałem. W czasie tej naszej rozmowy do pokoju wszedł naczelny i uważnie się temu przysłuchiwał.

Mówiłem i mówiłem i mówiłem, aż w końcu ten chłopak zapytał mnie czy nie przyszedłbym do nich na ten uksford poopowiadać o tym lokalnym dziennikarstwie. Wydawało mi się to i nadal wydaje tak absurdalne, że aż zapytałem, dlaczego on mi to proponuje. Przecież mają tam wykłady z Kapuścińskim – żył wtedy jeszcze, z księdzem Nowakiem i innymi bardzo znanymi postaciami. Odpowiedział mi, że wszyscy ci sławni ludzie opowiadają im tylko o misji dziennikarza, a tak naprawdę niczego nie uczą. Do spotkania nie doszło, bo nie dałem mu numeru telefonu, było to zbyt dziwaczne, nawet jak na moją wyobraźnię. Dziś myślę, że trochę szkoda.